Przeglądasz kategorie

Na swoim

Lato 2020 czyli o urlopach w czasach zarazy

8 października 2020

Lato 2020 możemy uznać za zakończone. A co za tym idzie – odhaczamy spalone na słońcu plecy, kilometrowe spacry po rozgrzanym piasku czy metry nad poziomem morza zdobyte w ramach górskich wędrówek. Zwyczajnie – zamykamy sezon urlopowy. To dobry czas do podsumowanie okresu, ktory zazwyczaj obfitował w dalsze i bliższe wypady. W tym roku, z wiadomych przyczyn, w wielu przypadkach odbiegl nieco od schematu.

Dolce vita poza zasięgiem

Plany urlopowe miałam juz na marzec. Chciałam w ramach kilkudniowego wypadu odwiedzić stolicę Włoch. Nie miałam wcześniej ku temu okazji i bardzo się na ten wyjazd, a dokładnie wylot, cieszyłam. Że Rzym będzie musiał istnieć bez mojej obecności dowiedziałam się tak naprawdę na tydzień przed planowanym wylotem. W momencie, gdy opłaciłam już noclegi, odprawiłam sie, a notes spuchł od notatek i planów spacerów, zawieszono loty i zamknięto granice. Nie ukrywam – byłam baaaardzo rozczarowana, wręcz rozgoryczona.
Jak się szybko okazało, nie tylko nie mogłam polecieć do Rzymu ale też w żadne inne miejsce. Tydzień zaplanowany na Rzym spędziłam w domu jeżdżąc na rowerze, spacerując po lesie i oglądając w Internecie rzymskie muzea. Z czasem rozgoryczenie zmalało i przeszło w stan: ‘Da się z tym żyć’

Kraina tysiaca jezior i milona komarów

Na czerwiec zaplanowałam, czy raczej zaplanowaliśmy tradycyjnie urlop w PL, nad jeziorami. Robimy to od lat. Te dziesięć dni, które spędzamy od lat z parą naszych znajomych, dzielimy sprawiedliwie między pomost, zabytki i restauracje. O ile w poprzednich latach zapędzaliśmy się w ‘głębokie’ Mazury czy wręcz sejneńszczyznę, o tyle w tym roku zatrzymaliśmy się na wysokości Iławy i Ostródy. W ramach tego urlopu udało się zaliczyć też Malbork, Pasłęk i Olsztynek, odsiedzieć swoje na pomoście z wędką, najeść się do syta kuchni warmińskiej, która ziemniakiem stoi. Było super. I jeśli nie liczyc mierzenia temperatury przy wejściu do Muzeum w Malborku, którego dostępność dla turystów mocno ograniczono, nie odczuliśmy niemal w ogóle obecności wirusa.

Marina Ostróda

Marina Ostróda

Kłodzkie ‘ommmm’

W lipcu na pełny tydzień wybyłam do Siedliska Ciszy na jogowe warsztaty. W górach, przy granicy z Czechami, bez internetów ale z 5 godzinami jogi dziennie, fantastyczną wegetariańską kuchnią, cudownymi widokami i niesamowitym towarzystwem naprawdę odpoczęłam. Tam nie tylko nie dało się odczuć, że istnieje coś takiego jak pandemia ale że w ogóle istnieje coś poza Siedliskiem. W bajkowym ogrodzie Magdy, pod okiem  świetnej nauczycielki jogi, Agi, czas płynie zupełnie inaczej. Biorąc pod uwagę, że spośród całej jogowej grupy znałam wcześniej tylko prowadzącą, a wyjeżdżałam z nowymi kontaktami w telefonie, mogę powiedzieć, że był to naprawdę dobry czas. Już wiem, że w przyszłym roku to powtórzę.

Siedlisko Ciszy

Siedlisko Ciszy

Byle dalej

Jako że nie ograniczają mnie letnie wakacje dzieci czy inne socjalne i rodzinne obostrzenia, część urlopu zaplanowałam na listopad. To miał być tydzień w Izrealu. Jak sie domyślacie, raczej nic z niego nie wyjdzie. Izrael znalazł się na liście krajów ‘ryzyka’ wg niemieckiego MSZ i wyjazd tam wiąże się z odbyciem kwarantanny. Do listopada jeszcze trochę czasu zostało ale sytuacja raczej się zaostrzy niż złagodnieje. Dlatego powoli oswajam się z myślą, że Izrael zamienię na wycieczkę po Pl, w ramach której pokażę znajomej Wrocław, Gdańsk, Warszawę i Kraków. A może po prostu spędzę tydzień w Juracie czy innych Chałupach, które w listopadzie zapewne nie będą przeludnione. Czas pokaże.

