Przeglądasz kategorie

Życiowo

Filozoficznie Obyczajowe Życiowo

Minimalista kolekcjoner

14 maja 2018

Do napisania dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie Kasia z Simplicite, która na swoim Instagramie zamieściła zdjęcie pięknego kubka na czterech nogach. Jednego ze swojej kolekcji. Bo Kasia zbiera, a raczej zbierała, kubki. Tak, wiem, niektórym może wydać się to dziwne, że minimalista może być kolekcjonerem. Wielu może to nawet oburzyć. No cóż… Daleko mi jeszcze do Kasi. Do osób, których majątek ogranicza się do 100, 200 czy 365 przedmiotów – tym bardziej. Ale mogę powiedzieć, że idea minimalizmu jest bliska mojemu sercu. W ostatnich latach pozbyłam się wielu rzeczy, wśród nich takich, które wydawały mi się wcześniej do funkcjonowania niezbędne. Ba, ja – mól książkowy zakochany w zapachu zadrukowanego papieru – przetrzebiłam własną biblioteczkę przechodząc z książki papierowej na elektroniczną. Ubrań też mam zdecydowanie mniej. Mniej butów. Są jednak rzeczy, których nie ubywa, a wręcz przeciwnie – z czasem ich przybędzie. To moje kolekcje. I dzisiaj o nich.

Szklany pojemnik z zegarkami

Pierwsza to zegarki. Od razu zaznaczam, nie ścienne kukułki, nie budziki, nie stojące czasomierze z wahadłem. Uwielbiam zegarki na rękę. Na codzień nie noszę prawie zupełnie biżuterii. Od wielkiego święta zdarza mi się założyć kolczyki. Na szyi jeśli już to motam apaszkę (ale przyznam – marzy mi się wisiorek, o – taki). Za to na lewym nadgarstku zawsze mam zegarek, który służy mi do mierzenia czasu. Domyślam się, że odbiegam od normy czyli większości, która sprawdza godzinę na telefonie ale jakoś mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – nie wyobrażam sobie zerkania na komórkę, by sprawdzić, która jest godzina. Do tego służy mi zegarek. Ale moje czasomierze traktuję też jako ozdobę. Jeśli już się na jakiś decyduję, musi być naprawdę niepowtarzalny. A dzięki temu, że jestem wybredna, moja kolekcja nie powiększa się w zastraszajacym tempie. To nie jest też tak, że podobają mi się tylko te z logo Rolex czy Patek – wręcz przeciwnie – większość to zegarki kupione w sieciówkach. Ich pochodzenie wobec designu nie miało znaczenia. Ale moi ulubieńcy to zegarki autorskiej marki Ewa Saj. Najpiękniejsze cuda na świcie. Niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Każdy z nich opowiada swoją historię. Z resztą sami zobaczcie, czy nie są piękne? Na tych tarczach aż czas płynie wolniej.

Druga moja kolekcja to świeczniki. Delikatnie mówiąc nietypowe, bo żydowskie. Większość w Was z pewnością kojarzy charakterystyczny, siedmioramienny świecznik zwany menorą. To jeden z najbardziej znanych symboli judaizmu. Widnieje między innymi w herbie państwa Izrael ale stanowi też element dekoracyjny umieszczany na ścianach synagog. I taką piękną menorę mam. Kupioną w czasie wakacyjnych wojaży po Mazurach, na lokalnym targu. Patrzyła na mnie spomiędzy starych talerzy i pordzewiałych zawiasów. Zupełnie nieplanowany zakup. Poza nią są jeszcze dwie chanukije. Jedna stylizowana na menorę, druga bardziej tradycyjna. Od tej pierwszej zaczęła się kolekcja. To też zakup przypadkowy. Znaleziona w sklepie ze starymi meblami, w okazyjnej cenie, bo – jak to ujął sprzedawca: „Wypaczona ta menora – za dużo ramion ma”. Bo rzeczywiście ma za dużo ramion – tyle ile powinien mieć tradycyjny świecznik chanukowy. Podobnie jak drugi egzemplarz z mojej kolekcji – tym razem „trafiony” z sklepie z odzieżą używaną. Lubię te moje świecidełka – piękne, prawda?

Świecznik chanukowy

Jak widzicie, mało rozbudowane te moje kolekcje i słaby ze mnie kolekcjoner, bo zegarków mam sześć, a świeczników trzy. Zbiory pewnie się powiększą ale nie szybko – żadna z tych rzeczy nie była kompulsywnym zakupem dla zaspokojenia samej potrzeby kupowania. Wszystkie świeczniki to przypadek, zegarki – starannie zaplanowane i wyselekcjonowane. A jak to się ma do minimalizmu? Myślę, że jest zgodne z jego ideą. Zarówno przedmioty z jednej, jak i drugiej kolekcji są przeze mnie użytkowane. Czerpię radość z ich posiadania ale też samego używania. Kupuję je z rozmysłem i z wewnętrznej potrzeby i nie mam wyrzutów sumienia, że wydałam na nie pieniądze. Nie szukam ich usilnie, nie śledzę internetowych aukcji, chociaż mogłabym, bo pięknych świeczników jest na nich sporo. Bo chyba głównie o to chodzi w minimalizmie, by nabywać z uwagą, a zakupy ograniczyć do tych przedmiotów, które nam służą – pośrednio i dosłownie.

