Przeglądasz kategorie

Zdrowo

Dla ciała Zdrowo Życiowo

Starość

12 października 2017

Wiem, że ten tytuł nie brzmi zbyt optymistycznie. Szczególnie, gdy za oknem szaro, buro, depresyjnie, a człowiek chce tylko herbaty, koca i książki. Niestety Moi Drodzy – jesień życia to coś, co każdego z nas czeka. I wbrew pozorom nie jest to rzeczywistość odległa jak Star Trek czy Gwiezdne Wojny, tylko ta bardziej policzalna. Za 30, 40 czy 50 lat większość z Was/Nas będzie już ze sztuczną szczęką, balkonikiem czy protezami stawów biodrowych. Oczywiście nikomu tego nie życzę ale…co zrobić, żeby nie było tak źle? Zacząć już teraz. Przynajmniej tak sugerują mi moi rozmówcy, a że starych ludzi należy słuchać, bo przemawia za nimi doświadczenie lat….

Z racji pracy często spotykam się ze starczymi ludźmi. Tutaj ukrócę domysły i zaspokoję ciekawość – nie pracuję w niemieckim domu starców ale w Recepcji hotelu, gdzie często nocują grupy niemieckich emerytów spędzających czas wolny na podróżach. Średnio raz w miesiącu przed hotel podjeżdża autokar, z którego wysypuje się grupa 20-30 starszych osób. Co to znaczy starszych? W większości 70-80 letnich. Wiem to z rozmów z nim, bynajmniej nie z wyglądu czy obserwacji. Bo czy  ta uśmiechnięta kobieta, z delikatnym makijażem, w stylówce, którą określiłabym jako sportowa elegancja popijająca drinka w hotelowym barze może mieć 80 lat? Niemożliwe… A ma. Nawet ciut więcej. Podobnie jak jej towarzysz, ten ubrany na sportowo (ale elegancko), podpierający się laską ale bardziej dla komfortu niż realnej potrzeby. Oczywiście też uśmiechnięty.

Po bliższym poznaniu okazuje się, że większość grupy to znajomi podróżujący od lat we własnym gronie. Niemal równolatkowie lubiący spędzać aktywnie czas. Zazwyczaj pozostają w hotelu przez 5-6 dni. I nie jest to leżakowanie. Każdego dnia, tuż po wczesnym śniadaniu wsiadają w autokar i zwiedzają okolicę. Wydeptują turystyczne trasy po Berlinie czy Poczdamie, pływają po Spreewie czy z rowerami albo kijami do nordic walking poznając okoliczne lasy. Wracają dopiero na kolację, po której mają jeszcze siłę na drinka w barze czy towarzyskiego pokera. I tak przez kilka dni.

Zdarza się, że zostają tylko na jedną noc, bo hotel to tylko jeden z wielu przystanków w trakcie trzytygodniowej wycieczki objazdowej, której napięty harmonogram przeraziłaby niejednego trzydziestolatka. A oni dają radę. Skąd mają na to siły? Gdy kiedyś zadała to pytanie, usłyszałam: „Z młodości”. Bo jak się okazuje, ta emerycka aktywność nie pojawiła się od tak, wraz z zakończeniem życia zawodowego. Ona była zawsze. Zawsze było zdrowe odżywianie. Zawsze była poranna gimnastyka. W miarę możliwości samochód zmieniany na rower, a wieczory przed telewizorem na wędrówki z kijami. Były weekendy na działce i praca fizyczna na tejże. I tak przez całe lata (a nawet dziesięciolecia). Normą są, ze względu na większą ilość czasu, zajęcia z jogi, pilatesu czy aqua-aerobic.  Uwierzycie, że jedna z Pań na moich oczach zrobiła szpagat?!?!? I nie był on przypadkowy.

Patrzę na tych ludzi i niesamowicie im zazdroszczę. Chciałabym tak jak oni za 30 czy 40 lat być w pełni sprawna, aktywna i niezależna od pomocy innych. Mam nadzieję, że mi się uda. Że dzisiejsza aktywność i zdrowy tryb życia zaowocują w przyszłości. Dzięki moim „niemieckim emerytom” wiem, że to co robie dla siebie teraz ma sens, a będzie miało jeszcze większy w przyszłości.