Backstage

Na koniec jeszcze spojrzenie na urlopowy sezon z innej perspektywy, a raczej perspektyw.
Najpierw ta zawodowa. Jako pracownik hotelu położonego przy lotnisku obsługującym przede wszstkim loty miedzynarodowe, doświadczyłam nie spadku ale wręcz ‘upadku’. Jako obiekt, działaliśmy cały czas, jednak trudno to nazwać hotelarstwem, gdy w całym obiekcie przebywa w porywach 5 gości. Z upływem czasu sytuacja się poprawiała. Teraz pracujemy normalnie ale…to już nie to. Zamiast uśmiechniętych twarzy gości wracających z wakacji recepcjoniści widza maski, a ja zamiast rosnących przychodów obserwuje odwoływane (na szczęście coraz rzadziej) rezerwacje. To już nie to.
Jest jeszcze druga perspektywa, taka prywatno-zawodowa. W tym roku wspólnie z K. oddaliśmy do dyspozycji gości nasze stuletnie dziecko czyli Zielone Okiennice. Po dwóch latach remontów, gdy wreszcie mogliśmy powiedzieć: ‚Przyjeżdżajcie’, pojawił się wirus. Nie powiem, że się załamaliśmy ale trzeźwo oceniliśmy sytuacje. Teraz, już po zakończeniu najwyższego sezonu, możemy powiedzieć, że nie było tak źle. Wirusowa rzeczywistość pokazała, że miejsca takie jak Okiennice czyli małe apartamenty na końcu świata, z dala od tłumów maja potencjał. Dają też nadzieję, że branża turystyczna przetrwa. Bardzo nas to cieszy i liczymy, że nawet gdy juz wszystko wróci do normalności, Okiennice nadal będą cieszyć się zainteresowaniem gości.

Zielone Okiennice

Jak widać, wirus namieszał. Pozwolił się nam jednak przekonać, że jesteśmy elastyczni i nie tylko potrafimy sobie poradzić ale tez wyciągamy wnioski z sytuacji. I nawet w tak trudnym czasie wyjechać (fizycznie i psychicznie)  i poczuć się jak na wakacjach.

Jestem ciekawa, jak Wam udało się przetransformować swoje urlopowe plany. A może nie musieliście tego robić i wszystko przebiegło zgodnie z wcześniej zapisanym scenariuszem? Dajcie znać – czekam 🙂

Prawie na swoim

7 czerwca 2016

Przed kilkoma tygodniami pisałam o decyzjach, które podjęłam w związku ze swoim życiem zawodowym, a siłą rzeczy też prywatnym. Dojrzałam do swego rodzaju “samodzielności” zawodowej. Tak mi się przynajmniej wydawało. Teraz, z perspektywy kilku tygodni już wiem, że zupełne odcięcie pępowiny jest bardzo trudne. Podziwiam osoby takie jak Life Managerka, Joanna Glogaza czy Gosia Zimniak, które zdecydowały się, na rezygnację z etatu i prowadzeni własnej działalności. Wydawało mi się, że jestem już na to gotowa, że mogę zacząć i sobie poradzę. Rzeczywistość pokazała, że jest jednak inaczej. I nie chodzi o zlecenia, brak klientów czy opcji rozwoju. Moje wewnętrzne “polskie” JA cały czas się buntuje siejąc czarnowidztwo – “nie uda się”, “nie nadajesz się”, “nie poradzisz sobie”, “z tego nie da się żyć”; sieje zamęt i niestety – zwycięża. Pępowina nie została jeszcze całkowicie odcięta. Ale jest progress – nie ma już pracy na etacie, po 12 godzin na dobę, z parciem na karierę i wysokie obcasy i brakiem wolnych weekendów. Owszem, jest etat ale tylko taki “na przeżycie” – na 8 godzin dziennie, od poniedziałku do piątku, pozwalający na zostawienie obowiązków zawodowych za drzwiami biura. Ale dający poczucie stabilności finansowej, a przede wszystkim czas na rozwój – wewnętrzny ale też rozwijanie pasji, które z czasem stanie się sposobem na życie. Bo wiem, że z czasem tak będzie.