Pochwalcie się swoimi kolekcjami? Zbieracie? Czy może w Waszym rozumieniu minimalizm to również rezygnacja z kolekcji. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Filozoficznie Życiowo

Blog bloga blogiem pogania…

7 maja 2018

Szukałam ostatnio na swoim blogu pewnego wpisu i zajrzałam do archiwum. Z zaskoczenie stwierdziłam, że blog istnieje już siedem lat. Pierwsze wpisy pojawiły się w maju 2011 roku, gdy mieszkałam jeszcze we Wrocławiu. Z dumą stwierdzam, że przetrwał wiele – moich „kryzysów twórczych”, zmian miejsca zamieszkania, jak i fascynacji. Ale dzielnie przetrzymał wszystko. Nie poddawał się trendom, modom i reklamom. Ale też nie stał w miejscu – cały czas się zmieniał i nadal ewoluuje. Dlaczego o tym dzisiaj piszę? Można powiedzieć, że to efekt moich ostatnich obserwacji tak zwanej „blogosfery”.

Blogosfera - definicja z Wikipedii

Zacznijmy może jednak od tego,że blogi czytam (i komentuję – bo chyba wtedy ich lektura ma sens) od dobrych kilku lat. Szczególnie nasiliło się to, gdy zaczęłam interesować się minimalizmem i ekologicznym stylem życia. Nie ukrywam, wiele z nich pomogło mi i stanowiło (i nadal stanowi) fantastyczne źródło informacji. Mój minimalizm zaczynał się od sfery „odzieżowej” i tutaj nieocenione okazały się Joasia z bloga Joanna Glogaza oraz Dorota czyli Kameralna. Nie mogę też pominąć dwóch innych moich blogowych mentorek czyli Kasi z Simplicite oraz Ajki – pionerki polskiego minimalizmu.

W tak zwanym między czasie przez moja blogową czytelnię przewinęło się wiele innych blogów;  w mojej opinii mniej lub bardziej wartościowych. Z resztą już samo użycie czasu przeszłego, o czymś świadczy. Czytywałam je przez jakiś czas ale prędzej czy później odchodziłam od ich regularnej lektury. W zakładce „Czytelnia”, ciągle się zmieniającej, przetrwały nieliczne. Dlaczego? Bo okazały się „niekomercyjne”.  Już słyszę te głosy oburzenia, że blogi są po to by na nich zarabiać, że nie muszę czytać, że to źródło opinii i tak dalej. Jasne. Zgadzam się. W stu procentach. Planując zakup małego AGD czy gadżetu do biegania, szybciej uwierzę opinii „zaufanego” blogera niż pozytywnym opiniom na stronie (wiem, na jakich zasadach powstają). Nie mam za złe autorom postów, że współpracują z konkretnymi markami i prezentują produkty nie ukrywając ich nazwy czy wręcz świadomie ją podkreślając. Cieszę się, gdy w ramach nowego wpisu autor poleca inny ciekawy blog. To jest dla mnie nawet pomocne, bo wiem, że będzie to raczej miejsce godne uwagi. Są jednak sytuacje, które sprawiają, że na danego bloga zaglądam coraz rzadziej, a finalnie usuwam z listy jego adres i o nim zapominam. Dzieje się tak, gdy wartościowy blog zaczyna zmieniać się w zestawienie zestawień. Jest ok, gdy raz w miesiącu pojawia się „Podsumowanie miesiąca” czy coś w stylu „To mnie ostatnio zaciekawiło”. Ale jeśli na dwa wpisy tygodniowo, jeden nosi tytuł – „Podsumowanie ostatnich siedmiu dni” to zaczynam się trochę nudzić.

Podobnie dzieje się, gdy z kliku blogów, które czyta(ła)m tworzy się coś w stylu „kącika wzajemnej adoracji”. Nie zrozumcie mnie źle – mam świadomość, że blogosfera się zna, przyjaźni, spotyka i dobrze rozumie. Że warto polecać ciekawe posty, do których zwykły czytelnik może nie dotrzeć. Niemniej jednak, gdy w gronie trzech, czterech autorów ma miejsce ciągłe polecanie się na wzajem… No cóż, tego rodzaju media przestają być dla mnie interesujące. Dlaczego? Może trochę przestaję wierzyć w obiektywizm ich autorów? Jednak przede wszystkim zaczynam odczuwać przesyt. Gdy czytam post, widzę Instastory, które odsyła mnie do innego bloga, a ten do kolejnego, który z kolei powoduje powrót do pierwszego…nudzę się. I odpuszczam.