A jak jest u Was? Po co ćwiczycie, zdrowo się odżywiacie i biegacie na jogę? Dla „bikini”, mniejszych cyfr na wadze? A może dla aktywnej starości?

Dla ciała Zdrowo

Kiedy rozum śpi

21 września 2017

Dzisiaj będzie o oszukiwaniu samego siebie. A dokładnie swojego umysłu. I nie będą to grafiki ze złudzeniami optycznymi, to będzie prawdziwe oszustwo. Praktykuję je niemal codziennie, można tym samym uznać, że mam już wprawę i mogę doradzać. Zatem – doradzam.

 

Jak już wspomniałam, oszukuję niemal codziennie. Staram się robić to szczęść razy w tygodniu i tylko z rana. Latem, które już niestety odeszło w zapomnienie, oszukiwałam w okolicach godziny szóstej. Teraz, gdy o szóstej jest jeszcze ciemno – mam godzinny poślizg. Kogo oszukuję? Chyba samą siebie. A tak naprawdę śpiący jeszcze o tej porze mózg/umysł/zdrowy rozsądek. Gdy tylko zadzwoni budzik – to rejestruję bezbłędnie – zwlekam się z łóżka i spływam po schodach do łazienki. Tam szybkie siku, zęby, buzia i znów po schodach w górę, do garderoby. Po omacku niemal wkładam ciuchy sportowe (do biegania albo do jazdy na rolkach). Znów spływam po schodach na dół. W stanie niepełnej świadomości robię dziesięć powitań słońca, szklanka wody, wkładam buty i wychodzę. Jeśli to jest TEN DZIEŃ (czyli poniedziałek, środa lub piątek), spływam po kolejnych schodach na podwórko i zaczynam truchtać. Przez furtkę, na ulicę. Mijam po drodze kolejne punkty orientacyjne ale – bij, zabij – zupełnie nie kojarzę jakie. Pierwszy, który rozpoznaję to stacja benzynowa, a Endomondo mówi wtedy, że to drugi kilometr. Czyli daleko od domu. Biegnę dalej, obok szyldu z informacją, że to teren lotniska i dalej
na własne ryzyko. Jakoś nie do końca to rozumiem, biegnę. I nagle znak – koniec ścieżki rowerowej. Ten już kojarzę, rozpoznaję i rozumiem. Co to oznacza? Że już się obudziłam i mój mózg/umysł/zdrowy rozsądek wiedzą, co się dzieje.
Że wbrew logice i porządkowi świata zaczęłam dzień bardzo wcześnie i bardzo aktywnie. Ale na tym etapie nie ma już odwrotu. Czasu cofnąć się nie da. Można tylko wrócić. Przy znaku następuje zwrot i kolejne 5 km pokonuję już w pełni świadomie. Ba, z uśmiechem na twarzy. Jest dobrze.

Tak to wygląda w TE DNI. A co w pozostałe? W pozostałe czyli TAMTE DNI (wtorek, czwartek i sobotę) jest bardzo podobnie. Z tą różnicą, że zakładam inne spodnie i pierwszy odcinek, do ścieżki rowerowej pokonuję samochodem.
Na parkingu zmieniam buty na rolki i jadę te 10 km, z których pierwsze 5 jest lekko chwiejne.

 

I tak wygląda to moje poranne oszustwo, dzięki którem w ogóle się ruszam. Dla wielu moich znajomych, ten moje rytuały t
o sadomasochizm. Zgadza się, przyjemnie nie jest. Ale wiem, że jeżeli nie oszukam się zaraz z rana po przebudzeniu, to do końca dnia już na pewno tego nie zrobię. Nie ma szans, żebym po wybudzeniu i złapaniu kontaktu z rzeczywistością wypociła przez godzinę litry potu w biegu czy pędzie. O, nie – to nie przejdzie. Ale tak nieświadomie….dlaczego nie. I tak to się toczy już trzeci miesiąc to moje łgarstwo. Z korzyścią dla figury, wymiarów, wagi, kondycji i samopoczucia. A także dla kalendarza. Bo wiecie ile rzeczy można w ciągu dnia zrobić, jeśli zacznie się go od siódmej, a nie dziewiątej rano?…

 

A Wy? Też oszukujecie, czy może jesteście tymi super-jednostkami, które obchodzą się bez tego rodzaju ściemy? Pochwalicie się , jak to u Was jest.

