Przeglądasz kategorie

Dla ciała

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

„A po ci dieta..przecież dobrze wyglądasz!”

16 lipca 2018

Chyba każdy, kto postanowił zmienić nawyki żywieniowe, zwiększyć aktywność fizyczną czy w ogóle „wziąć się za siebie” usłyszał przynajmniej pierwszą część zdania z tytułu tego wpisu. „Po co się odchudzasz!??! Przecież dobrze wyglądasz!”, „Na co ty narzekasz, co chcesz zmieniać – dobrze jest”, „Nie masz z czego zrzucać, nie przesadzaj!” No jasne. Przecież wszyscy wiedzą, co dla Ciebie będzie najlepsze i jak powinnaś jeść, jaką aktywność podjąć, a jakiej unikać; co Ci pomoże, a co zaszkodzi. I nie ważne, że pomimo „dobrego” w oczach otoczenia wyglądu łapiesz zadyszkę wchodząc na drugie piętro. Że gdy schylasz się mierząc buty w obuwniczym masz rumieniec na twarzy, chociaż „nie masz z czego zrzucać”. To wszystko się nie liczy, bo oni mówią, że jest dobrze. A jak jest naprawdę? 

Naprawdę ważne jest to, jak się czujemy w swoim własnym ciele z naszymi prywatnymi kilogramami i centymetrami. Od razu zaznaczam – ten post nie jest pochwałą i przyzwoleniem dla osób z nadprogramowych tłustym bagażem czy zachętą do restrykcji dla tych z BMI poniżej 18,5. Tworząc go, nie mam zamiaru krytykować czy ganić niczyich nawyków żywieniowych i aktywności lub jej braku. Chcę się raczej rozprawić z tym, co w głowie.  Bo tam bywa różnie. Wiem to na własnym przykładzie sprzed kilku miesięcy.

Przy wzroście 163 cm ważę 65 kg. Mieszczę się w normie. Gdy obliczam BMI, każdy internetowy kalkulator gratuluje mi wyniku i sylwetki. Jest ok. Co nie zmienia faktu, że mam potrzebę zmiany. Nie zapatrzyłam się na wychudzone motywatory na Pinterest z talią osy i pośladkami jak półkule globusa (to swoją drogą jedno z bardzo intrygujących zjawisk – chyba poświęcę mu osobny post, o ile sama to zrozumiem). Nie mam też aspiracji, by mieścić się w rozmiarze XS. Zwyczajnie czuję się źle w swoich 65 kilogramach. Wielka oponka na brzuchu nie utrudnia wiązania butów. Spodnie nie przecierają się w kroku od ocierających się ud. Guziki od koszuli nie rozpinają się na biuście. Praktycznie jest ok. Ale głowa mówi, że może być lepiej. Nie, że będzie łatwiej/ładniej bez tych 5 czy 7 kilogramów, w rozmiarze 36 i sześciopakiem. Ale jednak lepiej.

Do walorów „estetycznych” dochodzą te zdrowotne i kondycyjne. Że te chipsy to niekoniecznie takie zdrowe. Że w sumie 5 kilometrów można zrobić w 40 minut, a nie 1 godzinę 10. Że cholesterol i inne wartości mogą być bliżej dolnej niż górnej granicy.

Zaczynam wprowadzać zmiany. Tak, wiem – powinno się to robić stopniowo. Ale ja jestem taki narwany zero-jedynkowiec, że musi być wszystko albo nic, teraz albo nigdy. Wprowadzam zmiany w jadłospisie i zwiększam aktywność fizyczną. I zaczyna się….

„A ty co tak jak ptaszek?…Odchudzasz się?”

„I po co bym tak biegał w te i z powrotem. Chodzenie Ci nie wystarcza?”

„No wiesz, co..w Twoim wieku na rolkach jeździć?”

„Zdrowie, zdrowiem ale chleb też trzeba jeść”

„No ja wiem, że warzywa to same witaminy ale kotlet nie zaszkodzi”

„Zakwasy tylko z tego będziesz miała”

I tak ze wszystkich czterech stron świata. Mam wrażenie, że wszyscy wokół wiedzą lepiej, co dla mnie dobre/zdrowe/idealne. Motywatory jak nic. Czasem aż ciśnie mi się na usta odpowiedź na każde z tych pytań

„A ty co tak jak ptaszek?…Odchudzasz się?” – Nie, tylko zdrowo odżywiam.

„I po co bym tak biegał w te i z powrotem. Chodzenie Ci nie wystarcza?”  – Chodzić każdy potrafi, a ja lubię tak bez celu..

„No wiesz, co..w Twoim wieku na rolkach jeździć?” – A do jakiego wieku to dozwolone?

„Zdrowie, zdrowiem ale chleb też trzeba jeść” –  I co z tej białej bułeczki będę miała poza pustymi kaloriami?

„No ja wiem, że warzywa to same witaminy ale kotlet nie zaszkodzi” – I za bardzo nie pomoże, szczególnie tą panierką

„Zakwasy tylko z tego będziesz miała” – No nie będę..szybko znikają przy utrzymaniu aktywności

Ale kulturalnie powstrzymuję się przed odpowiedzią, która może spowodować kryzys znajomości. Nie przestaję jednak realizować swojego planu. Ograniczenia i granice, które sama sobie narzuciłam przestają uwierać, a stają się nawykami. Chipsy już nie kuszą. Dystans 5 kilometrów robię w 30 minut. Wyniki badań książkowe. Jest coraz lepiej. Niemal idealnie. I wiem dlaczego. Bo słuchałam głosu, który mam we własnej głowie, nie tych pomocnych komentarzy od całego otoczenia. Bo właśnie w tym tkwi powodzenie każdego przedsięwzięcia. Nie tylko tego związanego z wagą czy kondycją. Ale też nauki języka, ukończenia kursu czy studiów, dokształcania się, zrobienia prawa jazdy na motocykl czy przebiegnięcia maratonu. Słuchanie swojego własnego głosu. Sami wiemy, co dla nas najlepsze. Nikt nie czuje Twoich 65 kilogramów, zadyszki przy wchodzeniu po schodach czy zażenowania, gdy nie rozumiesz tekstu piosenki po angielsku tak dobrze jak Ty. I nikt inny tego nie zmieni, jeśli sam nad tym nie zaczniesz pracować. Niezależnie od głosów z zewnątrz.

