Przeglądasz kategorie

Dla ciała

Dla ciała less waste Wegetarianka w skórze Zdrowo

Wegetarianka na codziennych zakupach

19 maja 2020

Punktem wyjścia do tego postu było wielokrotnie słyszane stwierdzenie, że zdrowe (zielone) odżywianie jest drogie i w ogóle życie eko to coś dla bogatych i rozpuszczonych millennialsów. Oczywiście absolutnie się z tym nie zgadzam. Raz – nie jestem bogata i rozpuszczona, dwa – nie łapię się do kategorii „millennials”. Ale… staram się żyć eko i jestem wege. I wbrew stereotypom nie kosztuje mnie to fortuny, nie tracę na to masę czasu, a zakupy robię we wioskowym markecie. Jak wyglądają i co się na nie składa – o tym poniżej.

Świeże zielone

Zaczynam zawsze na stoisku z warzywami, owocami i orzechami. W koszyku ląduje to, na co akurat jest sezon i mam ochotę. Patrząc na sklepowe półki można odnieść wrażenie, że jest sezon na wszystko – arbuzy, winogrona, śliwki i obowiązkowo hiszpańskie truskawki. Mając jednak na uwadze sezonowość i zdrowy rozsądek, sięgam po te najbardziej „prawdopodobne” do osiągnięcia na przedwiośniu, a są to jabłka. I tutaj też ważne – nie wybieram tych soczyście zielonych, wielkich izraelskich Golden Delicious ale krajowe – w moim przypadku niemieckie – Elstar czy Jonagold. Informacje, o tym, na co jest sezon można znaleźć w internecie. Ja posiłkuję się „kalendarzem” ściągniętym ze strony Salaterki. Polecam.

Kalendarz owoców i warzyw sezonowych- źródło: https://salaterka.pl/warzywa-owoce-sezonowe-maju/

Kalendarz owoców i warzyw sezonowych- źródło: https://salaterka.pl/warzywa-owoce-sezonowe-maju/

Oczywiście nie da się przetrwać przedwiośnia tylko na jabłkach czy ziemniakach. Czasem robię odstępstwa i do koszyka wkładam też cytrusy czy szpinak. Decydując się na nie, wybieram te pochodzące z upraw położonych jak najbliżej i z jak najmniejszą ilością plastiku w ramach opakowania. Z resztą, jeśli to tylko możliwe, wybieram warzywa i owoce bez opakowań/siatek/tacek – pakuję je we własne, tekstylne woreczki, które uszyła mi mama.

W koszyku, niezależnie od pory roku lądują też warzywa korzeniowe.

Wiem, że jak na wege przestało powinnam kupować awokado i jarmuż ale ani za jednym ani tym bardziej za drugim nie przepadam, poza tym to pierwsze jakoś mało krajowe mi się wydaje.

Chrupiące

Następne do koszyka wędruje pieczywo. Tutaj, podobnie jak w przypadku zielonych, wybór ogromny, co nie zmienia faktu, że nie wszystko jest warte uwagi. Z całym szacunkiem dla przemysłu piekarniczego ale gdy widzę ciemne bułki zapakowane w szczelny worek foliowy z dwutygodniowy terminem przydatności do spożycia, coś mi mocno nie gra. Kupuję chleb ciemny, wieloziarnisty i niekrojony. Pakuję do swojego lnianego worka (dziękuję mamo) i to by było na tyle. Żadnych bagietek, bułek, drożdżówek. To zwyczajnie nie moje smaki.

Tego pieczywa też nie trafia do koszyka zbyt wiele, ponieważ zakochałam się w chlebie z kaszy gryczanej z przepisu Wincentyny i staram się go regularnie piec.

Sypkie i mączne

Tutaj mam na myśli kasze i makarony. Z kaszami nie jest łatwo – w Niemczech ciężko je kupić w ogóle, a jeśli już są, to na półkach „Bio”, czyli w koszmarnej cenie. Wszystkie kasze przywożę z Polski – gryczaną jasną i ciemną, jaglaną, pęczak. I na tym bazuję. Makarony to dla mnie wybór prostszy – staramy się ich jeść z K. mniej, dlatego jeśli już kupuję jakiś, to pod kątem wykorzystania go jako składnika sałatki. Wybieram kukurydziany, wieloziarnisty czy z ciecierzycy.

Na regale z sypkimi stoją też różnego rodzaju granulaty sojowe, tofu czy gotowe mieszanki do przygotowywania wegeburgerów czy innych falafeli. Po nie też czasem sięgam, chociaż preferuję kotlety domowej produkcji z kaszy i warzyw korzeniowych.

Z chłodni

Tutaj sprawa lekko się komplikuje. W chłodniach jest nabiał i wędliny. Wędliny kupuję – nie dla siebie, dla K.  chociaż on ostatnio woli kupić kawałek mięsa i samodzielnie go upiec. Ale jeśli już kupuję, to najczęściej salami i szynka parmeńska czyli najmniej przetworzone. Staram się też, by opakowania były jak najmniej szkodliwe dla otoczenia.

Podobnie jest z nabiałem. Jem go mało, w zasadzie tylko piję ayran; czasem jako dodatek do zup w postaci śmietany. Jak wybieram? Z certyfikatem, jak najbardziej lokalnie i najmniej plastikowo.

Przy chłodniach stoją też jajka ale one do koszyka nie trafiają. Jemy jajka polskie, ze znajomego podwórka, od kur padających ze zmęczenia po całym dniu spędzonym na łące. To chyba najbardziej wolny wybieg.

Z zamrażarki

Tutaj zatrzymuję się niemal przy każdych zakupach. Mrożone warzywa, mrożone owoce, mieszanki do zup. Najlepszy sposób, by jeść zielono, gdy wokół szaro.

Chemicznie

W tej części sklepu, gdzie znajdują się regały z chemią domową bywam rzadko, bo to też produkty, których zużycie jest mniejsze. Stąd zabieram do domu papier toaletowy z recyklingu oraz płyny do prania i mycia naczyń. Moje najnowsze odkrycie to seria Respect – rzekomo przyjazna środowisku. O ile chemia może być przyjazna komukolwiek.

I to by było na tyle. Jak widzicie, zakupy wege-eko nie różnią się jakoś bardzo od tych robionych przez zwykłego śmiertelnika. Rachunek też nie jest jakiś wysoki. Łapię się raczej na tym, że zaskakuje mnie ile płacą osoby stojące przede mną w kolejce z normalnymi zakupami. Ale o tym innym razem. A teraz podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w kwestii wege-zakupów. Jestem bardzo ciekawa, jak to u Was wygląda.

