Przeglądasz kategorie

Filozoficznie

Filozoficznie Życiowo

Byle do piątku

12 lutego 2018

„Byle do piątku” , „Niech już będzie weekend” i wiele innych. Znacie te weekendowe wezwania? Chyba każdy je zna. Wszyscy z upragnieniem czekamy na te dwa wolne od pracy dni, które mają być wybawieniem, czasem na złapanie oddechu i relaks czy reset. A jak jest w praktyce? Ano różnie.

Moje pierwsze „weekendowe” wspomnienia pochodzą oczywiście z dzieciństwa, które spędziłam na wsi. Tam rytm dnia, tygodnia i miesiąca wyznaczała przyroda. Dla gospodarzy – jak moi dziadkowie – był czas siewów i czas zbiorów, czas intensywnej pracy i czas odpoczynku. Wydawać by się mogło, że w tak działającym świecie ciężko o tradycyjny dwudniowy weekend, nie wspominając o długim weekendzie. Zwierzęta w stajni nie mogły być głodne, a siano moknąć w kopach, bo jest sobota i niedziela. Obowiązki wzywały. Ale mimo wszystko weekend był. Że się zbliża, wyczuwało się już w piątkowy wieczór. Babcia (na co dzień pracująca jako księgowa) inaczej planowała kolejny dzień. Latem wiadomo było, że najbliższy dzień czyli sobota, to będzie czas wytężonej pracy, żeby zrobić jak najwięcej przed nadchodzącą niedzielą. Zwieźć do stodoły wysuszone siano, to które nie wyschło złożyć w kopy, oporządzić gospodarstwo. Zrobić wszystko, co tylko możliwe, by w niedzielę zwolnić. Niedziela była dniem świętym. Dosłownie
i w przenośni. Wiązał się z obecnością na porannej mszy, która decydowała tak naprawdę o porządku całego dnia.
A był to dzień odpoczynku. Wszystko ograniczano do minimum. Jedyną „pracą” było przygotowanie posiłku – uroczystego niedzielnego obiadu i zmycie naczyń po nim oraz oporządzenie zwierząt. Pozostały czas przeznaczano na odpoczynek. Dziadek często siadał na ławce przed domem albo spacerował po ogrodzie. Babcia czytała albo robiła na drutach. Czasem spacerowali razem albo zwyczajnie siedzieli i milczeli. Bo to był czas odpoczynku. Ten jeden dzień, kiedy nabierało się siły na cały kolejny tydzień. Jednodniowy weekend. Krótszy niż nasze weekendy rozpoczynające się w piątkowe popołudnie. Ale dużo bardziej wydajny.

Bo nasze dzisiejsze weekendy, teoretycznie trwają dwa i pół dnia. Piątkowe popołudnie, sobota i niedziela. Dużo. Cała masa czasu na relaks, odpoczynek i regenerację. A jak jest naprawdę? Czy rzeczywiście odpoczywamy i nabieramy sił na kolejny tydzień? Myślę, że rzadko. Bardzo popularne jest stwierdzenie, że weekend był intensywny albo pracowity. Czas, który powinniśmy przeznaczyć na odpoczynek, wykorzystujemy by bardziej się zmęczyć. I nie mam tutaj na myśli zmęczenia wynikającego z chodzenia po górach, pływania na żaglach czy wycieczki rowerowej. Męczy nas najczęściej praca. Bo to w weekend kończymy zaległe projekty, robimy prezentacje „na wczoraj” czy odpisujemy na niecierpiące zwłoki email ‘e. Nadrabiamy zaległości. I nawet jeśli dajemy sobie odpocząć od pracy zawodowej, to „krzyczą” do nas niemyte od wiosny okna, stera prasowania czy „koty” spod kanapy. I jakoś tak bezwiednie łapiemy za odkurzacz by się ich pozbyć. Wsiadamy w samochód i jedziemy do galerii na zakupy, które jakoś ciężko zrobić w tygodniu. I tak mija nam weekend. Czas odpoczynku, który staje się czasem pracy.

