Przeglądasz kategorie

Życiowo

Dla ciała Zdrowo Życiowo

Starość

12 października 2017

Wiem, że ten tytuł nie brzmi zbyt optymistycznie. Szczególnie, gdy za oknem szaro, buro, depresyjnie, a człowiek chce tylko herbaty, koca i książki. Niestety Moi Drodzy – jesień życia to coś, co każdego z nas czeka. I wbrew pozorom nie jest to rzeczywistość odległa jak Star Trek czy Gwiezdne Wojny, tylko ta bardziej policzalna. Za 30, 40 czy 50 lat większość z Was/Nas będzie już ze sztuczną szczęką, balkonikiem czy protezami stawów biodrowych. Oczywiście nikomu tego nie życzę ale…co zrobić, żeby nie było tak źle? Zacząć już teraz. Przynajmniej tak sugerują mi moi rozmówcy, a że starych ludzi należy słuchać, bo przemawia za nimi doświadczenie lat….

Z racji pracy często spotykam się ze starczymi ludźmi. Tutaj ukrócę domysły i zaspokoję ciekawość – nie pracuję w niemieckim domu starców ale w Recepcji hotelu, gdzie często nocują grupy niemieckich emerytów spędzających czas wolny na podróżach. Średnio raz w miesiącu przed hotel podjeżdża autokar, z którego wysypuje się grupa 20-30 starszych osób. Co to znaczy starszych? W większości 70-80 letnich. Wiem to z rozmów z nim, bynajmniej nie z wyglądu czy obserwacji. Bo czy  ta uśmiechnięta kobieta, z delikatnym makijażem, w stylówce, którą określiłabym jako sportowa elegancja popijająca drinka w hotelowym barze może mieć 80 lat? Niemożliwe… A ma. Nawet ciut więcej. Podobnie jak jej towarzysz, ten ubrany na sportowo (ale elegancko), podpierający się laską ale bardziej dla komfortu niż realnej potrzeby. Oczywiście też uśmiechnięty.

Po bliższym poznaniu okazuje się, że większość grupy to znajomi podróżujący od lat we własnym gronie. Niemal równolatkowie lubiący spędzać aktywnie czas. Zazwyczaj pozostają w hotelu przez 5-6 dni. I nie jest to leżakowanie. Każdego dnia, tuż po wczesnym śniadaniu wsiadają w autokar i zwiedzają okolicę. Wydeptują turystyczne trasy po Berlinie czy Poczdamie, pływają po Spreewie czy z rowerami albo kijami do nordic walking poznając okoliczne lasy. Wracają dopiero na kolację, po której mają jeszcze siłę na drinka w barze czy towarzyskiego pokera. I tak przez kilka dni.

Zdarza się, że zostają tylko na jedną noc, bo hotel to tylko jeden z wielu przystanków w trakcie trzytygodniowej wycieczki objazdowej, której napięty harmonogram przeraziłaby niejednego trzydziestolatka. A oni dają radę. Skąd mają na to siły? Gdy kiedyś zadała to pytanie, usłyszałam: „Z młodości”. Bo jak się okazuje, ta emerycka aktywność nie pojawiła się od tak, wraz z zakończeniem życia zawodowego. Ona była zawsze. Zawsze było zdrowe odżywianie. Zawsze była poranna gimnastyka. W miarę możliwości samochód zmieniany na rower, a wieczory przed telewizorem na wędrówki z kijami. Były weekendy na działce i praca fizyczna na tejże. I tak przez całe lata (a nawet dziesięciolecia). Normą są, ze względu na większą ilość czasu, zajęcia z jogi, pilatesu czy aqua-aerobic.  Uwierzycie, że jedna z Pań na moich oczach zrobiła szpagat?!?!? I nie był on przypadkowy.

Patrzę na tych ludzi i niesamowicie im zazdroszczę. Chciałabym tak jak oni za 30 czy 40 lat być w pełni sprawna, aktywna i niezależna od pomocy innych. Mam nadzieję, że mi się uda. Że dzisiejsza aktywność i zdrowy tryb życia zaowocują w przyszłości. Dzięki moim „niemieckim emerytom” wiem, że to co robie dla siebie teraz ma sens, a będzie miało jeszcze większy w przyszłości.

A jak jest u Was? Po co ćwiczycie, zdrowo się odżywiacie i biegacie na jogę? Dla „bikini”, mniejszych cyfr na wadze? A może dla aktywnej starości?

Książkowo Obyczajowe Życiowo

Letnie podsumowanie

31 lipca 2017

Zastosuję dzisiaj taktykę, którą obserwuję ostatnio na wielu poczytnych bloga. To „podsumowanie”. Wiele autorek (tak się składa, że czytam tylko blogi prowadzone przez kobiety) wprowadziło u siebie wpisy podsumowujące. Regularnie (co tydzień np.) pojawiają się wpisy, o tym, co już na blogu było. Nie wiem, jaki ma to cel; w moim przypadku powoduje rezygnację z regularnej lektury. Zwyczajnie „nie chce mi się” wchodzić na stronę, żeby przeczytać o tym co było, co już przeczytałam. Daleka jestem od podsumowań podsumowań. Dzisiaj jednak robię wyjątek i sama podsumowuję na blogu. Z prostej przyczyny – zebrało się tego tyle przez ostatnie tygodnie, że najprościej będzie zebrać wszystko w jednym wpisie. No to zaczynamy!

Byłam…na wakacjach. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam Mazury. Tak, wiem – wielu z Was przeczyta to z niedowierzaniem, ale tak właśnie było. Nigdy wcześniej nie miałam okazji bywać w tej części kraju. A jest bajeczna. To naprawdę kraina tysiąca jezior, jeziorek, stawów, bajorek itp. Są przepiękne. Szczególnie o wschodzi słońca, gdy rozchodzi się nad nimi warstwa mgły. Nic tylko fotografować. Na pewno tam wrócę. Nie tylko nad zagubione wśród lasów małe jeziorka ale też na ruchliwą marinę i do poniemieckich bunkrów.

