Przeglądasz kategorie

Życiowo

Bez kategorii Do zobaczenia Filozoficznie W podróży

Jeśli nie Berlin, to może…Kraków?

12 października 2018

Już widzę zdegustowane miny tych, którzy myślą, że Kraków nie może niczym zaskoczyć. No, bo co tam można zobaczyć? Wawel, Rynek Główny, Bramę Floriańską i Kościół Mariacki. No może jeszcze Franciszkańską z papieskim oknem i Collegium Maius. I to by było na tyle. Tak, dla przeciętnego turysty to by było na tyle. Ale jeśli mieszkało się w tym Królewskim Mieście przez sześć lat, z czego pięć to czasy studenckie…. Ten Kraków ma zupełnie inny klimat.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Karmelicka z kościołem na Piasku  i numerem 27, gdzie mieszkał Xawery Dunikowski. No i sam początek ulicy czyli Teatr Bagatela, punkt zborny większości umawiających się w okolicy Plant (drugim punktem był „empik” w Rynku, który w końcu zamknęli, a trzecim skarbonka 😉

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To też boczna Karmelickiej czyli Batorego i willa „Pod Stańczykiem” z witrażami Stanisława Wyspiańskiego. Dzisiaj to siedziba Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego, kiedyś – dom Tadeusza Stryjeńskiego z pracownią w ogrodzie (za moich czasów – siedziba Katedry Judaistyki UJ).

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Mały Rynek z niesamowitym klimatem, szczególnie wczesnym rankiem, gdy widać tylko dostawców dowożących towar do restauracji. Z resztą turyści też rzadziej tutaj trafiają niż na Rynek Główny, który…hmmm… W moje opinii oczywiście.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To też Kazimierz. Ale nie ten turystyczny, wszystkim znany ze stadami wycieczek tylko bardziej zapomniany. Z ulicą Dajwór, która nazwę wzięła od nazwiska dzierżawcy pobliskiego folwarku („droga do Dajwora”, a dzisiaj pod numerem 18 mieści się Żydowskie Muzeum Galicja.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Wola Justowska z całą swoją zielenią i willami, a których najsłynniejsza to oczywiście Willa Decujsza. Chociaż ja zawsze wpatrywałam się w inna, bardziej nowoczesną znaną jako „Dom z gontu”.

To też wiele innych miejsc, które przeżywałam mieszkając w Krakowie i to właśnie te adresy chciałabym pokazać zwiedzającym gród Kraka. Bo Kraków to nie tylko Wawel, Rynek Główny….

Do zobaczenia Filozoficznie W podróży

„Tu byłam” – wakacyjny wyścig zdjęć

20 sierpnia 2018

Wakacje powoli dobiegają końca. Większość ma już za sobą urlopy, bliższe i dalsze wyjazdy. Co zostaje po tych wojażach? Zazwyczaj pamiątki w postaci magnesów na lodówce i oczywiście setki zdjeć, robionych coraz częściej mechanicznie, wręcz odruchowo. Czasem krajobraz, czasem zabytek, najczęściej z selfie z odpowiednim hashtagiem.

Czasem mam wrażenie, że ważniejszy od jakości i kadru jest komunikat – „Tu byłam” i niewypowiedziane ale jakże czytelne dla odbiorcy – „A Ty?.. Gdzie byłaś? Czym możesz się pochwalić?” Wyścig zdjęć. Bo to już nie są wspomnienia czy wyjazdy w celu zobaczenia ciekawych miejsc, poznania innej kultury czy wejścia w skórę mieszkańców odwiedzanego miasta czy wioski. To krucjata zdobywcy. Odhaczenie na swoim profilu kolejnej modnej destynacji. Przecież nie wypada wrzucić zdjęcia znad polskiego morza, gdy wszyscy fotografują się na tle Burj al Arab.  Nie ważne, że nie stać Cię na wypicie tam herbaty. Ha… z herbatą – liczy się fotka na tle. No i koniecznie różowy flaming w hotelowym basenie w Hurgadzie. Nie trzeba nawet oznaczać, że to Egipt. Z resztą kraj faraonów to już chyba lekko passe – lepiej błysnąć nazwą dziesięciogwiazdkowego hotelu, byle z flamingiem. A inni nich zazdroszczą, bo fotki na Insta tylko z Chorwacji czy Grecji. Kto by dzisiaj do Chorwacji jeździł? To było modne lata temu. A Grecji?.. Phi… Kompletny przeżytek. I jeszcze ci uchodźcy. Dubaj, to jest. No może jeszcze Bali. Ale konkretnie hashtag #Bali, nie jakaś Tajlandia czy Phuket, gdzie wszyscy fotografowali się jeszcze za czasów NaszejKlasy.