A Wy? Słuchacie tylko swojego własnego szeptu czy może jesteście podatni na „dobre rady”? A może wręcz przeciwnie – macie koło siebie głos, który przytakuje Waszemu własnego i jest prawdziwym wsparciem?

Bez kategorii Dla ciała Filozoficznie Zdrowo Zjedz i wypij

Mini, zero, wege,eko czyli o popadaniu w skrajności

4 czerwca 2018

Na początek rozwinięcie tytułu – chodzi oczywiście o minimalizm, zero-waste, wegatarianizm i ekologia. Dla mnie to  pojęcia (trendy?) same w sobie oznaczajace jakąś skrajość. Myślałam, że tak jest u większości. Przekonuje się jednak, że niekoniecznie. I o tym właśnie dzisiejszy tekst, który ma trzy źródła: post Venili, spostrzeżenia koleżanki i moja własne dedukcja.

laptop, gazeta vegetables, okulary, zero waste na telefonie

Zacznijmy od wspomnianego postu, który ukazał się całkiem niedawno na blogu Venili Kostis. Autorka poruszyła bardzo ciekawy temat – napisała o minusach minimalizmu. I to, wg mnie bardzo nietypowych. Czy raczej takich, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam, a jednak mnie dotyczą. Przede wszystkim wspomniane przez Venilę „urządzanie innym życia”. Na czym polega? Przyjeżdżasz w odwiedziny do rodziców/kuzynki/znajomych, wchodzisz do garderoby mamy/kuzynki/koleżanki i widzisz całe stery ubrań, kartony butów i półki wyładowane apaszkami, torebkami i innymi akcesoriami. Aż Cię kusi żeby to „ogarnąć”, przegospodarować. No zwyczajnie pozbyć się 90%. I już masz to na końcu języka ale widzisz, że mama/kuzynka/koleżanka dobrze się z tym czuje. Świetnie odnajduje się w swoim królestwie. Praktycznie nie ma rzeczy, która leżałaby odłogiem. I pewnie czułaby się zdecydowanie gorzej, mając tak jak Ty 3 pary dżinsów, 2 torebki i 3 pary butów na lato. Ona wie i rozumie, że da się żyć tak jak Ty żyjesz. Zaakceptuj to, że ona żyje inaczej i odpuść. Sobie i jej. Nie popadaj w skrajność minimalizowania.

Przyjaciółka, przerażona ilością wytwarzanych śmieci zainteresowała się popularnym ostatnio zjawiskiem „zero-waste”. Od lat segreguje śmieci, na zakupy chodzi z tekstylną torbą, nie bierze w sklepie jednorazówek. Chciałaby jednak czegoś więcej i zaczęła szukać w internetach. I tak trafiła do jednej z grup na fb, poświęconych właśnie życiu „zero-waste”. Tak jak przewidywała, znalazła tam sporo rad, odnośnie bardziej bezśmieciowego życia. Członkowie grupy dzielą się swoimi doświadczeniami, ci początkujący, szukają rady. Jest ok. Do momentu, gdy nie zaczyna się bezśmieciowa ortodoksja. Jedne z  dyskutantów pisze, że umył samochód z ptasich odchodów używając wielorazowego ręcznika i tradycyjnej gąbki. Po operacji wszystko przyniósł do domu i wyprał w 95 stopniach. Ma jednak wątpliwości, czy to wystarczające środki ostrożności  i czy aby nie powtórzyć czynności. Powiedzmy, że wątpliwości uzasadnione. Ale już koncepcja powtórnego prania czy – jak radzą inni: „Ja bym wyszorowała bęben prali sodą i puściła pusty przebieg z dużą ilością octu”, trochę wątpliwa. Ja rozumiem, że porządki z wykorzystaniem „środków” wielokrotnego użyciu. Że troka o zdrowie i higienę. Ale jest też ekologia i troska o środowisko. O zużycie  i marnotrawienie wody. O zużycie energii, która w PL niestety nie pochodzi jeszcze w większości ze źródeł odnawianych. O wykorzystane do mycia samochodu i prania detergenty, które wnikają w glebę. Nie popadaj w skrajność bezśmieciowego życia kosztem środowiska naturalnego.

Najpierw zaczęłam mimowolnie ograniczać szafę ze zbędnych ubrań. Później przyszła kolej na papierowe książki i całą resztę  „stojaków” i „kurzozbieraczy”. To nie było planowane. Jakoś tak samo z siebie wychodziło. Później przyszła – też jakoś tak naturalnie kolej na „zero-waste”; przy czym zmain poznałam nazwę i polecane metody, już sama przeszłam w praktykę. W tak zwanym między czasie pojawił się wegetarianizm. W moim przypadku ten sposób żywienia ma podłoże egoistyczne. Oczywiście los zwierząt, niehumanitarne ich traktowanie i sposoby „produkcji” są dla mnie bardzo ważne i jestem temu zdecydowanie przeciwna. Jednak równie ważne jest dla mnie moje własne ciało i to, czym go karmię i jak traktuję. Dlatego staram się go dobrze i zdrowo odżywiać i nie nadwyrężać trawieniem steków i filetów z antybiotykowego kurczaka. Dostarczam mu warzywa i owoce, karmię kaszami i ziarnami. Jem zdrowo. Ale bez szaleństwa. Nie jadłam nigdy chia, bo równie dobre jest siemię lniane. Nie krytykuję mięsożerców, bo uważam, że podobnie jak ja, mają swój własny pomysł na żywienie. Nie rezygnuję z wyjścia z przyjaciółmi pomimo, że to kolacja w stek-house; idę i zamawiam sałatkę podobniejak oni ciesząc się jedzeniem. Nie popadam w skrajność. I żyję.