Sama mam bloga i niektórzy zarzucą mi, że powyższe powstało z czystej zazdrości, bo mnie nikt nie poleca, żaden znany bloger nie odsyła do moich postów. Bynajmniej, nic z tych rzeczy. Nie cierpię na tego typu dolegliwości. Z prostej przyczyny – mój blog, to przede wszystkim moja praca. Zajmuję się copywritingiem i tworząc posty doskonalę styl i szlifuję warsztat; pisząc kolejne wpisy szukam informacji, poszerzam słownictwo, drążę u źródeł. A całe archiwum wpisów to moje portfolio. I to jest dla mnie najważniejsze. Oczywiście, na blogu pojawiają się recenzje i „testy” produktów ale tylko tych, które mnie naprawdę zainteresowały i uważam, że mogą być przydatne dla innych, a dodatkowo pozwalają mi zaprezentować się jako „copywriter – recenzent”. Dlatego też tak bardzo cenię sobie blogi, które istnieją już wiele lat bez polecenia. Ich autorzy nie zajmują pierwszych miejsc w rankingach i zestawieniach, bo zwyczajnie o to nie dbają. Ważniejsze od „bywania” jest to, co blog sobą prezentuje. I do tych blogów od lat wracam.

Zrobiłam ostatnio test – wyczyściłam zakładkę „Czytelnia” w moim laptopie, a tym samym zniknęły linki do blogów, które regularnie czytałam. Stwierdziłam, że będę polegać na własnej pamięci. Jaki efekt? Wracam regularnie pod cztery adresy – sami domyślcie się, które 🙂 A jak u Was? Co czytacie? Macie stałe miejscówki, czy szukacie nowych? Co sprawia, że konkretnego bloga lubicie, wracacie do niego czy też wręcz odwrotnie?

W podróży Życiowo

Do zobaczenia w Berlinie. Muzeum Techniki

22 kwietnia 2018

Tym razem coś dla fanów mechaniki, motoryzacji i wszelkiej maści trybików, śrubek i silników. Muzeum Techniki w Berlinie, a prawidłowo Niemieckie Muzeum Techniki, to kolejne miejsce, do którego chciałabym Was zaprosić. Położone w dzielnicy Kreuzberg, która sama w sobie jest ciekawa, zwraca uwagę już samym budynkiem – jego fasadę, na wysokości drugiego piętra zdobi naturalnych rozmiarów samolot, amerykański Douglas C-47 Skytrain. A co w środku? Same cuda!

Muzeum powstało w 1982 roku, gromadzi jednak eksponaty, które stanowiły ekspozycję berlińskich muzeów sprzed II wojny światowej. Pierwotnie największy nacisk kładziono na kolekcję związaną z transportem kolejowym. Na parterze można zobaczyć pierwsze silniki parowe, wielkie lokomotywy z kotłami mogącymi pomieścić dorosłego człowieka. Wszystkie maszyny są pięknie odrestaurowane i zabezpieczone, a sposób w jaki są wyeksponowane pozwala zajrzeć w każdy, nawet najgłębszy zakamarek silnika. Na mnie osobiście największe wrażenie zrobiło przejście pod gigantyczną lokomotywą. Przyznam, że miałam stracha, czy konstrukcja aby na pewno wytrzyma. W części poświęconej kolejnictwu najmłodszych zachwyci z pewnością gigantyczna makieta taboru kolejowego, odzwierciedlająca najdrobniejsze detale. Tym, dla których od techniki, ważniejszy jest kontekst, proponuję zobaczyć od wewnątrz oryginalny bydlęcy wagon, jeden z tych, którym transportowano Żydów i nie tylko do obozów pracy. Wrażenie niezapomniane.

Wagon bydlęcy

Kolejne ekspozycje prezentują historię transportu morskiego oraz powietrznego. Wśród tych pierwszych zachwycają makiety żaglowców stworzone z pieczołowitością z najróżniejszych materiałów (żaglowiec z bursztynu to naprawdę „wow”).  Oglądając kolejne morskie eksponaty można prześledzić dokładną historię tej dziedziny dzięki zachowanej chronologii, a także dokładnym i przystępnym opisom w języku niemieckim i angielskim.

Podobnie wygląda część poświęcona szerokopojętemu lotnictwu. Poczynając od prototypów skrzydeł mających unieść marzycieli w przestworza, przez bojowe maszyny z okresu II wojny światowej, po całkiem współczesny symulator lotu. Naprawdę można odlecieć.

Samolot z czasów II wojny

Żeby jednak nie było, że technika to tylko środki transportu. W muzeum można zobaczyć jak rozwijała się branża IT, tekstylna czy farmaceutyczna. Nie zabrakło pierwszy aparatów fotograficznych, telefonów i telewizorów. W muzeum jest naprawdę wszystko, co działa w oparciu o śrubki i trybiki.

Na koniec jeszcze garść informacji praktycznych. Muzeum czynne jest od wtorku do piątku w godzinach 09:00 – 17:30, w soboty i niedzielę 10:00 – 18:00. W poniedziałki jest nieczynne. Bilet normalny kosztuje 8€, ulgowy – 4€.  Na zwiedzanie warto poświęcić więcej czasu. Mnie samej zajęło to dwie godziny. Mój brat – inżynier automatyk – stwierdził, że trzy godziny, które tam spędził to zdecydowanie za mało.