I tak podbijamy ten komercyjny świat, dokumentując kolejne kilometry selfie ze słoniem, wielbłądem czy umorusanym czarnoskórym dzieckiem. Pstryk i jest foto, można ruszać dalej. Nie patrząc na to, co się za sobą zostawia. Że ten słoń niekoniecznie stworzony jest do zdjęć, że często bity i niedożywiony.  Że wielbłąd trzymany w mało ekskluzywnych warunkach, a dziecko wypchnięte na ulicę przez rodziców, bo szybciej wyszarpie kasę od turysty niż dorosły. Nie ważne. Jest fota. I tylko to się liczy. Kilkusekundowe wspomnienie mierzone liczbą lajków.

Lubie podróże i odkrywanie nowych miejsc. Szczególnie tych zapomnianych i mało popularnych. Zawsze zabieram za sobą aparat. Normalną lustrzankę, która wymaga ustawień i nie robi selfie na zawołanie, a zdjęcia z niej ciężko ogarnąć jednym przyciskiem „filtr”. Mam jednak mało zdjeć, na których jestem sama „na tle”, „z” „obok”. Skupiam się raczej na zabytkach, krajobrazach. Ale ze zwierzętami się czasem fotografuję 😉

 

A Wy? Jakie macie wspomnienia z ostatnich wakacji? Coś więcej niż szybkie foto z białym misiem w Zakopanem?

 

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij Życiowo

Weganka w butach ze skóry

13 sierpnia 2018

Przyjęło się, że jeśli weganin/wegetarianin,  to od razu wojujący ekolog w lnianych koszulach, wyznający buddyzm, stosujący się do zasad zero-waste i praktykujący jogę. Wystarczy, że powiesz: „Nie jem mięsa” i od razu trafiasz do odpowiedniej szufladki. Nikt nie pyta, dlaczego, po co  i z kim. To oczywiste, że nie jesz, bo mając naście lat przeszedłeś okres buntu wobec całego świata, chciałeś jakoś zaakcentować swoją inność i zbuntowałeś się przeciwko niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt. I tak już Ci zostało. Koniec. Kropka. Dalszej dyskusji brak.

A ja jednak podyskutuję bazując na własnym przykładzie. Wychowałam się na wsi, gdzie od początku było wiadomo, że jajko znosi kura, krowę trzeba doić żeby było mleko – docelowo masło i sery, koń to zwierzę głównie pociągowe, a los świń też jest przesądzony. I pomimo tej całej celowości nigdy nie widziałam, żeby zwierzęta z gospodarstwa moich dziadków nie były szanowne. Zawsze nakarmione, zadbane, oporządzone. Ba, w Wigilię Bożego Narodzenia dostawały kawałek opłatka, bo babcia zawsze powtarzała, że to też boże stworzenia. Była w tym wszystkim jakaś równowaga. A ja w tę równowagę się wpisywałam. I tak długo jak mieszkałam w domu, jadłam mięso, sery, jajka i truskawki ze śmietaną. A później przestałam. Nie dlatego, że nagle dorosłam, przejrzałam na oczy i zobaczyłam w tych zwierzętach istoty o równych sobie prawach, które ktoś beznamiętnie morduje i nakłada sobie na talerz. Dorosłam i zobaczyłam, że to, co w siebie pakuję w ramach odżywiania (czytaj: mięso), to niekoniecznie produkt, którego mój organizm potrzebuje.

Autorka (w bieli), w czasach wczesnej młodości, gdy namiętnie konsumowała produkty odzwierzęce – głównie mleko.

Jestem egoistką, jeśli chodzi o mój organizm. Mam świadomość, że jeśli chcę by moje ciało posłużyło mi przez kolejne lata, muszę o nie dbać. Nie tylko zewnętrznie ale i wewnętrznie. A zajadanie się stekami, kurczakiem i szaszłykami z grilla na pewno mu nie służy. Lepiej dla niego, a tym samym dla mnie, zjeść sałatkę, strączki czy miskę owoców. Bo mój organizm woli właśnie to. A skoro woli, to tym go karmię. I dlatego nie jem mięsa.

Ale wiem też, że mój organizm nie lubi kontaktu z tworzywami sztucznymi. Nie znosi zapachu kleju używanego do produkcji szmacianych balerin za 30 PLN w Chinach. Nie przepada, gdy ociera go torebka czy plecak z syntetyku czy ciężko mu oddychać, gdy zgrzeje się zimą w „plastikowej” kurtce. Dlatego ubieram go w skórzane buty, które noszę po 5-6 lat. Korzystam ze skórzanej torebki, której paski nie ocierają mi skóry. A zimą zakładam wełniany płaszcz czy sweter z kaszmiru i skórzaną kurtkę, żeby ciało się nie grzało i swobodnie oddychało.

A ja sama też lubię swobodnie oddychać czystym powietrzem. Nie tym zanieczyszczonym substancjami powstałymi z utylizacji torebek z ekoskóry czy przy produkcji kultowych „mellisek” (tutaj jeszcze warto pamiętać o wycince lasów pod plantacje kauczuku).