A jak Wy żyjecie? Odnajdujecie równowagę między mini, zero, wege i eko? A może wszystko przychodzi Wam zupełnie naturalnie. Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń.

Dla ciała Zdrowo

Bursztynek, bursztynek…czyli jak ratowałam swoją czuprynę

28 maja 2018

Od dziecka marzyłam by mieć długie czarne, proste włosy. Dla niezorientowanych – zupełnie inne niż te, którym obdarowała mnie natura. Ale to już utarty schemat, że panie z lokami, chcą mieć na głowie proste druciki, a te z drucikami – afro; blondynki chcą kruczą czerń, a brunetki ognisty rudy. I ja też chciałam inaczej – wyprostować niby-loki, mysi zmienić na czarny, no i zapuścić bardzo bardzo. Jak się domyślacie, prób było wiele. Nigdy nie skusiłam się na czarny, czarny ale był czekoladowy brąz i rudy. Nigdy nie były idealnie proste ale prostownicę mam do dzisiaj. Nigdy też nie sięgały dalej niż do łopatek..mimo rozpaczliwych prób.

Działań jak widać było wiele. Przyznam, nie oszczędzałam ich. Długo cierpiały te moje włosy i w końcu dały za wygraną. Zaczęły wypadać. Na początku nie przeraziłam się jakoś bardzo. Nigdy nie były super grube, super mocne ani super gęste. Ale też nigdy nie wypadały w takiej ilości! Statyczne „100 włosów dziennie” w moim wypadku można było mnożyć trzy, a nawet cztery razy. To nie były  już żarty. Trzeba było zacząć działać.

Oczywiście słyszałam, że wszystkich stron, że to wina mojej diety: „Bo nie jesz mięsa!”, że zła pielęgnacja: „To od tego farbowania” czy: „Za dużo je prostujesz – popaliłaś i teraz wypadają”. Kulturalnie nie reagowałam na wypowiedzi. Natomiast zareagowałam na sytuację i zdecydowałam się na wspomagacze.

Kierując się logiką – skoro włosy wyrastają z głowy, to trzeba pomóc im od środka, kupiłam Biotebal. Uwierzyłam reklamie, że to nie jakiś „preparat” czy „suplement” ale LEK. Najprawdziwsze lekarstwo. Kupiłam tabletki i łykałam. Pierwszy miesiąc. Drugi miesiąc. Czwarty miesiąc. Pół roku i nic. Spasowałam.

Ale włosy wypadały nadal. Stwierdziłam, że może źle podeszłam do problemu. Zbyt  mało kompleksowo i stąd brak efektu. Do tabletek – tym razem „Vitapil” dorzuciłam lotion. Łykałam i wcierałam namiętnie przez kolejne miesiące. Jak się domyślacie – z efektem marnym. Tzn. efekt był w postaci ubytków na koncie. Bo jak wiadomo, wszelkiej maści reklamowane preparaty nie kosztują mało. Ubywało w portfelu. Ubywało na głowie.  Spasowałam.

Aż trafiłam na Monikę. Fryzjerkę z sieciowego salonu, po którym zbyt wiele sobie nie obiecywałam. Trafiłam tam tak naprawdę przez przypadek – moja dotychczasowa fryzjerka nie miała wolnego terminu. Pani Monika podeszła do tematu bardzo  mało dyplomatycznie. Przede wszystkim stwierdziła, że katuję włosy zbyt mocną farbą i zasugerowała słabszą: „Na TO (tutaj wskazała palcem moje odrosty) wystarczy coś słabszego”. Wysłuchała historii o łykaniu tabletek: „Hmmm…takie tabletki działają od środka..w sumie to na wszystkie włosy…te na nogach też zaczęły wypadać? (to pytanie zadała z wyraźnym zainteresowaniem). Po czym zasugerowała serum z oferty salonu w cenie z dwoma zerami. A na koniec dodała: „A w sumie to wystarczy zwykły jantar z Rossa. Tylko codziennie sumiennie wcierać. Znaczy..włączasz TV, siadasz i przez całe „Barwy szczęścia” wcierasz”. Yhmmm…

No to poszłam do „Rossa” i kupiłam „Jantar”. Najpierw jeden, później drugi, trzeci, piąty. Dokupiłam też szampon. I tam wcieram i myję. Już trzeci miesiąc. Nie oglądam „Barw szczęścia” ale sumiennie, codziennie masuję skórę głowy. I z bananem na buzi obserwuję w lustrze coraz to nowe odrosty. Całą masę nowy włosów. Normalnie armia hatifnatów 🙂

Odżywak i szampon do włosów Jantar

Swoim szczęściem podzieliłam się ze znajomą dermatolog, która nie uwierzyła co prawda w fenomen „Jantara z Rossa” ale potwierdziła, że nic tak nie wspomaga mieszków włosowych jak ich pobudzanie czyli masaż. Tak jak ugniatanie ud bańką chińską powoduje lepsze ukrwienie i eliminację pomarańczowej skórki, tak dopieszczanie skóry głowy pomaga włosom.

Na koniec jeszcze kilka informacji „technicznych” – ten wpis nie jest reklamą firmy Fermona. Nie powstał na zamówienie producenta. Nie jest też „czarnym PR” dla pozostałych dwóch produktów, które wymieniłam. Zwyczajnie – opisałam swoje doświadczenia w temacie z założeniem, że mogą być dla kogoś pomocne.

Odżywka jantar - skład

Mam nadzieję, że nie macie problemów z włosami. Że to, co macie na głowach to spełnienie waszych marzeń. Niemniej, jeśli zdarzy się tutaj zbłąkana dusza, która ma problem „na głowie”, chętnie poznam historię. A może jest ktoś, kto wygrał i wypadaniem włosów i podzieli się doświadczeniami?

Dla ciała Zdrowo

Grubas biega

27 kwietnia 2018

W ramach wstępu scenka rodzajowa, którą przerobiłam dzisiaj w czasie porannego biegania. Otóż… Biegnę sobie, wyciskam siódme poty na ostatnim kilometrze w okolicy przedszkola i z daleka widzę mamę prowadzącą dziewczynkę. Przebiegłam obok i po paru metrach słyszę:

 – Mamo, kto to?