Bez kategorii Dla ciała Książkowo Zdrowo

Jarzynowo

21 sierpnia 2017

Dzisiaj będzie książkowo i zdrowo. Jestem świeżo po lekturze „Food Pharmacy”. Przymierzałam się do tej książki już od pewnego czasu ale zawsze coś stawało na drodze. Przyznam też, że przy dzisiejszym wysypie poradników na temat zdrowego żywienia, miałam pewne obiekcje, czy aby to nie będzie znów to samo tylko w innej okładce. Ostatecznie zdecydowałam się na lekturę w wersji elektronicznej. I nie żałuję.

 

 

Zacznijmy może od tego, że od jakiegoś czasu  – powiedzmy dwóch czy trzech miesięcy – jestem na ciągłym głodzie. Jarzynowym. Pochłaniam warzywa w ilościach hurtowych, najczęściej na surowo w postacie sałatek. Ale są też zupy-kremy, warzywa duszone czy zapiekane. Królują oczywiście pomidory. I tutaj ciekawostka. Jeszcze w ubiegłym roku miałam na pomidory „limit”. Nadmierne ich spożywanie skutkowało uczuleniem (w moim przypadku są to zawsze pękające kąciki ust – tak zwane zajady”. W tym roku stał się cud. Pomidory jem na kilogramy, a uśmiech zupełnie mi się nie powiększa. Ale wróćmy do sedna. Wiem, że warzywa są zdrowe i jeść należy ich jak najwięcej. Nie zamierzałam i nie zamierzam z tym polemizować. Zastanowił mnie jednak fakt, skąd ten głód, połączony z totalnym brakiem apetytu na mięso, pieczywo czy nabiał. Odpowiedzi zaczęłam szukać oczywiście w internecie. I tak trafiłam na „Food Pharmacy”.

Lina i Mia to młode kobiety, które spisały swoje doświadczenia i wiedzę zebraną w trakcie rozmów ze specjalistami w jednym miejscu. Najpierw był to blog, a później książka. Książka, która moim zdaniem jest fantastyczna. Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że – jak zaznaczyłam na początku – przeczytałam ją w wersji elektronicznej ale teraz już wiem, że muszę mieć wydanie papierowe. Zawsze pod ręka. Dla siebie. Bo to skarbnica wiedzy, porad i odpowiedzi. Oczywiście nie znalazłam w książce rozdziału pod tytułem: „Dlaczego czujemy głód warzywny?” W trakcie lektury przestało to mieć znaczenie. Zdecydowanie bardziej zainteresowało mnie to, jaki wpływa na organizm ma to, że pochłaniam je w gigantycznych ilościach. Jak wpływają na mój stan zdrowia, a dokładnie stan jelit, a co za tym idzie układ odpornościowy. A wszystko to podane przystępnym językiem. Poparte masą przykładów. Podbudowane badaniami naukowymi i opiniami specjalistów. W bonusie kilka przepisów. Naturalnie warzywnych.

„Food Pharmacy” to swego rodzaju poradnik, który może pomóc w przejściu na dobrą stronę mocy. Oczywiście, nie jest to lektura, po której  zaczniemy się żywić tylko i wyłącznie sałatą lodową. Nic z tych rzeczy. Niemniej jednak, sprawi, że spojrzymy na kwestie żywieniowe w zupełnie innym świetle, czego sama jestem przykładem – niespełna 12 godzin po przeczytaniu książki stworzyłam (i spożyłam) swoje pierwsze zielone smoothie. Nie będę się tutaj chwalić zdjęciami produktu – przyjaciółka stwierdziła, że wygląda jak resztki trawienne jej synka; po prostu musze jeszcze popracować nad kolorystyką. Ale było pysznie i zdrowo. I to zasługa Liny i Mii. Bo musicie wiedzieć, że do wczoraj uważałam smoothie za fanaberie bloggerek i hipsterskie nowomody.