I przy tym całym moim egoizmie wierzę, że nie jedząc mięsa w jakimś minimalnym stopniu wpływam na ograniczenie jego produkcji.

Gdyby blog był bardziej popularny, z pewnością pod tym wpisem doświadczyłaby fali hejtu, ze strony „prawdziwych wegetarian”. Mam jednak ten luksus jakim jest mała popularność Namysłowskiej, a co za tym idzie – inteligentni czytelnicy. Zatem – czekam na konstruktywne opinie 😉

Filozoficznie

Jimek cd.

9 lipca 2018

Wiem, że już był wpis o NIM ale musi być jeszcze jeden, bo go uwielbiam. Ostatnio dowiedziałam się o tej fantastycznej inicjatywie. Niestety, na koncert który odbędzie się we Wrocławiu na zakończenie Brave Festival,  nie pójdę – brak biletów. Odbiję to sobie w październiku w Gliwicach. Na Jimek Festival. A teraz sami zobaczcie

Filozoficznie Życiowo

Głupiejemy czyli w pogoni za modą

3 lipca 2018

Dzisiaj znów na bazie mojego ulubionego FB i dyskusji w grupach, które tam obserwuję.

Pierwsza grupa gromadzi zwolenników nurtu „Zero Waste” czyli maksymalnego ograniczenia wytwarzania odpadów. Tych grup na portalu jest mnóstwo. Osoby aktywne na tym konkretnym forum, zaznaczają, że wszystko jest „bez spiny”. Czyli mamy troskę o ograniczanie produkcji śmieci ale nie kosztem innych obszarów. Bo o to, jak już kiedyś pisałam, nie jest trudno. Ta grupa  i prowadzone w niej dyskusje wydają mi się zdecydowanie bardziej racjonalne. Chociaż…trafiłam na pytanie osoby, która zakupiła większą ilość szklanych pojemników (teraz wypada wszystko trzymać w szkle)  i już po fakcie dopytuje, co w nich trzymać….. Zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze zrozumiałam tok działania piszącej. Zazwyczaj kupujemy coś, czego nam brakuje i gdy to już mamy, zaczyna ono spełniać swoją rolę. Tutaj jednak było inaczej – najpierw zakup pojemników, a później szukanie dla nich zastosowania. Moje wątpliwości (dołączyłam do dyskusji z pytaniem, jaka logika) rozwiała inna uczestniczka, pisząc (ironicznie): „Bo promocja była”. Obawiam się jednak, że nie o promocję chodzi. Może o modę na szklane pojemniki? Na to, że teraz nie wypada przechowywać w plastikowych?…

Druga grupa to czytający. Wbrew statystykom grzmiącym, że czytelnictwo u Polsce zamiera, książka odchodzi do lamusa, a słowo pisane wypiera obrazek, grupa stosunkowo liczna. Szczególnie, że członkowie nie dyskutują o całości literatury ale tylko o jednej gałęzi – o kryminałach. Grupa dla mnie wprost stworzona. Kocham kryminały. Zaczytuję się nimi i…powoli zaczyna mi brakować inspiracji. Mam już za sobą klasykę w postaci Chandlera  i Christie. Skandynawskie kryminały też przerobiłam. Polskie.. Amerykańskie… Stwierdziłam, że w grupie ratunek. Na pewno polecą coś nowego/dobrego/wartościowego…perełkę. I polecili…Mroza, Puzyńską, Chmielarza, Mroza, Puzyńską, Chmielarza… Niby rynek książki kryminalnej bogaty, a tutaj nazwiska wciąż te sam. Żeby nie było – lubię i przeczytałam Puzyńską, spróbowałam Mroza, a ostatnio Chmielarza. Znam, wiem jak to smakuje. I chyba wszyscy to wiedzą. Nie ukrywajmy, to autorzy „na topie”. Dzisiaj się ich czyta. Wszyscy ich czytają. Oni są modni…

I jeszcze jedna grupa (w tej wytrzymałam najdłużej). Pamiętacie lata 80-te i kolorowy telewizor wielkości szafki, na którym stała paprotka? A może stare dworce PKS, gdzie królowały fikusy i inne zielone giganty, którym to upiorne otoczenie nie przeszkadzało? Ja też pamietam. Ale to było dawno. To był ten straszny peerel. A teraz jest nowe, lepsze, ładniejsze. I rośliny powoli wracają do mieszkań. Idealnie uzupełniają minimalistyczne wnętrza. Sama mam na ich punkcie bzika. Winna jest temu ona ale to już inna historia. Ale wracając do sedna. Tak, mam 24 doniczki. Bananowca, bluszcz, araukarię, fikusa dębolistnego, fikusa benjamina, palmę daktylową i jeszcze wiele innych. Przyznaję mam też monsterę, ceropegię i filodendrona pnącego. Bo uwielbiam zielone. I lubię rośliny z klasy obrazkowatych. I będę je lubić nawet, gdy przestaną być modne. A może jeszcze jeszcze bardziej je wtedy polubię. Niezależnie od tej mody…