 – Pani.

 – Mamo, a co ona robi?

 – Biega

 – Mamo, a dlaczego?

 – Bo musi

 – A dlaczego?

 – Bo jest gruba

Tak, to było o mnie. Nie, nie przyśpieszyłam – wręcz się zatrzymałam i przejrzałam w kałuży. I zobaczyłam kobietę średniego wzrostu (163 cm), przeciętnej budowy (jedna celulozowa oponka na brzuchu) i przeciętej wagi (tą się chwalić nie będę). A mimo to jestem gruba?…

Buty biegowe i ślimak

Nie powiem, żeby ta sytuacja mnie nie ruszyła, bo ruszyła i to bardzo i na wiele kierunków. Bo:

  •  już od jakiegoś czasu rzuca mi się w oczy i uszy opinia, że bieganie to metoda na utratę wagi. Oczywiście. Jak najbardziej. W końcu bieganie to sport, a poza dobrymi nawykami żywieniowymi, uprawianie sportu to  najprostsza droga z utraty wagi i obwodów. Ale czy to znaczy, że wszyscy biegają tylko z tego powodu? A co z tymi, którzy biegają, bo lubią? Taki maratończyk, to raczej waga piórkowa niż superciężka. A ci biegający, by utrzymać kondycję, wchodzić na 4 piętro bez zadyszki i zrobić „dobrze” organizmowi? Przecież tacy też są. Przyznam, sama na początku biegałam licząc na spadek wagi ale już mi przeszło. Wiem, że dla zmiany cyfry lepsza będzie zbilansowana dieta, a bieganie to dla mnie przyjemność. I ta satysfakcja, z pokonanych kilometrów, a przede wszystkim endorfiny i super energia na cały dzień.
  • wiem, jak wyglądam i to, co usłyszałam w żaden sposób mnie nie uraziło, raczej mocno zdziwiło; docelowo – oburzyło. Ale gdy by na moim miejscu była osoba o słabszej psychice, większych wymiarach, która w końcu odważyła się i zaczęła biegać? A w tym bieganiu widziała jedyny sposób na utratę wagi. I teraz słyszy, że biega bo musi, bo jest gruba. Miłe, co?
  • czy takie wartości powinno się przekazywać dzieciom? Już widzę te uśmiechy czytelników, znających moje podejście do nieletnich 😉 Mniejsza o to. Czy nie lepiej byłoby wyjaśnić tej dziewczynce, że ludzie biegają to lubią, bo to zdrowe, bo pomaga? Nie komentować czyjegoś wyglądu, w dodatku negatywnie? (Swoją drogą, ciekawe co powiedziałaby ta kobieta, gdyby moja waga i wymiary pozostawiały naprawdę wiele do życzenia).
  • może dziwnie to zabrzmi ale mimo wszystko zmotywowała mnie – nie tylko do dalszego biegania ale też do zastanowienia się, jak bieganie jest postrzegane

A jak u Was Grubasy? Po co, dlaczego biegacie? Dla kilogramów, kondycji, wyników? A może dla endorfin? Pochwalcie się. I koniecznie napiszcie, czy też mieliście jakieś „wizerunkowe” wpadki w trakcie treningów.

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

Zielona kuchnia niemiecka

20 marca 2018

Przeczytałam ostatnio ciekawy artykuł w niemieckim „Focus” – link tutaj. Autorka skupiła się w nim na weganizmie i wegetarianizmie. W ogóle sam artykuł ma intrygujący tytuł: „Weganizm, tylko moda czy coś więcej?” Poza oczywistymi tezami, które zna każdy, kto nie je mięsa, możemy zapoznać się z danymi statystycznymi, które dla zwolenników diety bezmięsnej są budujące. Postanowiłam podzielić się z Wami tą wiedzą, a przy okazji zajrzeć do niemieckiej kuchni.  Zacznijmy od artykułu i danych.

Osiem milionów Niemców uważa się za wegetarian twierdząc, że nie jedzą mięsa i kiełbas (wiem, że może zabrzmieć to śmiesznie ale autorka wyraźnie zaznacza ten podział). Nieco ponad milion mówi, że są weganami. Rygorystycznie przestrzegają zasad żywienia, rezygnując nie tylko z podstawowych, wszystkim znanych produktów odzwierzęcych ale też z produktów zawierających np. kwas karminowych czy wosk pszczeli. O skórzanej czy wełnianej odzieży nie wspominając.

To, że autorka sugeruje uznanie weganizmu za modę, może wynikać ze statystyk, wg których zarówno weganizm jak i wegetarianizm to zjawisko typowe dla pokolenia millenialsów. Statystyczny niemiecki weganin/wegetarianin to wykształcona kobieta (81%) w wieku 20-39 lat. Pytanie, na ile to pokolenie rzeczywiście chce być modne  i „inne”, a na ile jest po prostu świadome efektów diety opartej na produktach odzwierzęcych.

Liczba Niemców rezygnujących ze spożywania mięsa i jego przetworów systematycznie rośnie – od 2010 roku wzrosła o 15%. A że popyt napędza podaż, przybywa też restauracji typowo wegańskich i wegetariańskich. W samym Berlinie miejsc serwujących typowo wegańskie jedzenie jest 64. Coraz częściej też, w „normalnych” restauracjach, oferta dań bezmięsnych jest bogata i można dostać coś więcej niż sałatki czy makaron z pesto.

Jeśli chodzi o motywację – myślę, że jest podobnie jak w innych krajach. W zdecydowanej większości przemawiają względy moralne i etyczne. Tylko 8% respondentów przyznało, że zmiana diety podyktowana była względami zdrowotnymi.

