Przeglądasz kategorie

Zjedz i wypij

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

Zielona kuchnia niemiecka

20 marca 2018

Przeczytałam ostatnio ciekawy artykuł w niemieckim „Focus” – link tutaj. Autorka skupiła się w nim na weganizmie i wegetarianizmie. W ogóle sam artykuł ma intrygujący tytuł: „Weganizm, tylko moda czy coś więcej?” Poza oczywistymi tezami, które zna każdy, kto nie je mięsa, możemy zapoznać się z danymi statystycznymi, które dla zwolenników diety bezmięsnej są budujące. Postanowiłam podzielić się z Wami tą wiedzą, a przy okazji zajrzeć do niemieckiej kuchni.  Zacznijmy od artykułu i danych.

Osiem milionów Niemców uważa się za wegetarian twierdząc, że nie jedzą mięsa i kiełbas (wiem, że może zabrzmieć to śmiesznie ale autorka wyraźnie zaznacza ten podział). Nieco ponad milion mówi, że są weganami. Rygorystycznie przestrzegają zasad żywienia, rezygnując nie tylko z podstawowych, wszystkim znanych produktów odzwierzęcych ale też z produktów zawierających np. kwas karminowych czy wosk pszczeli. O skórzanej czy wełnianej odzieży nie wspominając.

To, że autorka sugeruje uznanie weganizmu za modę, może wynikać ze statystyk, wg których zarówno weganizm jak i wegetarianizm to zjawisko typowe dla pokolenia millenialsów. Statystyczny niemiecki weganin/wegetarianin to wykształcona kobieta (81%) w wieku 20-39 lat. Pytanie, na ile to pokolenie rzeczywiście chce być modne  i „inne”, a na ile jest po prostu świadome efektów diety opartej na produktach odzwierzęcych.

Liczba Niemców rezygnujących ze spożywania mięsa i jego przetworów systematycznie rośnie – od 2010 roku wzrosła o 15%. A że popyt napędza podaż, przybywa też restauracji typowo wegańskich i wegetariańskich. W samym Berlinie miejsc serwujących typowo wegańskie jedzenie jest 64. Coraz częściej też, w „normalnych” restauracjach, oferta dań bezmięsnych jest bogata i można dostać coś więcej niż sałatki czy makaron z pesto.

Jeśli chodzi o motywację – myślę, że jest podobnie jak w innych krajach. W zdecydowanej większości przemawiają względy moralne i etyczne. Tylko 8% respondentów przyznało, że zmiana diety podyktowana była względami zdrowotnymi.

A jak dieta wegańska czy wegetariańska ma się do tradycyjnej kuchni niemieckiej? No cóż..można powiedzieć, że jest sporym od niej odstępstwem. Mięsa i przetworów mięsnych jest w kuchni niemieckiej bardzo dużo. Stanowi ono podstawę niemal każdego posiłku. Na śniadanie podawane są po za jajkami w różnorakiej formie, półmiski z wędlinami i pasztetami. Do tego często sałatka z mięsem oczywiście. Obiad to też często pieczeń, sznycel, stek czy chociażby sos na bazie mięsa. Kolacja najczęściej przypomina zestawienie śniadaniowe, tyle że bez jajek.

Ta ilość mięsa w niemieckiej jest rzeczywiście duża ale trzeba pamiętać, że Niemcy nie jedzą samych wędlin i kotletów. Na talerzu zawsze jest miejsce na warzywa. Nawet jeśli „warzywo” sprowadza się do smażonych ziemniaków. A że te bardziej szkodzą niż pomagają. No cóż… Dla mnie samej zagadką jest, jak przy takim sposobie żywienia pozostają mimo wszystko sprawni i stosunkowo zdrowi do później starości. Ten temat musze jeszcze rozgryźć i na pewno o nim napiszę.

A jak u Was z mięskiem na talerzu? Preferujecie dietę warzywną czy raczej zbilansowaną i różnorodną jeśli chodzi o pochodzenie. A może mieliści okazję osobiście testować kuchnię niemiecką? Chętnie poznam Wasze opinie i doświadczenia w tym zakresie.