Filozoficznie Internety Życiowo

Czytanie… Mówienie… Ze zrozumieniem

25 czerwca 2018

Pamiętacie reformę edukacji, w ramach której wprowadzono gimnazja? Wszyscy na to pomstowali – głównie na same gimnazja ale też na nowy system egzaminowania. Testy, klucze, teksty do analizy. No i najgorsze – czytanie z zrozumieniem. To już było samo zło. Przyznaję, osobiście się irytowałam i zastanawiałam, co co chodzi. Przecież to oczywiste – jak czytasz, to rozumiesz tekst, który tworzą te litery. Z perspektywy czasu oceniam, że jednak tak łatwo nie jest. Czytanie ze zrozumieniem jest problematyczne. Podobnie jak słuchanie. Sami zobaczcie. 

 

Rozmowa przy śniadaniu:

Córka: Wyspałaś się?

Mama: No nie do końca. Szyja mnie boli.

Córka: To może źle poduszkę podłożyłaś i teraz mięśnie się muszą rozgrzać. Jak chcesz, mogę ci to rozmasować

Mama: No strasznie mnie to boli. Tak jakoś ciągnie… (wyraz twarzy potwierdza, że boli)

Córka: Tak jak mówiłam, może źle poduszkę podłożyłaś i teraz mięśnie się muszą rozgrzać. Jak chcesz, mogę ci to rozmasować..

Mama: Sama nie wiem, od czego – czy to poduszka, czy się źle ułożyłam. Mam nadzieję, że to tylko mięśnie i szybko puści

Córka: Tak myślę właśnie, że mięśnie się zastały  i teraz muszą się rozgrzać. Jak chcesz, mogę ci to rozmasować…

Mama: No trudno… Widać tak wygląda starość

 

Dyskusja na forum fb, grupa minimalistów

Kasia:Poradźcie co robić. Przed nami międzynarodowa przeprowadzka. Opuszczamy berlińskie mieszkanie 240 metrów i przenosimy się do mniejszego – 160 metrów w Londynie. Zupełnie nie wiem, jak się za to zabrać. Jak się pakować, w sensie w co, w jakiej kolejności, co zabrać, z czego zrezygnować.  Od ponad roku staram się wprowadzać w nasze życie zasady minimalizmu, bardzo już ograniczyliśmy nasz dobytek ale jeszcze tego trochę jest i obawiam się, że nie pomieścimy się na tak małej przestrzeni.  Stąd moje pytanie – jak to zorganizować? Macie doświadczenia przeprowadzkowe? Z góry dziękuję za pomoc”

Grześ: No…160 metrów to naprawdę maleństwo…

Gabrysia: Co to za minimalizm na 240 metrach…

Agnieszka: My (model 2+2) mamy 60 metrów i masę wolnego miejsca. Mało rzeczy  =  mało problemów z przeprowadzką

Jaś: Rany.. . ile trzeba mieć rzeczy, żeby te 240 metrów zagracić…

Małgosia: Chyba najlepszym rozwiązaniem będzie firma zajmująca się przeprowadzkami

Grześ: I co Ci pomoże firma przeprowadzkowa – nowego mieszkania im nie powiększy (hahahahhahhaha)

 

I tak można wymieniać bez końca. Bo chyba jednak jest problem z rozumieniem, zrozumieniem, porozumiewaniem. Wy też tak macie? Też to widzicie?

Filozoficznie Internety

Otchłań internetu

18 czerwca 2018

Ręka do góry, kto chociaż raz dolegliwościach typu ból brzucha, głowy czy temperatura nie szukał pomocy u doktora Google? Konsultujemy z nim objawy, opinie prawdziwego lekarza, wyniki. Radzimy się i radzimy innym. Ale jest nie tylko doktor Google – lekarz rodzinny. Internet zaczyna być niezastąpionym źródłem informacji, wiedzy i opinii. Żeby sprawdzić, co jest stolicą Kamerunu czy jak nazywa się najwyższy szczyt Ameryki Południowej, nikt nie sięga już do książkowej encyklopedii stworzonej przez sztab specjalistów; najpopularniejszym źródłem wiedzy jest Wikipedia. Wpisujemy, otrzymujemy informację i nie zastanawiamy się nad jej wiarygodnością i źródłem. A z tym bywa różnie.