Filozoficznie Życiowo

Wiara po czesku

10 kwietnia 2018

Dzisiaj będzie temat lekko niewygodny i mało blogowy. Wiara. Myślę, że to takie trochę tabu, o którym mało kto chce na blogach pisać (nie myślę tutaj oczywiście o profesjonalistach – dziennikarzach czy felietonistach, którzy często specjalizują się wręcz w tej tematyce). Bo przyznajcie sami – jak często spotykacie się z tą tematyką w blogach, na które zaglądacie? Ja osobiście w ostatnim czasie natknęłam się na to „zjawisko” dwa razy.  Najpierw na blogu Kameralnej, która dzieląc się z czytelnikami swoją radością z długo wyczekiwanej ciąży, zaznaczyła, że nigdy nie traciła nadziei i wie, że to, czego właśnie doświadcza, to dar od Boga. O wierze wspomina też  FlyNerd w poście o wegańskiej święconce (jak widać, weganin to niekoniecznie ateista).

A dlaczego ja zdecydowałam się na ten temat? Natchnęła mnie lektura artykułu w Dużym Formacie (do przeczytania tutaj). Jest to wywiad z katolickim księdzem, Zbigniewem Czendlikiem. Polakiem, którego wysłano na misje do Czech i został tam proboszczem. Przyznam, że pierwszy raz o nim usłyszałam, chociaż jak wynika z wywiadu,  u naszych południowych sąsiadów jest postacią dosyć popularną (wielu modli się o jego nawrócenie – daje do myślenia, prawda?).

Co takiego szczególnego w postaci księdza Czendlika? Na pewno jest nieszablonowy. Jak sam mówi, od dziecka unika uniformizacji i w związku stroni od sutanny. Wg niego, ksiądz powinien świecić nie koloratką ale przykładem. I chyba właśnie o to chodzi. Często spotykamy się przecież z opinią, że jakim autorytetem może być ksiądz, który nie zna prawdziwych problemów czy jak on może zrozumieć biednego, skoro sam  rozbija się mercedesem. (Tutaj aż się prosi przywołać obraz papieża Franciszka w używanym Golfie). Sami przyznajcie – co bardziej skłania do działania – słuchanie, gdy ktoś mówi i poucza czy patrzenie jak ten ktoś działa nic nie mówiąc?

W kolejnych akapitach wywiadu można przeczytać o tym, jak Czendlik chciał zmienić kościół w bibliotekę, a wcześniej zabronił parkowania w nim rowerów. Jedno i drugie spotkało się oczywiście ze sprzeciwem. Nie ukrywa, że jego liberalizm nie wszystkim się podoba. Bo tak już chyba jest, że zgodnie z obowiązującym schematem, ksiądz powinien być bez skazy, konserwatywny i głoszący odgórnie ustalone poglądy. Ale czy taki ksiądz może być autorytetem? Gorąco polecam wywiad, a sama czekam na polskie tłumaczenie książki czeskiego proboszcza pt. „Bóg nie jest automatem do kawy”. A na koniec jeszcze jeden cytat z Czendlika, który bardzo mi się spodobał:

„Podobnie osoby bez przerwy skupione, by nie zgrzeszyć, bez przerwy to podkreślające, nie zauważają wielu spraw. Umyka im na przykład radość wiary i relacji z Bogiem. Można je porównać do konsumentów, którzy kupując jedzenie, patrzą jedynie na wartość energetyczną produktu. Nieważne, czy to smaczne, ważne, że ma mało kalorii. Myślisz, że tacy ludzie w ogóle czerpią radość z jedzenia?”

Filozoficznie Życiowo

Uprzedzenia

7 kwietnia 2018

Po dłuższej nieobecności powinien pojawić się jakiś bogatszy w litery wpisy, a będzie bardzo krótko. Niemniej jednak – bardzo życiowo. Mam nadzieję, że ten film poruszy Was podobnie jak mnie. A trafiłam na niego dzięki Bobe Majse. Dzięki!

Filozoficznie Życiowo

Kolejny taki marzec

12 marca 2018

Staram się nie poruszać na blogu tematów politycznych. Nie komentować sytuacji wywoływanych przez rządzących w kraju, w którym nie mieszkam ale którego paszport i obywatelstwo posiadam. Nie pisałam tutaj nawet o tak ważnym dla mnie temacie jakim jest „babska sprawa” w Polsce i zaglądanie kobietom do majtek, przez tych, którzy najmniej są do tego upoważnieni. Ale tym razem sytuacja mnie przerasta i napisać muszę. 