Jadłam…ziemniaki. Pod wieloma postaciami. Oczywiście na Mazurach. Mam wrażenie, że to warzywo jest podstawą tamtejszej kuchni. Była babka ziemniaczana, szare kluski kładzione, kiszka ziemniaczana, placki ziemniaczane i kartacze. Pychota! Dla tych smaków też tam wrócę. A teraz jem ziemniaki w mniej skomplikowanej wersji czyli jako Hasselback z Jadłonomii. Wyborne!

Słucham i słucham….ścieżki dźwiękowej ze „Sztuki kochania” i odpływam. Film był fantastyczny. Obejrzałam go raz ale na pewno jeszcze do niego wrócę. Nie tylko dla głównej bohaterki ale też dla całej otoczki – tak barwnej i kolorowej.

Wróciłam….do jogi i biegania. To pierwsze staram się wdrażać codziennie, zaraz po przebudzeniu. Z tym drugim jest nieco gorzej ale czy ktoś z Was tak od razu zaczął biegać/ wrócił do biegania z uśmiechem na twarzy? No właśnie.

Rozwijam…moją znajomość niemieckiego. A raczej cały czas uczę się tego języka. Jest zdecydowanie lepiej niż przed dwoma czy trzema miesiącami ale do ideału jeszcze bardzo daleko. Może dlatego, że jakoś między nami nie iskrzy? Jakiś taki ciężki jest
i kanciasty. No bo sami powiedzcie, jak można nazwać określić motyla jako „Schmetterling” czy tęczę jako „Regenbogen” (dosłownie deszczowy łuk).

Czytam…jak zwykle bardzo dużo – zwykłych popychadeł ale też bardziej absorbujących pozycji. Z ostatnio przeczytanych gorąco polecam biografię Wandy Rutkiewicz autorstwa Anny Kamińskiej. Czytałam już wiele książek o wspinaniu i wspinaczach,
ta zdecydowanie jest najlepsza.

 

Jak widzicie, cały czas coś się dzieje. Nie stoję w miejscu. Czasem wręcz pędzę i w konsekwencji brakuje czasu na bloga. Moje postanowienie na drugą połowę wakacji, to zwolnić. Tak rozsądnie. Mam nadzieję, że mi się uda. A jak Wam mija lato?

Obyczajowe Życiowo

Minimalizm po niemiecku

5 czerwca 2017

Nie zdążyłam Was jeszcze poinformować ale Namysłowska 3 zmieniła się na Lipową 28. Oczywiście tylko formalnie. Ta zmiana to oczywiście efekt mojej przeprowadzki – od miesiąca mieszkam w Niemczech. Powoli oswajam się z nową rzeczywistością, co skutkuje całą masą różnorodnych przemyśleń, którymi już niebawem się z Wami podzielę. Co ciekawe, spostrzeżenia te dotyczą nie tylko nowego środowiska, w którym się znalazłam, ale też mnie samej.

Większości z nas przeprowadzka kojarzy się z pakowaniem całego dobytku, przewożeniem wielkich kartonów i gorączkowym poszukiwaniem przedmiotów pierwszej potrzeby już na miejscu. Tak bywa prawie zawsze. Sama przerabiałam to wielokrotnie, jeszcze za czasów studenckich. Wtedy z każdą przeprowadzką kartonów przybywało. Teraz nie potrafię zrozumieć jak udało mi się wyruszyć na studia z jedną dużą walizką, a kończyć je z tak wielką ilością rzeczy, że ledwie zmieściły się do Renault Kangoo.

Do Niemiec przeprowadziłam się z jedną (sporą) walizką, torbą z sprzętem fotograficznym i laptopem. Nie przewoziliśmy wszystkich naszych rzeczy, ponieważ w dotychczasowym mieszkaniu będziemy nadal bywać. Jednak, większość czasu będziemy spędzać w tym nowym, które okazało się niemal zupełnie puste. Poza wyposażeniem kuchni (meble i zabudowany sprzęt AGD), nie czekało tam na nas nic. Wytrwany minimalista powiedział by: „Fantastyczna przestrzeń”. Przyznam, że mnie na początku daleko było do tego rodzaju zachwytów. (Może nie jestem jeszcze minimalistą J ). Z jednej strony – świetna sprawa taka niezagracona przestrzeń i masa wolnego miejsca. Ale… dobrze jest mieć na czym spać i usiąść czy usadzić znajomych, którzy wpadają z wizytą.

Pierwszym zakupem było oczywiście łóżko. Idealnego i spełniającego wszystkie wymagania oczywiście nie było łatwo znaleźć. Na szczęście istnieje Internet i eBay. Znaleźliśmy ideał. Który trzeba było wyposażyć w materac i pościel. Tutaj niezastąpiona okazała się Światowa Szwedzka Marka. O ile skandynawski styl i wzornictwo bardzo lubię, o tyle wizyty w tym właśnie centrum handlowym są dla mnie torturą. Na pewno to znacie – sobotnie czy niedzielne popołudnie. Najpierw poszukiwanie miejsca parkingowego. Następnie powolny spacer w tłumie leniwie przechadzającym się między ekspozycjami (fascynujące, że mało kto z tłumu ma wózek/torbę z zakupami). Na koniec odpoczynek w kolejce do kasy. Już to widziałam oczami wyobraźni. Ale nie udało się ominąć tego punktu programu. Ciężko spać bez materaca. Pojechaliśmy. W sobotnie popołudnie. I już na wstępie pierwszy szok. Niemal pusty parking. Cała masa wolnych miejsc . Samochód zostawajmy przed samym wejściem. A może dzisiaj nieczynne?.. Nie, czynne. Normalnie, do 20stej. W środku pojedyncze osoby z listami zakupów przechodzą szybko od jednej ekspozycji do drugiej, uwagą zaszczycając tylko interesujące ich naprawdę produkty. Przy kasach kolejek brak. W koszykach, do których ukradkiem zerkałam, rzeczy naprawdę potrzebne (na moje oko). Wychodzę bardzo zaskoczona i swoimi spostrzeżeniami dzielę się ze znajomą Niemką, która oczywiście nie rozumie mojej reakcji. Wg niej to normalne. Na zakupy jedziesz, kiedy czegoś potrzebujesz. Po tę konkretną rzecz, gdy wcześniejsza nie nadaje się już do użytku. Jedziesz, bierzesz z półki, płacisz, wychodzisz. To wszystko. Po co spędzać tam więcej czasu? No cóż… Sami dopiszcie sobie ciąg dalszy, odtwarzając w głowie obraz z najbliższego centrum handlowego. I nie chodzi tylko o „metodę” jaką realizowane są zakupy. Ważna jest też ich celowość. Kupuję, gdy potrzebuję, gdy poprzednie się zepsuło i nie można naprawić, gdy brak danego przedmiotu utrudnia życie. Oczywiste, prawda?

