Przeglądasz kategorie

Zdrowo

Dla ciała less waste Zdrowo

Płynie w Was błękitna krew?..

12 listopada 2018

Wbrew tytułowi, nie będzie o szlacheckim pochodzeniu ale o okresie. Menstruacji, miesiączce, „tych dniach” kiedy kobieta cała w skowronkach chętnie idzie na zakupy, by przymierzyć setki par białych spodni, umawia się na wieczorne wyjście ze koleżankami, chętnie biega w obcisłych legginsach, ewentualnie wywija na parkiecie z figlarnie powiewającą spódnicą, która ukazuje jej białe majtki. Tak przynajmniej tą rzeczywistość obrazują reklamy dodając jeszcze slajdy z podpaską polewaną błękitnym płynem z probówki albo animację tamponu, który też powiększa się od niebieskiej cieczy znikąd. 

A teraz rzeczywistość. Czyli w większości przypadków tabliczka czekolady, koc, kanapa, książka i Netflix. Tak to najczęściej wygląda. Są siłaczki, które radzą sobie bez tych wspomagaczy. Ale ich też dotyczy ciąg dalszy czyli krew koloru czerwonego i tampon tudzież podpaska. Norma i standard, które znam z autopsji. Nie walczyłam z tym, bo to przyroda nieunikniona. Niemniej jednak od kiedy stałam się przewrażliwiona na punkcie ekologii, minimalizmu i wszelkich less-waste, mocno zaczęłam się zastanawiać nad drugą stroną medalu czyli zużytymi materiałami higienicznymi i ich powstawaniem.

Zacznijmy od początku czyli od produkcji. Tak naprawdę nie wiemy z czego powstają. Na opakowaniu nie ma „składników” ani opisu procesu wytwarzania. Nie wiesz, co sobie pakujesz w majtki albo jeszcze głębiej. Skądś jednak bierze się ich śnieżnobiały kolor, delikatna struktura i przyjemny zapach. W przypadku tamponów to chlorowana bawełna. W przypadku podpasek…plastik. No tak, nic innego. Miły, ładny i delikatny ale jednak sztuczny. To początek. A jeśli to plastik, to ile będzie się rozkładał? Co z niego powstanie w wyniku spalania? Sami widzicie, że nie wygląda to dobrze. Szczególnie, że – jeśli wierzyć statystykom – zdrowa kobieta zużywa w ciagu całego życia 15 000 tamponów lub podpasek. Góra śmieci. Bynajmniej nie niebieskich 😉 Dlatego zaczęłam szukać alternatywy i tak trafiłam na trzy opcje: bambusowe tampony wielokrotnego użytku, tampony-gąbki również wielokrotnego użytku, bawełniane podpaski również wielokrotnego użytku i kubeczek menstruacyjny. Pierwsze trzy opcje odpadły bez testowania. Jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie wielokrotnego używania tamponu czy prania wkładki z podpaski. Nie będę negować ich skuteczności czy wpływu na środowisko naturalne, bo zwyczajnie nie przerobiłam tematu na własnej skórze.

Kubeczek menstruacyjny wielokrotnego użytku

Kubeczek menstruacyjny wielokrotnego użytku

Mogę się jednak wypowiedzieć na temat kubeczka, który przetestowałam i po testach używam. Na początku nie byłam do końca przekonana i wydawało mi się, że to raczej mało skuteczne i awaryjne rozwiązanie. Pomijam wątpliwości pt. „Jak to założyć?!?!?…” Zaryzykowałam jednak i kupiłam. Aplikacja nie jest trudna. Nie będzie tutaj filmiku instruktażowego, plansz i slajdów. Szczegółowa instrukcja jest dołączona do kubeczka. Podobnie jak woreczek, a często też mały pojemnik, w którym należy kubeczek wyparzyć przed i po cyklu stosowania. A w trakcie? Wystarczy mycie w bieżącej wodzie i regularne opróżnianie. I jest ok. Nie cieknie, nie uwiera, nie odstaje, nie podrażnia, nie ląduje w śmietniku po jednym użyciu, nie jest bielony chlorem. Powstaje z silikonu medycznego, który jest co prawda materiałem sztucznym, niemniej jednak biorąc pod uwagę jego wielokrotne użycie, nie tak uciążliwym dla środowiska, jak wytworzenie tamponu czy podpaski. Jest tylko jeden feler. Niezależnie od tego jaki kubeczek wybierzecie, zbierająca się w nim krew nigdy nie będzie niebieska 🙂