Dla ciała Zjedz i wypij

Jak chorować – krótka instrukcja obsługi

5 lutego 2018

Tekst w zasadzie powinien nosić tytuł „Jak chorować z głową” albo nawet „Jak nie zarażać”. Zostaniemy jednak przy pierwotnej wersji. Do napisania tekstu skłoniła mnie oczywiście aktualna sytuacja, również na własnym podwórku. Grypa rozpanoszyła się na dobre, wszyscy przeziębieni, kichają, smarkają i roznoszą bakterie. Marne szans, by ustrzec się przed chorobą, skoro sami chorzy tak ochoczo się swoim stanem dzielą. Przejdźmy jednak do sedna – jak chorować?

Przede wszystkim egoistycznie. W zaciszu własnych czterech ścian, z książką, w łóżku, regularnie wietrzonej sypialni. Mam świadomość, że nie da się (może niektórzy nie chcą) chorować w samotności. Wszak są współlokatorzy, rodzina itp. Ale w miarę możliwości warto ograniczyć kontakt do minimum, a co za tym idzie – zachować bakterie i wirusy dla siebie. Jaki sens ma przekazywanie ich dalej? No?.. Już samo pytanie brzmi głupio. Chociaż…czasem robimy to „nieświadomie”. Mam na myśli osoby, które chore, świadome swego stanu, często po wizycie u lekarza, zaopatrzone w odpowiednie leki i sugestie, twardo idą do pracy, w przekonaniu, że w ten sposób zbawią świat (czytaj: „Nikt mnie nie zastąpi/Mam zobowiązania/Wszystko się posypie beze mnie”). I tak sobie jadą do pracy. Kichają w autobusie, w windzie, przy biurku. Padają ze zmęczenia usiłując pracować przy wydajności bliskiej zeru. Przy okazji zarażają wszystkich dookoła i poczuciem spełnionego obowiązku wracają do domu w stanie gorszym, niż z niego wyszli. Następnego dnia organizm już się buntuje. Do pracy iść nie można. Ale nie jest to już egoizm – wszak do pracy nie idą też koledzy z biurka obok, dzień wcześniej obdarzeni mocną dawką wirusa. Brawo!

Jak jeszcze należy chorować? Przede wszystkim odpowiedzialnie. Jeśli już „stało się” i katar dociska głowę do poduszki, a przez gardło nie przechodzi nawet kostka czekolady, warto poddać się lekarskim zaleceniom. Wykupić leki, zażywać je wg wskazań. Tutaj moim ulubieńcem jest czarodziej „antybiotyk”. Uwielbiam. Szczególnie nasze rodzimą wiarę w jego skuteczność jako specyfiku na wszystko, zawsze i wszędzie. Przede wszystkim – antybiotyk musi być. Nie ważne, że nie jest konieczny. Że dobrze byłoby zrobić badanie, czy aby jest niezbędny i czy właśnie ten. Antybiotyk musi być. Bo co to za lekarz, co antybiotyku nie wypisał? Bez sensu. No cóż…nie wspomnę, że bardziej bez sensu jest przyjmowanie antybiotyku przepisanego przez lekarza ale tak „nie do końca”. No bo w sumie już mi lepiej, już się dobrze czuję, a co się będę truć, skoro już mi przechodzi. I tak sobie przerywamy przyjmowanie specyfiku (często wymuszonego na lekarzu), nie zdając sobie sprawy, jak bardzo sobie szkodzimy. Nie jestem lekarzem nauk medycznych ale..jeśli ktoś biegły w temacie, zaleca przykładowo „2x dziennie przez 8 dni”. To chyba oznacza, że właśnie tak należy stosować aby przyniosło efekt. To tak drobna sugestia…POza tym – to trochę marnotrastwo; no bo co zrobisz z połową blistra? Zostawisz sobie na następny raz? Weźmiesz, gdy przeziębienie wróci za parę dni?…