Ale wróćmy do mieszkania i pustych czterech kątów. Historia z zakupami wydarzyła się na samym początku mojego pobytu tutaj. Minął miesiąc, a mieszkanie nadal – chciałam napisać „świeci pustkami” ale tak nie jest – pozostaje niezagracone. Oczywiście, przybyło trochę przedmiotów ale jest to naprawdę niezbędne minimum. W kuchni talerze, garnki, sztućce, kubki. Na tarasie dwa leżaki, które w połączeniu z dwoma krzesłami ogrodowymi w zupełności wystarczają do przyjmowania gości. I to w zupełności wystarcza. Jest oczywiście lista rzeczy, które musimy jeszcze kupić. Na początku była bardzo długa. Codzienność ją jednak weryfikuje. Wypadają z niej kolejne rzeczy, które nie przeszły „Testu miesiąca”. Na czym polega? Jest prosty – jeśli potrafiłam bez tego żyć wygodnie i normalnie przez miesiąc, to chyba tak naprawdę tej rzeczy nie potrzebuję. W weryfikacji listy zakupowej pomagają też znajomi – Niemcy. Gdy mówię, że muszę kupić pewną rzecz, patrzą ze zdumieniem i pytają, do czego mam zamiar tego używać. W większości przypadków okazuje się, że zakup chyba jednak nie będzie konieczny.

I tak powoli kształtuje się na nowo mój minimalizm. O postępach będę Was na bieżąco informować. A żeby nie ściągnąć sobie na głowę gromów w postaci komentarzy: „Cudze chwalicie..” itp., poniżej zdjęcie czegoś, co pierwszy raz zobaczyłam właśnie tutaj i uważam, za bardzo „maksymalistyczne” i totalnie zbędne. A Niemcy mają, korzystają i uważają za wielkie udogodnienie. Oto Eierschalensollbruchstellenverursacher 🙂

*zdjęcie gilotyny do jajek dzięki uprzejmości https://de.wikipedia.org/wiki/Eierköpfer

Obyczajowe Życiowo

Podróż za jeden uśmiech

22 marca 2017

Bardzo popularne w ostatnim czasie jest tanie podróżowanie. Co to znaczy? Zazwyczaj tani przelot – bilet lotniczy kupiony w promocji, nocleg w hostelu albo na „zaprzyjaźnionej kanapie”. Można? Można. I jest to bardzo popularne, a ja sama podziwiam osoby, które potrafią tego rodzaju wyjazd zorganizować. Nie wiem, czy potrafiłabym zorganizować sobie taką przygodę. Wiem natomiast, że decydując się na wyjazd, szczególnie w miejsce odmienne pod względem geograficznym, historycznym czy obyczajowo-kulturalnym, chciałabym to miejsce dokładnie poznać. Pod każdym względem. Zobaczyć zabytki, posmakować kuchni, poczuć kulturę. A to jak wiadomo kosztuje. Jak sprawić, żeby tanie podróżowanie było przyjemnością, nie męką? W ramach odpowiedzi opowiem Wam o dwóch znanych mi osobach.

Pierwsza z nich to Marta, znajoma z czasów studenckich. Poznałam ją na uzupełniającym kulturoznawstwie. Marta rok akademicki zaczęła pod koniec października, ponieważ przeciągnął się jej wakacyjny wyjazd do Maroka. Oczywiście nie były to wczasy all inclusive. Moja znajoma spędziła 30 dni z plecakiem i karimatą podróżując po miejscach, które wydawały się jej interesujące. Nie miała wcześniej planu „wycieczki” – każde kolejne miejsce wybierała spontanicznie. Jeśli zainteresowała ją zapomniana osada, docierała do niej, nie bacząc na koszty. Oczywiście w ramach rozsądku. Nocowała tam, gdzie akurat znalazło się miejsce. Czasem był to hostel, czasem pokój gościnny w domu nowo poznanych Marokańczyków, a czasem – gdy nie było alternatywy – „normalny” hotel. Chłonęła Maroko (i każde inne miejsce) całą sobą. W lokalnych jadłodajniach i restauracjach zamawiała miejscowe przysmaki. Podróżowała komunikacja publiczną, by być jak najbliżej tubylców. Dla tego samego powodu starała się dotrzeć na piechotę do wielu miejsc. Jej bagaż zawierał najpotrzebniejsze minimum z założeniem, by było miejsce na „pamiątki z podróży” czyli ręcznie wytworzoną biżuterię, lokalne wino czy słodycze, przyprawy. Czym sugerowała się kupując bilety? Na pewno ceną ale przede wszystkim tym, czy w danym momencie – porze roku – jest sens lecieć w dane miejsce. Liczył się dla niej też czas podróży – chciała na miejsce dotrzeć szybko i w miarę wypoczęta. By chłonąć całą sobą wymarzoną destynację. A później wracała – szczęśliwa, pełna wrażeń i zachwytów. Opowiadała o tym co zobaczyła, zwiedziła, jadła, z kim rozmawiała, kogo poznała. I zaczynała szukać pomysłu na kolejny wyjazd. Bo w nieznane wyjeżdżała raz do roku.