Mętne wody jeziora w Skalnym mieście

Jako copywriter trafiam często na ogłoszenia typu: „Zlecę serię artykułów medycznych”, „Teksty na portal o problemach zdrowotnych”, „Do napisania poradnik – jak radzić sobie z depresją”. Przyznam, że mnie przerażają. Nawet podwójnie. Za strony nadawcy ale też odbiorcy. Zastanawiam się często, czy osoba wrzucająca tego typu zlecenia zastanawia się nad ich konsekwencjami. Nad tym, czy ten tekst docelowo komuś nie zaszkodzi. Czy potencjalny chory, przeczytawszy poradnik o depresji, nie zaniecha wizyty u specjalisty, a tym samym nie pogorszy swojej sytuacji. Nie twierdzę, że wszystkie teksty tworzone są przez specjalistów ale w branży copywritingu. Z pewnością są i takie, które tworzą osoby z doświadczenie zawodowym i naukowym w danej dziedzinie. Niemniej jednak czytając ogłoszenia najczęściej trafiamy na informację, że decydującym kryterium przy wyborze autora jest cena. Czasem doświadczenia. O ile doświadczenie może być pomocne (wszak trochę tekstów w danej dziedzinie trzeba stworzyć by je nabyć), o tyle cena, ta najniższa, oferowana jest zazwyczaj przez początkujących pisarzy. Oczywiście są obszary, gdzie brak doświadczenia ze strony piszącego nie spowoduje szkody u czytelnika. Wszak mało rzetelna recenzja książki czy niedopracowany przepis na babkę piaskową, nie spowodują katastrofy. Jednak wszystko, co związane z naszym zdrowiem czy bezpieczeństwem, wymaga sprawdzonej wiedzy. Wiem, istnieje coś takiego jak „reaserch” jednak on też często przeprowadzany jest w oparciu o źródła internetowe. I tak koło się zamyka.

Dużym zainteresowaniem/popytem cieszy się również marketing szeptany. Dla nieznających tematu – chodzi o polecanie, wystawianie pozytywnych opinii o produktach. Najcześciej – niestety – bez uprzedniego ich sprawdzenia. Wiele osób decydując się na zakup sprzętu RTV, wybór fryzjera czy biura podróży, kieruje się pozytywnymi opiniami zamieszczanymi w internecie. Często, nie  zdając sobie sprawy z tego, że te pozytywne wystawiane są przez osoby zupełnie nieznające tematu, za to odpowiednio opłacone. W przypadku marketingu szeptanego ciężko mówić o poważnych szkodach, niemniej jednak rzetelność i wiarygodność sprzedającego czy usługodawcy pozostawia wiele do życzenia.

Internet to niezgłębione źródło informacji. Można w nim wiele znaleźć, można bardzo skorzystać. Potrzebne jest tylko odpowiednie sito. Sama stosuję takowe od kiedy sama zaczęłam pisać „do internetu”. A Wy? Jak korzystacie z informacji w sieci? Macie system weryfikacji? Dzielicie przez pięć wszystko, co w nim wyczytacie? Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach w tym temacie.

Bez kategorii Dla ciała Filozoficznie Zdrowo Zjedz i wypij

Mini, zero, wege,eko czyli o popadaniu w skrajności

4 czerwca 2018

Na początek rozwinięcie tytułu – chodzi oczywiście o minimalizm, zero-waste, wegatarianizm i ekologia. Dla mnie to  pojęcia (trendy?) same w sobie oznaczajace jakąś skrajość. Myślałam, że tak jest u większości. Przekonuje się jednak, że niekoniecznie. I o tym właśnie dzisiejszy tekst, który ma trzy źródła: post Venili, spostrzeżenia koleżanki i moja własne dedukcja.

laptop, gazeta vegetables, okulary, zero waste na telefonie

Zacznijmy od wspomnianego postu, który ukazał się całkiem niedawno na blogu Venili Kostis. Autorka poruszyła bardzo ciekawy temat – napisała o minusach minimalizmu. I to, wg mnie bardzo nietypowych. Czy raczej takich, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam, a jednak mnie dotyczą. Przede wszystkim wspomniane przez Venilę „urządzanie innym życia”. Na czym polega? Przyjeżdżasz w odwiedziny do rodziców/kuzynki/znajomych, wchodzisz do garderoby mamy/kuzynki/koleżanki i widzisz całe stery ubrań, kartony butów i półki wyładowane apaszkami, torebkami i innymi akcesoriami. Aż Cię kusi żeby to „ogarnąć”, przegospodarować. No zwyczajnie pozbyć się 90%. I już masz to na końcu języka ale widzisz, że mama/kuzynka/koleżanka dobrze się z tym czuje. Świetnie odnajduje się w swoim królestwie. Praktycznie nie ma rzeczy, która leżałaby odłogiem. I pewnie czułaby się zdecydowanie gorzej, mając tak jak Ty 3 pary dżinsów, 2 torebki i 3 pary butów na lato. Ona wie i rozumie, że da się żyć tak jak Ty żyjesz. Zaakceptuj to, że ona żyje inaczej i odpuść. Sobie i jej. Nie popadaj w skrajność minimalizowania.