Dla ciała Garderoba

#rokbezzakupow

16 marca 2020

Inspiracją przy tworzeniu tego postu były blogi. Często dzieje się tak, że dostrzegam jakieś zjawisko czy trend dopiero, gdy przemielą temat już wszystkie znane blogerki. Tym razem nie jestem aż tak bardzo spóźniona, bo na #rokbezzakupow trafiłam w połowie lutego (czyli tylko 6 tygodni po oficjalnym rozpoczęciu 😉 i spotkałam się z nim na dwóch czytanych przeze mnie regularnie blogach. Przejdźmy do rzeczy

 

 

Jakich zakupów?

Bo chyba od tego należy zacząć. Nie wydaje mi się możliwe przeżycie chociażby tygodnia bez zakupów spożywczych, a miesiąc bez wizyty (nawet wirtualnej) w księgarni, to już zupełna abstrakcja. Hasło #rokbezzakupow dotyczy oczywiście zakupów odzieżowych. Czyli w sumie temat do ogarnięcia. Ubrania to nie są rzeczy, które znikają jak chleb czy płatki owsiane i regularnie trzeba uzupełniać zapasy. Przy dobrej organizacji szafy, wydatki na szeroko pojęta garderobę mogą być naprawdę sporadyczne. Można dyskutować, że przecież zużywają się skarpetki czy inne elementy bielizny. Tak, to fakt. Nie chodzi jednak o czepianie się szczegółów tylko zasadę. Reasumując – #rokbezzakupow – to da się zrobić.

Ale dlaczego bez?

No właśnie – dlaczego? Żeby zaoszczędzić? Żeby szafa nie przerosła? A może żeby przejrzeć swoje zasoby i wykorzystać maksymalnie to, co się już ma. Można też przestać kupować ubrania, by być bardziej eko. Każdy z tych powodów jest super w zależności od tego, na jakie „bolączki” cierpimy i co chcemy tym postanowieniem w swoim życiu usprawnić. Ale na litość jeża…jeśli czytam post, w którym autorka podsumowuje swoje roczne wydatki i ocenia ubraniowe zakupy z 2019, a pod nim komentarz w stylu: „Rany…wydałaś tylko xxx PLN, a ja xxxx..nigdy nie będę tak cudowna jak Ty…muszę przestać kupować..”, no to troszeczkę mi się ulewa. Mam ochotę odpisać, że oczywiście – NIGDY nie będziesz tka cudowna, bo nie jesteś autorką tego postu….bo masz inne życie…inne potrzeby i prawdopodobnie inny budżet, a co za tym idzie – inne podejście do wartości pieniądza! Przede wszystkim zaś -nie możesz kobieto dopuścić, by ktoś był dla Ciebie autorytetem w kwestii zakupu skarpetek czy  koszulki…nawet jeśli tym kimś jest znana blogerka.

Gdzie równowaga?

I tutaj dochodzi do głosu rozsądek. Pierwszym jego „objawem” jest wpis na innym blogu, który de facto bardzo sobie cenię. To wypowiedź Doroty Kameralnej. Napisała wprost, że nie bierze udziału w wyzwaniu #rokbezzakupow z bardzo prostej przyczyny – jej zakupy ubraniowe są bardzo przemyślane, poza tym widzi w tej deklaracji aspekt emocjonalny. 365 dni to sporo czasu i ciężko przewidzieć, co zdarzy się za 6 czy 10 miesięcy – może wreszcie zrzucisz te znienawidzone kilogramy i wszystkie ubrania będą na Tobie wisieć jak na wieszaku, a Ty, by pozostać wierna zasadzie, nic nie kupisz, bo to przecież #rokbezzakupow? A może zmienisz pracę z freelance na korpo, gdzie wymagane bedą obcasy i garsonki, a tym masz w szafie tylko wyciągnięte dresy? Wracając jeszcze do argumentu o przemyślanych zakupach. Kurczak, czy z nami jest aż tak źle, że potrzebujmy wyzwań, by nie rzucać się jak w amoku na wyprzedaż T-shirtów z plastiku?

Innym głosem rozsądku, takim powiedzmy z wyższej półki, była tegoroczna ceremonia wręczenia Oscarów. Producentka filmowa Livia Firth rzuciłam uczestnikom nie lada wyzwanie – w ramach Green Carpet Challenge zaproponowała gwiazdom, by ich kreacje na ten szczególny wieczór były jak najbardziej „green” i „eco”. Efekt przeszedł chyba oczekiwania samej pomysłodawczyni. I tak Jane Fonda, Elizabeth Banks, Lily Aldrige, Margot Robbie czy Joaquin Phoenix pojawili się na gali w „używanych” strojach galowych. I brawo dla nich za ten krok – dla zwykłego śmiertelnika nic nadzwyczajnego ale dla gwiazd filmowych, które pracują wizerunkiem – odważna decyzja.

 

Podsumowując – pojawienie się wyzwania #rokbezzakupow jest sygnałem, że zaczynamy zauważać problem – nadmiernego konsumpcjonizmu, zagrożeń ekologicznych i szeroko pojętego fair-trade. Jeśli są osoby, dla których to jedyny sposób, by zapanować nad swoimi zakupowymi szaleństwami – warto go wykorzystać. Przede wszystkim jednak #rokbezzakupow to sygnał, że coś z nami nie tak i nad tym czymś, należy się mocno i głęboko zastanowić.

 

Bierzecie udział w wyzwaniu? Czy może wręcz odwrotnie – już do tego stopnia opanowaliście technikę racjonalnego kupowania, że wyzwania nie są Wam potrzebne? Koniecznie napiszcie, co sądzicie na ten temat.

 

 

Dla ciała Garderoba less waste Wegetarianka w skórze

Moje typy czyli polskie marki, którym jestem wierna od lat

27 stycznia 2020

Nie jestem modowym zwierzem. Zupełnie. A od kiedy przeszłam na minimalizm to już zupełnie niezakupowa i niemodowa jestem. Co nie zmienia faktu, że jednak coś na siebie muszę założyć, gdy wstaję z łóżka czy gdy wychodzę do ludzi. Dlatego kupuję. I, pomimo, że mieszkam w mieście, gdzie w czasie wyprzedaży można się naprawdę dobrze i niedrogo obkupić, rzadko korzystam z tych opcji. Nie mam takiej potrzeby, a gdy już taka konieczność się pojawia, zakupy robię w PL, ponieważ pomimo przeprowadzki do DE, pozostałam wierna polskim markom. I dzisiaj o nich.

