Przeglądasz kategorie

Dla ciała

Dla ciała less waste Zdrowo

Humble brush – po tygodniu z bambusową szczoteczką do zębów

18 września 2018

O tym, że nie jestem w stanie być „zero-waste” wiem już dawno. Dlatego staram się być chociaż „less-waste”. W granicach rozsądku i gdy tylko mam ku temu możliwość. Wiecie, takie standardy czyli segregacja śmieci, rezygnacja z foliówek, picie kranówki z butelki wielokrotnego użytku itd. Do tego dochodzą działania, które stwarza sytuacja czyli np. kupno jajek od zaprzyjaźnionego rolnika, który dostaje z powrotem swoje wytłoczki.

Ostatnio taką sytuacją była konieczność wymiany szczoteczki do zębów. Stara już swoje przeszła i musiałam kupić nową. Zakup nie była jakimś wcześniej planowanym działaniem, nie miałam żadnych wymagań poza tym, że musi mieć miękkie włosi. Ot, szczoteczka. Do zębów. A że w supermarkecie na regale ze środkami do higieny jamy ustnej poza tradycyjnymi szczoteczkami pojawiły się szczoteczki bambusowe, postanowiłam spróbować. I tak oto jestem po dwóch tygodniach testowania. Może to nie za długo ale biorąc pod uwagę częstotliwość używania, myślę że można pokusić się o wnioski.

Zacznijmy może od tego, że zakupiłam szczoteczkę firmy Humble Brush. Można powiedzieć, że jest to jeśli nie monopolista, to na pewno jeden z najpopularniejszych producentów szczoteczek do zębów na świecie. Jest to szwedzka marka powstała w 2013 roku. Mamy oczywiście do czynienia z pięknym szwedzkim designem. Żadnych zbędnych linii, kształtów czy załamań. Tylko bambusowy patyczek i kępka nylonowych włókien.

Jak zaznacza na swojej stronie producent, wytwarzając szczoteczki nie pozbawiamy pożywiania pand, które odżywiają się tylko liśćmi i młodymi pędami. Sama zaś roślina pochodzi ze zrównoważonej gospodarki leśnej. Jak widać – jest eko. A co z „kępką”? To specjalny nylon 6 Dupont o właściwościach analogicznych jak naturalne włosie czyli to ze szczeciny świńskiej czy borsuka. Nylon nie jest niestety naturalnym tworzywem jednak ten w szczoteczkach jest wolny od toksyn BPA (Bisphenol A). Powiedzmy, że to też całkiem ok. Dla naszej jamy ustnej, bo dla środowiska to chyba nie do końca – nylon musi się jakoś rozłożyć. Co jeszcze wkładamy do buzi razem ze szczoteczką? Wosk, którym pokryta jest część bambusowa. Jest on w stu procentach naturalny, ma ułatwiać utrzymanie szczoteczki w czystości i w dłonie. Jest jeszcze opakowanie. Sama kupiłam szczoteczkę w supermarkecie Real w DE. Zapakowana była w szary kartonik opatrzony oznaczeniem „100% biodegradowalne”. Na stronach internetowych polskich dostawców, u których kupić można Humble Brush, widzę opakowanie papierowo-plastikowe. Jest też zapewnienie o recyklingu. Co nie zmienia faktu, że to jednak plastik.

Przejdźmy teraz do samego użytkowania. Jest to szczoteczka do zębów  – siłą rzeczy wykorzystywana intensywnie i często. I nie jest to w moim przypadku użytkowanie wygodne. Szczoteczka jest przede wszystkim sztywna. Mam zły nawy dociskania szczoteczki podczas szczotkowania i jestem przyzwyczajona, że tradycyjna szczoteczka, nawet ta nie markowa ma elastyczną główkę, która w jakiś sposób amtoryzuje te naciski. W przypadku bambusa nacisk odbija się na dziąsłach. Brak elastycznej końcówki to też małe możliwości manewrowania  i dotarcia do wszystkich zakamarków. Owszem, jej główka jest mała i odpowiednio wyprofilowana ale to jednak za mało, by wszędzie dotrzeć. Bambusowy trzonek mimo iż powleczony woskiem nie jest jest idealnie gładki. Przynajmniej ten w mojej szczoteczce miał drzazgi. Co prawda małe i tylko dwie ale nie były przyjemne. I jeszcze nylo-włosie. To już kwestia indywidualnych upodobań ale warto wybrać modle bardziej miękki niż w tradycyjnej szczoteczce. Ja zazwyczaj wybieram opcję „medium”, tak wybrałam też teraz. Niestety, włosie (nylon) jest dla mnie zbyt twardy.

Jak widzicie, test nie wypadł zbyt pomyślnie. Może zwyczajnie trafiłam na niedopracowany egzemplarz, źle dobrałam miękkość, a w ogóle mam złą technikę szczotkowania. Co nie zmienia faktu, że nie jestem przekonana. Tak, wiem – ekologia. Bambus szybciej się rozkłada niż plastik. Ale co z nylonem?… Pozostaje jeszcze kwestia „fair trade” i transport.  Humble Brush to firma bliska naturze ale jednak produkcja odbywa się w Chinach (nie znam szczegółów, mam nadzieję, że jest inaczej niż w przypadku ubrań “made in China”), a z tych Chin statkiem docierają do centralnego magazynu w Szwecji i dopiero stamtąd dalej. Wiem, zaraz usłyszę, że przecież inaczej się nie da, że bambus nie rośnie w Szwecji itd.

Nie chcę marudzić i szukać dziury w całym, dlatego chętnie poznam Wasze doświadczenia odnośnie bambusowych szczoteczek. Używacie? Znacie? A może wiecie coś więcej na temat samej produkcji/utylizacji? Chętnie poznam opinie.

arabskie klimaty Dla ciała Zdrowo

Z arabskiej kosmetyczki – mydło Aleppo z czerwoną glinką

27 sierpnia 2018

Uzupełniałam ostatnio swoją domową kosmetyczkę, a raczej półkę z kosmetykami. Kilka rzeczy się skończyło, kilka skończy się na dniach, a jeszcze inne trzeba było już wymienić. I tak drogą kupna nabyłam w drogerii internetowej między innymi nową rękawicę Kessa (ze starej po roku zrobiła się już mufka), mydło Savon Noir i jedną nowość  – mydło Aleppo.

