Obyczajowe Życiowo

Minimalizm po niemiecku

5 czerwca 2017

Nie zdążyłam Was jeszcze poinformować ale Namysłowska 3 zmieniła się na Lipową 28. Oczywiście tylko formalnie. Ta zmiana to oczywiście efekt mojej przeprowadzki – od miesiąca mieszkam w Niemczech. Powoli oswajam się z nową rzeczywistością, co skutkuje całą masą różnorodnych przemyśleń, którymi już niebawem się z Wami podzielę. Co ciekawe, spostrzeżenia te dotyczą nie tylko nowego środowiska, w którym się znalazłam, ale też mnie samej.

Większości z nas przeprowadzka kojarzy się z pakowaniem całego dobytku, przewożeniem wielkich kartonów i gorączkowym poszukiwaniem przedmiotów pierwszej potrzeby już na miejscu. Tak bywa prawie zawsze. Sama przerabiałam to wielokrotnie, jeszcze za czasów studenckich. Wtedy z każdą przeprowadzką kartonów przybywało. Teraz nie potrafię zrozumieć jak udało mi się wyruszyć na studia z jedną dużą walizką, a kończyć je z tak wielką ilością rzeczy, że ledwie zmieściły się do Renault Kangoo.

Do Niemiec przeprowadziłam się z jedną (sporą) walizką, torbą z sprzętem fotograficznym i laptopem. Nie przewoziliśmy wszystkich naszych rzeczy, ponieważ w dotychczasowym mieszkaniu będziemy nadal bywać. Jednak, większość czasu będziemy spędzać w tym nowym, które okazało się niemal zupełnie puste. Poza wyposażeniem kuchni (meble i zabudowany sprzęt AGD), nie czekało tam na nas nic. Wytrwany minimalista powiedział by: „Fantastyczna przestrzeń”. Przyznam, że mnie na początku daleko było do tego rodzaju zachwytów. (Może nie jestem jeszcze minimalistą J ). Z jednej strony – świetna sprawa taka niezagracona przestrzeń i masa wolnego miejsca. Ale… dobrze jest mieć na czym spać i usiąść czy usadzić znajomych, którzy wpadają z wizytą.

Pierwszym zakupem było oczywiście łóżko. Idealnego i spełniającego wszystkie wymagania oczywiście nie było łatwo znaleźć. Na szczęście istnieje Internet i eBay. Znaleźliśmy ideał. Który trzeba było wyposażyć w materac i pościel. Tutaj niezastąpiona okazała się Światowa Szwedzka Marka. O ile skandynawski styl i wzornictwo bardzo lubię, o tyle wizyty w tym właśnie centrum handlowym są dla mnie torturą. Na pewno to znacie – sobotnie czy niedzielne popołudnie. Najpierw poszukiwanie miejsca parkingowego. Następnie powolny spacer w tłumie leniwie przechadzającym się między ekspozycjami (fascynujące, że mało kto z tłumu ma wózek/torbę z zakupami). Na koniec odpoczynek w kolejce do kasy. Już to widziałam oczami wyobraźni. Ale nie udało się ominąć tego punktu programu. Ciężko spać bez materaca. Pojechaliśmy. W sobotnie popołudnie. I już na wstępie pierwszy szok. Niemal pusty parking. Cała masa wolnych miejsc . Samochód zostawajmy przed samym wejściem. A może dzisiaj nieczynne?.. Nie, czynne. Normalnie, do 20stej. W środku pojedyncze osoby z listami zakupów przechodzą szybko od jednej ekspozycji do drugiej, uwagą zaszczycając tylko interesujące ich naprawdę produkty. Przy kasach kolejek brak. W koszykach, do których ukradkiem zerkałam, rzeczy naprawdę potrzebne (na moje oko). Wychodzę bardzo zaskoczona i swoimi spostrzeżeniami dzielę się ze znajomą Niemką, która oczywiście nie rozumie mojej reakcji. Wg niej to normalne. Na zakupy jedziesz, kiedy czegoś potrzebujesz. Po tę konkretną rzecz, gdy wcześniejsza nie nadaje się już do użytku. Jedziesz, bierzesz z półki, płacisz, wychodzisz. To wszystko. Po co spędzać tam więcej czasu? No cóż… Sami dopiszcie sobie ciąg dalszy, odtwarzając w głowie obraz z najbliższego centrum handlowego. I nie chodzi tylko o „metodę” jaką realizowane są zakupy. Ważna jest też ich celowość. Kupuję, gdy potrzebuję, gdy poprzednie się zepsuło i nie można naprawić, gdy brak danego przedmiotu utrudnia życie. Oczywiste, prawda?

Ale wróćmy do mieszkania i pustych czterech kątów. Historia z zakupami wydarzyła się na samym początku mojego pobytu tutaj. Minął miesiąc, a mieszkanie nadal – chciałam napisać „świeci pustkami” ale tak nie jest – pozostaje niezagracone. Oczywiście, przybyło trochę przedmiotów ale jest to naprawdę niezbędne minimum. W kuchni talerze, garnki, sztućce, kubki. Na tarasie dwa leżaki, które w połączeniu z dwoma krzesłami ogrodowymi w zupełności wystarczają do przyjmowania gości. I to w zupełności wystarcza. Jest oczywiście lista rzeczy, które musimy jeszcze kupić. Na początku była bardzo długa. Codzienność ją jednak weryfikuje. Wypadają z niej kolejne rzeczy, które nie przeszły „Testu miesiąca”. Na czym polega? Jest prosty – jeśli potrafiłam bez tego żyć wygodnie i normalnie przez miesiąc, to chyba tak naprawdę tej rzeczy nie potrzebuję. W weryfikacji listy zakupowej pomagają też znajomi – Niemcy. Gdy mówię, że muszę kupić pewną rzecz, patrzą ze zdumieniem i pytają, do czego mam zamiar tego używać. W większości przypadków okazuje się, że zakup chyba jednak nie będzie konieczny.

I tak powoli kształtuje się na nowo mój minimalizm. O postępach będę Was na bieżąco informować. A żeby nie ściągnąć sobie na głowę gromów w postaci komentarzy: „Cudze chwalicie..” itp., poniżej zdjęcie czegoś, co pierwszy raz zobaczyłam właśnie tutaj i uważam, za bardzo „maksymalistyczne” i totalnie zbędne. A Niemcy mają, korzystają i uważają za wielkie udogodnienie. Oto Eierschalensollbruchstellenverursacher 🙂

*zdjęcie gilotyny do jajek dzięki uprzejmości https://de.wikipedia.org/wiki/Eierköpfer

Podobne wpisy

1 Komentarz

  • Reply Kobieta po 30 23 czerwca 2017 at 14:48

    podziwiam, że udało Ci się przeprowadzić z taką mała ilością rzeczy. ja tak to się wybieram….na wakacje 😉

  • Skomentuj artykuł