Polskie marki

Polskie marki – Słoń Torbalski,        Big Star, Wojas

 

Spodnie na krótkie nogi

 

Nie jestem krasnoludkiem, ale też nie żyrafą. I ciężko mi kupić dżinsy, które wcisnę na swoje nieco szersze cztery litery ze świadomością, że nie będę ich musiała cztery razy podwijać. Jedyna marka, która jest w stanie ogarnąć moje gabaryty to Big Star. Ich spodnie pasują zawsze (no dobrze…jak się obżerasz przez święta, to nie pasują.. ale wtedy nie pasuje nawet dres XXL).  Jeszcze nigdy nie skracałam dżinsów u nich kupionych. Są idealne. Co ważne, mają wszystkie modele, których potrzebuje. A jestem bardzo wybredna – dopadają rurki o przekroju 3 cm,  spodnie z talią pod żebra, niby-modne niewykończenia czy bezpłciowe boyfriend’y. Jak widzicie, ciężko ze mną, a mimo to, dżinsy kupuję tylko u nich. W sumie nie tylko dżinsy. Ma też kilka t-shirtów z bawełny organicznej kupionych lata temu, które do dzisiaj nie straciły kształtu, koloru i rozmiaru. Podobnie jak skarpety. Zresztą o skarpetach z Big Stara pisała ostatnio Kameralna.

 

Buty z Podhala

 

Nie wiem, jakie pokolenie reprezentujecie, ale jeśli to 30 +/-, to być może pamiętacie „Relaksy”. Znienawidzone przez dzieci kozaki produkowane w Nowym Targu, w których nie szło się ślizgać. Nie miałam takich, ale wszyscy wokół mieli i bardzo im współczułam. „Relaksy” odeszły do lamusa wieki temu, by powrócić w wielkim blasku jakieś dwa sezony temu dzięki marce Wojas. I to jest właśnie druga polska firma, której jest wierna od lat. Zdecydowana większość butów, które noszę (poza sportowymi), to właśnie Wojasy. Najlepsze pod słońcem skórzane trzewiki, półbuty i baleriny. Z prawdziwej skóry, nieśmierdzące chińskim klejem, super wytrzymałe. O tym, jak są wytrzymałe świadczy fakt, że zakupy w Wojasie robię raz na rok, może dwa lata. Ostatnie miały miejsce początkiem stycznia, gdy szukałam następcy dla trzewików, który, po siedmiu latach noszenia nie mógł już pomóc nawet szewc (bo ja jestem z tego sortu, który nosi buty do szewca, nie do kontenera na śmieci)

 

Krakowski design

 

Wspominałam już kiedyś, że pomimo swoich wege-skrzywień, noszę ubrania i dodatki skórzane. Jeśli ktoś się w tym momencie burzy – zapraszam po wyjaśnienia tutaj. I teraz będzie o dodatkach właśnie, a dokładnie o jednym, czyli o torebce.  Gdy jeszcze byłam studentką krakowskiej Alma Mater, zakochałam się w torebkach ze Słonia Torbalskiego. Codziennie przechodziłam koło ich sklepu na ulicy Sławkowskiej i tęsknym wzrokiem patrzyłam na ceny, które były równe mojemu stypendium. Obiecywałam sobie, że gdy już będę dorosła i bogata, to Słonia Torbalskiego sobie kupię. I kupiłam. Pierwszego zaraz po rozpoczęciu pierwszej pracy. Przeżył ze mną 5 lat, by zaginąć w czasie przeprowadzki do Wrocławia. Drugiego jakieś 3 lata temu. Ten drugi jest ze mną do dzisiaj. To klasyczna, czarna jednokomorowa, torba z uszami lub jak chce K. „worek na zanętę”. Ponadczasowa  i pasująca do wszystkiego torebka. Chodzi ze mną do pracy, jeździ na zakupy i wakacje, nawet do Rzymu ją w marcu zabiorę – a co! Słoń Torbalski poza ponadczasowym designem to też solidny materiał i jeszcze solidniejsze wykonanie. Nie wyobrażam sobie innej torebki. Ta i tylko. Dosłownie, bo ja nie mam torebek na różne okazje. Mam tylko Słonia. No i plecak na laptopa, ale to już inna bajka.

 

A Wy? Macie swoje ulubione marki, którym jesteście wierni od lat? Chętnie poznam Wasze typy.

Dla ciała less waste Wegetarianka w skórze Zdrowo

Mniej „less-waste”

20 stycznia 2020

Na blogach, w postach na FB czy Instagramowych wpisach coraz częściej widzę wyliczanki, o tym jak ich autorzy są „less-waste” albo wręcz „zero-waste”. Chwalą się, że zrezygnowali z kawy na wynos w papierowym kubku, papieru śniadaniowego, a do pracy dojeżdżają rowerem niezależnie od pory roku. Przyznam, że bardzo się cieszę, że ludzkość wzięła sobie w końcu do serca problem nadmiaru/śmieci/plastiku itp. Sama jestem wyznawcą tej religii. Mam termiczny kubek, lunch-box i książki w wersji elektronicznej. Jednak oglądając czy czytając wspomniane już wpisy miewałam wyrzuty sumienia, że cały czas robię za mało. W końcu jednak mi przeszło. Stwierdziłam, że nie dam się zwariować. I dzisiaj będzie o tych moich śmieciowo-plastikowych grzechach

 

Kosmetycznie

Na pierwszy ogień pójdą płatki kosmetyczne do demakijażu. Nie potrafię się zdobyć na cięcie koszulek na strzępy i przemywania tymi resztkami twarzy, a później ich pranie. Wiem ile „kosztuje” produkcja płatków i z czym się wiąże, podobnie jak ich los po zużyciu. Dlatego staram się wybierać te najbardziej ekologiczne. Nie wymienię ich jednak na te wielokrotnego użytku, które de facto i tak muszę uprać.