Będę szczęśliwa jeśli ten post przekona chociaż jedną osobę to przetestowania alternatywy dla tradycyjnych środków czystości. Nie ważne, czy to będzie kubeczek, bawełniana podpaska czy bambusowy tampon. Ważne, by nie wylądowało to w śmieciach po jednym razie. A może już testujecie czy używacie? Chętnie poznam Wasze opinie.

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

W kiełkach moc!

22 października 2018

Podstawą diety wegetariańskiej i wegańskiej są warzywa. W najróżniejszej formie. Najlepiej, gdy są świeże i zjadane na surowo. A kiedy będą najświeższe? Gdy wyhodujemy je sami. Nie trzeba zagonów marchwi, ziemniaków czy wielkich krzaków pomidorów, chociaż one byłby ideałem. Wystarczą kiełki lucerny, brokułu, fasoli mung czy rzodkiewki. Dlatego dzisiaj zachęcam Was do samodzielnego kiełkowania.

Kiełki rzodkiewki i rzeżuchy

Kiełki rzodkiewki i rzeżuchy

Co będzie potrzebne? Przede wszystkim nasiona. I to nie byle jakie. Koniecznie te opisane jako nasiona na kiełki. Tylko kupując właśnie takie, mamy gwarancję, że będą nadawać się do jedzenia. Inne, przeznaczone do tradycyjnego siewu mogą być zanieczyszczone pestycydami czy środkami grzybobójczymi, które rzecz jasna są szkodliwe dla naszego organizmu. Odpowiednie, przeznaczone do kiełkowania nasiona można kupić w sklepach ze zdrową żywnością. Co raz częściej pojawiają się też w supermarketach czy dyskontach. Ja zaopatrzyłam się ostatnio w Lidlu w bardzo ciekawe mieszanki.

Ok, nasiona już są. Co jeszcze jest potrzebne? Odpowiednia naczynie do „produkcji”. I tutaj są trzy szkoły czy inaczej trzy sposoby:

  • kiełkownica – czyli pełen profesjonalizm 🙂 najbardziej popularna jest chyba szalkowa, sama taką właśnie posiadam. Składa się z trzech albo i więcej, nakładanych na siebie pojemników czyli szalek, które wypełniamy ziarnami i wodą. Ziaren powinno być tyle, by przykrywały powierzchnię i swobodnie oddychały. Wody dajemy mało; praktycznie tylko tyle, by nasiona były zroszone, nie pływały w niej. Nadmiar zostanie z resztą odprowadzony przez drenażową konstrukcję kiełkownicy
  • słoik  – czyli „domowa kiełkownica”; najlepszy szerszy, do którego łatwiej sięgną po gotowe już kiełki. Wieczko zastępujemy kawałkiem gazy zamocowanej gumką recepturką wokół szyjki. Zabezpieczy ona nasiona, a później kiełki przed wypadaniem podczas codziennego płukania
  • wata- to najprostszy sposób  i chyba wszystkim znany dzięki wielkanocnej rzeżusze; na płaskim talerzyku rozkładamy warstwę waty/ligniny/płatków kosmetycznych, na których rozkładamy nasiona i to zraszamy. Prościej się już nie da.
Kiełkownica i nasiona do kiełkowania

Kiełkownica i nasiona do kiełkowania

Poza nasionami  i pojemnikiem potrzebne jest też światło i temperatura czyli odpowiednie miejsce. Na początku lepiej jeśli jest to stanowisko zacienione, później można przenieść uprawę w jaśniejsze miejsce. Zbyt niskie temperatury spowolnią wzrost, zbyt wysokie będą wysuszały kiełki.