O rękawicy  i czarnym mydle już tutaj pisałam. Nie będę się powtarzać. Chociaż… Tej rękawicy wróżę dłuższy żywot. Jest nieco mniejsza niż poprzednia przez co nie „lata” na dłoni i wydaje się bardziej mięsista. Jak będzie w dłuższym użytkowaniu – zobaczymy. Mydło Savon Noir też nie różni się od tego, które już miałam. To inny producent – tym razem Mohani ale konsystencja, zapach i skład ten sam.

Nowością dla mnie jest mydło Aleppo i o nim napiszę więcej.

Zacznijmy może od tego, że podążyłam utartym szlakiem i sięgnęłam po kolejny kosmetyk z Bliskiego Wschodu, a dokładnie z Syrii. Mydło Aleppo d setek lat wytwarzane w rejonie Aleppo (stąd nazwa) – obecnie, ze względu na sytuację polityczną i społeczną, produkcję, a raczej jego wytwarzania, przeniesiono do Turcji i Tunezji. Receptura i proces wytwarzania nie uległ jednak zmianie. Tak jak za czasów Fenicjan, którzy to jako pierwsi używali mydła Aleppo jako środka myjącego, powstaje z czterech składników. Są to: oliwa z oliwek, olej laurowy, ług sodowy z wody morskiej i sama woda. Proces powstania jest długi. Obejmuje między innymi gotowanie w temperaturze 200 stopni prze trzy dni ale najdłużej, bo niemal rok trwa „leżakownie” gotowych kostek. W tym czasie zewnętrzna warstwa wchodzi w reakcję z tlenem i powierzchnia kostki zmieni barwę na jasno żółtą, podczas gdy w środku jest nadal zielone, a raczej – oliwkowe.

Zastosowanie mydła zleży od ilości procentów czyli zawartości oleju laurowego, który ma działanie antyseptyczne. Im jest go więcej, tym działanie silniejsze. Do pielęgnacji i zabiegów kosmetycznych stosuje się kostki z maksymalnie 40%, a i do tego należy skórę przyzwyczaić. Kosmetyk zlecany jest przy cerze problematycznej, trądzikowej ale też wrażliwej na składniki chemiczne – powstałe z naturalnych składników nie wywołuje reakcji alergicznych.

Sama mam cerę bardzo wrażliwą i do tego naczynkową, dlatego wybrałam opcję z mniejszą niż 5% zawartością oleju. Mydło delikatnie złuszcza martwy naskórek pozostawiając skórę gładką i jędrną. A o naczynka dba czerwona glinka, którą mydło wzbogacono. Czym jest i jak działa?

Czerwona glinka zwana też Rhassoul to substancja w 100% naturalna, o pochodzeniu wulkanicznym. Pozyskiwana jest w jednym miejscu na ziemi, u podnóża Atlasu w Maroku. Podobnie jak mydło Aleppo znana była już starożytnym, a Beduini używali jej do mycia włosów i twarzy. Jest bogata w magnez, krzem,potas, glin i żelazo. Dodana do syryjskiego mydła tworzy idealną kompozycję do codziennej pielęgnacji.

W moim przypadku mydło Aleppo z czerwoną glinką Rhassoul sprawdza się jako środek do mycia twarzy i całego ciała. Jak na razie – po tygodniu stosowania – nie mogę narzekać. Skóra jest gładka, promienna, a przede wszystkim pozbawiona niedoskonałości, co w moim przypadku jest o tyle ważne, że niemal wszystko mnie uczula.

Jak sami widzicie, mydło Aleppo to kosmetyk uniwersalny i niemal idealny. Niemal –  ponieważ ma jedną wadę. Przez zawartość czerwonej glinki pozostawia zacieki na mydelniczce, umywalce itp. Ale biorąc pod uwagę, że są one koloru czekoladowego, a mydło poza tym ma same zalety – nie można narzekać.

Na koniec jeszcze kilka słów o formalnościach. Mydło, podobniej jak pozostałe kosmetyki, kupiłam w internetowym sklepie Helfy. To połączenie informacyjnego portalu „kosmetycznego” z platformą zakupową specjalizującą się w kosmetykach naturalnych. W ofercie można znaleźć naprawdę wszystko, czego potrzebuje wielbiciel kosmetycznego Orientu. A to wbrew pozorom ważne – „orientalnych” drogerii internetowych na rynku jest sporo, jednak rzadko zdarza mi się kupić wszystko czego potrzebuję, w ramach jednego zamówienia. A tutaj to możliwe. No i samo zamówienie. Przy jego składaniu zaznaczyłam, by ograniczono do minimum opakowania/folie/papiery zabezpieczające przesyłkę i tak też się stało. Paczka była naprawdę „less-waste”. A o tym, że dotarła bardzo szybko i sprawnie wspominać chyba nie muszę. Sam sklep zaś gorąco polecam.

Powyższy post nie jest artykułem sponsorowanym. Nie otrzymałam za niego wynagrodzenia, nie jest to barter. Powstał ponieważ uważam, że fajne rzeczy trzeba promować. A Helfy jest fajne 🙂

 

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij Życiowo

Weganka w butach ze skóry

13 sierpnia 2018

Przyjęło się, że jeśli weganin/wegetarianin,  to od razu wojujący ekolog w lnianych koszulach, wyznający buddyzm, stosujący się do zasad zero-waste i praktykujący jogę. Wystarczy, że powiesz: „Nie jem mięsa” i od razu trafiasz do odpowiedniej szufladki. Nikt nie pyta, dlaczego, po co  i z kim. To oczywiste, że nie jesz, bo mając naście lat przeszedłeś okres buntu wobec całego świata, chciałeś jakoś zaakcentować swoją inność i zbuntowałeś się przeciwko niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt. I tak już Ci zostało. Koniec. Kropka. Dalszej dyskusji brak.