 

A Wy? Miewacie warzywne głody? Pijecie smoothie? A może jesteście już po lekturze „Food Pharmacy”? Napiszcie, jak u Was z warzywami.

Dla ciała Życiowo

Szczotką, mydłem, rękawicą czyli naturalne metody oczyszczania

5 stycznia 2017

Tak to już z nami kobietami jest, że lubimy robić makijaż, malować się, wcierać w siebie różnorodne mazidła, kremy i żele. Ale nie zawsze pamiętamy, by pozostałości tych specyfików z siebie usunąć. Niejednej z nas zdarzyło się pójść spać z resztkami makijażu. A ile z nas regularnie oczyszcza skórę całego ciała? Jeśli już to robimy, to czy aby na pewno prawidłowo i skutecznie?

Nie będę się rozwodziła nad zasadami prawidłowego demakijażu i oczyszczania twarzy ponieważ nie maluję się prawie w ogóle,a do codziennego oczyszczania twarzy stosuję płyn micelarny i tonik. Uzupełniam to kremem na noc lub na dzień.  O ile w tym zakresie jestem minimalistką, o tyle – jeśli chodzi o skórę ciała – jestem bardzo systematyczna i nie pozwalam sobie na zaniedbania. Od razu tez informuję – nie jestem typem poszukiwacza-odkrywcy, nie sprawdzam na sobie kolejnych nowinek kosmetycznych. Nie robie tego z prostej przyczyny – szkoda mi na to pieniędzy, a przede wszystkim własnego ciała. Nie chcę serwować mu/sobie zastrzyków nieznanych składników chemicznych. Dlatego od kilku lat jestem wierna naturalnym metodom i środkom pielęgnacji. A są to: szczotka z naturalnego włosi, mydło savon noir i rękawica Kessa.

O szczotce z naturalnego włosia, a dokładnie o szczotkowaniu ciała na sucho, dowiedziałam się od znajomej. Mino, z pochodzenia Japonka, odprawiała ten rytuał codziennie rano. Gdy zaintrygowana zapytałam ją co robi, wyjaśniła, że głaszcze ciało. Nie przekonało mnie to, szczególnie, że po tym głaskaniu jej skóra była zaczerwieniona, asam zabieg odbywał się przy użyciu szorstkiej szczotki z włókien agawy, która do najmilszych nie należała. Z wielkim niedowierzaniem ale ciekawa efektów, postanowiłam spróbować. Nagrodą za cierpienie miała być gładka skóra, dobrze ukrwiona i pozbawiona resztek martwego naskórka. Spróbowałam i robię to do dzisiaj. Zabieg powtarzam dwa, trzy razy w tygodniu z użyciem szczotki z naturalnego włosia. Regularne „głaskanie” ciała pozwala utrzymać skórę w dobrej kondycji. Jest gładka, przyjemnie napięta, nie wysusza się i nie łuszczy nawet zimą. Lubie to głaskanie.

Gdy masaż na sucho wszedł mi w nawyk, przyszedł czas na rękawicę Kessa. To „odkrycie”, dla mnie nowe, jest tak naprawdę bardzo stare i wywodzi się z krajów arabskich. Rękawica Kessa była i jest używana do pielęgnacji skóry. Podobnie jak opisana wcześniej szczotka, pozwala pozbyć się martwego naskórka, z tym że „na mokro”. Regularne używanie (w moim przypadku codzienne), poprawia kondycję skóry i zapobiega wrastaniu włosków. Rękawica najlepiej sprawdza się „sama” czyli bez użycia dodatkowych żeli czy peelingów. To idealne rozwiązanie dla osób mających wrażliwą i alergiczną cerę.