Mam wrażenie, że w Polsce nie tylko odrodził się ale też fantastycznie się ma antysemityzm. Pięćdziesiąt lat temu, gdy z kraju wypędzono tysiące osób wyznania mojżeszowego, stanowiących znaczną część elity intelektualnej, sytuacja się powtarza. Jest dla mnie sytuacją nie do pomyślenia, że ludzie, którzy wtedy, w marcu 1968 roku, postawieni pod ścianą, zdecydowali się jednak na pozostanie w Polsce, dzisiaj zadają sobie pytanie, czy dobrze zrobili. Że znów przeżywają ten sam dramat – własna ojczyzna się ich wstydzi, wypiera, nienawidzi?… To jakaś farsa, że historia, zamiast być nauczycielką życia jak napisał Cyceron, zwyczajnie lubi się powtarzać.

Jestem za młoda by pamietać tamten marzec. To było sporo przed moim urodzeniem. Ale pamiętam jakie wrażenie zrobił  na mnie obejrzany w liceum film „Marcowe migdały”. W jakimś stopniu zadecydował, że wybrałam te, a nie inne studia w Katedrze Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pięć lat, które tam spędziłam pozwoliły mi dobrze poznać temat. Z każdym kolejnym rokiem i kolejnymi obchodami rocznic takich jak wyzwolenia obozu Auschwitz, nabierałam przekonania, że to już nowy, lepszy świat. I świat jest normalny i cywilizowany i nikt nikogo z kraju wypędzał nie będzie.

Ale ja głupia byłam. I chyba nadal jestem odwiedzając nałogowo Muzeum Żydowskie w Berlinie, gdzie cały czas tłumy i takie przejęcie na twarzach zwiedzających. Ostatnio pomyślałam, że muszę odwiedzić też warszawskie POLIN Muzeum Historii Żydów Polskich. Bo pewnie niedługo je zamkną. A eksponaty odeślą do Izraela. Za potwierdzeniem odbioru. Bezzwrotnie.

Do zobaczenia Życiowo

Do zobaczenia w Berlinie. Muzeum DDR

9 marca 2018

Przyznam szczerze, że gdyby nie ostatnia wizyta mojego brata, który miał swój plan zwiedzania Berlina, nigdy nie trafiłabym do Muzeum DDR. Ja, pokolenie początku lat 80tych, pamiętam jeszcze szary socjalizm w polskim wydaniu. Nie doświadczyłam może osobiście octu na półkach – byłam bądź, co bądź na to za smarkata. Ale pamiętam kartki na mięso i kolejki do mięsnego, wyrób czekoladopodobny „Pani Twardowska” i klocki Lego z Pevexu. Tak doświadczona przez życie 😉 stwierdziłam, że dla mnie Muzeum DDR to żadna atrakcja i nic nowego tam nie odkryję. Jak się okazało, byłam w błędzie. 

Przede wszystkim, niemiecki DDR różni się jednak w pewnym stopniu od swojskiego PRLu. Najlepiej pokazują to te elementy wystawy, gdzie trzeba coś przeczytać, czegoś wysłuchać. To niby szczegóły ale jednak są (zobaczcie okładkę przygód Bolka i Lolka). A kolekcja dokumentów, mam tutaj na myśli przedruki gazet, ogłoszenia czy plakaty, jest w muzeum bardzo bogata. I ciekawie wyeksponowana. Nie są to tradycyjne gabloty czy ramki ale sprytnie ukryte szufladki, szafki i tablice. Niektóre wzbogacone efektami audi czy nagraniami (jak na przykład pochód pierwszomajowy).

Sporą część muzeum zajmuje rekonstrukcja mieszkania z czasów DDR. „Przechodzimy” przez windę, znaną nam z wielkiej płyty i trafiamy wprost to mieszkania niemieckiego Kowalskiego. A tam kuchnia z pomarańczowym mikserem, który pamiętam z kuchni mojej mamy, sypialnia z charakterystycznymi narzutami na łóżku, a w szufladzie nocnej szafki ówczesne tabletki antykoncepcyjne. W pokoju dziennym króluje kanciasty telewizor, lampka na trzech nogach z tekstylnym abażurem i stojakiem na gazety. Są też „kryształy” wyeksponowane w witrynach segmentu. Nie mniej uroku ma pokój dziecięcy – niewątpliwie należy do nieletniego „przodownika pracy” z obowiązkowym piętrowym łóżkiem. Odtworzono nawet łazienkę, a w przedpokoju stoi szafka z modnym w tamtych w tamtych latach koturnami i „plastikami”(letnie niby-baleriny z gumoplastiku).

Twórcy muzeum nie zapomnieli również o tym, że poza życiem codziennym toczyło się również to publiczne, a nawet polityczne. Odtworzono gabinet dygnitarzy z charakterystycznym czarnym telefonem i biurkiem kryjącym w szufladach alkoholowe niezbędniki. Aby podróż w czasie była bardziej realistyczna, w ramach jednej z ekspozycji można zasiąść za kierownicą trabanta, a innej – napisać list na prawdziwej maszynie.

Cieszę się, że to muzeum tak pozytywnie mnie zaskoczyło. Odbyłam przyjemną podróż w czasie, a dodatkowo nadrobiłam zaległości z powojennej historii Niemiec.