O czym należy pamiętać?

  • regularnie płuczemy kiełki – ja robię to nawet 3 razy dziennie
  • nie przelewamy ich – gdy stoją w wodzie istniej duże ryzyko, że zaczną pleśnieć
  • nie wysuszamy – wysuszone kiełki przestają rosnąć i żaden z nich pożytek
  • zbiory możemy przechowywać w zamkniętym pojemniku w lodówce nawet kilka dni, oczywiście też je przepłukujemy
  • nie jemy kiełków, które złapała pleśń czy grzyb, wyglądają na przywiędłe czy nieciekawie pachną
  • JEMY ICH JAK NAJWIECEJ BO TO BOMBA WIATMINOWA!

A Wy jecie kiełki? Kupujecie w sklepach czy wytwarzacie sami? Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach w temacie – może sama się dokształcę 🙂

Bez kategorii Dla ciała less waste Zdrowo

Wegetarianka w kaszmirowym swetrze

1 października 2018

Sierpniowy wpis „Weganka w butach ze skóry” spotkał się ze sporym zainteresowaniem. Być może spowodowane to było jego przewrotnym tytułem. Niezależnie od wszystkiego postanowiłam pójść za ciosem, poruszyć włożonym w mrowisko kijem i napisać o mojej mało-wegetariańskiej/wegańskiej garderobie.

Zacznijmy może od tego, że nie jest ona zbyt obszerna. Gdy ostatnio z K. wyjeżdżaliśmy na 10-dniowy urlop do PL, zmieściliśmy się w jednej walizce, zostawiając garderobę niemal pustą. Ubrań i dodatków mam zwyczajnie mało. Wychodzę z założenia, że skoro i tak najcześciej zakładam te same ubrania (tu cytat z mojej mamy: „A ty chodzisz w tej koszulce jak wół w skórze”), to nie ma sensu kupować innych, które i tak zalegną z metkami w szafie. Noszę ciągle niemal te same zestawy, dlatego stosunkowo często je piorę. Koszulka z sieciówki, nawet tej ekskluzywnej, nie zniosłaby  zbyt długo tego traktowania i po 10 praniach powiedziałaby „Dziękuję”, odwracając się bocznym szwem na plecy. Podobnie zareagowałyby niby-dżinsy z Primark za 8€ czy akrylowy sweterek. Dlatego, mając świadomość, jaki los czeka moje ubrania i jakim wyzwaniom muszą sprostać, stawiam na rzeczy dobre gatunkowo i najlepiej  – już przetestowane.

Ubrania z naturalnych tkanin

Ubrania z naturalnych tkanin

Co to znaczy dobre gatunkowo? To ubrania z „dobrą” metką. Wystarczy spojrzeć na nią (wiem, że są mistrzynie, którym wystarczy jedno dotknięcie tkaniny i wyczuwają 10% akrylu), by podjąć decyzję o zakupie lub nie. Polegam na naturalnych tkaninach. Wybieram koszulki i bluzy z organicznej bawełny. Podobnie z koszulami, które chętnie noszę – nie tylko bawełniane ale i jedwabne, chociaż to drugie to już wyższa szkoła jazdy. W przypadku swetrów w grę wchodzą prawdziwa, czysta wełna, kaszmir, moher. Tak, mam świadomość, że o ile przy produkcji bawełnianej koszulki „nie ucierpiały żadne zwierzęta”,  o tyle stworzenie cieplutkiego sweterka wiąże się z pozbawieniem owiec czy kóz runa. Wolę jednak tę opcję (wełna u zwierząt odrasta), niż świadomość, że mój akrylowy sweterek będzie się rozkładał przez setki lat. No właśnie. Akrylowy. Czyli mało higieniczny (nie higroskopijny), elektryzujący się i szybko mechacący, a przede wszystkim sztuczny czyli chemiczny. Nie tylko zwiększa ryzyko zachorowań na raka piersi u kobiet pracujących  przy jego obróbce ale również dla noszących go może być rakotwórczy i mutagenny.