Wiem, że ciężko inaczej. Sama odkładam pewne obowiązki na weekend. Gdzieś we krwi mam „polską sprzątającą sobotę”, której nie mogę wyplenić. Mimo wszystko staram się, by chociaż niedziela była naprawdę czasem odpoczynku i relaksu. Nie odkurzam, nie otwieram laptopa, nie pracuję, nie myję okien (dzięki Ci Boże za dachowe, które myje deszcz). Mój weekend jest praktycznie jednodniowy ale bardzo intensywnie leniwy. Wracam do pracy wypoczęta i z zapasem sił na nowy tydzień.

A jak jest u Was? Jakie są Wasze weekendy? Nadrabiacie czy odpoczywacie? Męczycie się w pracy czy na rowerze? A może „święcicie” ten czas? Jestem bardzo ciekawa.

Filozoficznie

Wrześniowo

11 września 2016

Jakoś tak na podsumowania mi się zebrało. Podsumowanie lata rzecz jasna. Może dlatego, że tak szybko mi minęło? Mogę nawet powiedzieć, że uciekło. Nim zdążyłam się obejrzeć, a już przyszedł wrzesień. „I szkoła” chciałoby się powiedzieć. Jako dziecko zawsze lubiłam wrzesień i powrót do szkoły. Nie ukrywam, że byłam typem „dobrej uczennicy”. Przez wakacje zdążyłam przeczytać wszystkie lektury – obowiązkowe i nieobowiązkowe, które były przewidziane na kolejny rok szkolny (tak, jestem z tego pokolenia które chodziło do biblioteki, w której wywieszona byłą lista lektur dla wszystkich klas). W połowie sierpnia miałam przygotowane już wszystkie podręczniki i zeszyty (pamietać te „pierwsze strony” z wykaligrafowaną nazwą przedmiotu?). A pierwszego września biegłam do szkoły jak na skrzydłach.

To „lubienie” pierwszego września pozostało mi do dzisiaj. Nie wiem, dlaczego tak jest. Może, podobnie jak dla uczniów, dla mnie to też nowy początek. Może to też zmęczenie latem. Należę do tej dziwnej grupy ludzi, która nad słońce i upały przedkłada babie lato, przymrozki i szron na gałęziach. Niezależnie od przyczyn – lubię wrzesień.

Dzisiaj usiadłam, spojrzaąłm w kalendarz i uświadomiłam sobie, że to już niedługo połowa tego miesiąca, a lato – tak bogate w zdarzenia – już za mną. A latem zdarzyło się dużo:

w maju – to już zdecydowanie było lato, patrząc na termometr – zrezygnowałam z dotychczasowej pracy; po ponad dwóch latach zostawiłam miejsce, które tak naprawdę współtworzyłam od podstaw. Nie było łatwo, ale czasem trzeba podjąć taką decyzję , by pójść dalej. Z perspektywy czasu wiem, że trudniejsza od rezygnacji z pracy była sytuacja „niewiadomej”. Nie wiedziała wtedy, co chcę robić dalej. Jaką drogą pójść. Czytaj dalej

Filozoficznie

Refleksja po

2 sierpnia 2016

Jak zapewne się domyślacie – po wizycie papieża. W ostatnim czasie wizytą głowy Kościoła żyła cała Polska. Niezależnie od poglądów. Ja też. Nie bezpośrednio – nie wybrałam się do Krakowa, Częstochowy czy Wieliczki. Nie obejrzałam nawet większości transmisji w telewizji. Nie lubię tłumów. A może tylko się tłumaczę?

Jestem w jakimś stopniu przedstawicielem pokolenia JP2. Urodziłam się, gdy Wojtyła już był papieżem. Całe moje dzieciństwo i nastoletnie życie, które były bardzo blisko związane z kościołem przypadły na czas jego pontyfikatu. Gdy odszedł – jakby to nie zabrzmiało – urząd papieża stracił dla mnie na ważności. Wydawało mi się, że „nie nasz papież” nie jest już tak ważny. Nie osiągnie więcej niż Wojtyła. Nie dokona większego przełomu. Nie wyjdzie bardziej do ludzi. I przyszedł Jorge Mario Bergoglio. Jest bardziej. Bardziej niż Wojtyła. I tym zjednuje sobie ludzi. I tym zraża sobie „współplemieńców” (czyt. „prawdziwych” katolików). No bo jak można być tak skromnym? Tak szczerym? Tak wesołym? Tak prostolinijnym. Można. Czytaj dalej