Chorować można też naturalnie. Chociaż tutaj raczej pokusiłabym się o „naturalne zapobieganie”. Co mam na myśli? Wraz z nadejściem sezonu grypowego, warto wzbogacić dietę w produkty naturalnego pochodzenia, które wzmocnią naszą odporność. Tak, przede wszystkim dużo witaminy C. Pamietajmy jednak, że plasterek cytryny wrzucony do gorącej herbaty nie pomoże. Jeśli już chcemy suplementować się cytrusami, nie kaleczmy ich wrzątkiem. Sok z cytryny lepiej sprawdzi się w połączeniu z letnią wodą i miodem. Nie zapominajmy też, że popularną cytrynę, jeśli chodzi o zawartość witaminy C, biją na głowę inne rośliny. Przykładowo, nasza lokalna dzika róża ma tego składnika 15 razy więcej. podobnie sytuacja wygląda z czerwoną papryką. Ta nie dość, że bogatsza w witaminę C, to jeszcze podana na ciepło, rozgrzewa. Co jeszcze? Kiwi, czarna porzeczka, natka pietruszki, brokuł, brukselka czy szpinak. Nie należy też zapominać o kiszonkach. Poczciwa biała kapusta z beczki to żródło witamin i odporności. A dla otwartych na nietypowe smaki – kurkuma. Najlepiej w postaci złotego mleka – jak to polecane przez Agnieszkę Maciąg. Tutaj sama zaświadczę – pasta z kurkumy działa!

A jeśli już mimo wszystko „wyglądamy niewyraźnie”, warto sięgnąć po metody z apteczki babci. Czosnek, imbir, cebula, burak, czarny bez, malina, młode pędy sosny. Wszystko to było kiedyś dla naszych babć i mam podstawą do syropów i: leczniczych mikstur, które szybko stawiały na nogi.

Mam nadzieję, że jesteście zdrowi, choroba Was się nie ima i  nie będziecie zmuszeni korzystać z sugestii i porad zawartych w poście. Gdyby jednak, pamiętajcie – chorować trzeba „z głową”

Obyczajowe Zdrowo Zjedz i wypij

Na wolno czyli test wyciskarki wolnoobrotowej

29 stycznia 2018

Domyślam się, że dla większości to żadna nowość. Niemal cała blogosfera już to urządzenie poznała, przetestowała i oceniła. Teoretycznie nie ma sensu wyważać otwartych drzwi i rozpisywać się na ten temat po raz kolejny. Pokuszę się jednak o mój prywatny osąd.

Zacznijmy może od tego, że nigdy nie miałam żadnej wyciskarki soków. Nawet tego zwykłego grzybka do cytrusów. To urządzenie zwyczajnie nie było mi potrzebne. I pewnie nadal bym o nim nie myślała, gdyby nie zmiany żywieniowe, które od pewnego czasu wprowadzam do swojego CV. O ograniczeniu (a raczej wykluczeniu) mięsa już pisałam. Wiąże się ono w logiczny sposób z większym spożyciem owoców i warzyw. Jedzenie „zieleniny” nigdy nie było dla mnie problemem. Zawsze dokładałam coś liściastego czy korzennego do każdego posiłku. Nie ukrywam też, że dieta roślinna zdecydowanie mi służy. Warzywa w sałatkach, na kanapkach, w surówkach, zapiekane, duszone, zbledowane na zupę-krem czy zmiksowane na smoothie. Widzicie czego w tym wszystkim brakuje? Soków. Warzywa można jeść ale można je też pić. Wydawałoby się, że to takie proste – przecież sklepowe półki uginają się od najróżniejszych soków warzywnych. Kupujesz i pijesz. Do wyboru do koloru – marchewkowe, pomidorowe, mieszane. Cała paleta smaków. Na początku kupowałam. Ale z czasem zaczęłam być wybredna. Dokładniej studiowałam etykiety. Analizowałam składy, porównywałam smaki. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że ideału w sklepie nie znajdę. Mogę go jednak sama zrobić. Wystarczy tylko wyciskarka.

Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zakupem tego urządzenia. Moja mama miała takowe, jeszcze w głębokich latach osiemdziesiątych. Zielono-białe pudełko głośno buczało, a jego mycie trwało dłużej niż używanie. Zaczęłam research w Internecie. Już po pierwszych poszukiwaniach okazało się, że zwykła wyciskarka (sokowirówka) jest już passe. Teraz korzysta się z wyciskarek wolnoobrotowych, które dają najzdrowsze soki, radzą sobie z każdym warzywem, owocem, a dodatkowo robią lody (ok – sorbety). Są cichutkie, ich obsługa jest banalnie prosta, a mycie – szybkie i nieskomplikowane. Wszystkie te opinie niemal mnie przekonały. Pozostała tylko kwestia ceny, która delikatnie mówić – powaliła mnie na kolana. Jeśli chciałam mieć urządzenie niezawodne i sprawdzone, które będzie mi służyć przez lata, powinnam się przygotować na wydatek co najmniej 1000 PLN (nawet jeśli nie będzie robić lodów i tak ciężko o coś dobrego za mniejsze pieniądze). Przyznam, że ta informacja mocno ostudziła moje zapędy. Argument finansowy jest zawsze mocny.

Od momentu, kiedy zaczęłam zastanawiać się nad zakupem wyciskarki wolnoobrotowej, z tyłu głowy miałam też inny argument – kolejny zakup to kolejna rzecz zajmująca przestrzeń. Czy bez tego naprawdę nie da się żyć?… Pewnie się da, skoro tyle lat żyłam. Ale z drugiej strony – może to życie z wyciskarką będzie lepsze/zdrowsze/wygodniejsze? Może żyłam w błogiej nieświadomości? Jak się o tym przekonać?

Z pomocą przyszło samo życie w postaci znajomej, z którą podzieliłam się problemem. Okazało się, że sama posiada, owszem już od kilku lat. I zupełnie nie korzysta. I chętnie pożyczy. Czego można chcieć więcej?

I tak zaczęłam testować urządzenie marki Hurom, produkt z wyższej półki – również cenowej (robi lody :)). Na wyposażeniu dwa sitka – drobniejsze i grubsze, pojemnik na sok i na odpady. Proste w obsłudze i szybkie w czyszczeniu.

Testy dobiegły końca. Poniżej moje wnioski:

  • soki pierwsza klasa – jestem pod wrażeniem jak mało zostało z twardej marchewki, a jak dużo soku wyciskarka z niej wydusiła
  • urządzenie radzi sobie z każdym warzywem/owocem – piliście kiedyś sok z łodyg brokułu?…
  • przy użyciu grubszego sitka wychodzą pyszne musy.. i lody czyli sorbety
  • pomimo, że urządzenie przeszło testy pozytywnie – nie kupię wyciskarki wolnoobrotowej

Dlaczego?

  • zwyczajnie nie odczuwam różnicy w smaku między sokiem pozyskanym za pomogą tego urządzenia, a efektem pracy mojego poczciwego blendera do smoothie (kiedyś o nim też napiszę), poza „strukturą” rzecz jasna
  • tak, wiem – ważne są te wolne obroty, nagrzewanie się metalowych części, ginące tragiczną śmiercią witaminy i wartości odżywcze ale nie przekonacie mnie, że bardziej skorzystam z samego soku nawet odpowiednio pozyskanego,  niż całego warzywa (blender do smoothie nie zostawia resztek)
  • szkoda mi przestrzeni życiowej na obrastania w kolejne gadżety, bo tak niestety musze wyciskarkę nazwać, tym bardziej, że mając na uwadze „rozwój technologii kuchennych” już niebawem wyciskarkę wolnoobrotową zastąpi coś wolniejszego/lepszego/zdrowszego
  • moje życie nie uległo drastycznym zmianom od momentu rozpoczęcia testów, nie sądzę aby coś się zmieniło w momencie zakupu wyciskarki (poza zasobem portfela rzecz jasna)

Podsumowując – będę żyła zdrowo bez wyciskarki. Niemniej jednak, osobom zdecydowanym na zakup tego typu  urządzenia i zastanawiającym się nad wyborem konkretnego modelu, z czystym sumieniem polecam firmę Hurom, model HH Series Type L.

A jak u Was? Wyciskacie wolno czy normalnie? A może w ogóle nie wyciskacie? Chętnie posłucham.