A jak dieta wegańska czy wegetariańska ma się do tradycyjnej kuchni niemieckiej? No cóż..można powiedzieć, że jest sporym od niej odstępstwem. Mięsa i przetworów mięsnych jest w kuchni niemieckiej bardzo dużo. Stanowi ono podstawę niemal każdego posiłku. Na śniadanie podawane są po za jajkami w różnorakiej formie, półmiski z wędlinami i pasztetami. Do tego często sałatka z mięsem oczywiście. Obiad to też często pieczeń, sznycel, stek czy chociażby sos na bazie mięsa. Kolacja najczęściej przypomina zestawienie śniadaniowe, tyle że bez jajek.

Ta ilość mięsa w niemieckiej jest rzeczywiście duża ale trzeba pamiętać, że Niemcy nie jedzą samych wędlin i kotletów. Na talerzu zawsze jest miejsce na warzywa. Nawet jeśli „warzywo” sprowadza się do smażonych ziemniaków. A że te bardziej szkodzą niż pomagają. No cóż… Dla mnie samej zagadką jest, jak przy takim sposobie żywienia pozostają mimo wszystko sprawni i stosunkowo zdrowi do później starości. Ten temat musze jeszcze rozgryźć i na pewno o nim napiszę.

A jak u Was z mięskiem na talerzu? Preferujecie dietę warzywną czy raczej zbilansowaną i różnorodną jeśli chodzi o pochodzenie. A może mieliści okazję osobiście testować kuchnię niemiecką? Chętnie poznam Wasze opinie i doświadczenia w tym zakresie.

Dla ciała

Do zobaczenia w Berlinie. Muzeum Żydowskie

17 marca 2018

Dzisiaj pozostaniemy w klimacie poniedziałkowego wpisu. Przeniesiemy się tylko z Polski do Berlina i odwiedzimy Muzeum Żydowskie w tym mieście. Od razu zaznaczam, że mogę być stronnicza w ocenie ale uwielbiam to miejsce. Byłam tam już wiele razy, ale z każdą wizytą zachwyca mnie tak samo. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba i zechcecie je odwiedzić.

Zaskakująca jest już sama historia placówki. Pierwsze berlińskie muzeum żydowskie powstało w 1933 roku i zostało otwarte na tydzień przed dojściem Hitlera do władzy. Należy pamiętać, że przed drugą wojną światową, Żydzi stanowili duży procent  mieszkańców Berlina, była to głównie inteligencja. Oczywiście po dojściu nazistów do władzy muzeum zostało zamknięte, a jego zbiory zniszczone i splądrowane. Ponownie zostało otwarte w 1978 roku, a w obecnej formie możemy je odwiedzać od stycznia 1999 roku. Już sama siedziba placówki to dzieło sztuki samo w sobie. Zaprojektował go sam Daniel Liebskind nawiązując do kształtu nieregularnej, spłaszczonej gwiazdy. Jest to oczywiście nawiązanie do symboliki judaizmu. Tych symboli jest z resztą wiele w samej bryle budynku i jego planie. Najbardziej chyba daje do myślenia jedna z pustych przestrzeni zajmowanych przez instalację Menasze Kadiszmana – to kawałki metalu w kształcie ludzkich twarzy wykrzywionych w krzyku, po których trzeba przejść na kolejne ekspozycje. Naprawdę daje do myślenia.

Na poszczególnych piętrach budynku zaprezentowano całą historię judaizmu, ze szczególnym uwzględnieniem historii żydów berlińskich. Możemy zobaczyć eksponaty związane z praktykami religijnymi, takie jak świeczniku chanukowe czy menory, liczne święte księgi czy modlitewniki. Dużą część ekspozycji poświęcono życiu codziennemu i publicznemu. Przechodząc przez kolejne sale możemy zobaczyć jak wyglądało przygotowywanie posiłków (naczynie podzielone zgodnie z zasadami koszerności), jak spędzano czas wolny czy świętowano kolejne ważne etapy życia – akcesoria związane z zawieraniem małżeństwa, obrzezaniem czy Bar Micwą.

Osobną część poświęcono na zaprezentowanie żydowskich korzeni czyli wszystkiego co związane z religią i Ziemią Obiecaną od czasów króla Dawida. Zapoznanie się z tą ekspozycją pozwala dostrzec z jak starą i bogatą w tradycje religią mamy do czynienia.

Oczywiście są też eksponaty z czasów nowożytnych. Wśród tych nie mogło zabraknąć rzeczy związanych z prześladowaniami i Holocaustem. Listy więźniów obozów koncentracyjnych, plakaty nawołujące od bojkotu żydowskich sklepów, bele materiału z nadrukiem gwiazd Dawida, które Żydzi mieli obowiązek nosić. Wszystko to, tuż obok ekspozycji przedstawiającej życie wyznawców religii mojżeszowej przez 1930, tworzy obraz przejmującej historii.

Pisząc o kolejnych eksponatach mam na myśli nie tylko konkretne przedmioty ale też instalacje, multimedia czy nagrania audio-video, których w muzeum zgromadzono bardzo dużo. Pozwala to lepiej zapoznać się z historią narodu wybranego, a jednocześnie sprawia, że zwiedzanie nie jest nużące. A o nudę w muzeach łatwo. W przypadku tego, twórcom udało się zainteresować wszystkich. Przyjemnie było obserwować grupy nastolatków ze skupieniem i zainteresowanie wsłuchujące się w opowiadania przewodnika.

Poza części dydaktyczną, na terenie budynku  mieści się sklep, w którym można kupić niemal wszystko, co związane z historią i obrzędowością. A w bistro położonym przy przeszklonym patio, zjeść ciepły obiad czy ciastko do kawy.

Muzeum czynne jest codziennie, od 10:00 do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 8€ normalny i 3€ ulgowy.

Dla ciała Zjedz i wypij

Jak chorować – krótka instrukcja obsługi

5 lutego 2018

Tekst w zasadzie powinien nosić tytuł „Jak chorować z głową” albo nawet „Jak nie zarażać”. Zostaniemy jednak przy pierwotnej wersji. Do napisania tekstu skłoniła mnie oczywiście aktualna sytuacja, również na własnym podwórku. Grypa rozpanoszyła się na dobre, wszyscy przeziębieni, kichają, smarkają i roznoszą bakterie. Marne szans, by ustrzec się przed chorobą, skoro sami chorzy tak ochoczo się swoim stanem dzielą. Przejdźmy jednak do sedna – jak chorować?