A ja jednak podyskutuję bazując na własnym przykładzie. Wychowałam się na wsi, gdzie od początku było wiadomo, że jajko znosi kura, krowę trzeba doić żeby było mleko – docelowo masło i sery, koń to zwierzę głównie pociągowe, a los świń też jest przesądzony. I pomimo tej całej celowości nigdy nie widziałam, żeby zwierzęta z gospodarstwa moich dziadków nie były szanowne. Zawsze nakarmione, zadbane, oporządzone. Ba, w Wigilię Bożego Narodzenia dostawały kawałek opłatka, bo babcia zawsze powtarzała, że to też boże stworzenia. Była w tym wszystkim jakaś równowaga. A ja w tę równowagę się wpisywałam. I tak długo jak mieszkałam w domu, jadłam mięso, sery, jajka i truskawki ze śmietaną. A później przestałam. Nie dlatego, że nagle dorosłam, przejrzałam na oczy i zobaczyłam w tych zwierzętach istoty o równych sobie prawach, które ktoś beznamiętnie morduje i nakłada sobie na talerz. Dorosłam i zobaczyłam, że to, co w siebie pakuję w ramach odżywiania (czytaj: mięso), to niekoniecznie produkt, którego mój organizm potrzebuje.

Autorka (w bieli), w czasach wczesnej młodości, gdy namiętnie konsumowała produkty odzwierzęce – głównie mleko.

Jestem egoistką, jeśli chodzi o mój organizm. Mam świadomość, że jeśli chcę by moje ciało posłużyło mi przez kolejne lata, muszę o nie dbać. Nie tylko zewnętrznie ale i wewnętrznie. A zajadanie się stekami, kurczakiem i szaszłykami z grilla na pewno mu nie służy. Lepiej dla niego, a tym samym dla mnie, zjeść sałatkę, strączki czy miskę owoców. Bo mój organizm woli właśnie to. A skoro woli, to tym go karmię. I dlatego nie jem mięsa.

Ale wiem też, że mój organizm nie lubi kontaktu z tworzywami sztucznymi. Nie znosi zapachu kleju używanego do produkcji szmacianych balerin za 30 PLN w Chinach. Nie przepada, gdy ociera go torebka czy plecak z syntetyku czy ciężko mu oddychać, gdy zgrzeje się zimą w „plastikowej” kurtce. Dlatego ubieram go w skórzane buty, które noszę po 5-6 lat. Korzystam ze skórzanej torebki, której paski nie ocierają mi skóry. A zimą zakładam wełniany płaszcz czy sweter z kaszmiru i skórzaną kurtkę, żeby ciało się nie grzało i swobodnie oddychało.

A ja sama też lubię swobodnie oddychać czystym powietrzem. Nie tym zanieczyszczonym substancjami powstałymi z utylizacji torebek z ekoskóry czy przy produkcji kultowych „mellisek” (tutaj jeszcze warto pamiętać o wycince lasów pod plantacje kauczuku).

I przy tym całym moim egoizmie wierzę, że nie jedząc mięsa w jakimś minimalnym stopniu wpływam na ograniczenie jego produkcji.

Gdyby blog był bardziej popularny, z pewnością pod tym wpisem doświadczyłaby fali hejtu, ze strony „prawdziwych wegetarian”. Mam jednak ten luksus jakim jest mała popularność Namysłowskiej, a co za tym idzie – inteligentni czytelnicy. Zatem – czekam na konstruktywne opinie 😉

arabskie klimaty Dla ciała Zdrowo

Naturalnie z włosem czyli depilacja pastą cukrową

6 sierpnia 2018

W odpowiedzi na zainteresowanie czytelników zrobiłam update mojego tekstu o pielęgnacji ciała tradycyjnymi metodami. Dzisiaj idę za ciosem i będzie o depilacji pastą cukrową. Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że ta metoda jest nadal mało popularna i ciężko znaleźć salon, który by się w niej specjalizował. Jest to jeden z niewielu zupełnie naturalnych i bardzo „zero-waste” sposobów na usunięcie zbędnego owłosienie. I jeszcze jeden powód – egoistyczny – pochwalę się, bo sama trafiłam na idealnie słodki salon, o którym chciałabym Wam opowiedzieć ale o tym później. Na początek sięgnijmy do korzenie.

Nadmierne owłosienie zaprzątało głowy pań (i panów!) już w starożytności. Archeolodzy znaleźli dowody na to, że już Egipcjanie z epoki faraonów depilowali całe ciało (również głowę) wykorzystując do tego  krem złożony z wody, cukru, cytryny, oliwy oraz miodu. Mieszkańcy Hellady postawili na tradycyjne golenie z wykorzystaniem ostrych muszelek i kamyków. Dla jednych i drugich ważne był efekt czyli ciało czyste fizycznie  i duchowo. Depilacja była swego rodzaju rytuałem oczyszczenia. Nieco inny stosunek do czystości w wymiarze cielesnym mieli nasi przodkowie z epoki średniowiecza… No cóż…Nowe czasy, nowe mody. Nie poddali się tym trendom jednak nigdy muzułmanie szczególnie z Bliskiego Wschodu, dla których depilacja była czynnością naturalną, jedną z zasad zgodnych z religijnym życiem. Zapis na ten temat znajdziemy również w Koranie:

„Zostało dla nas ustalone, że przycinanie wąsów, obcinanie paznokci, usuwanie włosów spod pach, golenie włosów łonowych, nie powinno być zaniedbywane dłużej, niż czterdzieści nocy” (cytat ze źródła)

Zapis, do którego stosowali się wyznawcy islamu, okazał się przydatny również dla innowierców. Co więcej, nieświadomie stosują się do niego nawet osoby niewiele mające wspólnego z religią. Depilacja to zabieg powszechny jak wizyta u fryzjera czy manicure. Golimy, depilujemy, wyrywamy, traktujemy laserem. Metod jest wiele. Dla mnie najciekawsze jest to, że ta jedna z najstarszych i najbardziej naturalna, wciąż jest tak mało popularna. Naprawdę ciężko znaleść dobry salon, który specjalizuje się w „cukrowaniu”. Zgadza się, w kilku kosmetycznych „sieciówkach” depilacja pastą cukrową jest dostępna. Niestety, często traktowana jako dodatek przegrywający w przedbiegach z woskiem czy laserem.