 

Ps. Firma Hurom nie partycypowała w tworzeniu postu 🙂 Niemniej jednak podlinkowałam ich stronę i skorzystałam ze zdjeć na niej się znajdujących, ponieważ uważam że to godny polecenia produkt.

Zjedz i wypij Życiowo

Na językach – Vivian Restaurant

30 grudnia 2016

Nie lubię tłumów, zakupów i galerii handlowych. Uwielbiam kino i dobre jedzenie. Czasem, dla tego co lubię, jestem w stanie tolerować to, za czym nie przepadam. Pod warunkiem, że film jest dobry, a jedzenie smaczne, pięknie podane i konsumowane w klimatyczny miejscu. Tak było wczoraj. Nie będę się rozwodzić nad kolejną częścią „Gwiezdnych Wojen” ale opowiem Wam o jedzeniu i fantastycznym miejscu.

Vivian Restaurant na kulinarnej mapie Wrocławia pojawiła się przed rokiem, jednak dla mnie jest odkryciem. Pierwszy raz trafiłam tam właśnie wczoraj. I to zupełnie przypadkiem. Seans kinowy miała poprzedzić kolacja ze znajomymi. Nie planowaliśmy jednak gdzie i co będziemy jeść. Los, a dokładnie tłumy shoppingowców zdecydowały, że trafiliśmy do Vivian.

Zaskoczenie już od progu. Przede wszystkim – nazwa. Dla mnie, miłośnika fotografii – kojarząca się jednoznacznie. Dla niewtajemniczonych – nawiązuje do Vivian Maier, nowojorskiej niani, która w latach 50-tych swój wolny czas poświęcała na fotografowanie amerykańskiej ulicy. I wystrój restauracji delikatnie przenosi nas w czasy niani-fotografki. Jest niemal minimalistycznie, prosto i jasno. Na ścianach fotografie i odnośniki do Maier. W tle delikatna muzyka, jednak na tyle głośna, by skutecznie „odciąć” od zgiełku pasażu handlowego.

Bardzo szybko pojawia się kelnerka z kartą menu. Równie szybko wróciła, pytając o wybór napojów, równocześnie dając czas, na wybór dań. A jest w czym wybierać. Nie mam tutaj na myśli wielkości karty i ilości potraw.  Cała lista dań mieści się na podkładce formatu A3, nie jest przytłaczająca. Jednak różnorodność składników i smaków jest imponująca. Znajdziemy tutaj owoce morza, dziczyznę, wołowinę, wieprzowinę, ryby i drób w wielu odsłonach. Jest tradycyjny filet z kurczaka i kaczki w towarzystwie kluseczek szpinakowych czy sosu wiśniowego. Ryby reprezentuje łosoś w grzybowym risotto i dorsz z ziemniaczanym fondant. Wielbiciele włoskich smaków mogą wybierać między trzema rodzajami pappardelle, a burgerożercy staną przed dylematem – burger wołowy (rozmiar XXL) czy z grillowanym kurczakiem. W karcie znajdziemy również zupy, sałatki i desery, a wszystkie dania bezglutenowe i wegetariańskie, odpowiednio opisano.

Odwiedziłam Vivian w godzinach wieczornych, kiedy obowiązywało już menu złożone z dań obiadowych. Wiem jednak, że restauracja ma menu uzależnione od pory dnia. Od godziny dziewiątej do dwunastej obowiązuje karta śniadaniowa, w której znajdziemy zarówno opcję z pieczywem, jak i jajkiem w roli głównej. Po śniadaniu przychodzi czas na lunch – w skład którego wchodzi zupa dnia oraz danie główne. To, czym będziemy się zajadać danego dnia, zależy od pomysłowości szefa kuchni. A te pomysły…podobno palce lizać.

Uzupełnieniem dań są napoje. Bar Menu w Vivian zadowoli nawet największe marudy. Ja tradycyjnie zadowoliłam się lampką wytrawnego białego wina, a w ramach deseru – świeżo wyciskanym sokiem z grejpfruta (podane w gustownych, szklanych butelkach – bajka!). Moi towarzysze rozsmakowali się w piwie z lokalnego browaru Kormoran. Sądząc po minach – smakowało.