W kosmetykę wpisuje się też symbol walki o czystość oceanów czyli patyczek do czyszczenia uszu. Wbrew otoczeniu i prasowej nagonce cały czas je mam. Już nie te plastikowe w przezroczystym pudełku ale biodegradowalne w tekturowym opakowaniu. Ale mam. Bo nie wyobrażam sobie wykonywania pewnych zabiegów higienicznych bez ich użycia. Tak, wiem, że są specjalne spreje do czyszczenia uszu – mam takowy. Niezależni od tego – patyczki zostają.

Zakupy w plastiku

Kupuję w plastiku. Gdy tak zdecyduję. Na zakupy spożywcze chodzę z koszykiem, w którym mam woreczki na owoce (uszyte przez mamę ze starych firanek) i takie same na pieczywo (też maminego autorstwa, z lnianych obrusów). Wybieram produkty sypkie w papierowych torebkach, kukurydzę czy groszek w słoikach zamiast w puszkach. Ale jeśli cena gruszek luzem jest dwukrotnie wyższa od tych w plastikowej siatce, biorę te drugie. Zamiast zwykłego proszku do prania w 5 kg kartonie kupuję płyn Frosch w plastikowym worku, który (worek) będzie się dłużej rozkładał ale wiem, że woda po praniu nie jest radioaktywna.

 

Komunikacja

Jeżdżę do pracy samochodem. Mam możliwość skorzystania z komunikacji publicznej, tyle że taka podróż trwa 3 razy dłużej. Tę drugą opcję wybieram, gdy wiem, że nie mam czasowych ograniczeń i planuję ogarnięcie kilku punktów w Berlinie, gdzie ani nie chcę truć spalinami tysięcy rowerzystów ani szukać godzinami miejsca parkingowego.

Na długich trasach (np. do Krakowa) raczej latam niż jeżdżę. Bo jest szybciej i taniej.  Oszczędzam. A to, co zaoszczędzę wykorzystuję na walkę z smogiem i plastikiem.

 

Nie jestem idealna i nigdy nie będę. Pewnie popełniam jeszcze steki innych „less-waste” błędów ale nie będę popadać w obłęd i biczować się z tego powodu. Nic kosztem własnego „ja” ani tym bardziej pod publikę

Dla ciała Wegetarianka w skórze Zdrowo Zjedz i wypij

Niby-mięso czyli zielone oszustwo

3 stycznia 2020

Dzisiaj zabieram się z mój ulubiony „wegetariański” temat  czyli zieloni naśladowcy mięsnych potraw. Mam na myśli wszelkie smalce z fasoli, gulasze z soczewicy, flaki z boczniaków i wegańskie schabowe. Wszystko te tradycyjne potrawy, które jarosze mieli odwagę ukraść z normalnej kuchni i zbezcześcić zamieniając ich  mięsne składniki na warzywne. Często spotykam się z pytaniem – jakim prawem i dlaczego? Dlatego dzisiaj postaram się odpowiedzieć na te pytania czy wręcz odeprzeć zarzuty. Zaczynajmy.

 

Źródło wegetarianizmu

Nie mam tutaj na myśli początków całego ruchu, raczej powody dla których poszczególne osoby decydują się na rezygnację z jedzenia mięsa. Jest ich wiele. Jedni wykluczają mięso z diety w ramach młodzieńczego kaprysu – żeby być zwyczajnie na przekór (jak ja w czasach gówniarzerii). Innym zwyczajnie mięso nie smakuj, wolą zielone i już. Jeszcze inni, obserwując własny organizm doszli do wniosku, że spożywanie padliny im nie służy. Po kotlecie czują się ciężko, a po steku mają wzdęcia. I rezygnują. Są też tacy, którzy odstawiają parówki, fisch&chips czy hamburgera ze względów etycznych. Nie chcą przykładać ręki do cierpienia zwierząt. Jest też grupa, do której sama (finalnie) należę,  której przedstawiciele wiedzą, że ani kiełbasa, ani sznycel ani też filecik, do najzdrowszych produktów nie należy i spokojnie można funkcjonować bez.  I to właśnie te trzy  ostatnie grupy często posuwają się do oszustwa w postaci warzywnego smalcu, kotleta czy hamburgera. Zwyczajnie lubią ten posmak, formę i konsystencję. Czasem przyśnią się im flaki czy gulasz. I wtedy sięgają po „oszustwo”. I co w tym złego? Przecież to nie ich wina, że ulubione potrawy muszą wykreślić z menu z powodu pochodzenia czy konsekwencji.

 

Wsparcie dla początkujących

Tym razem chodzi o sytuację, gdy niby-mięsne potrawy mają pomóc początkującym wegetarianom. Bo początki są trudne. Jasne, zdarzają się osoby, które z dnia na dzień rezygnują z mięsa i zupełnie wymazują z pamięci zapach i smak bekonu, zachwycając się surowym jarmużem czy kaszą w tysiącu odmian. Ale są też tacy, dla których przejście na zieloną stronę jest trudniejsze i zajmuje nieco czasu. I to im właśnie, na początku tej drogi pomagają wegańskie kotlety czy sojowe parówki. Część z nich z czasem odpuści i pokocha surowy jarmuż, inni jeszcze długo będą się wspomagać i urozmaicać dietę niby-kiełbasą. I nie ma się co burzyć – na tej relacji nie traci ani wegetarianin ani oszukany smalec.

 

Czyste lenistwo

Na koniec argument najbardziej ludzki czyli lenistwo. Skoro istnieje coś w formie krążka, w chrupiącej panierce, smażone na oleju, urozmaicające  talerz z drugim daniem i to coś, ma już nazwę – kotlet, po co szukać nowej zbitki liter dla tego samego krążka ale z selerem czy kalafiorem w środku? Wiadomo przecież czego się spodziewać – będzie okrągłe i chrupiące. A wprawiony mięsożerca wyczuje, w czym rzecz. Podobnie ze smalcem. Białe smarowidło, nie do końca aksamitne z chrupiącymi okruchami. Co z tego, że białe nie ze świńskiego tłuszczu tylko z fasoli, a w zębach chrupie wędzona śliwka czy cebula? Rozprowadza się na chlebie tak samo. Poza tym, jeśli mamy się czepiać szczegółów, to mięsożercy też nie są bez językowej winy. Bo jeśli wierzyć słownikom i encyklopediom, szynką poszczycić się może tylko świnka, a kabanosa można robić tylko z kabana czyli wieprza. Co w takim razie z szynką z indyka czy drobiowym kabanosem?.. No?.. Było się czepiać?