      

Ja miałam szczęście. Trafiłam na salon, który specjalizuje się tylko w depilacji pastą cukrową. Dziewczyny nie robią nic innego poza słodzeniem klientom. To ELLA Sudio Depilacji Cukrem. Sama odwiedziłam oddział w Szczecinie ale ELLA słodzi też w Poznaniu i Warszawie (czekam na Wrocław i Berlin ;). Przyznam szczerze, że wybrałam się z pewną obawą. Nie przekonywała mnie informacja, że studio działa bez wcześniejszego umawiania klientów. Obawiałam się, że będę musiała czekać. Nic z tych rzeczy. Zostałam obsłużona od razu. Pani w recepcji poinformowały, że nawet w godzinach szczytu oczekiwanie trwa maksymalnie 30 minut. Jeśli chodzi o sam zabieg – tutaj pełen profesjonalizm. Jestem bardzo marudnym i wymagającym klientem i ciężko mnie zadowolić. ELLi się udało. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Dlatego między innymi powstał ten wpis.

Rozczarowanych, którzy spodziewali się szczegółów na temat samego zabiegu zapraszam na stronę internetową  studia i profil na FB czy Instagramie, gdzie wychodząc naprzeciw ciekawości klienta, ELLA udziela odpowiedzi na wszystkie pytania. Nawet te, które mnie samej nie przyszły do głowy. Tak że dziewczyny i chłopaki – słodzimy! Bo to przede wszystkim naturalne.

 

Powyższy post nie jest artykułem sponsorowanym. Nie otrzymałam za niego wynagrodzenia, nie jest to barter. Powstał ponieważ uważam, że fajne rzeczy trzeba promować. ELLA użyczyła tylko zdjęć do jego potrzeb.

Dla ciała Zdrowo

DKMS

24 lipca 2018

W portfelu mam całą masę kart. Z jednych korzystam częściej (salon fryzjerski), z innych rzadziej (sklep z bielizną). Jest jednak jedna taka karta, z której mam nadzieję nikt nigdy nie skorzysta. Że nie będzie takiej potrzeby. To: 

”Karta dawcy legitymująca Cię jako potencjalnego dawcę krwiotwórczych komórek macierzystych”

Karta DKMS

….zwróć uwagę na najważniejszą kartę….

W bazie zarejestrowałam się jakieś 5 late temu. Gdzieś tam przeczytałam, historię osoby, której życie uratował właśnie przeszczep komórek macierzystych. Nie pamietam dokładnie, co sobie wtedy pomyślałam. Pewnie stwierdziłam, że skoro to może pomóc, to dlaczego nie. Z resztą i tak pewnie na mnie nie trafi.

Od tego momentu minęło sporo czasu. Działalność Fundacji DKMS co jakiś czas jest nagłaśniania. Pojawiają się plakaty i billboardy informujące o ich działaności. Widząc odzew na organizowane przez fundację akcje dochodziłam do wniosku, że chyba już cały świat o tym wie, połowa się zdeklarowała, a ci, którzy tego nie zrobili, pewnie zrobią w przeciągu tygodnia albo dwóch. To chyba oczywista oczywistość.

O jak ja głupiutka się myliłam. Przekonałam się o tym niedawno, gdy u syna znajomych po dwóch latach nastąpił nawrót choroby. Białaczka. Zaczęła się seria badań, konsultacji, kolejnych badań, podawania leków. W końcu okazało się, że konieczny jest przeszczep czyli znalezienie dawcy. Najbliższe otoczenie ruszyło do rejestracji jako potencjalni dawcy. I tutaj mój pierwszy szok: „Jak to?!?…Tyle się mówi, pisze, śpiewa o DKMS a są jeszcze osoby niezarejestrowane? Niemożliwe…” Jak się okazało – możliwe. A co „bardziej możliwe”, takie osoby są w moim najbliższym otoczeniu. I tutaj stop. Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam, że każdy musi być dawcą. Akceptuję i szanuję to, że ktoś nie chce się zarejestrować, nie widzi sensu czy potrzeby w tego rodzaju pomaganiu. Jesteśmy różni. Mamy różne poglądy i motywację. Powtarzam – akceptuję i szanuję to. Ale gdy słyszę, że ktoś nie rejestruje się, bo…. i tutaj milion argumentów od czapy, to dosłownie mi się ulewa. Bo nie ma dla mnie nic gorszego, niż odmowa pomocy wnikająca z bazowania na stereotypach i nieznajomości tematu. Koniec. Kropka.

Albo jeszcze nie koniec. Jeszcze dwie rzeczy. A nawet trzy:

  • zanim zdecydujesz, że NIE, zastanów się dlaczego; miej prawdziwe, logiczne argumenty
  • gdy szukano dawcy dla syna znajomych, jeden z punktów, gdzie można się było zarejestrować, stanął we wrocławskiej Hali Stulecia, w czasie odbywających się tam Ogólnopolskich Rekolekcji Dla Małżeństw. Liczba zarejestrowanych: 6. Rejestracja – bezpłatna. Rekolekcje – 155-255 PLN. Chrześcijańska postawa – bezcenna…
  • dla syna znajomych znalazł się dawca; trwają przygotowania do przeprowadzania wrześniowego zabiegu; cieszę się, że ten człowiek (anonimowy) nie miał głupich wytłumaczeń

A Ty? Jakie masz argumenty przeciwko rejestracji?

 

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

„A po ci dieta..przecież dobrze wyglądasz!”

16 lipca 2018

Chyba każdy, kto postanowił zmienić nawyki żywieniowe, zwiększyć aktywność fizyczną czy w ogóle „wziąć się za siebie” usłyszał przynajmniej pierwszą część zdania z tytułu tego wpisu. „Po co się odchudzasz!??! Przecież dobrze wyglądasz!”, „Na co ty narzekasz, co chcesz zmieniać – dobrze jest”, „Nie masz z czego zrzucać, nie przesadzaj!” No jasne. Przecież wszyscy wiedzą, co dla Ciebie będzie najlepsze i jak powinnaś jeść, jaką aktywność podjąć, a jakiej unikać; co Ci pomoże, a co zaszkodzi. I nie ważne, że pomimo „dobrego” w oczach otoczenia wyglądu łapiesz zadyszkę wchodząc na drugie piętro. Że gdy schylasz się mierząc buty w obuwniczym masz rumieniec na twarzy, chociaż „nie masz z czego zrzucać”. To wszystko się nie liczy, bo oni mówią, że jest dobrze. A jak jest naprawdę? 