Koszulka z bawełny organicznej

Koszulka z bawełny organicznej

Zaznaczyłam też, że wolę ubrania przetestowane. Nie w fabryce, w ramach produkcji i testów jakościowych ale przez innych noszących. Gdy stanę pod ścianą, bo mój sweter jest już nie do użytku, a koszulka zamiast jednokolorowa – nakrapiana sokiem z pomidora, z listą zakupów udaje się w pierwszej kolejności do szmateksu. Mam swoje adresy w rodzinnych stronach, co do których wiem, że mnie nie zawiodą. Jedną z ostatnich zdobyczy jest męski sweter z czystej wełny owczej, wyprodukowany w Niemczech. Używany czyli wcześniej prany, wyprany też przeze mnie po zakupie, zupełnie nie traci kształtu i rozmiaru. Nie mechaci się, nie filcuje i grzeje jak szalony. Ze szmateksów mam też większość białych koszulek (bo takie głównie noszę). Szmateksowe T-Shirty biją na głowę sieciówkowe nówki, bo wiem, że ich kolor i forma nie ulegną zmianie pod wpływem częstego prania.

Jest też jeszcze jeden eko-powód, dla którego zaopatruję swoją garderobę w sklepach z odzieżą używaną. To świadomość, że chociaż ja nabyłam nowy dla mnie ciuch, środowisko nie ucierpiało przy jego powstawaniu. A biorąc pod uwagę, że to naturalne tkaniny, nie ucierpi ono również, gdy ubranie będzie ulegało biodegradacji.

Niestety, świat nie jest idealny  i nie wszystko można mieć z drugiej ręki. Najlepszym tego przykładem jest bielizna. Pomimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie egzystować w wełnianym staniku, jedwabnych skarpetkach czy kaszmirowych majtkach. To jest zwyczajnie nierealne. Z wiadomych względów nie zaopatruję się też w te części garderoby w szmateksach. Kupuję je w normalnych sklepach, niechętnie patrzę na metkę  i płacę, za tą eko-krzywdę. Ale póki co, nie mam innego wyjścia. Jedyne co mogę w tym zakresie zrobić, to wybierać bieliznę, która posłuży mi dłużej. Często kosztuje też trochę więcej ale… o tym innym razem.

A Wy? Jak tam u Was z eko-garderobą? Patrzycie na metki? Macie opory przed kupowaniem w second-handach czy wręcz odwrotnie? A może macie patenty na eko-bieliznę? Chętnie poznam Wasze zdanie.

Dla ciała less waste Zdrowo

Humble brush – po tygodniu z bambusową szczoteczką do zębów

18 września 2018

O tym, że nie jestem w stanie być „zero-waste” wiem już dawno. Dlatego staram się być chociaż „less-waste”. W granicach rozsądku i gdy tylko mam ku temu możliwość. Wiecie, takie standardy czyli segregacja śmieci, rezygnacja z foliówek, picie kranówki z butelki wielokrotnego użytku itd. Do tego dochodzą działania, które stwarza sytuacja czyli np. kupno jajek od zaprzyjaźnionego rolnika, który dostaje z powrotem swoje wytłoczki.

Ostatnio taką sytuacją była konieczność wymiany szczoteczki do zębów. Stara już swoje przeszła i musiałam kupić nową. Zakup nie była jakimś wcześniej planowanym działaniem, nie miałam żadnych wymagań poza tym, że musi mieć miękkie włosi. Ot, szczoteczka. Do zębów. A że w supermarkecie na regale ze środkami do higieny jamy ustnej poza tradycyjnymi szczoteczkami pojawiły się szczoteczki bambusowe, postanowiłam spróbować. I tak oto jestem po dwóch tygodniach testowania. Może to nie za długo ale biorąc pod uwagę częstotliwość używania, myślę że można pokusić się o wnioski.