Świetnym uzupełnieniem zabiegów wykonywanych rękawicą, jest oczyszczanie mydłem savon noir. Ten rodzaj oczyszczania również nawiązuje do tradycji arabskich. Od lat bardzo popularny, dzisiaj przeżywa renesans. W jego skład wchodzą tylko naturalne składniki: czarne oliwki, olej oliwny i woda. Jedyny obcobrzmiący składnik to wodorotlenek sodu niezbędny do zamydlania. Mydło należy stosować na mokre ciało. Wyjmujemy je z pojemnika dłonią, rozprowadzamy na mokrej skórze i pozostawiamy na kilka minut. Po upływie tego czasu zmiękczoną skórę zaczynamy masować, np. rękawicą Kessa. Pozakończeniu tego masażu, spłukujemy pozostałości. Efekt? Skóra gładka, jedwabista w dotyku, odżywiona i naoliwiona. A to wszystko bez chemii.

Mam nadzieję, że wpis będzie dla Was przydatny i nikogo nie odstraszyłam, a wręcz przeciwnie. A może znacie jeszcze inne rytuały i metody pielęgnacji oparte na naturalnych składnikach. Chętnie się z nimi zapoznam.

Zjedz i wypij Życiowo

Na językach – Vivian Restaurant

30 grudnia 2016

Nie lubię tłumów, zakupów i galerii handlowych. Uwielbiam kino i dobre jedzenie. Czasem, dla tego co lubię, jestem w stanie tolerować to, za czym nie przepadam. Pod warunkiem, że film jest dobry, a jedzenie smaczne, pięknie podane i konsumowane w klimatyczny miejscu. Tak było wczoraj. Nie będę się rozwodzić nad kolejną częścią „Gwiezdnych Wojen” ale opowiem Wam o jedzeniu i fantastycznym miejscu.

Vivian Restaurant na kulinarnej mapie Wrocławia pojawiła się przed rokiem, jednak dla mnie jest odkryciem. Pierwszy raz trafiłam tam właśnie wczoraj. I to zupełnie przypadkiem. Seans kinowy miała poprzedzić kolacja ze znajomymi. Nie planowaliśmy jednak gdzie i co będziemy jeść. Los, a dokładnie tłumy shoppingowców zdecydowały, że trafiliśmy do Vivian.

Zaskoczenie już od progu. Przede wszystkim – nazwa. Dla mnie, miłośnika fotografii – kojarząca się jednoznacznie. Dla niewtajemniczonych – nawiązuje do Vivian Maier, nowojorskiej niani, która w latach 50-tych swój wolny czas poświęcała na fotografowanie amerykańskiej ulicy. I wystrój restauracji delikatnie przenosi nas w czasy niani-fotografki. Jest niemal minimalistycznie, prosto i jasno. Na ścianach fotografie i odnośniki do Maier. W tle delikatna muzyka, jednak na tyle głośna, by skutecznie „odciąć” od zgiełku pasażu handlowego.

Bardzo szybko pojawia się kelnerka z kartą menu. Równie szybko wróciła, pytając o wybór napojów, równocześnie dając czas, na wybór dań. A jest w czym wybierać. Nie mam tutaj na myśli wielkości karty i ilości potraw.  Cała lista dań mieści się na podkładce formatu A3, nie jest przytłaczająca. Jednak różnorodność składników i smaków jest imponująca. Znajdziemy tutaj owoce morza, dziczyznę, wołowinę, wieprzowinę, ryby i drób w wielu odsłonach. Jest tradycyjny filet z kurczaka i kaczki w towarzystwie kluseczek szpinakowych czy sosu wiśniowego. Ryby reprezentuje łosoś w grzybowym risotto i dorsz z ziemniaczanym fondant. Wielbiciele włoskich smaków mogą wybierać między trzema rodzajami pappardelle, a burgerożercy staną przed dylematem – burger wołowy (rozmiar XXL) czy z grillowanym kurczakiem. W karcie znajdziemy również zupy, sałatki i desery, a wszystkie dania bezglutenowe i wegetariańskie, odpowiednio opisano.

Odwiedziłam Vivian w godzinach wieczornych, kiedy obowiązywało już menu złożone z dań obiadowych. Wiem jednak, że restauracja ma menu uzależnione od pory dnia. Od godziny dziewiątej do dwunastej obowiązuje karta śniadaniowa, w której znajdziemy zarówno opcję z pieczywem, jak i jajkiem w roli głównej. Po śniadaniu przychodzi czas na lunch – w skład którego wchodzi zupa dnia oraz danie główne. To, czym będziemy się zajadać danego dnia, zależy od pomysłowości szefa kuchni. A te pomysły…podobno palce lizać.