Naprawdę ważne jest to, jak się czujemy w swoim własnym ciele z naszymi prywatnymi kilogramami i centymetrami. Od razu zaznaczam – ten post nie jest pochwałą i przyzwoleniem dla osób z nadprogramowych tłustym bagażem czy zachętą do restrykcji dla tych z BMI poniżej 18,5. Tworząc go, nie mam zamiaru krytykować czy ganić niczyich nawyków żywieniowych i aktywności lub jej braku. Chcę się raczej rozprawić z tym, co w głowie.  Bo tam bywa różnie. Wiem to na własnym przykładzie sprzed kilku miesięcy.

Przy wzroście 163 cm ważę 65 kg. Mieszczę się w normie. Gdy obliczam BMI, każdy internetowy kalkulator gratuluje mi wyniku i sylwetki. Jest ok. Co nie zmienia faktu, że mam potrzebę zmiany. Nie zapatrzyłam się na wychudzone motywatory na Pinterest z talią osy i pośladkami jak półkule globusa (to swoją drogą jedno z bardzo intrygujących zjawisk – chyba poświęcę mu osobny post, o ile sama to zrozumiem). Nie mam też aspiracji, by mieścić się w rozmiarze XS. Zwyczajnie czuję się źle w swoich 65 kilogramach. Wielka oponka na brzuchu nie utrudnia wiązania butów. Spodnie nie przecierają się w kroku od ocierających się ud. Guziki od koszuli nie rozpinają się na biuście. Praktycznie jest ok. Ale głowa mówi, że może być lepiej. Nie, że będzie łatwiej/ładniej bez tych 5 czy 7 kilogramów, w rozmiarze 36 i sześciopakiem. Ale jednak lepiej.

Do walorów „estetycznych” dochodzą te zdrowotne i kondycyjne. Że te chipsy to niekoniecznie takie zdrowe. Że w sumie 5 kilometrów można zrobić w 40 minut, a nie 1 godzinę 10. Że cholesterol i inne wartości mogą być bliżej dolnej niż górnej granicy.

Zaczynam wprowadzać zmiany. Tak, wiem – powinno się to robić stopniowo. Ale ja jestem taki narwany zero-jedynkowiec, że musi być wszystko albo nic, teraz albo nigdy. Wprowadzam zmiany w jadłospisie i zwiększam aktywność fizyczną. I zaczyna się….

„A ty co tak jak ptaszek?…Odchudzasz się?”

„I po co bym tak biegał w te i z powrotem. Chodzenie Ci nie wystarcza?”

„No wiesz, co..w Twoim wieku na rolkach jeździć?”

„Zdrowie, zdrowiem ale chleb też trzeba jeść”

„No ja wiem, że warzywa to same witaminy ale kotlet nie zaszkodzi”

„Zakwasy tylko z tego będziesz miała”

I tak ze wszystkich czterech stron świata. Mam wrażenie, że wszyscy wokół wiedzą lepiej, co dla mnie dobre/zdrowe/idealne. Motywatory jak nic. Czasem aż ciśnie mi się na usta odpowiedź na każde z tych pytań

„A ty co tak jak ptaszek?…Odchudzasz się?” – Nie, tylko zdrowo odżywiam.

„I po co bym tak biegał w te i z powrotem. Chodzenie Ci nie wystarcza?”  – Chodzić każdy potrafi, a ja lubię tak bez celu..

„No wiesz, co..w Twoim wieku na rolkach jeździć?” – A do jakiego wieku to dozwolone?

„Zdrowie, zdrowiem ale chleb też trzeba jeść” –  I co z tej białej bułeczki będę miała poza pustymi kaloriami?

„No ja wiem, że warzywa to same witaminy ale kotlet nie zaszkodzi” – I za bardzo nie pomoże, szczególnie tą panierką

„Zakwasy tylko z tego będziesz miała” – No nie będę..szybko znikają przy utrzymaniu aktywności

Ale kulturalnie powstrzymuję się przed odpowiedzią, która może spowodować kryzys znajomości. Nie przestaję jednak realizować swojego planu. Ograniczenia i granice, które sama sobie narzuciłam przestają uwierać, a stają się nawykami. Chipsy już nie kuszą. Dystans 5 kilometrów robię w 30 minut. Wyniki badań książkowe. Jest coraz lepiej. Niemal idealnie. I wiem dlaczego. Bo słuchałam głosu, który mam we własnej głowie, nie tych pomocnych komentarzy od całego otoczenia. Bo właśnie w tym tkwi powodzenie każdego przedsięwzięcia. Nie tylko tego związanego z wagą czy kondycją. Ale też nauki języka, ukończenia kursu czy studiów, dokształcania się, zrobienia prawa jazdy na motocykl czy przebiegnięcia maratonu. Słuchanie swojego własnego głosu. Sami wiemy, co dla nas najlepsze. Nikt nie czuje Twoich 65 kilogramów, zadyszki przy wchodzeniu po schodach czy zażenowania, gdy nie rozumiesz tekstu piosenki po angielsku tak dobrze jak Ty. I nikt inny tego nie zmieni, jeśli sam nad tym nie zaczniesz pracować. Niezależnie od głosów z zewnątrz.

A Wy? Słuchacie tylko swojego własnego szeptu czy może jesteście podatni na „dobre rady”? A może wręcz przeciwnie – macie koło siebie głos, który przytakuje Waszemu własnego i jest prawdziwym wsparciem?