Przyjaciółka, przerażona ilością wytwarzanych śmieci zainteresowała się popularnym ostatnio zjawiskiem „zero-waste”. Od lat segreguje śmieci, na zakupy chodzi z tekstylną torbą, nie bierze w sklepie jednorazówek. Chciałaby jednak czegoś więcej i zaczęła szukać w internetach. I tak trafiła do jednej z grup na fb, poświęconych właśnie życiu „zero-waste”. Tak jak przewidywała, znalazła tam sporo rad, odnośnie bardziej bezśmieciowego życia. Członkowie grupy dzielą się swoimi doświadczeniami, ci początkujący, szukają rady. Jest ok. Do momentu, gdy nie zaczyna się bezśmieciowa ortodoksja. Jedne z  dyskutantów pisze, że umył samochód z ptasich odchodów używając wielorazowego ręcznika i tradycyjnej gąbki. Po operacji wszystko przyniósł do domu i wyprał w 95 stopniach. Ma jednak wątpliwości, czy to wystarczające środki ostrożności  i czy aby nie powtórzyć czynności. Powiedzmy, że wątpliwości uzasadnione. Ale już koncepcja powtórnego prania czy – jak radzą inni: „Ja bym wyszorowała bęben prali sodą i puściła pusty przebieg z dużą ilością octu”, trochę wątpliwa. Ja rozumiem, że porządki z wykorzystaniem „środków” wielokrotnego użyciu. Że troka o zdrowie i higienę. Ale jest też ekologia i troska o środowisko. O zużycie  i marnotrawienie wody. O zużycie energii, która w PL niestety nie pochodzi jeszcze w większości ze źródeł odnawianych. O wykorzystane do mycia samochodu i prania detergenty, które wnikają w glebę. Nie popadaj w skrajność bezśmieciowego życia kosztem środowiska naturalnego.

Najpierw zaczęłam mimowolnie ograniczać szafę ze zbędnych ubrań. Później przyszła kolej na papierowe książki i całą resztę  „stojaków” i „kurzozbieraczy”. To nie było planowane. Jakoś tak samo z siebie wychodziło. Później przyszła – też jakoś tak naturalnie kolej na „zero-waste”; przy czym zmain poznałam nazwę i polecane metody, już sama przeszłam w praktykę. W tak zwanym między czasie pojawił się wegetarianizm. W moim przypadku ten sposób żywienia ma podłoże egoistyczne. Oczywiście los zwierząt, niehumanitarne ich traktowanie i sposoby „produkcji” są dla mnie bardzo ważne i jestem temu zdecydowanie przeciwna. Jednak równie ważne jest dla mnie moje własne ciało i to, czym go karmię i jak traktuję. Dlatego staram się go dobrze i zdrowo odżywiać i nie nadwyrężać trawieniem steków i filetów z antybiotykowego kurczaka. Dostarczam mu warzywa i owoce, karmię kaszami i ziarnami. Jem zdrowo. Ale bez szaleństwa. Nie jadłam nigdy chia, bo równie dobre jest siemię lniane. Nie krytykuję mięsożerców, bo uważam, że podobnie jak ja, mają swój własny pomysł na żywienie. Nie rezygnuję z wyjścia z przyjaciółmi pomimo, że to kolacja w stek-house; idę i zamawiam sałatkę podobniejak oni ciesząc się jedzeniem. Nie popadam w skrajność. I żyję.

A jak Wy żyjecie? Odnajdujecie równowagę między mini, zero, wege i eko? A może wszystko przychodzi Wam zupełnie naturalnie. Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń.

Filozoficznie Obyczajowe Życiowo

Minimalista kolekcjoner

14 maja 2018

Do napisania dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie Kasia z Simplicite, która na swoim Instagramie zamieściła zdjęcie pięknego kubka na czterech nogach. Jednego ze swojej kolekcji. Bo Kasia zbiera, a raczej zbierała, kubki. Tak, wiem, niektórym może wydać się to dziwne, że minimalista może być kolekcjonerem. Wielu może to nawet oburzyć. No cóż… Daleko mi jeszcze do Kasi. Do osób, których majątek ogranicza się do 100, 200 czy 365 przedmiotów – tym bardziej. Ale mogę powiedzieć, że idea minimalizmu jest bliska mojemu sercu. W ostatnich latach pozbyłam się wielu rzeczy, wśród nich takich, które wydawały mi się wcześniej do funkcjonowania niezbędne. Ba, ja – mól książkowy zakochany w zapachu zadrukowanego papieru – przetrzebiłam własną biblioteczkę przechodząc z książki papierowej na elektroniczną. Ubrań też mam zdecydowanie mniej. Mniej butów. Są jednak rzeczy, których nie ubywa, a wręcz przeciwnie – z czasem ich przybędzie. To moje kolekcje. I dzisiaj o nich.