Uzupełnieniem dań są napoje. Bar Menu w Vivian zadowoli nawet największe marudy. Ja tradycyjnie zadowoliłam się lampką wytrawnego białego wina, a w ramach deseru – świeżo wyciskanym sokiem z grejpfruta (podane w gustownych, szklanych butelkach – bajka!). Moi towarzysze rozsmakowali się w piwie z lokalnego browaru Kormoran. Sądząc po minach – smakowało.

Kończąc te peany i zachwyty chciałabym dodać łyżkę dziegciu – dla równowagi. Niestety, nie mam na co narzekać. Wszystko było idealne. No może tylko krzesełka mogłyby być bardziej wygodne.

A Wy, co polecicie w swoich miastach? Jakich kulinarnych odkryć dokonaliście w ostatnim czasie? Pochwalcie się i zainspirujcie – chętnie poczytam.

Zdrowo

Zdrowego chrupania ciąg dalszy

19 listopada 2016

dsc_1712

Pisałam już kiedyś o moim uzależnieniu od chrupania podczas czytania. Jak wiecie – chociażby po istniejącej na blogu kategorii „Książkowo” – jestem molem książkowym. Ja nie czytam książek, ja je pożeram. Był taki czas, kiedy pożeraniu książek towarzyszyło pożeranie różnorakich przegryzek. Koniecznie chrupiących. Początkowo były to oczywiście chipsy, paluszki, ciasteczka. Odbiło się to oczywiście na mojej wadze. Postanowiłam z tym walczyć zmieniając „śmieciowe jedzenie” na zdrowe zboża. Dzisiaj czytam bez chrupania. Ale romans ze zbożami trwa.

Domyślam się, że stwierdzenie, że chrupię zboża może wzbudzić konsternację. Spokojnie, nie podgryzam surowych wysuszonych ziaren. To nie byłoby ani do końca zdrowe (szczególnie dla moich zębów), ani tym bardziej przyjemne. Chrupię sobie zboża ekspandowane. Ekspandowanie to proces obróbki termicznej. Ziarna w bardzo krótkim czasie poddawane są działaniu wysokiej temperatury i ciśnienia. Zwiększają one znacząco objętość, nie tracąc wartości odżywczych. Nie jest to technika XXI wieku rodem z laboratoriów NASA. Zapewne pamiętacie z dzieciństwa „ryż preparowany”. To właśnie ziarno poddane procesowi ekspandowania. Co poza ryżem można spożywać w tej formie? Bardzo wiele ziaren. Marka Soligrano, której produktami osobiście się zajdam, oferuje szerowi wybór różnorodnych ziaren, a co za tym idzie smaków i „gramatur”. Znajdziemy tutaj amarantus, grykę, jagłę, komosę, owies, orkisz, pszenicę czy żyto. Producent oferuje każde z tych ziaren w wersji „oryginalnej” czyli po prostu ekspandowane ziarna bez dodatków. Możemy też zdecydować się na wersję wzbogaconą – ziarna ekspandowane w miodzie lub wersję dla smakoszy – ziarna w miodzie z dodatkiem malin, żurawiny czy wiśni. Jak widzicie, wybór jest duży.