Bez kategorii Dla ciała Filozoficznie Zdrowo Zjedz i wypij

Mini, zero, wege,eko czyli o popadaniu w skrajności

4 czerwca 2018

Na początek rozwinięcie tytułu – chodzi oczywiście o minimalizm, zero-waste, wegatarianizm i ekologia. Dla mnie to  pojęcia (trendy?) same w sobie oznaczajace jakąś skrajość. Myślałam, że tak jest u większości. Przekonuje się jednak, że niekoniecznie. I o tym właśnie dzisiejszy tekst, który ma trzy źródła: post Venili, spostrzeżenia koleżanki i moja własne dedukcja.

laptop, gazeta vegetables, okulary, zero waste na telefonie

Zacznijmy od wspomnianego postu, który ukazał się całkiem niedawno na blogu Venili Kostis. Autorka poruszyła bardzo ciekawy temat – napisała o minusach minimalizmu. I to, wg mnie bardzo nietypowych. Czy raczej takich, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam, a jednak mnie dotyczą. Przede wszystkim wspomniane przez Venilę „urządzanie innym życia”. Na czym polega? Przyjeżdżasz w odwiedziny do rodziców/kuzynki/znajomych, wchodzisz do garderoby mamy/kuzynki/koleżanki i widzisz całe stery ubrań, kartony butów i półki wyładowane apaszkami, torebkami i innymi akcesoriami. Aż Cię kusi żeby to „ogarnąć”, przegospodarować. No zwyczajnie pozbyć się 90%. I już masz to na końcu języka ale widzisz, że mama/kuzynka/koleżanka dobrze się z tym czuje. Świetnie odnajduje się w swoim królestwie. Praktycznie nie ma rzeczy, która leżałaby odłogiem. I pewnie czułaby się zdecydowanie gorzej, mając tak jak Ty 3 pary dżinsów, 2 torebki i 3 pary butów na lato. Ona wie i rozumie, że da się żyć tak jak Ty żyjesz. Zaakceptuj to, że ona żyje inaczej i odpuść. Sobie i jej. Nie popadaj w skrajność minimalizowania.

Przyjaciółka, przerażona ilością wytwarzanych śmieci zainteresowała się popularnym ostatnio zjawiskiem „zero-waste”. Od lat segreguje śmieci, na zakupy chodzi z tekstylną torbą, nie bierze w sklepie jednorazówek. Chciałaby jednak czegoś więcej i zaczęła szukać w internetach. I tak trafiła do jednej z grup na fb, poświęconych właśnie życiu „zero-waste”. Tak jak przewidywała, znalazła tam sporo rad, odnośnie bardziej bezśmieciowego życia. Członkowie grupy dzielą się swoimi doświadczeniami, ci początkujący, szukają rady. Jest ok. Do momentu, gdy nie zaczyna się bezśmieciowa ortodoksja. Jedne z  dyskutantów pisze, że umył samochód z ptasich odchodów używając wielorazowego ręcznika i tradycyjnej gąbki. Po operacji wszystko przyniósł do domu i wyprał w 95 stopniach. Ma jednak wątpliwości, czy to wystarczające środki ostrożności  i czy aby nie powtórzyć czynności. Powiedzmy, że wątpliwości uzasadnione. Ale już koncepcja powtórnego prania czy – jak radzą inni: „Ja bym wyszorowała bęben prali sodą i puściła pusty przebieg z dużą ilością octu”, trochę wątpliwa. Ja rozumiem, że porządki z wykorzystaniem „środków” wielokrotnego użyciu. Że troka o zdrowie i higienę. Ale jest też ekologia i troska o środowisko. O zużycie  i marnotrawienie wody. O zużycie energii, która w PL niestety nie pochodzi jeszcze w większości ze źródeł odnawianych. O wykorzystane do mycia samochodu i prania detergenty, które wnikają w glebę. Nie popadaj w skrajność bezśmieciowego życia kosztem środowiska naturalnego.

Najpierw zaczęłam mimowolnie ograniczać szafę ze zbędnych ubrań. Później przyszła kolej na papierowe książki i całą resztę  „stojaków” i „kurzozbieraczy”. To nie było planowane. Jakoś tak samo z siebie wychodziło. Później przyszła – też jakoś tak naturalnie kolej na „zero-waste”; przy czym zmain poznałam nazwę i polecane metody, już sama przeszłam w praktykę. W tak zwanym między czasie pojawił się wegetarianizm. W moim przypadku ten sposób żywienia ma podłoże egoistyczne. Oczywiście los zwierząt, niehumanitarne ich traktowanie i sposoby „produkcji” są dla mnie bardzo ważne i jestem temu zdecydowanie przeciwna. Jednak równie ważne jest dla mnie moje własne ciało i to, czym go karmię i jak traktuję. Dlatego staram się go dobrze i zdrowo odżywiać i nie nadwyrężać trawieniem steków i filetów z antybiotykowego kurczaka. Dostarczam mu warzywa i owoce, karmię kaszami i ziarnami. Jem zdrowo. Ale bez szaleństwa. Nie jadłam nigdy chia, bo równie dobre jest siemię lniane. Nie krytykuję mięsożerców, bo uważam, że podobnie jak ja, mają swój własny pomysł na żywienie. Nie rezygnuję z wyjścia z przyjaciółmi pomimo, że to kolacja w stek-house; idę i zamawiam sałatkę podobniejak oni ciesząc się jedzeniem. Nie popadam w skrajność. I żyję.

A jak Wy żyjecie? Odnajdujecie równowagę między mini, zero, wege i eko? A może wszystko przychodzi Wam zupełnie naturalnie. Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń.

Dla ciała Zdrowo

Bursztynek, bursztynek…czyli jak ratowałam swoją czuprynę

28 maja 2018

Od dziecka marzyłam by mieć długie czarne, proste włosy. Dla niezorientowanych – zupełnie inne niż te, którym obdarowała mnie natura. Ale to już utarty schemat, że panie z lokami, chcą mieć na głowie proste druciki, a te z drucikami – afro; blondynki chcą kruczą czerń, a brunetki ognisty rudy. I ja też chciałam inaczej – wyprostować niby-loki, mysi zmienić na czarny, no i zapuścić bardzo bardzo. Jak się domyślacie, prób było wiele. Nigdy nie skusiłam się na czarny, czarny ale był czekoladowy brąz i rudy. Nigdy nie były idealnie proste ale prostownicę mam do dzisiaj. Nigdy też nie sięgały dalej niż do łopatek..mimo rozpaczliwych prób.