Szklany pojemnik z zegarkami

Pierwsza to zegarki. Od razu zaznaczam, nie ścienne kukułki, nie budziki, nie stojące czasomierze z wahadłem. Uwielbiam zegarki na rękę. Na codzień nie noszę prawie zupełnie biżuterii. Od wielkiego święta zdarza mi się założyć kolczyki. Na szyi jeśli już to motam apaszkę (ale przyznam – marzy mi się wisiorek, o – taki). Za to na lewym nadgarstku zawsze mam zegarek, który służy mi do mierzenia czasu. Domyślam się, że odbiegam od normy czyli większości, która sprawdza godzinę na telefonie ale jakoś mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – nie wyobrażam sobie zerkania na komórkę, by sprawdzić, która jest godzina. Do tego służy mi zegarek. Ale moje czasomierze traktuję też jako ozdobę. Jeśli już się na jakiś decyduję, musi być naprawdę niepowtarzalny. A dzięki temu, że jestem wybredna, moja kolekcja nie powiększa się w zastraszajacym tempie. To nie jest też tak, że podobają mi się tylko te z logo Rolex czy Patek – wręcz przeciwnie – większość to zegarki kupione w sieciówkach. Ich pochodzenie wobec designu nie miało znaczenia. Ale moi ulubieńcy to zegarki autorskiej marki Ewa Saj. Najpiękniejsze cuda na świcie. Niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Każdy z nich opowiada swoją historię. Z resztą sami zobaczcie, czy nie są piękne? Na tych tarczach aż czas płynie wolniej.

Druga moja kolekcja to świeczniki. Delikatnie mówiąc nietypowe, bo żydowskie. Większość w Was z pewnością kojarzy charakterystyczny, siedmioramienny świecznik zwany menorą. To jeden z najbardziej znanych symboli judaizmu. Widnieje między innymi w herbie państwa Izrael ale stanowi też element dekoracyjny umieszczany na ścianach synagog. I taką piękną menorę mam. Kupioną w czasie wakacyjnych wojaży po Mazurach, na lokalnym targu. Patrzyła na mnie spomiędzy starych talerzy i pordzewiałych zawiasów. Zupełnie nieplanowany zakup. Poza nią są jeszcze dwie chanukije. Jedna stylizowana na menorę, druga bardziej tradycyjna. Od tej pierwszej zaczęła się kolekcja. To też zakup przypadkowy. Znaleziona w sklepie ze starymi meblami, w okazyjnej cenie, bo – jak to ujął sprzedawca: „Wypaczona ta menora – za dużo ramion ma”. Bo rzeczywiście ma za dużo ramion – tyle ile powinien mieć tradycyjny świecznik chanukowy. Podobnie jak drugi egzemplarz z mojej kolekcji – tym razem „trafiony” z sklepie z odzieżą używaną. Lubię te moje świecidełka – piękne, prawda?

Świecznik chanukowy

Jak widzicie, mało rozbudowane te moje kolekcje i słaby ze mnie kolekcjoner, bo zegarków mam sześć, a świeczników trzy. Zbiory pewnie się powiększą ale nie szybko – żadna z tych rzeczy nie była kompulsywnym zakupem dla zaspokojenia samej potrzeby kupowania. Wszystkie świeczniki to przypadek, zegarki – starannie zaplanowane i wyselekcjonowane. A jak to się ma do minimalizmu? Myślę, że jest zgodne z jego ideą. Zarówno przedmioty z jednej, jak i drugiej kolekcji są przeze mnie użytkowane. Czerpię radość z ich posiadania ale też samego używania. Kupuję je z rozmysłem i z wewnętrznej potrzeby i nie mam wyrzutów sumienia, że wydałam na nie pieniądze. Nie szukam ich usilnie, nie śledzę internetowych aukcji, chociaż mogłabym, bo pięknych świeczników jest na nich sporo. Bo chyba głównie o to chodzi w minimalizmie, by nabywać z uwagą, a zakupy ograniczyć do tych przedmiotów, które nam służą – pośrednio i dosłownie.

Pochwalcie się swoimi kolekcjami? Zbieracie? Czy może w Waszym rozumieniu minimalizm to również rezygnacja z kolekcji. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Filozoficznie Życiowo

Blog bloga blogiem pogania…

7 maja 2018

Szukałam ostatnio na swoim blogu pewnego wpisu i zajrzałam do archiwum. Z zaskoczenie stwierdziłam, że blog istnieje już siedem lat. Pierwsze wpisy pojawiły się w maju 2011 roku, gdy mieszkałam jeszcze we Wrocławiu. Z dumą stwierdzam, że przetrwał wiele – moich „kryzysów twórczych”, zmian miejsca zamieszkania, jak i fascynacji. Ale dzielnie przetrzymał wszystko. Nie poddawał się trendom, modom i reklamom. Ale też nie stał w miejscu – cały czas się zmieniał i nadal ewoluuje. Dlaczego o tym dzisiaj piszę? Można powiedzieć, że to efekt moich ostatnich obserwacji tak zwanej „blogosfery”.