Jak jeść ziarna ekspandowane? Tutaj też mamy wiele opcji. W zamierzchłych czasach mojego łasuchowania przesypywałam je do miseczki i podbierałam przewracając kolejne strony książki. Jak łatwo sobie wyobrazić, przy takim podjadaniu szybko było widać dno opakowania. Teraz zboża ekspandowane to dodatek do moich śniadań i obiadów. W wersji porannej wzbogacam nimi owsiankę. Już gotową porcję, lekko przestudzoną posypuję najczęściej jagłą w miodzie z malinami lub orkiszem w miodzie z wiśniami. Pychota! Gdy mam za mało czasu, by przygotować śniadanie na ciepło albo zwyczajnie mam ochotę na coś innego, ziarna ekspandowane dodaję do naturalnego jogurtu. Gdy potrzebuję szybkiej przekąski, a do obiadu jeszcze daleko – ziarnami zasypuję serek wiejski. W tym przypadku najlepiej sprawdza się komosa. Ziarna towarzyszą mi też często przy obiedzie. Sprawdzają się jako dodatek do zup kremów. Jako, że zupy-kremy uwielbiam, a towarzyszący im zazwyczaj groszek ptysiowy już niekoniecznie, na talerzu ląduje zazwyczaj żyto albo pszenica. Polecam! Aby nie robić przykrości dbającym o linię – w tym sobie – nie wspomnę, że ziarna ekspandowane do idealny dodatek do słodkich deserów. Ale o tym cicho-sza 🙂 Więcej przepisów na potrawy z wykorzystaniem ziaren i nie tylko znajdziecie na stronie producenta.

Opisane przeze mnie produkty to tylko część oferty marki Soligrano. Przyznam, że nie wszystkie przypadły mi do gustu, bo wybredna jestem 🙂 Ale Wy możecie poszukać swoich smaków. Wszystkie produkty dostępne są m.in. w drogeriach Rossmann. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie.

dsc_1709

A może juz znacie ziarna ekspandowane i zajadacie się nimi podobnie jak ja? Jeśli tak, podzielcie się swoimi pomysłami na wykorzystanie ziaren – może przekonacie mnie do smaków, których jeszcze nie poznałam. 

Wpis powstał we współpracy z marką Soligrano.

 

Dla ciała

Otyłości mówimy NIE

24 października 2016

Dzisiaj Światowy Dzień Walki z Otyłością. Może to dobry moment, by….nie, nie napiszę zacząć się odchudzać. To dobry moment, by zastanowić się, czym jest otyłość. Czym różni się od nadwagi, kogo dotyczy i czym grozi.

Otyłość – co to jest?

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) to stan charakteryzujący się zwiększeniem masy ciała poprzez wzrost ilości tkanki tłuszczowej.  Możemy zacząć się niepokoić, gdy ilość tkanki tłuszczowej przekracza – u kobiet 30%, u mężczyzn – 25%.  Warto zaznaczyć, że otyłość jest stanem chorobowym, chorobą ogólnoustrojową.  W 95% przypadków jest następstwem nadmiaru energii pobieranej z pożywienia,  a nie zużywanej przez organizm. Mówiąc w wprost – to wszystkie zjedzone przez nas kalorie, których nie jesteśmy w stanie spalić.

O otyłości możemy mówić, gdy nasze BMI (Body Mass Index ) wynosi ponad 30. Jednak już wynik w granicach 25-29,9 powinien nas zaalarmować, ponieważ świadczy on o  nadwadze, a stąd droga prosta do otyłości.

Czytaj dalej

Zjedz i wypij

Bez gluten…bez problemu?…

17 października 2016

W ostatnich latach bardzo popularna stała się dieta bezglutenowa. Wypada wręcz być „gluten free”. Na czym właściwie polega dieta bezglutenowa? Czy jest bezpieczna i dla kogo? I czy to naprawdę jest dieta?

Poznaj wroga –co to jest gluten i dlaczego jest zły?

Najprostsza definicja glutenu zawiera się w trzech słowach. To białko pochodzenia roślinnego. Jeśli pochodzi z pszenicy – jest to gliadyna i gluteina, z żyta – sekalina, z jęczmienia – hordeina, a w owsie – awenina. Nie o podział i nazwy jednak chodzi. Bardziej liczy się fakt, że białka te zawarte są nie tylko w ziarnach ale również we wszystkich produktach z ziarna wytwarzanych. Najwięcej białka spośród wszystkich zbóż zawiera pszenica. Uwaga – popularny w ostatnim czasie orkisz to również pszenica. Nieco uboższy w białko jest jęczmień, a jeszcze mniej glutenu znajdziemy w życie i owsie.