Kończąc te peany i zachwyty chciałabym dodać łyżkę dziegciu – dla równowagi. Niestety, nie mam na co narzekać. Wszystko było idealne. No może tylko krzesełka mogłyby być bardziej wygodne.

A Wy, co polecicie w swoich miastach? Jakich kulinarnych odkryć dokonaliście w ostatnim czasie? Pochwalcie się i zainspirujcie – chętnie poczytam.

Zjedz i wypij

Bez gluten…bez problemu?…

17 października 2016

W ostatnich latach bardzo popularna stała się dieta bezglutenowa. Wypada wręcz być „gluten free”. Na czym właściwie polega dieta bezglutenowa? Czy jest bezpieczna i dla kogo? I czy to naprawdę jest dieta?

Poznaj wroga –co to jest gluten i dlaczego jest zły?

Najprostsza definicja glutenu zawiera się w trzech słowach. To białko pochodzenia roślinnego. Jeśli pochodzi z pszenicy – jest to gliadyna i gluteina, z żyta – sekalina, z jęczmienia – hordeina, a w owsie – awenina. Nie o podział i nazwy jednak chodzi. Bardziej liczy się fakt, że białka te zawarte są nie tylko w ziarnach ale również we wszystkich produktach z ziarna wytwarzanych. Najwięcej białka spośród wszystkich zbóż zawiera pszenica. Uwaga – popularny w ostatnim czasie orkisz to również pszenica. Nieco uboższy w białko jest jęczmień, a jeszcze mniej glutenu znajdziemy w życie i owsie.

O nietolerancji glutenu możemy mówić, gdy organizm wytwarza przeciwciała skierowane przeciwko białku zawartemu w glutenie.
W konsekwencji następuje uszkodzenie, a nawet zniszczenie kosmków jelitowych, które odpowiadają za wchłanianie składników odżywczych. Uszkodzone czy wręcz zniszczone kosmki to zmniejszona powierzchnia wchłaniana jelit, a w konsekwencji zaburzenia w dostarczaniu organizmowi składników odżywczych. Czytaj dalej

Dla ciała Zjedz i wypij

Nie, nie jestem wegetarianką

10 października 2016

Wegetarianizm to dieta, a raczej sposób odżywiania, w którym rezygnujemy  ze spożywania mięsa. Wersja bardziej radykalna to rezygnacja ze wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego, również jajek i nabiału. Brzmi znajomo? Zapewne tak. Wszak większość z nas przerabiała w młodości etap buntowniczego wegetarianizmu.  Ja też tak miałam. I chyba nadal mam.

Prawdziwy wegetarianizm

Pierwszy raz przestałam jeść mięso w liceum. Doskonale pamiętam, gdy w klasie maturalnej oświadczyłam mamie, że nie będę już jadła niedzielnego rosołku i schabowego. I galaretek drobiowych też nie. A krokiety to tylko z kapustą z grzybami. Bo jedzenie mięsa oznacza zgodę na morowanie zwierząt, a to niehumanitarne, okropne i w ogóle barbarzyńskie. Jak widzicie, byłam w pełni świadomą wegetarianka. Z masą argumentów w głowie. Moja mama to cudowna rodzicielka.  Nie oponowała, przytaknęła i zmodyfikowała domowe menu. Potrafiła wyczarować gołąbki z ziemniaków, kotlety z kaszy gryczanej czy zapiekanki ryżowe. Ja sam też pilnowałam by mój buntowniczy wegetarianizm był zdrowy. Jadłam dużo warzyw strączkowych,  nabiału i warzyw. Czytaj dalej