Druga osoba to Joasia. W przeciwieństwie do Marty, ją poznałam w poważnym „dorosłym” życiu i jakoś nigdy nie weszłyśmy w bliższą relację. Co łączyło ją z Martą? Podróżowanie. Asia była chyba wszędzie. Egipt, Indie, Maroko, Tajlandia, Hiszpania, Włochy, Grecja, Karaiby. Zagraniczne i krajowe wycieczki w jej przypadku zdarzają się kilka, jeśli nie kilkanaście razy do roku. Jest to możliwe – wystarczy umiejętnie podzielić urlop, wykorzystując długie weekendy. Większym problemem wydawać by się mogły finanse. Wszak podróże kosztują. Ale Joasia radzi sobie i z tym. Jest mistrzem tanich okazji. I to właśnie okazje, promocje w liniach lotniczych czy biurach podróży decydują, gdzie pojedzie w najbliższym czasie. Nie ma znaczenia, że w Paryżu była już trzy razy (i nigdy nie zobaczyła Luwru) – skoro „rzucili” tanie bilety do stolicy Francji, trzeba lecieć. Kolejny wyjazd na Kretę? Oczywiście – byle bilet był tani, a miejscówka z kuchnią, by samodzielnie ugotować przytargane z Polski danie typu gorący kubek. W czasie tego typu wyjazdów Asia porusza się najczęściej komunikacją publiczną, bynajmniej nie dlatego, by poznać lepiej tubylców, za którymi z resztą nie przepada (bo Arabów się brzydzi). Komunikacja zbiorowa jest najtańsza. Asię szczególnie fascynuje architektura, a dokładnie budynki. Koniecznie podziwiane z zewnątrz czyli bez biletu. Nie miałam jednak okazji dowiedzieć się, co ciekawego zobaczył na przykład w czasie ostatniego pobytu w Tokio. Asia wraca i chętnie opowiada – na czym zaoszczędziła, gdzie można wejść nie płacąc wstępu, bez czego się obeszła i jak to sprytnie zrobiła z ukrycia zdjęcia tam, gdzie wymagana jest opłata. A później siada do laptopa i rozpoczyna polowanie na kolejną okazję.

A Wy, jak podróżujecie? Delektujecie się miejscem i smakujecie go na wszelkie możliwe sposoby, czy może zaliczacie kolejne promocyjne miejscówki?

Bez kategorii Życiowo

Ratunku – szafa mnie wciąga!

29 stycznia 2017

 

Wiecie ile macie ubrań? …. No dobrze, uściślijmy – ile par spodni? Nadal trudno?… To może…ile kurtek czy płaszczy. Powinno być łatwiej ale to też wymaga zastanowienia. No właśnie… Obrastamy w rzeczy; samych ubrań mamy tyle, że….sami nie wiemy, ile. Spokojnie, nie będę nikogo namawiać do wyrzucenia połowy szafy. Nie chcę też wałkować tematu modnego ostatnio minimalizmu i slow fashion. Chciałabym się raczej skłonić Was do zastanowienia się nad świadomym kupowaniem i trwałością nabywanych przez nas ubrań i dodatków.

Na początku mały coming-out – byłam kiedyś prawie ubraniową zakupoholiczką. Prawie, ponieważ nie wydawałam na ubrania ostatnich pieniędzy. Co nie zmienia faktu, że kupowałam dużo i bezmyślnie. Nie zastanawiałam się, ile czarnych koszulek mam już w szafie kupując kolejną. Tak naprawdę zwracałam uwagę tylko na cenę. W efekcie miałam stosy ubrań za grosze, które po jednym praniu nadawały się do wyrzucenia. Podobnie było z butami. Nie gardziłam żadnymi. Do ulubionych należały czarne tekstylne baleriny marki z biało-czarno-czerwonym logo za 29,99 PLN. Nie uwierzycie, ale w sezonie letnim „zużywałam” 3-4 pary.  Nie dlatego, że ich nie szanowałam. One po prostu były marnej jakości. Jak łatwo policzyć, w ciagu roku na same baleriny wydawałam 90-120 PLN. Przy odrobinie wysiłku mogłam w tej cenie znaleźć „prawdziwe” buty, które przetrwałyby zdecydowanie więcej niż 2 miesiące.

Podobnie sytuacja wyglądała ze wspomnianymi wcześniej koszulkami czy bielizną. Cała szuflada biustonoszy w uniwersalnym rozmiarze 36B, z których po kilku praniach wychodziło usztywnienie. Obliczyłam kiedyś, że rocznie na same biustonosze wydawałam około 350-400 PLN.

Mogłabym tak jeszcze wymieniać ale nie bardzo jest się czym chwalić. Na szczęście dzisiaj jestem na zupełnie innym etapie. Wiem, ile mam ubrań, torebek, butów czy biustonoszy. Jak to się stało? Zwyczajnie. Dorosłam, a życie nauczyło mnie podejmowania racjonalnych decyzji. Również w kwestiach odzieżowych.

Zauważyła, że wygodniej i bardziej komfortowo chodzi mi się w skórzanych sztybletach, które mam już 3 rok. Tak, kosztowały niemal 300 PLN (to 10 par balerin). Nie, nie są najnowszym krzykiem mody. Ale są klasyczne, wygodne i uniwersalne.

Zdecydowanie lepiej czuję się i wyglądam w dobranym przez brafitterkę biustonoszu za 200 PLN. Dużo? Biorąc pod uwagę, że kupuję jeden, maksymalnie dwa w roku, a noszę każdy ponad 180 dni w roku, chyba niewiele. A jeśli dołożę do tego prawidłową postawę i ból pleców, który kiedyś był codziennością,a  teraz nie istnieje. Naprawdę warto.