 

Przyszłościowo

Na etapie badań i eksperymentów ale daleko posuniętych są prace mające na celu stworzenie/wyprodukowanie/wyhodowanie mięsa komórkowo. Co to oznacza? Za jakiś czas będzie można wciągnąć hamburgera z wieprzowiny, która nigdy nie doświadczyła świńskiego życia czy stek z kobe nigdy nie biegającej po pastwisku krowy. Będzie smakować jak mięso, mieć jego strukturę i właściwości. Różnica będzie polegała tylko na tym, że przy jego stworzeniu/produkcji/hodowli nie ucierpi żadne zwierzę. Pojawi się pytanie – jak nazwać ten produkt? Czy to znów będzie oszustwo? Kim będzie osoba opierająca na nim dietę?

 

Wszystko jest kwestią nazewnictwa,  a nazwy powstają w głowie. Ludzkiej. Dlatego może zamiast czepiać się szczegółów, lepiej zastanowić się nad zmianą nawyków żywieniowych.

 

Dla ciała Życiowo

Minimalizm – ewolucja czy rewolucja?

4 grudnia 2019

Trafiłam dzisiaj na swoje blogowe początki. Tak przy okazji – wiecie, że pierwszy wpis pojawił się w maju 2011 roku? Trochę już tutaj jestem. Ale do rzeczy. W jednym z postów dotyczących wyprowadzki z ostatniego wrocławskiego mieszkania znalazło się stwierdzenie: „..dzisiaj czeka mnie pakowanie. Jest tego chyba cała ciężarówka..”

Uspakajam – nie było tego aż tyle, co nie zmienia faktu, że mój wrocławski dobytek zapełnił samochód Renault Kangoo po sufit. Nie było tam mebli (bo takowych nie posiadałam), nie było roweru (pojechał osobnym kursem), nie było też zbyt wielu książek (magazynowałam je w domu rodziców). To były tylko przedmioty codziennego użytku, szeroko pojęta garderoba itp. Generalnie…cały samochód niezbędnych do życia przedmiotów. Było tego mnóstwo. Samych ubrań chyba cztery walizki i dwa kartony. Dwa pudła butów. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy wszystkich tych przedmiotów używałam, czy nosiłam wszystkie koszule, spódnice, torebki. Nie wiem, ale wiem na pewno, że wszystkie były mi w tamtym czasie absolutnie niezbędne i nie wyobrażałam sobie, że mogę ich nie mieć. Dacie wiarę, że miałam nawet super-potrzebne kurzołapy? To powinno dać Wam obraz tego, jak wyglądał mój dobytek, a tym samym podejście do posiadania….które już niebawem miało ulec kompletnej zmianie.

 

A stało się to już w przeciągu miesiąca. Mój cały dobytek na kolejne pół roku miał się zmieścić w plastikowej skrzyni o wymiarach 92x44x35, plus bagaż podręczny wielkości zwykłego plecaka. Przeraziłam się nie na żarty ale…udało się. Jak to było możliwe? Zadziałały przepisy mówiące, że na terenie bazy wojskowej obowiązuje odpowiednie ubranie (dwie zmiany munduru zielonego i dwie zmiany piaskowego) i odpowiednie obuwie („trzewiki pustynne”), a przede wszystkim ograniczenie bagażowe. Pomógł też zdrowy rozsądek, który podpowiadał, że torebka czy sukienka raczej nie sprawdzą się w afgańskich warunkach. Po przemyśleniach z kosmetyczki wyjęłam podkłady, tusze i cienie, a w ich miejsce pakowałam tampony i podpaski (dlaczego nie istniały jeszcze kubeczki?!?!!?). I tak drogą eliminacji i selekcji zmieściłam się w przepisach i poleciałam.

 

Po czterech dniach doleciałam, a z zawartością bagażu przeżyłam w Ghazni kolejne miesiące. Skłamałabym pisząc, że bazowałam tylko na tym, co przywiozłam. Z czasem garderoba nieco się rozrosła. Ale nie był to już efekt spontanicznych wypadów do galerii handlowych skutkujących zakupem kilkunastu koszulek za 9,99 PLN we wszystkich kolorach tęczy. Do garderoby doszły dżinsy przysłane z PL przez przyjaciółkę (dzięki Pear – jest nie tylko idealną florystką), bielizna (to wtedy przekonałam się do marki Triumph, której produkty przeżyły pranie i suszenie w bazowej pralni), najprostsze koszulki (wybierane z klucza – byle pasowały do munduru) i buty. Tych ostatnich była dokładnie jedna para. Skórzane Meindle za kostkę, dzięki którym wyszłam z tej afgańskiej przygody bez otarć i odcisków. Torebkę zastąpiły kieszenie spodni, a makijaż  – krem z filtrem 50.

 

Wydawać by się mogło, że po powrocie do „cywilizacji” wszystko wróci do dawnego stanu. Tak się jednak nie stało. Wręcz przeciwnie. Zostały dwie pary dżinsów, uniwersalne koszulki i wygodne buty. Z upływem czasu i zmianą pracy i stylu życia, szafa oczywiście ewoluowała. Pewne elementy odeszły na rzecz innych, coś przestało się sprawdzać, a coś innego okazało się niezbędne i musiało do garderoby dołączyć, jak torebka. Jedno tylko nie uległo zmianie – wszystko mieści się w jednej walizce. I jest praktyczne.

Jak widzicie, moja historia to zupełne zaprzeczenie tezy, że do minimalizmu trzeba dojrzeć, a pozbywanie się rzeczy to proces. Nie twierdzę, że tak nie jest. W wielu przypadkach „ewolucja” to z pewnością jedyny możliwy sposób przejścia na minimalizm. U mnie musiała nastąpić rewolucja. Gdyby nie ona, dzisiaj nadal obrastałabym w rzeczy, a elementy garderoby liczyłabym w setkach.

 

Jestem ciekawa, jak u Was wyglądała zmiana. Jesteście już „po”? To była rewolucja czy ewolucja? Podzielcie się doświadczeniami – chętnie poczytam.

Dla ciała Filozoficznie Wegetarianka w skórze Zdrowo Zjedz i wypij

Wegetarianka w kaszmirowym swetrze cd.

18 listopada 2019

Dawno już nie było wegeteriańskich wątków, dlatego dzisiaj trochę scen z bezmięsnego życia. Wbrew pozorom sprawa tak osobista, jak sposób odżywiania, może wzbudzać nie tylko ciekawość ale też kontrowersje. Z resztą – sami poczytajcie.