Przede wszystkim egoistycznie. W zaciszu własnych czterech ścian, z książką, w łóżku, regularnie wietrzonej sypialni. Mam świadomość, że nie da się (może niektórzy nie chcą) chorować w samotności. Wszak są współlokatorzy, rodzina itp. Ale w miarę możliwości warto ograniczyć kontakt do minimum, a co za tym idzie – zachować bakterie i wirusy dla siebie. Jaki sens ma przekazywanie ich dalej? No?.. Już samo pytanie brzmi głupio. Chociaż…czasem robimy to „nieświadomie”. Mam na myśli osoby, które chore, świadome swego stanu, często po wizycie u lekarza, zaopatrzone w odpowiednie leki i sugestie, twardo idą do pracy, w przekonaniu, że w ten sposób zbawią świat (czytaj: „Nikt mnie nie zastąpi/Mam zobowiązania/Wszystko się posypie beze mnie”). I tak sobie jadą do pracy. Kichają w autobusie, w windzie, przy biurku. Padają ze zmęczenia usiłując pracować przy wydajności bliskiej zeru. Przy okazji zarażają wszystkich dookoła i poczuciem spełnionego obowiązku wracają do domu w stanie gorszym, niż z niego wyszli. Następnego dnia organizm już się buntuje. Do pracy iść nie można. Ale nie jest to już egoizm – wszak do pracy nie idą też koledzy z biurka obok, dzień wcześniej obdarzeni mocną dawką wirusa. Brawo!

Jak jeszcze należy chorować? Przede wszystkim odpowiedzialnie. Jeśli już „stało się” i katar dociska głowę do poduszki, a przez gardło nie przechodzi nawet kostka czekolady, warto poddać się lekarskim zaleceniom. Wykupić leki, zażywać je wg wskazań. Tutaj moim ulubieńcem jest czarodziej „antybiotyk”. Uwielbiam. Szczególnie nasze rodzimą wiarę w jego skuteczność jako specyfiku na wszystko, zawsze i wszędzie. Przede wszystkim – antybiotyk musi być. Nie ważne, że nie jest konieczny. Że dobrze byłoby zrobić badanie, czy aby jest niezbędny i czy właśnie ten. Antybiotyk musi być. Bo co to za lekarz, co antybiotyku nie wypisał? Bez sensu. No cóż…nie wspomnę, że bardziej bez sensu jest przyjmowanie antybiotyku przepisanego przez lekarza ale tak „nie do końca”. No bo w sumie już mi lepiej, już się dobrze czuję, a co się będę truć, skoro już mi przechodzi. I tak sobie przerywamy przyjmowanie specyfiku (często wymuszonego na lekarzu), nie zdając sobie sprawy, jak bardzo sobie szkodzimy. Nie jestem lekarzem nauk medycznych ale..jeśli ktoś biegły w temacie, zaleca przykładowo „2x dziennie przez 8 dni”. To chyba oznacza, że właśnie tak należy stosować aby przyniosło efekt. To tak drobna sugestia…POza tym – to trochę marnotrastwo; no bo co zrobisz z połową blistra? Zostawisz sobie na następny raz? Weźmiesz, gdy przeziębienie wróci za parę dni?…

Chorować można też naturalnie. Chociaż tutaj raczej pokusiłabym się o „naturalne zapobieganie”. Co mam na myśli? Wraz z nadejściem sezonu grypowego, warto wzbogacić dietę w produkty naturalnego pochodzenia, które wzmocnią naszą odporność. Tak, przede wszystkim dużo witaminy C. Pamietajmy jednak, że plasterek cytryny wrzucony do gorącej herbaty nie pomoże. Jeśli już chcemy suplementować się cytrusami, nie kaleczmy ich wrzątkiem. Sok z cytryny lepiej sprawdzi się w połączeniu z letnią wodą i miodem. Nie zapominajmy też, że popularną cytrynę, jeśli chodzi o zawartość witaminy C, biją na głowę inne rośliny. Przykładowo, nasza lokalna dzika róża ma tego składnika 15 razy więcej. podobnie sytuacja wygląda z czerwoną papryką. Ta nie dość, że bogatsza w witaminę C, to jeszcze podana na ciepło, rozgrzewa. Co jeszcze? Kiwi, czarna porzeczka, natka pietruszki, brokuł, brukselka czy szpinak. Nie należy też zapominać o kiszonkach. Poczciwa biała kapusta z beczki to żródło witamin i odporności. A dla otwartych na nietypowe smaki – kurkuma. Najlepiej w postaci złotego mleka – jak to polecane przez Agnieszkę Maciąg. Tutaj sama zaświadczę – pasta z kurkumy działa!

A jeśli już mimo wszystko „wyglądamy niewyraźnie”, warto sięgnąć po metody z apteczki babci. Czosnek, imbir, cebula, burak, czarny bez, malina, młode pędy sosny. Wszystko to było kiedyś dla naszych babć i mam podstawą do syropów i: leczniczych mikstur, które szybko stawiały na nogi.

Mam nadzieję, że jesteście zdrowi, choroba Was się nie ima i  nie będziecie zmuszeni korzystać z sugestii i porad zawartych w poście. Gdyby jednak, pamiętajcie – chorować trzeba „z głową”

Dla ciała Zdrowo Życiowo

Starość

12 października 2017

Wiem, że ten tytuł nie brzmi zbyt optymistycznie. Szczególnie, gdy za oknem szaro, buro, depresyjnie, a człowiek chce tylko herbaty, koca i książki. Niestety Moi Drodzy – jesień życia to coś, co każdego z nas czeka. I wbrew pozorom nie jest to rzeczywistość odległa jak Star Trek czy Gwiezdne Wojny, tylko ta bardziej policzalna. Za 30, 40 czy 50 lat większość z Was/Nas będzie już ze sztuczną szczęką, balkonikiem czy protezami stawów biodrowych. Oczywiście nikomu tego nie życzę ale…co zrobić, żeby nie było tak źle? Zacząć już teraz. Przynajmniej tak sugerują mi moi rozmówcy, a że starych ludzi należy słuchać, bo przemawia za nimi doświadczenie lat….