Mam wymieniać dalej? Dobrze, jeszcze tylko torebki. Mam dwie – czarny skórzany worek na ramię; też ponadczasowy. I granatowy płócienny plecaczek na lato stanowiący idealne uzupełnienie mojego ulubionego „french chic”.

Podsumowaując – nie trzeba kupować dużo i często. Wystarczy kupować rozsądnie. Poniżej zasady, którymi kieruję się przy zakupach:

tylko naturalne tkaniny i materiały; w przypadku butów – skóra, chyba że to buty do biegania – ale o tym innym razem

chciałam napisać „tylko wyprodukowane w Polsce” ale to niemożliwe, dlatego ograniczam się do nie wyprodukowanych w Azji czy Ameryce Łacińskiej

kupuję tylko rzeczy „niemodne”, a dokładnie klasyczne i ponadczasowe; mam wtedy pewność, że nowa bluzka nie wyląduje w pojemniku PCK po jednym sezonie

kupuję , gdy potrzebuję – przykładowo – w ostatnim tygodniu na emeryturę odeszły moje dwa szale-chusty; granatowy  i czarny; ciężko bez nich żyć, szczególnie zimą, dlatego wybrałam się na zakupy. Do galerii. Po te dwie, konkretne rzeczy. Nie przeglądałam regałów z torebkami, butami czy wieszaków z koszulami. Przyszłam po szale i z szalami wyszłam. Wydałam na nie niecałe 100 PLN, co jest o tyle ważne, że jeden jest mieszanką jedwabiu i wełny, a drugi kaszmiru i wełny. Obydwa wyprodukowane w Europie. Piękne, prawda?

I na koniec, na osłodę, żeby nie było, że jestem ideałem. Mam słabość, są nią zegarki. O tym też kiedyś napiszę.

A jak u Was z kupowaniem? Macie jakieś zasady, których sztywno się trzymacie? Chętnie poczytam, jak wygląda życie Waszej szafy 🙂

Dla ciała Życiowo

Szczotką, mydłem, rękawicą czyli naturalne metody oczyszczania

5 stycznia 2017

Tak to już z nami kobietami jest, że lubimy robić makijaż, malować się, wcierać w siebie różnorodne mazidła, kremy i żele. Ale nie zawsze pamiętamy, by pozostałości tych specyfików z siebie usunąć. Niejednej z nas zdarzyło się pójść spać z resztkami makijażu. A ile z nas regularnie oczyszcza skórę całego ciała? Jeśli już to robimy, to czy aby na pewno prawidłowo i skutecznie?

Nie będę się rozwodziła nad zasadami prawidłowego demakijażu i oczyszczania twarzy ponieważ nie maluję się prawie w ogóle,a do codziennego oczyszczania twarzy stosuję płyn micelarny i tonik. Uzupełniam to kremem na noc lub na dzień.  O ile w tym zakresie jestem minimalistką, o tyle – jeśli chodzi o skórę ciała – jestem bardzo systematyczna i nie pozwalam sobie na zaniedbania. Od razu tez informuję – nie jestem typem poszukiwacza-odkrywcy, nie sprawdzam na sobie kolejnych nowinek kosmetycznych. Nie robie tego z prostej przyczyny – szkoda mi na to pieniędzy, a przede wszystkim własnego ciała. Nie chcę serwować mu/sobie zastrzyków nieznanych składników chemicznych. Dlatego od kilku lat jestem wierna naturalnym metodom i środkom pielęgnacji. A są to: szczotka z naturalnego włosi, mydło savon noir i rękawica Kessa.

O szczotce z naturalnego włosia, a dokładnie o szczotkowaniu ciała na sucho, dowiedziałam się od znajomej. Mino, z pochodzenia Japonka, odprawiała ten rytuał codziennie rano. Gdy zaintrygowana zapytałam ją co robi, wyjaśniła, że głaszcze ciało. Nie przekonało mnie to, szczególnie, że po tym głaskaniu jej skóra była zaczerwieniona, asam zabieg odbywał się przy użyciu szorstkiej szczotki z włókien agawy, która do najmilszych nie należała. Z wielkim niedowierzaniem ale ciekawa efektów, postanowiłam spróbować. Nagrodą za cierpienie miała być gładka skóra, dobrze ukrwiona i pozbawiona resztek martwego naskórka. Spróbowałam i robię to do dzisiaj. Zabieg powtarzam dwa, trzy razy w tygodniu z użyciem szczotki z naturalnego włosia. Regularne „głaskanie” ciała pozwala utrzymać skórę w dobrej kondycji. Jest gładka, przyjemnie napięta, nie wysusza się i nie łuszczy nawet zimą. Lubie to głaskanie.

Gdy masaż na sucho wszedł mi w nawyk, przyszedł czas na rękawicę Kessa. To „odkrycie”, dla mnie nowe, jest tak naprawdę bardzo stare i wywodzi się z krajów arabskich. Rękawica Kessa była i jest używana do pielęgnacji skóry. Podobnie jak opisana wcześniej szczotka, pozwala pozbyć się martwego naskórka, z tym że „na mokro”. Regularne używanie (w moim przypadku codzienne), poprawia kondycję skóry i zapobiega wrastaniu włosków. Rękawica najlepiej sprawdza się „sama” czyli bez użycia dodatkowych żeli czy peelingów. To idealne rozwiązanie dla osób mających wrażliwą i alergiczną cerę.

Świetnym uzupełnieniem zabiegów wykonywanych rękawicą, jest oczyszczanie mydłem savon noir. Ten rodzaj oczyszczania również nawiązuje do tradycji arabskich. Od lat bardzo popularny, dzisiaj przeżywa renesans. W jego skład wchodzą tylko naturalne składniki: czarne oliwki, olej oliwny i woda. Jedyny obcobrzmiący składnik to wodorotlenek sodu niezbędny do zamydlania. Mydło należy stosować na mokre ciało. Wyjmujemy je z pojemnika dłonią, rozprowadzamy na mokrej skórze i pozostawiamy na kilka minut. Po upływie tego czasu zmiękczoną skórę zaczynamy masować, np. rękawicą Kessa. Pozakończeniu tego masażu, spłukujemy pozostałości. Efekt? Skóra gładka, jedwabista w dotyku, odżywiona i naoliwiona. A to wszystko bez chemii.