Działań jak widać było wiele. Przyznam, nie oszczędzałam ich. Długo cierpiały te moje włosy i w końcu dały za wygraną. Zaczęły wypadać. Na początku nie przeraziłam się jakoś bardzo. Nigdy nie były super grube, super mocne ani super gęste. Ale też nigdy nie wypadały w takiej ilości! Statyczne „100 włosów dziennie” w moim wypadku można było mnożyć trzy, a nawet cztery razy. To nie były  już żarty. Trzeba było zacząć działać.

Oczywiście słyszałam, że wszystkich stron, że to wina mojej diety: „Bo nie jesz mięsa!”, że zła pielęgnacja: „To od tego farbowania” czy: „Za dużo je prostujesz – popaliłaś i teraz wypadają”. Kulturalnie nie reagowałam na wypowiedzi. Natomiast zareagowałam na sytuację i zdecydowałam się na wspomagacze.

Kierując się logiką – skoro włosy wyrastają z głowy, to trzeba pomóc im od środka, kupiłam Biotebal. Uwierzyłam reklamie, że to nie jakiś „preparat” czy „suplement” ale LEK. Najprawdziwsze lekarstwo. Kupiłam tabletki i łykałam. Pierwszy miesiąc. Drugi miesiąc. Czwarty miesiąc. Pół roku i nic. Spasowałam.

Ale włosy wypadały nadal. Stwierdziłam, że może źle podeszłam do problemu. Zbyt  mało kompleksowo i stąd brak efektu. Do tabletek – tym razem „Vitapil” dorzuciłam lotion. Łykałam i wcierałam namiętnie przez kolejne miesiące. Jak się domyślacie – z efektem marnym. Tzn. efekt był w postaci ubytków na koncie. Bo jak wiadomo, wszelkiej maści reklamowane preparaty nie kosztują mało. Ubywało w portfelu. Ubywało na głowie.  Spasowałam.

Aż trafiłam na Monikę. Fryzjerkę z sieciowego salonu, po którym zbyt wiele sobie nie obiecywałam. Trafiłam tam tak naprawdę przez przypadek – moja dotychczasowa fryzjerka nie miała wolnego terminu. Pani Monika podeszła do tematu bardzo  mało dyplomatycznie. Przede wszystkim stwierdziła, że katuję włosy zbyt mocną farbą i zasugerowała słabszą: „Na TO (tutaj wskazała palcem moje odrosty) wystarczy coś słabszego”. Wysłuchała historii o łykaniu tabletek: „Hmmm…takie tabletki działają od środka..w sumie to na wszystkie włosy…te na nogach też zaczęły wypadać? (to pytanie zadała z wyraźnym zainteresowaniem). Po czym zasugerowała serum z oferty salonu w cenie z dwoma zerami. A na koniec dodała: „A w sumie to wystarczy zwykły jantar z Rossa. Tylko codziennie sumiennie wcierać. Znaczy..włączasz TV, siadasz i przez całe „Barwy szczęścia” wcierasz”. Yhmmm…

No to poszłam do „Rossa” i kupiłam „Jantar”. Najpierw jeden, później drugi, trzeci, piąty. Dokupiłam też szampon. I tam wcieram i myję. Już trzeci miesiąc. Nie oglądam „Barw szczęścia” ale sumiennie, codziennie masuję skórę głowy. I z bananem na buzi obserwuję w lustrze coraz to nowe odrosty. Całą masę nowy włosów. Normalnie armia hatifnatów 🙂

Odżywak i szampon do włosów Jantar

Swoim szczęściem podzieliłam się ze znajomą dermatolog, która nie uwierzyła co prawda w fenomen „Jantara z Rossa” ale potwierdziła, że nic tak nie wspomaga mieszków włosowych jak ich pobudzanie czyli masaż. Tak jak ugniatanie ud bańką chińską powoduje lepsze ukrwienie i eliminację pomarańczowej skórki, tak dopieszczanie skóry głowy pomaga włosom.

Na koniec jeszcze kilka informacji „technicznych” – ten wpis nie jest reklamą firmy Fermona. Nie powstał na zamówienie producenta. Nie jest też „czarnym PR” dla pozostałych dwóch produktów, które wymieniłam. Zwyczajnie – opisałam swoje doświadczenia w temacie z założeniem, że mogą być dla kogoś pomocne.

Odżywka jantar - skład

Mam nadzieję, że nie macie problemów z włosami. Że to, co macie na głowach to spełnienie waszych marzeń. Niemniej, jeśli zdarzy się tutaj zbłąkana dusza, która ma problem „na głowie”, chętnie poznam historię. A może jest ktoś, kto wygrał i wypadaniem włosów i podzieli się doświadczeniami?

Dla ciała Zdrowo

Grubas biega

27 kwietnia 2018

W ramach wstępu scenka rodzajowa, którą przerobiłam dzisiaj w czasie porannego biegania. Otóż… Biegnę sobie, wyciskam siódme poty na ostatnim kilometrze w okolicy przedszkola i z daleka widzę mamę prowadzącą dziewczynkę. Przebiegłam obok i po paru metrach słyszę:

 – Mamo, kto to?

 – Pani.

 – Mamo, a co ona robi?

 – Biega

 – Mamo, a dlaczego?

 – Bo musi

 – A dlaczego?

