Zdrowo

Nowy początek II

21 maja 2016

Z tym moim blogiem, to tak z odchudzaniem – ma początku zapał i chęć zmian, a po tygodniu już po wszystkim. Tak było i tym razem. Wpis powitalny, po tygodniu krótki wstęp i 14 miesięcy ciszy. Nie, nie zaskoczę Was informacją, że przez te miesiące wcielałam w życie ideę „fit-life”. Wręcz przeciwnie – trochę się ruszałam, ale jeszcze więcej jadłam. Zajadałam nudę i stres w pracy. Dodatkowe kilogramy przybywały też w konsekwencji nieregularnych posiłków. Regularna nie była też aktywność – od czasu do czasu koleżanka wyciągnęła mnie na „kije” (nordic walking). W efekcie – jestem sobie ja, z moim 163 centymetrami, 3 oponkami na brzuchu i 69 kilogramami. Wszystko to daje fantastyczny wynik – BMI wskazujące na nadwagę. Do tego doszedł jeszcze „kryzys wieku średniego” czyli świadomość, że każdy kolejny rok oddalający mnie od magicznej „trzydziestki” wpływa niekorzystnie na przemianę materii itp.

Postanowiłam po raz kolejny wziąć się za siebie. Nie, nie planuję wbić się w bikini XS w czasie wakacji nad polskim morzem – połowa maja to już chyba trochę za późno na realizację takich koncepcji. Ten projekt będzie nieco dłuższy. Zakładam jakieś 10 do 12 miesięcy, w czasie których chciałabym zrzucić balast czyli 15 kilogramów, zmniejszyć obwody w strategicznych miejscach i przestać się rumienić przy przymierzaniu butów w CCC.

Dlaczego właśnie teraz wracam/zaczynam? Jest kilka powodów. Przed wszystkim pora roku – maj zawsze daje mi dużo energii i świeże spojrzenie na życie. Ważny jest również aspekt „zawodowy” – zakończyłam właśnie pracę na etacie. Satysfakcjonującą ale bardzo stresującą i tak naprawdę- ze względu na wymaganą dyspozycyjność i elastyczność – uniemożliwiającą zdrowe funkcjonowanie. Kolejny powód, dla którego zaczynam właśnie teraz to moje upodobania żywieniowe. Jestem „trochę wegetarianką”. Każdy wie, co oznacza bycie wegetarianinem – nie będę tłumaczyć. Wyjaśnię to „trochę”. Otóż, nie jadam mięsa, bo zwyczajnie mi nie smakuje. Nie wbiłam sobie do głowy ideologii o złym traktowaniu zwierząt, hardcorowych warunkach hodowli kur i faszerowaniu świnek antybiotykami – UWAGA – mam tego świadomość. Zwyczajnie, bardziej smakuje mi wszelkiego rodzaju zielenina, nabiał i produkty mączne (na przekór modzie i trendom – nie jestem ani na diecie bezglutenowej, ani tym bardziej nie cierpię na nietolerancję laktozy). Jem jajka, sery. Ba – nawet owoce morza i ryby (królestwo za wędzoną makrelę).

Podsumowując – zabieram się do dzieła, a tutaj będę dzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami i – mam nadzieję – sukcesami. Liczę też na Was. Nie tylko na wsparcie ale przede wszystkim, że Wy również w komentarzach będziecie się dzielić ze mną swoimi doświadczeniami.

Do zobaczenia jutro!

Podobne wpisy

Brak komentarzy

Skomentuj artykuł