Mam nadzieję, że wpis będzie dla Was przydatny i nikogo nie odstraszyłam, a wręcz przeciwnie. A może znacie jeszcze inne rytuały i metody pielęgnacji oparte na naturalnych składnikach. Chętnie się z nimi zapoznam.

Zjedz i wypij Życiowo

Na językach – Vivian Restaurant

30 grudnia 2016

Nie lubię tłumów, zakupów i galerii handlowych. Uwielbiam kino i dobre jedzenie. Czasem, dla tego co lubię, jestem w stanie tolerować to, za czym nie przepadam. Pod warunkiem, że film jest dobry, a jedzenie smaczne, pięknie podane i konsumowane w klimatyczny miejscu. Tak było wczoraj. Nie będę się rozwodzić nad kolejną częścią „Gwiezdnych Wojen” ale opowiem Wam o jedzeniu i fantastycznym miejscu.

Vivian Restaurant na kulinarnej mapie Wrocławia pojawiła się przed rokiem, jednak dla mnie jest odkryciem. Pierwszy raz trafiłam tam właśnie wczoraj. I to zupełnie przypadkiem. Seans kinowy miała poprzedzić kolacja ze znajomymi. Nie planowaliśmy jednak gdzie i co będziemy jeść. Los, a dokładnie tłumy shoppingowców zdecydowały, że trafiliśmy do Vivian.

Zaskoczenie już od progu. Przede wszystkim – nazwa. Dla mnie, miłośnika fotografii – kojarząca się jednoznacznie. Dla niewtajemniczonych – nawiązuje do Vivian Maier, nowojorskiej niani, która w latach 50-tych swój wolny czas poświęcała na fotografowanie amerykańskiej ulicy. I wystrój restauracji delikatnie przenosi nas w czasy niani-fotografki. Jest niemal minimalistycznie, prosto i jasno. Na ścianach fotografie i odnośniki do Maier. W tle delikatna muzyka, jednak na tyle głośna, by skutecznie „odciąć” od zgiełku pasażu handlowego.

Bardzo szybko pojawia się kelnerka z kartą menu. Równie szybko wróciła, pytając o wybór napojów, równocześnie dając czas, na wybór dań. A jest w czym wybierać. Nie mam tutaj na myśli wielkości karty i ilości potraw.  Cała lista dań mieści się na podkładce formatu A3, nie jest przytłaczająca. Jednak różnorodność składników i smaków jest imponująca. Znajdziemy tutaj owoce morza, dziczyznę, wołowinę, wieprzowinę, ryby i drób w wielu odsłonach. Jest tradycyjny filet z kurczaka i kaczki w towarzystwie kluseczek szpinakowych czy sosu wiśniowego. Ryby reprezentuje łosoś w grzybowym risotto i dorsz z ziemniaczanym fondant. Wielbiciele włoskich smaków mogą wybierać między trzema rodzajami pappardelle, a burgerożercy staną przed dylematem – burger wołowy (rozmiar XXL) czy z grillowanym kurczakiem. W karcie znajdziemy również zupy, sałatki i desery, a wszystkie dania bezglutenowe i wegetariańskie, odpowiednio opisano.

Odwiedziłam Vivian w godzinach wieczornych, kiedy obowiązywało już menu złożone z dań obiadowych. Wiem jednak, że restauracja ma menu uzależnione od pory dnia. Od godziny dziewiątej do dwunastej obowiązuje karta śniadaniowa, w której znajdziemy zarówno opcję z pieczywem, jak i jajkiem w roli głównej. Po śniadaniu przychodzi czas na lunch – w skład którego wchodzi zupa dnia oraz danie główne. To, czym będziemy się zajadać danego dnia, zależy od pomysłowości szefa kuchni. A te pomysły…podobno palce lizać.

Uzupełnieniem dań są napoje. Bar Menu w Vivian zadowoli nawet największe marudy. Ja tradycyjnie zadowoliłam się lampką wytrawnego białego wina, a w ramach deseru – świeżo wyciskanym sokiem z grejpfruta (podane w gustownych, szklanych butelkach – bajka!). Moi towarzysze rozsmakowali się w piwie z lokalnego browaru Kormoran. Sądząc po minach – smakowało.

Kończąc te peany i zachwyty chciałabym dodać łyżkę dziegciu – dla równowagi. Niestety, nie mam na co narzekać. Wszystko było idealne. No może tylko krzesełka mogłyby być bardziej wygodne.

A Wy, co polecicie w swoich miastach? Jakich kulinarnych odkryć dokonaliście w ostatnim czasie? Pochwalcie się i zainspirujcie – chętnie poczytam.

Życiowo

Językowe online

14 grudnia 2016

Język obcy. Kto z nas nie chciałby znać biegle przynajmniej jednego. Znajomość języka obcego niesie za sobą same korzyści. Otwiera przed nami świat – dosłownie i w przenośni. Możemy swobodnie podróżować bez obawy o barierę językową, oglądać filmy w oryginale czy szukać informacji w źródłach obcojęzycznych. Tak, znajomość języka obcego ułatwia życie. Co zrobić, by poczuć ten komfort? Opowiem Wam na własnym przykładzie.