„To co ty jesz, jeśli nie jesz mięsa?” – to klasyk, który zna chyba każdy wege. Tak, jakby dieta nie-jarosza opierała się w 100% na mięsie i jego przetworach. Na śniadanie parówka, na obiad schabowy, na kolację kiełbasa. Czy ktoś z Was, nie-wege,  tak się odżywia? Nie sądzę. Jecie przecież owsianki, kluski, placki, naleśniki, makarony itp. No i ja właśnie to jem. Mało tego. Jem rzeczy, o których Wam się nie śniło. Pasztet z pieczarek i kaszy gryczanej (by Jadłonomia), pasta z fasoli i pieczonego czosnku czy flaki z boczniaków. Jedliście? No właśni – a ja jadłam i jem!

„Ale ryby to chyba jesz?” albo dla odmiany „To ryb też nie jesz?” – wypowiadane z kompletną dezaprobatą. Aż korci żeby odpowiedzieć: „Jem, Przecież dzisiaj ryby to już nie mają mięsa tylko plastik i metale ciężkie”. Zdumiewające, jak szybko ryba w ludzkim umyśle przechodzi przemianę. Jak długo macha płetwą ogonową w rzece czy akwarium, tak długo jest zwierzątkiem; gdy tylko wyjąć ją z wody – to już nawet tkanki mięśniowej nie ma. Cudowne przemienienie, co? A zupełnie poważnie – ten tok myślenia, to prawdopodobnie spadek po “diecie katolickiej”, w której w piątki nie jada się mięsa ale ryby jak najbardziej. Swoją drogą – ten temat też musze zgłębić. Będzie wpis o piątkowej rybie bez mięsa 😉

„Ale to nie mięso, to kurczak!” – to jak dla mnie większe przebicie niż bezmięsna ryba. I na to nie znajduję już naprawdę żadnego wytłumaczenia. Serio, serio. Żeby jeszcze podciągnąć pod to cały drób…ale jakoś kaczki, gęsi czy indyka, nikt mi nie oferował, za to kurkę to jak najbardziej. A to przecież, idąc w spożywczą nomenklaturę – może i filet być i szynka 😉

„Mięsa nie jesz ale buty/torebkę/kurtkę skórzaną nosisz!” – to wypowiadane z przekąsem, a czasem dziką satysfakcją. No właśnie – ja słusznie zauważono – „noszę”. Nie przeżuwam, nie zagryzam, nie połykam czy oblizuje tylko noszę. Bo dla mnie wegetarianizm to sposób odżywania. Nie styl ubierania czy praktyka duchowa tylko zwyczajnie rodzaj diety. I tyle. Było już kiedyś o tym, że dla mnie to co pakuję do ciała jest tak samo ważne jak to, co na tym ciele noszę. Nic się w tej materii nie zmieniło.

A jak u Was? Jecie mięso czy nie? A może znacie jakieś wege-klasyki. Podzielcie się – chętnie poczytam,

Dla ciała less waste Zdrowo

Wegetarianka i jej kosmetyczka

2 maja 2019

Jeśli wegetarianka, to pewnie ćwiczy* jogę, jeździ na rowerze, pije smoothie i używa tylko naturalnych kosmetyków, nietestowanych na zwierzętach, bez parabenów i innych “złych” składników. To opinia (nie chcę używać określenia stereotyp) jest bardzo powszechna. Ciężko z nią walczyć, szczególnie, że często wegetarianizm idzie w przez z jogą, rowerem i cała resztą „eko”. Często ale nie zawsze, czego jestem najlepszym przykładem. Bo jestem wegetarianką, praktykuję jogę (bo jogę się praktykuje, nie ćwiczy), jeżdżę na rowerze ale smoothie pijam rzadko, a do naturalnych kosmetyków podchodzę… powiedzmy, że zdroworozsądkowo i lekko egoistycznie. 

Pisałam już o naturalnych kosmetykach do codziennej higieny tutaj. I w tym względzie nic się nie zmieniło. Nadal jestem fanką arabskich mazideł, które uzupełniam tymi z własnego podwórka. I tak w łazience obok mydła Savon Noir jest jeszcze…Biały Jeleń. Tak, zwyczajne szare mydło. Nie wersja de luxe czyli z bursztynem, różą czy otrębami. Zwyczajna szara kostka pachnąca wątpliwie. Myję nim ręce i twarz. O tak, czuję te karcące spojrzenia i pytania o tonik/mleczko/serum itp. Odpowiadam – nie mam i miała raczej nie będę. Przerobiłam już przeróżne cuda, za 10, 50 i 100 PLN i nic nie dało widocznych efektów poza uczuleniem. Dopiero szare mydło w połączeniu z jeżykiem (taka mała gumowa szczoteczko-gąbka do mycia twarzy) odpowiednio dba o moją buzię.

Czy to wystarcza? I tak i nie. Do mycia – jak najbardziej, do uzyskania efektu „wow” – niezupełnie. Do pełni szczęścia stosuję jeszcze kremy. Dwa. jeden na noc, drugi na dzień. Ten na noc to aktualnie  Clarena Hyaluron 3D Elixir, a na dzieńteż Clarean ale Probio Balance Cream.Wcześniej, przez cztery miesiące były dwa inne, też marki Clarena. Dlaczego ta marka i te właśnie kremy? Bo tak wybrała moja kosmetolog,pani Aleksandra Węgrzyn z Zakładu Kosmetycznego Beauty Expert,  która od kilku lat zajmuje się moją twarzą i nie tylko. Ona najlepiej wie, co dla mnie najlepsze. Nie szukam w drogeriach, nie testuję darmowych próbek z gazet, nie słucham poleceń znajomych. Krem się kończy (zazwyczaj równo z porą roku), a ja odbieram z gabinetu nowy. Szczerze mówiąc, nie patrzę nawet na jego skład czy zalecenia. Wiem, że będzie dobry. I muszę przyznać, że jeszcze się nie zawiodłam. Żaden z kosmetyków dobranych przez Panią Aleksandręmnie nie uczulił, nie podrażnił skóry twarzy. Żaden nie trafił do kosza czy nie stoi na półce nieużywany. Każdy z nich jest dobrany dokładnie pode mnie. Niestety nie zawsze tak było.