Z racji pracy często spotykam się ze starczymi ludźmi. Tutaj ukrócę domysły i zaspokoję ciekawość – nie pracuję w niemieckim domu starców ale w Recepcji hotelu, gdzie często nocują grupy niemieckich emerytów spędzających czas wolny na podróżach. Średnio raz w miesiącu przed hotel podjeżdża autokar, z którego wysypuje się grupa 20-30 starszych osób. Co to znaczy starszych? W większości 70-80 letnich. Wiem to z rozmów z nim, bynajmniej nie z wyglądu czy obserwacji. Bo czy  ta uśmiechnięta kobieta, z delikatnym makijażem, w stylówce, którą określiłabym jako sportowa elegancja popijająca drinka w hotelowym barze może mieć 80 lat? Niemożliwe… A ma. Nawet ciut więcej. Podobnie jak jej towarzysz, ten ubrany na sportowo (ale elegancko), podpierający się laską ale bardziej dla komfortu niż realnej potrzeby. Oczywiście też uśmiechnięty.

Po bliższym poznaniu okazuje się, że większość grupy to znajomi podróżujący od lat we własnym gronie. Niemal równolatkowie lubiący spędzać aktywnie czas. Zazwyczaj pozostają w hotelu przez 5-6 dni. I nie jest to leżakowanie. Każdego dnia, tuż po wczesnym śniadaniu wsiadają w autokar i zwiedzają okolicę. Wydeptują turystyczne trasy po Berlinie czy Poczdamie, pływają po Spreewie czy z rowerami albo kijami do nordic walking poznając okoliczne lasy. Wracają dopiero na kolację, po której mają jeszcze siłę na drinka w barze czy towarzyskiego pokera. I tak przez kilka dni.

Zdarza się, że zostają tylko na jedną noc, bo hotel to tylko jeden z wielu przystanków w trakcie trzytygodniowej wycieczki objazdowej, której napięty harmonogram przeraziłaby niejednego trzydziestolatka. A oni dają radę. Skąd mają na to siły? Gdy kiedyś zadała to pytanie, usłyszałam: „Z młodości”. Bo jak się okazuje, ta emerycka aktywność nie pojawiła się od tak, wraz z zakończeniem życia zawodowego. Ona była zawsze. Zawsze było zdrowe odżywianie. Zawsze była poranna gimnastyka. W miarę możliwości samochód zmieniany na rower, a wieczory przed telewizorem na wędrówki z kijami. Były weekendy na działce i praca fizyczna na tejże. I tak przez całe lata (a nawet dziesięciolecia). Normą są, ze względu na większą ilość czasu, zajęcia z jogi, pilatesu czy aqua-aerobic.  Uwierzycie, że jedna z Pań na moich oczach zrobiła szpagat?!?!? I nie był on przypadkowy.

Patrzę na tych ludzi i niesamowicie im zazdroszczę. Chciałabym tak jak oni za 30 czy 40 lat być w pełni sprawna, aktywna i niezależna od pomocy innych. Mam nadzieję, że mi się uda. Że dzisiejsza aktywność i zdrowy tryb życia zaowocują w przyszłości. Dzięki moim „niemieckim emerytom” wiem, że to co robie dla siebie teraz ma sens, a będzie miało jeszcze większy w przyszłości.

A jak jest u Was? Po co ćwiczycie, zdrowo się odżywiacie i biegacie na jogę? Dla „bikini”, mniejszych cyfr na wadze? A może dla aktywnej starości?

Dla ciała Zdrowo

Kiedy rozum śpi

21 września 2017

Dzisiaj będzie o oszukiwaniu samego siebie. A dokładnie swojego umysłu. I nie będą to grafiki ze złudzeniami optycznymi, to będzie prawdziwe oszustwo. Praktykuję je niemal codziennie, można tym samym uznać, że mam już wprawę i mogę doradzać. Zatem – doradzam.

 

Jak już wspomniałam, oszukuję niemal codziennie. Staram się robić to szczęść razy w tygodniu i tylko z rana. Latem, które już niestety odeszło w zapomnienie, oszukiwałam w okolicach godziny szóstej. Teraz, gdy o szóstej jest jeszcze ciemno – mam godzinny poślizg. Kogo oszukuję? Chyba samą siebie. A tak naprawdę śpiący jeszcze o tej porze mózg/umysł/zdrowy rozsądek. Gdy tylko zadzwoni budzik – to rejestruję bezbłędnie – zwlekam się z łóżka i spływam po schodach do łazienki. Tam szybkie siku, zęby, buzia i znów po schodach w górę, do garderoby. Po omacku niemal wkładam ciuchy sportowe (do biegania albo do jazdy na rolkach). Znów spływam po schodach na dół. W stanie niepełnej świadomości robię dziesięć powitań słońca, szklanka wody, wkładam buty i wychodzę. Jeśli to jest TEN DZIEŃ (czyli poniedziałek, środa lub piątek), spływam po kolejnych schodach na podwórko i zaczynam truchtać. Przez furtkę, na ulicę. Mijam po drodze kolejne punkty orientacyjne ale – bij, zabij – zupełnie nie kojarzę jakie. Pierwszy, który rozpoznaję to stacja benzynowa, a Endomondo mówi wtedy, że to drugi kilometr. Czyli daleko od domu. Biegnę dalej, obok szyldu z informacją, że to teren lotniska i dalej
na własne ryzyko. Jakoś nie do końca to rozumiem, biegnę. I nagle znak – koniec ścieżki rowerowej. Ten już kojarzę, rozpoznaję i rozumiem. Co to oznacza? Że już się obudziłam i mój mózg/umysł/zdrowy rozsądek wiedzą, co się dzieje.
Że wbrew logice i porządkowi świata zaczęłam dzień bardzo wcześnie i bardzo aktywnie. Ale na tym etapie nie ma już odwrotu. Czasu cofnąć się nie da. Można tylko wrócić. Przy znaku następuje zwrot i kolejne 5 km pokonuję już w pełni świadomie. Ba, z uśmiechem na twarzy. Jest dobrze.