W swoim życiu uczyłam się już – nie licząc polskiego – siedmiu języków. Wśród nich mogę wymienić angielski  i niemiecki ale też tak oryginalne jak hebrajski czy jidysz. Ze wszystkich najlepiej poznałam i nadal władam angielskim. Zaczęłam się go uczyć w szkole podstawowej. Jednak tych początków nie mogę zaliczyć do udanych. Sposób nauki, a także postawa nauczyciela skutecznie zniechęciły mnie do nauki tego języka. Na kolejnych etapach edukacji nadal miałam kontakt z angielskim ale była to raczej smutna konieczność niż przyjemność.

Sytuacja uległa zmianie w momencie wyjazdu za granicę. Zostałam rzucona na głęboką wodę. Musiałam odnaleźć się w anglojęzycznym zespole. Byłam przerażona. Na początku. A po miesiącu – bardzo pozytywnie zaskoczona. Okazało się, że nie tylko rozumiem swoich współpracowników ale oni też nie mają problemów ze zrozumieniem mnie. Jak to się stało? Zadziałała metoda całkowitego zanurzenia w języku. Cały dzień po angielsku mówiłam i pisałam, angielskiego też słuchałam. Z czasem po angielsku zaczęłam myśleć. Nawet nie zauważyłam, gdy zaczęłam czytać książki w tym języku, oglądać filmy w oryginale czy rozumieć teksty piosenek. Angielski sam wszedł mi do głowy. Teraz, po kilku latach od tego eksperymentu pilnuję tylko, by mieć kontakt z językiem czytając, oglądając telewizję czy pisząc w tym języku.

A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, postanowiłam nauczyć się kolejnego języka. Padło na niemiecki. Miałam z nim już kontakt w szkole średniej. Ba, zdawałam nawet z niemieckiego maturę. Ale na tym egzaminie nasz romans się zakończył. Wielki „come back” nastąpił początkiem tego roku, gdy sytuacja osobista spowodowała częste wizyty w Berlinie i konieczność komunikowania się z niemieckojęzycznymi znajomymi. Trzeba był przeprosić się z dawnym znajomym. Postanowiłam wykorzystać sprawdzoną technikę zanurzenia się w języku. Tym razem nie mam możliwości obracania się na codzień w środowisku niemieckojęzycznym. Staram się jednak otaczać tym językiem na wszelkie możliwe sposoby. Gdy jestem w domu cały czas w tle jest włączony telewizor ustawiony na jeden z nimieckich kanałów. Wszelkie podręczne urządzenia (telefon, tablet) przestawiłam na język niemiecki, podobnie z aplikacjami typu FB. W słuchawkach też cały czas „lecą” niemieckie podcasty.

Jednak wszystkie te metody nie przyniosą efektu jeśli sami nie zaczniemy mówić. Dlatego zdecydowałam się na konwersacje z native speakerem. Mieszkam w małej miejscowości, gdzie nie ma szkoły językowej. Dodatkowo, mało usystematyzowany tryb życia, utrudnia mi dostosowanie się do sztywnego planu zajęć. Dlatego wybrałam naukę przez internet. Wiedziałam, że nie chcę „przerabiać podręcznika”, a zależy mi na konwersacjach. Zdecydowałam też „zaniedbać” gramatykę na rzecz wzbogacenia słownictwa i poznania żywego języka. Drogą eliminacji trafiłam na preply.com. To portal skupiający nauczycieli różnych dyscyplin, w przypadku języków – również native speakerów. Proponowane przez nich usługi są bardzo różnorodne i każdy znajdzie coś dla siebie. Dla mnie preply.com jest idealnym rozwiązaniem ponieważ:

  • nauka odbywa się przez Skype – nie muszę nawet wychodzić z domu
  • na bieżąco ustalam terminy spotkań
  • moja nauczycielka ustala ze mną tematykę zajęć
  • system rozliczania i oceniania czyli strona techniczna jest bardzo jasny i przejrzysty
  • jest możliwość „przetestowania” nauczyciela w ramach próbnej lekcji

Gorąco polecam ten sposób nauki. Szczególnie dla osób, którym ciężko rozplanować lekcje, a najszybciej uczą się mówiąc.

 

A jakie Wy macie sposoby na język? Preferujecie tradycyjne metody nauki czy bardziej nowatorskie. Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami i komentarzami. Może wzbogacę swój wachlarz możliwości 🙂

Książkowo Życiowo

Françoise Sagan „Witaj, smutku”

3 grudnia 2016

dsc_2045

Dzisiejsza recenzja będzie bardzo nietypowa. Dotyczy książki, którą przeczytałam pod wpływem fascynacji popularnym od jakiego czasu „french chic”.  Odbiegać będzie też od zwyczajowych streszczeń, ponieważ najważniejsza jest dla mnie bohaterka drugoplanowa, a sama fabuła nie wzbudziła mojego wielkiego zainteresowania. Ale od fabuły zacznijmy.

Siedemnastoletnia Cecylia spędza wakacje w Saint Tropez ze swoim ojcem, czterdziesto dwu letnim bon vivantem oraz jego najnowszą kochanką, niewiele zresztą starszą od samej Cecylii. Spokojne lato komplikuje nieco pojawienie się dawnej znajomej, znanej paryskiej projektantki Anny. Wakacje w Saint Tropez nabierają barw. Tyle, jeśli chodzi o fabułę, która nie jest mocno zawiła. Szanując czytelników, nie zdradzę zakończenia.

Jak już wspomniałam, skusiłam się na lekturę „Witaj, smutku”, gdy w kolejnej książce, o francuski stylu została ona wspomniana. Zastanawiałam się, dlaczego. Teraz już wiem. Młoda autorka przedstawiła w niej obraz „french chick” w osobie Anny właśnie. Już pierwszy opis bohaterki daje nam pewien zarys:

W ciągu tygodnia ubrała mnie gustownie i nauczyła dobrych manier (…) zawdzięczam jej więc moje pierwsze eleganckie stroje (…) przy swoich czterdziestu dwu latach była kobietą pociągającą i wytworną. Twarz jej, piękna i dumna, miała wyraz znużonej obojętności.