Kiedyś kremy dobierałam sama. Oj, to była maskarada. Cała masa pojemniczków, pudełeczek, tubek i słoiczków, a na twarzy barwy wojenne wywołane uczuleniami. Przerabiałam też fazę „naturalne i polskie”, sprawdzając na etykietce czy aby naturalne, zdrowe, eko itd. Była ona efektem zmiany trybu/stylu życia na bardziej „uważny” i przyjazny naturze. I tak w zasadzie jest do dzisiaj. Staram się ze wszystkich sił być eko i less-waste ale – jak już wiele razy wspominałam na blogu – ze zdroworozsądkowym podejściem. I tak jest właśnie z kremami. Oczywiście, że mogłabym stosować kremy bez zawartości jakiejkolwiek chemii, myć włosy octem czy siemieniem lnianym, a zamiast antyperspirantu stosować ałun. Byłoby100% eko ale czy ja byłabym 100% zadowolona? Nie. Raz, że to nie są dla mnie komfortowe w stosowaniu rozwiązania. A dwa – śmiem wątpić w skuteczność ich działań. Tak jak ałun, nie ogranicza wydzielania potu, tak krem złożony z naturalnych olejków, gliceryny i ekstraktów roślinnych, nie będzie w pełni skuteczny.I jeśli nawet na początku miałam jakiekolwiek wątpliwości, szybko się ich pozbyłam, ufając opinii eksperta czyli Pani Aleksandry, która wytłumaczyła mi, że:

„Współczesna kosmetologia jest bardzo prężnie rozwijającą się dziedziną nauki. Każdy specjalista wie, że nawet najlepsze naturalne składniki, nie przyniosą skórze wiele korzyści jeśli nie zastosujemy odpowiednich nośników substancji aktywnych np. liposomów. Naturalny antyoksydant jakim jest dobrze wszystkim znana witamina C nawet zastosowana w stężeniu 100 % bezpośrednio na skórę nie przyniesie nam żadnych dobroczynnych efektów. Jest ona bowiem bardzo niestabilna i szybko utlenia się po kontakcie z promieniami UV. Jeśli jednak zamkniemy ją w nośniku liposomowym wystarczy, żeby jej stężenie wynosiło 0,5% zostanie ona przetransportowana do skóry właściwej. Tam dopiero ulegnie przekształceniu w formę aktywną i zadziała wielokierunkowo.”

Dlatego, wbrew stereotypom i naganom wzrokowym pozostanę przy kosmetykach „niekoniecznie-super-eko-zero-waste”. Najważniejsze, że działają, a ja nie produkuję śmieci wrzucając do kosza kolejny nietrafiony produkt.

A jak z tym u Was? Stosujecie tylko naturalne kosmetyki, eksperymentujecie? Czy może macie swoje sprawdzone typy? Chętnie je poznam.

Dla ciała Zjedz i wypij

Rumowisko

17 stycznia 2019

Nie będzie o ruinach ani burzeniu. Będzie o rumie. W ramach obalania stereotypów. Bo przyznajcie sami, co pierwsze przychodzi Wam do głowy, gdy słyszycie słowo” rum”? Butelka made in Słowacja tudzież Czechy i jej zawartość dolewana do herbaty w zimowe wieczory da rozgrzewki. Sama tak długo myślałam, aż nie spróbowałam prawdziwego rumu. I rozsmakowałam się w tym trunku do tego stopnia, że „przebił” ulubione izraelskie wino. Dlatego dzisiaj w ramach obalania stereotypów będzie o rumie. Tym prawdziwym.

Ten marynarski trunek narodził się jak wszystko w starożytnych Indiach i Chinach. Do Europy trafił wraz kulturą arabską – pierwsze „europejskie” plantacje trzciny cukrowej mieściły się na terenie dzisiejszej Hiszpanii. Stamtąd sadzonki tej rośliny razem z Krzysztofem Kolumbem trafiły do Ameryki Środkowej, gdzie w XVII wieku rozpoczęto produkcję rumu. Dokładnie rozpoczęto produkcję cukru trzcinowego, a z odpadów powstałych przy produkcji wytwarzano rum. Tradycja mówi, że pierwsze destylarnie powstały na Barbadosie. To właśnie karaibskie wyspy były miejscem, gdzie rozgościli się piraci – najwięksi miłośnicy tego trunku (patrz: kapitan Jack Sparrow – „Why the rum is always gone?”) Ten bursztynowy trunek stał się tak popularny, że z czasem na królewskich statkach zastąpił piwo. Wraz z rosnącym w Europie zapotrzebowaniem na cukier, rosło też zainteresowanie i konsumpcja rumu. Pierwsze destylarnie powstawały w Nowym Jorku i Bostonie; kolejne na portugalskich wyspach (Madera, Madagaskar). Rum wytwarzano też oczywiście na wyspach karaibskich.

No właśnie – wytwarzano. Jak wytwarza się rum? Są różne sposoby, ponieważ w przeciwieństwie do np. whisky, nie ma jednej metody. Produkcja uzależniona jest od miejsca. Na Karaibach i w Brazylii produkuje się go z melasy, w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest destylacja (tutaj też brak standardowej metody), a następnie dojrzewanie.

I tu dochodzimy do sedna czyli aromatu i koloru, a te zależą od pojemników, w jakich rum leżakuje. I tak rum biały (czasem nazywany srebrnym) leżakuje najkrócej, bo do 12 miesięcy, najczęściej w zbiornikach ze stali nierdzewnej. Przed butelkowaniem jest filtrowany, co daje mu bardzo łagodny i delikatny smak. Przykładem może być Bacardi Superior, który idealnie nadaje się do drinków i koktajli. Rum biały produkowany jest najczęściej w Portoryko. Bardziej „kolorowy” jest rum złoty. Dojrzewa nieco dłużej – do trzech lat, a kolor zyskuje dzięki dębowej beczce, w której leżakuje. Tego lepiej nie kalać mieszaniem z sokami czy innymi dodatkami. Sam w sobie jest smaczny. I to właśnie ten rum popijał Ernest Hemnigway w El Floridita. Najlepsze złote rumy pochodzą z Kuby, Portoryko, Trynidadu i Barbadosu rzecz jasna. Tutaj moim faworytem jest Dos Maderas – najciekawszy smak ze wszystkich, które dotychczas spróbowałam. Do najcięższych aromatów należą rumy ciemne. One również leżakują w beczkach drewnianych, dodatkowo wypalanych. Proces ten trwa zdecydowanie dłużej, bo nawet 10-15 lat. Dzięki temu ich smak jest niepowtarzalny. Tutaj najlepszym przykładem będzie Agnostura 1824, 12-letni rum starzony, leżakujący w wypalanej beczce dębowej po amerykańskim burbonie. Nie będę rozwodzić się nad smakiem – bo nie miałam okazji go jeszcze poznać ale gdy tylko zdegustuję, na pewno podzielę się wrażeniami. Nie miałam też okazji próbować żadnego z tak zwanych „overproof”. To rumy o ostrym smaku, w których zawartość alkoholu sięga 60, a nawet 80%. Są one jednak mało popularne – również ze względu na cenę.