O nietolerancji glutenu możemy mówić, gdy organizm wytwarza przeciwciała skierowane przeciwko białku zawartemu w glutenie.
W konsekwencji następuje uszkodzenie, a nawet zniszczenie kosmków jelitowych, które odpowiadają za wchłanianie składników odżywczych. Uszkodzone czy wręcz zniszczone kosmki to zmniejszona powierzchnia wchłaniana jelit, a w konsekwencji zaburzenia w dostarczaniu organizmowi składników odżywczych. Czytaj dalej

Dla ciała Zjedz i wypij

Nie, nie jestem wegetarianką

10 października 2016

Wegetarianizm to dieta, a raczej sposób odżywiania, w którym rezygnujemy  ze spożywania mięsa. Wersja bardziej radykalna to rezygnacja ze wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego, również jajek i nabiału. Brzmi znajomo? Zapewne tak. Wszak większość z nas przerabiała w młodości etap buntowniczego wegetarianizmu.  Ja też tak miałam. I chyba nadal mam.

Prawdziwy wegetarianizm

Pierwszy raz przestałam jeść mięso w liceum. Doskonale pamiętam, gdy w klasie maturalnej oświadczyłam mamie, że nie będę już jadła niedzielnego rosołku i schabowego. I galaretek drobiowych też nie. A krokiety to tylko z kapustą z grzybami. Bo jedzenie mięsa oznacza zgodę na morowanie zwierząt, a to niehumanitarne, okropne i w ogóle barbarzyńskie. Jak widzicie, byłam w pełni świadomą wegetarianka. Z masą argumentów w głowie. Moja mama to cudowna rodzicielka.  Nie oponowała, przytaknęła i zmodyfikowała domowe menu. Potrafiła wyczarować gołąbki z ziemniaków, kotlety z kaszy gryczanej czy zapiekanki ryżowe. Ja sam też pilnowałam by mój buntowniczy wegetarianizm był zdrowy. Jadłam dużo warzyw strączkowych,  nabiału i warzyw. Czytaj dalej

Dla ciała

Recenzja „Dieta 8-godzinna”

23 września 2016

Pisałam już tutaj o moim nowym trybie życia. Nie chciałam i nie chcę określać go jako dieta, ponieważ to słowo budzi we mnie tylko negatywne skojarzenia, a wśród osób, z którymi o tym rozmawiam, od razu słyszę setki dobry rad i komentarzy. Dlatego wolę określenie nowy tryb życia, tym bardziej, że dla mnie jest naprawdę nowy, a w odróżnieniu od diety – nie ogranicza mnie do tego stopnia, by było to dla mnie uciążliwe.

Ten mój nowy tryb życia dotyczy głównie posiłków, które spożywam w 8-godzinnym przedziale czasowym. Nie planowałam tego – wynikło to po prostu ze zmiany układu dnia i pracy. I przyniosło niespodziewane rezultaty. Gdy pochwaliłam się koleżance swoim sukcesem, stwierdziła, że to żadne novum, a mój nowy tryb życia to dieta 8-godzinna i już dawno jest znana. Ba, powstały na jej temat nawet książki. Aha. No dobrze, w takim razie, jeśli nie odkryłam Ameryki, to może coś o moim „odkryciu” poczytam”. I tak weszłam w posiadanie książki „Dieta 8-godzinna. Obserwuj znikajace kilogramy bez patrzenia na to co jesz”, której autorami są David Zinczenko i Petere Moore.

Zacznijmy może od autora. David Zinczenko to były redaktor naczelny „Men’s Health”, a przede wszystkim pierwsza „ofiara” diety 8-godzinnej. Gdy w wieku 50 lat zmarł na udar jego ojciec, a jemu samemu lekarz przepowiedziała podobną przyszłość, Zinczenko postanowił zmienić swój tryb życia. Zmiany wprowadzał stopniowo – zarówno w odżywianiu, jak i aktywności fizycznej, która – to ważne – wcześniej była spora, a i tak nie przynosiła efektów. Wprowadzone przez niego ograniczenia czasowe w spożywaniu posiłków spowodowały, że nie tylko zrzucił 3,5 kilograma w przeciągu 10 dni, bez efektu jo-jo ale jego wyniki znacząco się poprawiły. Zaczął zagłębiać temat, a efektem jego dociekań jest książka. Czytaj dalej