Na koniec trochę konkretów. Muzeum mieści się w ścisłym centrum. Idąc z Alexander Platz w kierunku Bramu Brandenburskiej, schodzimy na bulwary przed Katedrą. Czynne jest codziennie od 10 do 20; w niedziele do 22. Bilet normalny kosztuje 9,50 €, ulgowy 6€. Można je tez nabyć online.

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do wizyty w tym muzeum i wpiszecie ja sobie na listę „Must see in Berlin”. A może kto już tam był? Jeśli tak – jakie wrażenia?

Życiowo

Gazetowy świat

5 marca 2018

To, że uwielbiam czytać już wiecie. Wielokrotnie na blogu dzieliłam się z Wami moimi czytelniczymi odkryciami. Teraz o książkach piszę tutaj rzadziej – recenzje zamieszczam na portalu „Lubimy czytać”, który pozwala mi też zapanować nad tym co już przeczytane, co czeka na lekturę, a po co raczej nie sięgnę. Jako czytelnik nałogowy, nie gardzę żadnym słowem drukowanym – czy tam nie tylko książki ale też gazety. I o tym będzie dzisiejszy wpis. Jestem bardzo ciekawa, czy posądzaliście mnie o takie tytuły. Zaznaczam, że kolejność zupełnie przypadkowa.

„Forum” to dwutygodnik z przedrukami artykułów z zagranicznej pracy. Najczęściej są tłumaczenia z niemieckiego „Der Spiegel” czy francuskiego „Paris Match”. Często też coś zza wschodniej granicy czy Wysp. Bieżące wydarzenia ze świata z perspektywy innej niż ta między Bugiem a Odrą. Ostatnimi czasy, często na łamach dwutygodnika komentowana jest sytuacja w Polsce i przyznam, że są to teksty szczególnie mnie interesujące. Dobrze czasem wiedzieć, jak postrzega nas zagranica, bez tego filtra politycznego. Kiedyś czytałam zamiennie „Newsweek Polska”, „Politykę” lub „Wprost”, gdzie można było co prawda dostać relację z pierwszej ręki, jednak osadzenie w realiach, robiło swoje. I tka od czasu, gdy kupiłam pierwszy raz „Forum”, chyba wolę to spojrzenie zza miedzy.

W przypadku „Forum” odpowiada mi też częstotliwość z jaką pojawiają się nowe numery. Dwa tygodnie to idealny czas, by na spokojnie przeczytać cały numer, kończąc go akturat w raz z pojawieniem się nowego. Czasopismo ma ode mnie dodatkowe punkty za szatę graficzną – pod kolorową, gładką okładką kryje się papier makulaturowy.

„Vege” to miesięcznik o tematyce jednoznaczniej określonej przez sam tytuł. Czytam go od niedawna ale już przekonałam się, że jest to wydawnictwo spełniające moje oczekiwania. Jak już zaznaczyłam, „Vege” koncentruje się na ściśle określonej tematyce czyli weganizmie i wegetarianizmie. Nie dystansujcie się jednak  na starcie. Weganizm  i wegetarianizm w wersji prezentowanej przez „Vege” jest bardzo wyważony i kulturalny. Bez nazywania osób jedzących mięso mordercami, czy nawoływania do oblewania farbą noszących futra. Redaktorzy i autorzy poszczególnych artykułów, prezentują swoje racje i poglądy bez zadęcia i przekonania o nieomylności. Wszystkie prezentowane w miesięczniku fakty poparte są wiarygodnymi źródłami  i badaniami, a mimo to „Vege” nie traci na lekkości. Zaletą gazety jest też jej różnorodność. Znajdziemy tutaj coś na temat prawidłowego odżywiania, makijażu, stylu życia – ludzi i zwierząt ;). WYwiady ze znanymi weganami i wegetarianami ale też krótkie recenzje nowości wydawniczych i spożywczych.

Podobnie jak „Forum”, „Vege” jest dla mnie idealna objętościowo. Wystarcza jej akurat na miesiąc spokojnego czytania i przetrawienia tekstów. Poza tymi wszystkimi zaletami, ma jednak jedną wadę. Nie tylko okładka jest piękna i kolorowa, również środek” jest wykonany z bardzo dobrej jakości grubego, gładkiego papieru. Nie sądzę żeby to podnosiło komfort czytania – przynajmniej w moim wypadku. Zmniejsza zapewne ilość drzew na świecie…

„Sztuka łowienia na sztuczną muchę” to ostatnia pozycja na mojej liście. Jest to dwumiesięcznik o bardzo wąskiej grupie docelowej. Skierowany głównie do osób pasjonujących się wędkarstwem muchowym. Domyślam się, że dla większości z Was brzmi to co najmniej abstrakcyjnie. Jeśli kogoś to pocieszy – jeszcze kilka lat temu sama zrobiłabym wielkie oczy słysząc o czymś takim; a i spora grupa „zwykłych” wędkarzy podchodzi do wędkarstwa muchowego ze sporą dozą sceptycyzmu. Ale wróćmy do „Sztuki”, która mówiąc wprost jest piękna. Bogata i dopracowana szata graficzna, bajeczne zdjęcia ilustrujące niesamowicie ciekawe artykuły to niewątpliwie wielkie zalety tej gazety. Jeśli dodać do tego redaktorów i autorów będących mistrzami w tej branży – wychodzi czasopismo idealne. „Sztuka” jest też jedynym czasopismem, w przypadku którego nie czepiam się ani okładki ani papieru, które są bardzo dobre jakości, kolorowe i gładkie. Ale to jest „Sztuka”, a sztuka musi mieć dobrą oprawę.