I na koniec wróćmy do wspomnianych stereotypów i rumu czechosłowackiego. Był taki czas w historii naszego kontynentu, kiedy na starym kontynencie rozpoczęto wytwarzanie destylatu z melasy buraków cukrowych. Tutaj kłania się właśnie Tuziemski Rum czy austriacki Stroh. Biorąc pod uwagę pochodzenie, ciężko się dziwić stereotypom 🙂 Na pocieszenie warto dodać, że po wejściu krajów produkujących ten alkohol do UE, nazwy trunków musiały ulec zmianie. Dlatego dzisiaj rum to rum czyli produkt powstały w trzciny cukrowej. Unijne normy spowodowały również, że z rynku zniknął mocny trunek w wersji prosto z karaibskiej destylarni, a na jego miejsce wszedł alkohol rozcieńczany wodą do 30-40%, który nadal jest rumem.


Dla ciała less waste Zdrowo

Płynie w Was błękitna krew?..

12 listopada 2018

Wbrew tytułowi, nie będzie o szlacheckim pochodzeniu ale o okresie. Menstruacji, miesiączce, „tych dniach” kiedy kobieta cała w skowronkach chętnie idzie na zakupy, by przymierzyć setki par białych spodni, umawia się na wieczorne wyjście ze koleżankami, chętnie biega w obcisłych legginsach, ewentualnie wywija na parkiecie z figlarnie powiewającą spódnicą, która ukazuje jej białe majtki. Tak przynajmniej tą rzeczywistość obrazują reklamy dodając jeszcze slajdy z podpaską polewaną błękitnym płynem z probówki albo animację tamponu, który też powiększa się od niebieskiej cieczy znikąd. 

A teraz rzeczywistość. Czyli w większości przypadków tabliczka czekolady, koc, kanapa, książka i Netflix. Tak to najczęściej wygląda. Są siłaczki, które radzą sobie bez tych wspomagaczy. Ale ich też dotyczy ciąg dalszy czyli krew koloru czerwonego i tampon tudzież podpaska. Norma i standard, które znam z autopsji. Nie walczyłam z tym, bo to przyroda nieunikniona. Niemniej jednak od kiedy stałam się przewrażliwiona na punkcie ekologii, minimalizmu i wszelkich less-waste, mocno zaczęłam się zastanawiać nad drugą stroną medalu czyli zużytymi materiałami higienicznymi i ich powstawaniem.

Zacznijmy od początku czyli od produkcji. Tak naprawdę nie wiemy z czego powstają. Na opakowaniu nie ma „składników” ani opisu procesu wytwarzania. Nie wiesz, co sobie pakujesz w majtki albo jeszcze głębiej. Skądś jednak bierze się ich śnieżnobiały kolor, delikatna struktura i przyjemny zapach. W przypadku tamponów to chlorowana bawełna. W przypadku podpasek…plastik. No tak, nic innego. Miły, ładny i delikatny ale jednak sztuczny. To początek. A jeśli to plastik, to ile będzie się rozkładał? Co z niego powstanie w wyniku spalania? Sami widzicie, że nie wygląda to dobrze. Szczególnie, że – jeśli wierzyć statystykom – zdrowa kobieta zużywa w ciagu całego życia 15 000 tamponów lub podpasek. Góra śmieci. Bynajmniej nie niebieskich 😉 Dlatego zaczęłam szukać alternatywy i tak trafiłam na trzy opcje: bambusowe tampony wielokrotnego użytku, tampony-gąbki również wielokrotnego użytku, bawełniane podpaski również wielokrotnego użytku i kubeczek menstruacyjny. Pierwsze trzy opcje odpadły bez testowania. Jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie wielokrotnego używania tamponu czy prania wkładki z podpaski. Nie będę negować ich skuteczności czy wpływu na środowisko naturalne, bo zwyczajnie nie przerobiłam tematu na własnej skórze.

Kubeczek menstruacyjny wielokrotnego użytku

Kubeczek menstruacyjny wielokrotnego użytku

Mogę się jednak wypowiedzieć na temat kubeczka, który przetestowałam i po testach używam. Na początku nie byłam do końca przekonana i wydawało mi się, że to raczej mało skuteczne i awaryjne rozwiązanie. Pomijam wątpliwości pt. „Jak to założyć?!?!?…” Zaryzykowałam jednak i kupiłam. Aplikacja nie jest trudna. Nie będzie tutaj filmiku instruktażowego, plansz i slajdów. Szczegółowa instrukcja jest dołączona do kubeczka. Podobnie jak woreczek, a często też mały pojemnik, w którym należy kubeczek wyparzyć przed i po cyklu stosowania. A w trakcie? Wystarczy mycie w bieżącej wodzie i regularne opróżnianie. I jest ok. Nie cieknie, nie uwiera, nie odstaje, nie podrażnia, nie ląduje w śmietniku po jednym użyciu, nie jest bielony chlorem. Powstaje z silikonu medycznego, który jest co prawda materiałem sztucznym, niemniej jednak biorąc pod uwagę jego wielokrotne użycie, nie tak uciążliwym dla środowiska, jak wytworzenie tamponu czy podpaski. Jest tylko jeden feler. Niezależnie od tego jaki kubeczek wybierzecie, zbierająca się w nim krew nigdy nie będzie niebieska 🙂

Będę szczęśliwa jeśli ten post przekona chociaż jedną osobę to przetestowania alternatywy dla tradycyjnych środków czystości. Nie ważne, czy to będzie kubeczek, bawełniana podpaska czy bambusowy tampon. Ważne, by nie wylądowało to w śmieciach po jednym razie. A może już testujecie czy używacie? Chętnie poznam Wasze opinie.