Blogosfera - definicja z Wikipedii

Zacznijmy może jednak od tego,że blogi czytam (i komentuję – bo chyba wtedy ich lektura ma sens) od dobrych kilku lat. Szczególnie nasiliło się to, gdy zaczęłam interesować się minimalizmem i ekologicznym stylem życia. Nie ukrywam, wiele z nich pomogło mi i stanowiło (i nadal stanowi) fantastyczne źródło informacji. Mój minimalizm zaczynał się od sfery „odzieżowej” i tutaj nieocenione okazały się Joasia z bloga Joanna Glogaza oraz Dorota czyli Kameralna. Nie mogę też pominąć dwóch innych moich blogowych mentorek czyli Kasi z Simplicite oraz Ajki – pionerki polskiego minimalizmu.

W tak zwanym między czasie przez moja blogową czytelnię przewinęło się wiele innych blogów;  w mojej opinii mniej lub bardziej wartościowych. Z resztą już samo użycie czasu przeszłego, o czymś świadczy. Czytywałam je przez jakiś czas ale prędzej czy później odchodziłam od ich regularnej lektury. W zakładce „Czytelnia”, ciągle się zmieniającej, przetrwały nieliczne. Dlaczego? Bo okazały się „niekomercyjne”.  Już słyszę te głosy oburzenia, że blogi są po to by na nich zarabiać, że nie muszę czytać, że to źródło opinii i tak dalej. Jasne. Zgadzam się. W stu procentach. Planując zakup małego AGD czy gadżetu do biegania, szybciej uwierzę opinii „zaufanego” blogera niż pozytywnym opiniom na stronie (wiem, na jakich zasadach powstają). Nie mam za złe autorom postów, że współpracują z konkretnymi markami i prezentują produkty nie ukrywając ich nazwy czy wręcz świadomie ją podkreślając. Cieszę się, gdy w ramach nowego wpisu autor poleca inny ciekawy blog. To jest dla mnie nawet pomocne, bo wiem, że będzie to raczej miejsce godne uwagi. Są jednak sytuacje, które sprawiają, że na danego bloga zaglądam coraz rzadziej, a finalnie usuwam z listy jego adres i o nim zapominam. Dzieje się tak, gdy wartościowy blog zaczyna zmieniać się w zestawienie zestawień. Jest ok, gdy raz w miesiącu pojawia się „Podsumowanie miesiąca” czy coś w stylu „To mnie ostatnio zaciekawiło”. Ale jeśli na dwa wpisy tygodniowo, jeden nosi tytuł – „Podsumowanie ostatnich siedmiu dni” to zaczynam się trochę nudzić.

Podobnie dzieje się, gdy z kliku blogów, które czyta(ła)m tworzy się coś w stylu „kącika wzajemnej adoracji”. Nie zrozumcie mnie źle – mam świadomość, że blogosfera się zna, przyjaźni, spotyka i dobrze rozumie. Że warto polecać ciekawe posty, do których zwykły czytelnik może nie dotrzeć. Niemniej jednak, gdy w gronie trzech, czterech autorów ma miejsce ciągłe polecanie się na wzajem… No cóż, tego rodzaju media przestają być dla mnie interesujące. Dlaczego? Może trochę przestaję wierzyć w obiektywizm ich autorów? Jednak przede wszystkim zaczynam odczuwać przesyt. Gdy czytam post, widzę Instastory, które odsyła mnie do innego bloga, a ten do kolejnego, który z kolei powoduje powrót do pierwszego…nudzę się. I odpuszczam.

Sama mam bloga i niektórzy zarzucą mi, że powyższe powstało z czystej zazdrości, bo mnie nikt nie poleca, żaden znany bloger nie odsyła do moich postów. Bynajmniej, nic z tych rzeczy. Nie cierpię na tego typu dolegliwości. Z prostej przyczyny – mój blog, to przede wszystkim moja praca. Zajmuję się copywritingiem i tworząc posty doskonalę styl i szlifuję warsztat; pisząc kolejne wpisy szukam informacji, poszerzam słownictwo, drążę u źródeł. A całe archiwum wpisów to moje portfolio. I to jest dla mnie najważniejsze. Oczywiście, na blogu pojawiają się recenzje i „testy” produktów ale tylko tych, które mnie naprawdę zainteresowały i uważam, że mogą być przydatne dla innych, a dodatkowo pozwalają mi zaprezentować się jako „copywriter – recenzent”. Dlatego też tak bardzo cenię sobie blogi, które istnieją już wiele lat bez polecenia. Ich autorzy nie zajmują pierwszych miejsc w rankingach i zestawieniach, bo zwyczajnie o to nie dbają. Ważniejsze od „bywania” jest to, co blog sobą prezentuje. I do tych blogów od lat wracam.

Zrobiłam ostatnio test – wyczyściłam zakładkę „Czytelnia” w moim laptopie, a tym samym zniknęły linki do blogów, które regularnie czytałam. Stwierdziłam, że będę polegać na własnej pamięci. Jaki efekt? Wracam regularnie pod cztery adresy – sami domyślcie się, które 🙂 A jak u Was? Co czytacie? Macie stałe miejscówki, czy szukacie nowych? Co sprawia, że konkretnego bloga lubicie, wracacie do niego czy też wręcz odwrotnie?