Jak zapewne zauważyliście, w zestawieniu nie ma żadnej gazety codziennej, co nie znaczy, że dzienników nie czytam – bo czytam. W wersji elektronicznej  i najczęściej jest to Gazeta Wyborcza.

W zestawieniu nie ma też żadnego typowo „babskiego” magazynu. Kiedyś kupowałam „Twój Styl” ale zniechęcił mnie zbyt wielką ilością reklam i powtarzalnością, jeśli chodzi o tematykę.

A jak u Was z prasą? Co kupujecie i czytacie? Macie swoje ulubione tytuły, do których regularnie wracacie? Czy może eksperymentujecie? Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń w tym temacie.

 

Filozoficznie Życiowo

Byle do piątku

12 lutego 2018

„Byle do piątku” , „Niech już będzie weekend” i wiele innych. Znacie te weekendowe wezwania? Chyba każdy je zna. Wszyscy z upragnieniem czekamy na te dwa wolne od pracy dni, które mają być wybawieniem, czasem na złapanie oddechu i relaks czy reset. A jak jest w praktyce? Ano różnie.

Moje pierwsze „weekendowe” wspomnienia pochodzą oczywiście z dzieciństwa, które spędziłam na wsi. Tam rytm dnia, tygodnia i miesiąca wyznaczała przyroda. Dla gospodarzy – jak moi dziadkowie – był czas siewów i czas zbiorów, czas intensywnej pracy i czas odpoczynku. Wydawać by się mogło, że w tak działającym świecie ciężko o tradycyjny dwudniowy weekend, nie wspominając o długim weekendzie. Zwierzęta w stajni nie mogły być głodne, a siano moknąć w kopach, bo jest sobota i niedziela. Obowiązki wzywały. Ale mimo wszystko weekend był. Że się zbliża, wyczuwało się już w piątkowy wieczór. Babcia (na co dzień pracująca jako księgowa) inaczej planowała kolejny dzień. Latem wiadomo było, że najbliższy dzień czyli sobota, to będzie czas wytężonej pracy, żeby zrobić jak najwięcej przed nadchodzącą niedzielą. Zwieźć do stodoły wysuszone siano, to które nie wyschło złożyć w kopy, oporządzić gospodarstwo. Zrobić wszystko, co tylko możliwe, by w niedzielę zwolnić. Niedziela była dniem świętym. Dosłownie
i w przenośni. Wiązał się z obecnością na porannej mszy, która decydowała tak naprawdę o porządku całego dnia.
A był to dzień odpoczynku. Wszystko ograniczano do minimum. Jedyną „pracą” było przygotowanie posiłku – uroczystego niedzielnego obiadu i zmycie naczyń po nim oraz oporządzenie zwierząt. Pozostały czas przeznaczano na odpoczynek. Dziadek często siadał na ławce przed domem albo spacerował po ogrodzie. Babcia czytała albo robiła na drutach. Czasem spacerowali razem albo zwyczajnie siedzieli i milczeli. Bo to był czas odpoczynku. Ten jeden dzień, kiedy nabierało się siły na cały kolejny tydzień. Jednodniowy weekend. Krótszy niż nasze weekendy rozpoczynające się w piątkowe popołudnie. Ale dużo bardziej wydajny.

Bo nasze dzisiejsze weekendy, teoretycznie trwają dwa i pół dnia. Piątkowe popołudnie, sobota i niedziela. Dużo. Cała masa czasu na relaks, odpoczynek i regenerację. A jak jest naprawdę? Czy rzeczywiście odpoczywamy i nabieramy sił na kolejny tydzień? Myślę, że rzadko. Bardzo popularne jest stwierdzenie, że weekend był intensywny albo pracowity. Czas, który powinniśmy przeznaczyć na odpoczynek, wykorzystujemy by bardziej się zmęczyć. I nie mam tutaj na myśli zmęczenia wynikającego z chodzenia po górach, pływania na żaglach czy wycieczki rowerowej. Męczy nas najczęściej praca. Bo to w weekend kończymy zaległe projekty, robimy prezentacje „na wczoraj” czy odpisujemy na niecierpiące zwłoki email ‘e. Nadrabiamy zaległości. I nawet jeśli dajemy sobie odpocząć od pracy zawodowej, to „krzyczą” do nas niemyte od wiosny okna, stera prasowania czy „koty” spod kanapy. I jakoś tak bezwiednie łapiemy za odkurzacz by się ich pozbyć. Wsiadamy w samochód i jedziemy do galerii na zakupy, które jakoś ciężko zrobić w tygodniu. I tak mija nam weekend. Czas odpoczynku, który staje się czasem pracy.