Z czym kojarzy Wam się ten opis? Tak, to obraz „zwykłej” Francuzki. Kobiety, niezależnie do wieku  i pory dnia, wyglądające zjawiskowo w zwykłych dżinsach i białej koszulce. Takiej, która bez makijażu i markowej torebki prezentuje się jak milion dolarów. Nie ukrywam, że spośród wielu ikon stylu i mody, to właśnie Francuzka czy paryżanka są moim ideałem. I to nie tylko ze względu na wygląd. Również, poprzez swego rodzaju „nonszalanckie” usposobienie. A na czym ono polega? O tym możecie przeczytać śledząc losy Cecylii.

Zachęcam do lektury i podzielenia się refleksjami. Napiszcie, co myślicie o francuskim stylu – podoba Wam się czy wręcz przeciwnie, to coś zupełnie wam obcego. Chętnie poczytam, czy m jest dla Was styl, nie tylko francuski.

Życiowo

Spod samiućkich Tater

29 listopada 2016

14202587_1295200000514792_88368845786968379_n

Urodziłam się w stolicy Podhala. Nie, to nie Zakopane. To Nowy Targ. Jestem góralką z krwi i kości chociaż z moich rodzinnych stron wyjechałam już ponad dziesięć lat temu. Ale gór tak naprawdę pozbyć się z siebie nie można. Nawet jeśli z tym walczysz czy starasz się zapomnieć – halny w duszy zostaje i kiedyś o sobie przypomni. U mnie zaczął o sobie przypominać jakiś czas temu.

Jako dziecko miałam te góry na wyciagnięcie ręki. Były tak oczywiste, że ich nie dostrzegałam. I nie mam tutaj na myśli górskich szczytów i bliskości Morskiego Oka. Chodzi raczej o gwarę, ubiór, potrawy czy mentalność. Starsze kobiety, które na kościelne święte zakładały tybetowe spódnice i kwieciste chusty, czy rozmowy ubogacone znanymi tylko w tych stronach epitetami. To wszystko sobie było. A ja tego chyba nie dostrzegałam. Co ja piszę – nawet posiadanie oryginalnego ludowego stroju było dla mnie oczywiste.

Gdy wyjeżdżałam z domu na studia, nie odczułam braku tego folkloru. Z resztą, w Krakowie, gdzie przyszło mi studiować, mnóstwo młodych ludzi pochodziło z Nowego Targu, Zakopanego i okolic. A same góry były na wyciagnięcie ręki. A może i studenckie lata to nie był jeszcze czas sentymentów?

Te jednak pojawiły się, gdy na dobre osiadłam na Dolnym Śląsku. To region będący mieszanką kultur, tradycji i folklorów. Tutaj moje pochodzenie nie było już oczywiste. Było raczej czymś nowym  i na swój sposób „orientalnym”. A ja sama odkryłam, że gór mi brakuje. Tylko jak je mieć na codzień, gdy naprawdę są niemal 400 kilometrów ode mnie? Pomogła moda na modę. Góralską oczywiście.

Podczas jednej z wizyt w domu „przypomniałam” sobie o kierpcach. To element góralskiego stroju. Skórzane buty zapinane na rzemyki. Najwygodniejsze baleriny świata. Te na zdjęciu zakupione zostały na nowotarskim „jarmaku”(kosmicznie wielkie targowisko odbywające się w każdy czwartek i sobotę nad Dunajcem). Moje Laboutin Podhale to buty idealne. Nie z ekologicznej ale prawdziwej skóry, zrobione w Polsce – nie sprowadzone z Chin, wyprodukowane ręcznie – bez udziału maszyny. A pod względem praktycznym – pasujące do wszystkiego i niepowtarzalne. Na jakiś czas zaspokoiły moją potrzebę gór. Z czasem garderoba wzbogaciła się jeszcze o filcową torebkę z  haftem parzenicy. Aż boję się myśleć, co będzie dalej. A jest w czym wybierać. Moda na folklor, szczególnie ten góralski cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Na rynku pojawia się coraz więcej firm, które szyją ubrania stylizowane na góralskie czy inne „podhalańskie” akcesoria i dodatki. Moim faworytem pod tym względem jest Podhaler. To grupa młodych ludzi, którzy sami piszą o sobie tak:

Jesteśmy grupą młodych ludzi urodzonych i wychowanych na Podhalu, przesiąkniętych tradycją, gwarą, ludową kulturą, miłością do gór i szacunkiem do wartości, które przekazano nam w domach. Przyszedł jednak dzień, w którym los obszedł się z nami brutalnie, rozrzucając nas po różnych częściach kraju. Zostaliśmy oderwani od najcenniejszego miejsca, od naszej ojcowizny. W chwili, gdy znaleźliśmy się poza granicami Podhala, wśród obcych nam ludzi, wśród nie-górali, zdaliśmy sobie sprawę z tego, jak bardzo inni jesteśmy. Seweryn Goszczyński w 1853 r. w „Dzienniku podróży do Tatrów” napisał: „kilka tygodni oddalenia od gór już wpływa na zdrowie gorala”. Świento prowda!”

Chciałam napisać, że zakochałam się w nich ale tak naprawdę zakochałam się w ich pomysłach i tworzonych przez Podhalera ubraniach. Stylizowanych sukienkach, męskich koszulach z parzenicami czy damskich bluzkach z tybetowymi akcentami. Jest tego naprawdę wiele. Dla tych, którzy nie są do końca przekonani do góralszczyzny w „czystym” wydaniu, Podhaler stworzył linię odzieży casulaowej – The Podhaler, gdzie znaleźć można wiele przedmiotów i ubrań z tym czymś góralskim.

12841155_1397169960589705_8503306278544361755_o

A Wy? Też manifestujecie miłość do swoich małych ojczyzn? A może zwyczajnie lubicie stylowe, regionalne akcenty w garderobie? Napiszcie, jestem tego bardzo ciekawa. Może odezwie się ktoś, kto podobnie jak ja ma w sobie góry na odległość.