Zjedz i wypij

Chrup..chrup…

13 września 2016

Uwielbiam chrupać. Szczególnie przy czytaniu. A że czytam dużo, a nawet bardzo dużo…chrupania jest jeszcze więcej. I o ile od czytania przybywa szarych komórek, o tyle od chrupania też przybywa ale kilogramów. Miałam tę wątpliwą przyjemność przekonać się o tym osobiście. Każda godzina spędzona z książką, była też czasem spędzonym na podjadaniu. Zauważyłam przy tym jedną prawidłowość – czytam najróżniejsze gatunki, podjadam – tylko wysokokaloryczne, niezdrowe śmieci. Najczęściej chipsy, czasem paluszki, zdarzały się i orzechy, ciasteczka i cukierki. Ważne żeby chrupało. A im bardziej chrupało, tym oponka na brzuchu robiła się większa.Apogeum to był moment, kiedy czytając nie musiałam trzymać czytnika w ręce, bo swobodnie mogłam go opierać na brzuchu. Nie powiem, przeraziłam się. Zaczęłam bardziej się pilnować. Co ja mówię – dałam sobie wewnętrzny szlaban na podjadanie podczas czytania. Wiecie, że za skutkowało? Przestałam podjadać. Przestałam też czytać. Naprawdę. Nie byłam w stanie skupić się na lekturze przyzwyczajona do sięgania po przekąski. A że bez czytania (skutecznego) żyć nie potrafię, nie pozostało nic innego, jak znalezienie zdrowego zamiennika. Tak trafiłam na preparowany orkisz. Pamiętacie z dzieciństwa preparowany ryż? Nadmuchane, lekkie jak piórko ziarna pakowane w małe woreczki. Uwielbiałam je. Mogłam je zjadać bez ograniczeń. Czytaj dalej

Dla ciała Zjedz i wypij

Zaaplikuj sobie zdrowie

13 sierpnia 2016

Eliminacja mięsa z diety, którą wcielam w życie to nie jest moje pierwsze zetknięcie z wegetarianizmem. Miała już kiedyś etap bezmięsny. Działo sie to we wczesnej młodości – czytaj “studia”. Skończyło się szybko i boleśniej. Z prostej przyczyny. O ile pilnie przestrzegałam niejedzenie potraw i produktów mięsnych, o tyle nie dbałam o to, by dietę uzupełniać. Jak łatwo się domyślacie moja morfologia poszybowała w dół. Wyniki miałam fatalne, a kondycję jeszcze gorszą. Chcą nie chcą, po roku zrezygnowałam z wykluczania mięsa z posiłków. Mając jednak w pamięci dobre samopoczucie z początków tamtego okresu, postanowiłam zrobić powtórkę. Tym razem jednak racjonalną.

Moja obecna dieta, uwolniona od produktów i potraw mięsnych (jem ryby i nabiał) jest zdecydowanie zdrowsza. Bogata w warzywa, owoce a przede wszystkim kasze i produkty sojowe jest w pełni racjonalna. Skąd to wiem? Sprawdzam. Nie chodzi bynajmniej o przygotowywanie poszczególnych posłów z wagą i tabelą kalorii i wartości odżywczych w ręce. Na to nie mam czasu. No, czasem coś zważę – bo moja waga w oku często szwankuję; zdecydowanie bardzie miarodajne są dla mnie określenia: łyżka, łyżeczka, szklanka, plaster. Na szczęście jest coś, co pomaga mi w racjonalnym odżywianiu, nie pochłaniając mojego czasu i energii. I co ważne – jest zawsze pod ręka czyli w telefonie. To aplikacja Fitatu. Dostępna zarówno na Androida jaki i iOS. Określana jest jako najszybszy licznik kalorii i jest to prawda. Dla mnie jednak największą jej zaletą jest licznik wartości odżywczych. Jak to działa w praktyce? Czytaj dalej