Wiem, że ciężko inaczej. Sama odkładam pewne obowiązki na weekend. Gdzieś we krwi mam „polską sprzątającą sobotę”, której nie mogę wyplenić. Mimo wszystko staram się, by chociaż niedziela była naprawdę czasem odpoczynku i relaksu. Nie odkurzam, nie otwieram laptopa, nie pracuję, nie myję okien (dzięki Ci Boże za dachowe, które myje deszcz). Mój weekend jest praktycznie jednodniowy ale bardzo intensywnie leniwy. Wracam do pracy wypoczęta i z zapasem sił na nowy tydzień.

A jak jest u Was? Jakie są Wasze weekendy? Nadrabiacie czy odpoczywacie? Męczycie się w pracy czy na rowerze? A może „święcicie” ten czas? Jestem bardzo ciekawa.

Obyczajowe Życiowo

Wpis sponsorowany

24 stycznia 2018

Pamiętacie ten wpis? Przybliżałam Wam w nim jedną z moich ulubionych „przegryzek” czyli ziarna ekspandowane firmy Soligrano. Post powstał przy współpracy z producentem, który przesłał mi próbki swoich produktów. Nie były to typowe testy, ponieważ ziarna ekspandowane znałam już wcześniej i zajadałam się nimi nałogowo. Pierwszy raz na ich produkty trafiłam w sieci znanych drogerii. Niestety, nie wszystkie rodzaje ziaren były tam dostępne. Ponieważ byłam bardzo ciekawa innych smaków, sama zwróciłam się do producenta z prośbą o ich udostępnienie, jednocześnie informując, że swoje wrażenia opublikuję na blogu, wobec czego producent nie protestował. „Testy” przeszły pomyślnie, ich wyniki przedstawiłam na blogu. Wpis opatrzyłam informacją, że powstał on we współpracy z konkretną marką. Ziarna zajadam do dzisiaj. Podobnie jak wiele innych zdrowych produktów, które kupuję jak zwykły Kowalski w sklepie. Dlaczego wracam do tego wpisu?

W ostatnim czasie wielkie spore poruszenie wywołała historia bloggerki, która zwróciła się do ekskluzywnego hotelu
z propozycją „zareklamowania” obiektu na swoim blogu w zamian za udzielenie nieodpłatnej gościny autorce oraz jej partnerowi. Burzę wywołała nie tyle propozycja, co odpowiedź jaką otrzymała. Właściciel hotelu w bardzo dosadny sposób odniósł się do propozycji. Nie będę tutaj przytaczać szczegółów wypowiedzi – możecie ją przeczytać tutaj. Ogólny sens można podsumować tak: „Twój pobyt kosztuje – to czyjaś praca, to koszt mediów, produktów. To koszty, których nie da się pokryć pozytywną opinią na blogu”. Właściciel zarzucił wprost dziewczynie, że nie ma godności proszę o coś za darmo.

W tym momencie można się oburzyć, że przecież nie będzie to za darmo. Przecież na blogu powstanie wpis. Z pewnością pozytywny. Hotel zostanie opisany w samych superlatywach. Zapewne tak samo zostanie przedstawiona obsługa, serwis
i wszelkie wygody. To wszystko opatrzone idealnymi fotografiami. Bo jak inaczej? Wszak taka jest niepisana umowa – „Ty mi coś fajnego/dobrego/smacznego/wygodnego – ja Tobie pozytywną opinię”. Co z tego, że być może nie zawsze zgodną
z prawdą i rzetelną. Liczą się słupki. I popularność. A to, że ktoś zachęcony wpisem kupi pozytywnie zaopiniowany przedmiot i mocno się rozczaruje. No cóż… Tego w umowie barterowej już nie ma.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko wpisom sponsorowanym i recenzowaniu urządzeń/kosmetyków/usług przez bloggerów. Wszak blogi, szczególnie te popularne, to dla wielu źródło wiedzy i opinii. Sama czytam post-recenzje. Podchodzę do nich jednak z pewną dozą sceptycyzmu zbudowaną na informacji „post sponsorowany/powstał we współpracy z firmą XYZ”. Szczególnie „cieszą” mnie recenzje i opinie negatywne. Spokojnie – nie jestem złośliwcem karmiącym się cudzym nieszczęściem. Negatywne opinie cieszą mnie, ponieważ są dowodem na to, że ten blogger, ta bloggerka jest obiektywna. Nie zachwala pod niebiosa wszystkiego, co tylko otrzyma od producentów ale zachowuje zdrowy rozsądek. Chociaż muszę przyznać, że rzadko można spotkać autorów wystawiających negatywne recenzje. A już na pewno nie zobaczymy wtedy pod wpisem informacji o producenckim wsparciu. Szkoda. Może warto zdobyć się na odwagę i zdać na szczerą opinię?

 

A jak jest u Was? Zdajecie się na opinie i recenzje wpisywane na blogach? Co myślicie o postach sponsorowanych? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.