 – Bo jest gruba

Tak, to było o mnie. Nie, nie przyśpieszyłam – wręcz się zatrzymałam i przejrzałam w kałuży. I zobaczyłam kobietę średniego wzrostu (163 cm), przeciętnej budowy (jedna celulozowa oponka na brzuchu) i przeciętej wagi (tą się chwalić nie będę). A mimo to jestem gruba?…

Buty biegowe i ślimak

Nie powiem, żeby ta sytuacja mnie nie ruszyła, bo ruszyła i to bardzo i na wiele kierunków. Bo:

  •  już od jakiegoś czasu rzuca mi się w oczy i uszy opinia, że bieganie to metoda na utratę wagi. Oczywiście. Jak najbardziej. W końcu bieganie to sport, a poza dobrymi nawykami żywieniowymi, uprawianie sportu to  najprostsza droga z utraty wagi i obwodów. Ale czy to znaczy, że wszyscy biegają tylko z tego powodu? A co z tymi, którzy biegają, bo lubią? Taki maratończyk, to raczej waga piórkowa niż superciężka. A ci biegający, by utrzymać kondycję, wchodzić na 4 piętro bez zadyszki i zrobić „dobrze” organizmowi? Przecież tacy też są. Przyznam, sama na początku biegałam licząc na spadek wagi ale już mi przeszło. Wiem, że dla zmiany cyfry lepsza będzie zbilansowana dieta, a bieganie to dla mnie przyjemność. I ta satysfakcja, z pokonanych kilometrów, a przede wszystkim endorfiny i super energia na cały dzień.
  • wiem, jak wyglądam i to, co usłyszałam w żaden sposób mnie nie uraziło, raczej mocno zdziwiło; docelowo – oburzyło. Ale gdy by na moim miejscu była osoba o słabszej psychice, większych wymiarach, która w końcu odważyła się i zaczęła biegać? A w tym bieganiu widziała jedyny sposób na utratę wagi. I teraz słyszy, że biega bo musi, bo jest gruba. Miłe, co?
  • czy takie wartości powinno się przekazywać dzieciom? Już widzę te uśmiechy czytelników, znających moje podejście do nieletnich 😉 Mniejsza o to. Czy nie lepiej byłoby wyjaśnić tej dziewczynce, że ludzie biegają to lubią, bo to zdrowe, bo pomaga? Nie komentować czyjegoś wyglądu, w dodatku negatywnie? (Swoją drogą, ciekawe co powiedziałaby ta kobieta, gdyby moja waga i wymiary pozostawiały naprawdę wiele do życzenia).
  • może dziwnie to zabrzmi ale mimo wszystko zmotywowała mnie – nie tylko do dalszego biegania ale też do zastanowienia się, jak bieganie jest postrzegane

A jak u Was Grubasy? Po co, dlaczego biegacie? Dla kilogramów, kondycji, wyników? A może dla endorfin? Pochwalcie się. I koniecznie napiszcie, czy też mieliście jakieś „wizerunkowe” wpadki w trakcie treningów.

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

Zielona kuchnia niemiecka

20 marca 2018

Przeczytałam ostatnio ciekawy artykuł w niemieckim „Focus” – link tutaj. Autorka skupiła się w nim na weganizmie i wegetarianizmie. W ogóle sam artykuł ma intrygujący tytuł: „Weganizm, tylko moda czy coś więcej?” Poza oczywistymi tezami, które zna każdy, kto nie je mięsa, możemy zapoznać się z danymi statystycznymi, które dla zwolenników diety bezmięsnej są budujące. Postanowiłam podzielić się z Wami tą wiedzą, a przy okazji zajrzeć do niemieckiej kuchni.  Zacznijmy od artykułu i danych.

Osiem milionów Niemców uważa się za wegetarian twierdząc, że nie jedzą mięsa i kiełbas (wiem, że może zabrzmieć to śmiesznie ale autorka wyraźnie zaznacza ten podział). Nieco ponad milion mówi, że są weganami. Rygorystycznie przestrzegają zasad żywienia, rezygnując nie tylko z podstawowych, wszystkim znanych produktów odzwierzęcych ale też z produktów zawierających np. kwas karminowych czy wosk pszczeli. O skórzanej czy wełnianej odzieży nie wspominając.

To, że autorka sugeruje uznanie weganizmu za modę, może wynikać ze statystyk, wg których zarówno weganizm jak i wegetarianizm to zjawisko typowe dla pokolenia millenialsów. Statystyczny niemiecki weganin/wegetarianin to wykształcona kobieta (81%) w wieku 20-39 lat. Pytanie, na ile to pokolenie rzeczywiście chce być modne  i „inne”, a na ile jest po prostu świadome efektów diety opartej na produktach odzwierzęcych.

Liczba Niemców rezygnujących ze spożywania mięsa i jego przetworów systematycznie rośnie – od 2010 roku wzrosła o 15%. A że popyt napędza podaż, przybywa też restauracji typowo wegańskich i wegetariańskich. W samym Berlinie miejsc serwujących typowo wegańskie jedzenie jest 64. Coraz częściej też, w „normalnych” restauracjach, oferta dań bezmięsnych jest bogata i można dostać coś więcej niż sałatki czy makaron z pesto.

Jeśli chodzi o motywację – myślę, że jest podobnie jak w innych krajach. W zdecydowanej większości przemawiają względy moralne i etyczne. Tylko 8% respondentów przyznało, że zmiana diety podyktowana była względami zdrowotnymi.

A jak dieta wegańska czy wegetariańska ma się do tradycyjnej kuchni niemieckiej? No cóż..można powiedzieć, że jest sporym od niej odstępstwem. Mięsa i przetworów mięsnych jest w kuchni niemieckiej bardzo dużo. Stanowi ono podstawę niemal każdego posiłku. Na śniadanie podawane są po za jajkami w różnorakiej formie, półmiski z wędlinami i pasztetami. Do tego często sałatka z mięsem oczywiście. Obiad to też często pieczeń, sznycel, stek czy chociażby sos na bazie mięsa. Kolacja najczęściej przypomina zestawienie śniadaniowe, tyle że bez jajek.

Ta ilość mięsa w niemieckiej jest rzeczywiście duża ale trzeba pamiętać, że Niemcy nie jedzą samych wędlin i kotletów. Na talerzu zawsze jest miejsce na warzywa. Nawet jeśli „warzywo” sprowadza się do smażonych ziemniaków. A że te bardziej szkodzą niż pomagają. No cóż… Dla mnie samej zagadką jest, jak przy takim sposobie żywienia pozostają mimo wszystko sprawni i stosunkowo zdrowi do później starości. Ten temat musze jeszcze rozgryźć i na pewno o nim napiszę.

A jak u Was z mięskiem na talerzu? Preferujecie dietę warzywną czy raczej zbilansowaną i różnorodną jeśli chodzi o pochodzenie. A może mieliści okazję osobiście testować kuchnię niemiecką? Chętnie poznam Wasze opinie i doświadczenia w tym zakresie.