Zjedz i wypij

Dietetycznie

2 sierpnia 2016

Przerwa w pisaniu nie oznacza przerwy w życiu. Cały czas jestem (jeśli nie tutaj, to tu i tu) i wprowadzam w swoje życie zmiany. Ta przerwa była trochę zamierzona. Aby móc napisać o moich najnowszych doświadczeniach, musiałam ich zwyczajnie doświadczyć. A teraz jestem i piszę – jak w tytule – dietetycznie.Nie wiem, czy mi uwierzycie ale nigdy w życiu nie byłam na diecie. Z prostej przyczyny – kocham jedzenie i nie potrafię go sobie odmówić. Jedyna rzecz, którą wyeliminowałam ze swojego jadłospisu jest mięso ale ono mi zwyczajnie nie smakuje. Uwielbiam jedzenie, szczególnie wszelkiej maści makarony, pizze. Ubóstwiam kuchnię azjatycką. Zajadam się wszelkimi zapiekankami. Dieta nie ma u mnie żadnych szans. Jestem tego świadoma, dlatego też nie eksperymentowałam nigdy z żadnym Dukanem, dr Dąbrąwską czy innymi rodem z Kopenhagi. Mam jednak świadomość, że sama aktywność fizyczna nie wystarczy. Pewne ograniczenia są jednak niezbędne. A jeśli nie można sobie niczego odżałować?.. Pozostaje jeść wszystko ale w mniejszych ilościach. I to jest właśnie moja dieta. Bo ja naprawdę jem wszystko na co mam ochotę. Przyznam się może od razu, że jestem w tej wygodnej sytuacji, że nie miewam ochoty na kawę z mlekiem czy śmietanką, ptysia czy Coca-Colę. Ale zdarza mi się batonik czy lody. A gdy już się zdarzy, to zjadam. Nie całego batonika, tylko połowę albo 1/3. Nie miskę lodów ale dwie łyżki. Zapytacie – i to wystarcza. Nie, nie wystarcza. Poza ilością, a raczej wielkością zjadanych porcji ograniczyłam też “czas spożycia”. I nie chodzi tu o to magiczne “niejedzenie po 18.00” czy “śniadanie nie później niż godzina po przebudzeniu”, bo śniadanie akurat zjadam niemal cztery godziny od pobudki. Staram się natomiast nie przeciążać żołądka. Skora ja potrzebuję ośmiu godzin na regenerację i odpoczynek przy mało intensywnym trybie życia, to ile potrzebuje mój żołądek zawalany codziennie kilogramami jedzenie? Zdecydowanie więcej. I to więcej mu daję. Planując dzień i posiłki robię to tak, aby między kolacją jednego dnia, a śniadaniem kolejnego minęło co najmniej 12-13 godzin. Czytaj dalej

Zjedz i wypij

Wody!!!

20 czerwca 2016

Słyszycie to ze wszystkich stron: Pij! Nie zapominaj o wodzie! Co najmniej 2 litry wody dziennie!

Brzmi strasznie – szczególnie to 2 litry – prawda? Mnie też to kiedyś przerażało. Wypijałam 2-3 kubki herbaty dziennie, do tego jakaś filiżanka kawy, czasem szklanka soku z kartonu albo – co gorsza – napój gazowany. Nie czułam potrzeby wypijania większej ilości, a co jeśli już piłam więcej, to tylko wtedy, gdy odczułam pragnienie.

Dzisiaj wiem, że wymieniona wyżej ilość to zdecydowanie za mało, a pić należy tak, aby nie dopuścić do uczucia pragnienia. Oczywiście ta wiedza nie pojawiła się od tak; nie obudziłam się po prostu rano z postanowieniem, że będę piła więcej i przede wszystkim zdrowiej. Wszystko przychodziło stopniowo. Najpierw zrezygnowałam z kawy. Przyczyna była banalna – rozpoczęłam pracę w firmie, której głównym towarem była kawa i ekspresy do kawy. Zapach kawy towarzyszący mi 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu pozwolił mi raz na zawsze przesycić się jej zapachem i smakiem. Później przyszła kolej na soki z kartonu i napoje, z których zrezygnowałam rozpoczynając kolejną “dietę-cud”. Dzisiaj wiem, że wykluczenie tego typu napojów było jedynym zdrowym i mądrym założeniem tamtej diety. Zwiększenie ilości wypijanej wody, a dokładnie zwiększenie zapotrzebowania na nią przyszło razem z wyjazdem i pobytem w Afganistanie. Wielkie palety zastawione zgrzewkami wody w półlitrowych butelkach to nieodłączny element każdej bazy wojskowej. Ze względu na warunki klimatyczne zapotrzebowanie organizmu na wodę i konieczność jego nawadniania są zdecydowanie większe niż np. w Polsce. Sama nie wiem, kiedy – ale na pewno w pierwszych tygodniach pobytu – przeszłam z 2 butelek wody do 4, a nawet 6. Czytaj dalej