Tak to wygląda w TE DNI. A co w pozostałe? W pozostałe czyli TAMTE DNI (wtorek, czwartek i sobotę) jest bardzo podobnie. Z tą różnicą, że zakładam inne spodnie i pierwszy odcinek, do ścieżki rowerowej pokonuję samochodem.
Na parkingu zmieniam buty na rolki i jadę te 10 km, z których pierwsze 5 jest lekko chwiejne.

 

I tak wygląda to moje poranne oszustwo, dzięki którem w ogóle się ruszam. Dla wielu moich znajomych, ten moje rytuały t
o sadomasochizm. Zgadza się, przyjemnie nie jest. Ale wiem, że jeżeli nie oszukam się zaraz z rana po przebudzeniu, to do końca dnia już na pewno tego nie zrobię. Nie ma szans, żebym po wybudzeniu i złapaniu kontaktu z rzeczywistością wypociła przez godzinę litry potu w biegu czy pędzie. O, nie – to nie przejdzie. Ale tak nieświadomie….dlaczego nie. I tak to się toczy już trzeci miesiąc to moje łgarstwo. Z korzyścią dla figury, wymiarów, wagi, kondycji i samopoczucia. A także dla kalendarza. Bo wiecie ile rzeczy można w ciągu dnia zrobić, jeśli zacznie się go od siódmej, a nie dziewiątej rano?…

 

A Wy? Też oszukujecie, czy może jesteście tymi super-jednostkami, które obchodzą się bez tego rodzaju ściemy? Pochwalicie się , jak to u Was jest.

Bez kategorii Dla ciała Książkowo Zdrowo

Jarzynowo

21 sierpnia 2017

Dzisiaj będzie książkowo i zdrowo. Jestem świeżo po lekturze „Food Pharmacy”. Przymierzałam się do tej książki już od pewnego czasu ale zawsze coś stawało na drodze. Przyznam też, że przy dzisiejszym wysypie poradników na temat zdrowego żywienia, miałam pewne obiekcje, czy aby to nie będzie znów to samo tylko w innej okładce. Ostatecznie zdecydowałam się na lekturę w wersji elektronicznej. I nie żałuję.

 

 

Zacznijmy może od tego, że od jakiegoś czasu  – powiedzmy dwóch czy trzech miesięcy – jestem na ciągłym głodzie. Jarzynowym. Pochłaniam warzywa w ilościach hurtowych, najczęściej na surowo w postacie sałatek. Ale są też zupy-kremy, warzywa duszone czy zapiekane. Królują oczywiście pomidory. I tutaj ciekawostka. Jeszcze w ubiegłym roku miałam na pomidory „limit”. Nadmierne ich spożywanie skutkowało uczuleniem (w moim przypadku są to zawsze pękające kąciki ust – tak zwane zajady”. W tym roku stał się cud. Pomidory jem na kilogramy, a uśmiech zupełnie mi się nie powiększa. Ale wróćmy do sedna. Wiem, że warzywa są zdrowe i jeść należy ich jak najwięcej. Nie zamierzałam i nie zamierzam z tym polemizować. Zastanowił mnie jednak fakt, skąd ten głód, połączony z totalnym brakiem apetytu na mięso, pieczywo czy nabiał. Odpowiedzi zaczęłam szukać oczywiście w internecie. I tak trafiłam na „Food Pharmacy”.

Lina i Mia to młode kobiety, które spisały swoje doświadczenia i wiedzę zebraną w trakcie rozmów ze specjalistami w jednym miejscu. Najpierw był to blog, a później książka. Książka, która moim zdaniem jest fantastyczna. Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że – jak zaznaczyłam na początku – przeczytałam ją w wersji elektronicznej ale teraz już wiem, że muszę mieć wydanie papierowe. Zawsze pod ręka. Dla siebie. Bo to skarbnica wiedzy, porad i odpowiedzi. Oczywiście nie znalazłam w książce rozdziału pod tytułem: „Dlaczego czujemy głód warzywny?” W trakcie lektury przestało to mieć znaczenie. Zdecydowanie bardziej zainteresowało mnie to, jaki wpływa na organizm ma to, że pochłaniam je w gigantycznych ilościach. Jak wpływają na mój stan zdrowia, a dokładnie stan jelit, a co za tym idzie układ odpornościowy. A wszystko to podane przystępnym językiem. Poparte masą przykładów. Podbudowane badaniami naukowymi i opiniami specjalistów. W bonusie kilka przepisów. Naturalnie warzywnych.

„Food Pharmacy” to swego rodzaju poradnik, który może pomóc w przejściu na dobrą stronę mocy. Oczywiście, nie jest to lektura, po której  zaczniemy się żywić tylko i wyłącznie sałatą lodową. Nic z tych rzeczy. Niemniej jednak, sprawi, że spojrzymy na kwestie żywieniowe w zupełnie innym świetle, czego sama jestem przykładem – niespełna 12 godzin po przeczytaniu książki stworzyłam (i spożyłam) swoje pierwsze zielone smoothie. Nie będę się tutaj chwalić zdjęciami produktu – przyjaciółka stwierdziła, że wygląda jak resztki trawienne jej synka; po prostu musze jeszcze popracować nad kolorystyką. Ale było pysznie i zdrowo. I to zasługa Liny i Mii. Bo musicie wiedzieć, że do wczoraj uważałam smoothie za fanaberie bloggerek i hipsterskie nowomody.

 

A Wy? Miewacie warzywne głody? Pijecie smoothie? A może jesteście już po lekturze „Food Pharmacy”? Napiszcie, jak u Was z warzywami.