Zacznijmy może od tego, że zakupiłam szczoteczkę firmy Humble Brush. Można powiedzieć, że jest to jeśli nie monopolista, to na pewno jeden z najpopularniejszych producentów szczoteczek do zębów na świecie. Jest to szwedzka marka powstała w 2013 roku. Mamy oczywiście do czynienia z pięknym szwedzkim designem. Żadnych zbędnych linii, kształtów czy załamań. Tylko bambusowy patyczek i kępka nylonowych włókien.

Jak zaznacza na swojej stronie producent, wytwarzając szczoteczki nie pozbawiamy pożywiania pand, które odżywiają się tylko liśćmi i młodymi pędami. Sama zaś roślina pochodzi ze zrównoważonej gospodarki leśnej. Jak widać – jest eko. A co z „kępką”? To specjalny nylon 6 Dupont o właściwościach analogicznych jak naturalne włosie czyli to ze szczeciny świńskiej czy borsuka. Nylon nie jest niestety naturalnym tworzywem jednak ten w szczoteczkach jest wolny od toksyn BPA (Bisphenol A). Powiedzmy, że to też całkiem ok. Dla naszej jamy ustnej, bo dla środowiska to chyba nie do końca – nylon musi się jakoś rozłożyć. Co jeszcze wkładamy do buzi razem ze szczoteczką? Wosk, którym pokryta jest część bambusowa. Jest on w stu procentach naturalny, ma ułatwiać utrzymanie szczoteczki w czystości i w dłonie. Jest jeszcze opakowanie. Sama kupiłam szczoteczkę w supermarkecie Real w DE. Zapakowana była w szary kartonik opatrzony oznaczeniem „100% biodegradowalne”. Na stronach internetowych polskich dostawców, u których kupić można Humble Brush, widzę opakowanie papierowo-plastikowe. Jest też zapewnienie o recyklingu. Co nie zmienia faktu, że to jednak plastik.

Przejdźmy teraz do samego użytkowania. Jest to szczoteczka do zębów  – siłą rzeczy wykorzystywana intensywnie i często. I nie jest to w moim przypadku użytkowanie wygodne. Szczoteczka jest przede wszystkim sztywna. Mam zły nawy dociskania szczoteczki podczas szczotkowania i jestem przyzwyczajona, że tradycyjna szczoteczka, nawet ta nie markowa ma elastyczną główkę, która w jakiś sposób amtoryzuje te naciski. W przypadku bambusa nacisk odbija się na dziąsłach. Brak elastycznej końcówki to też małe możliwości manewrowania  i dotarcia do wszystkich zakamarków. Owszem, jej główka jest mała i odpowiednio wyprofilowana ale to jednak za mało, by wszędzie dotrzeć. Bambusowy trzonek mimo iż powleczony woskiem nie jest jest idealnie gładki. Przynajmniej ten w mojej szczoteczce miał drzazgi. Co prawda małe i tylko dwie ale nie były przyjemne. I jeszcze nylo-włosie. To już kwestia indywidualnych upodobań ale warto wybrać modle bardziej miękki niż w tradycyjnej szczoteczce. Ja zazwyczaj wybieram opcję „medium”, tak wybrałam też teraz. Niestety, włosie (nylon) jest dla mnie zbyt twardy.

Jak widzicie, test nie wypadł zbyt pomyślnie. Może zwyczajnie trafiłam na niedopracowany egzemplarz, źle dobrałam miękkość, a w ogóle mam złą technikę szczotkowania. Co nie zmienia faktu, że nie jestem przekonana. Tak, wiem – ekologia. Bambus szybciej się rozkłada niż plastik. Ale co z nylonem?… Pozostaje jeszcze kwestia „fair trade” i transport.  Humble Brush to firma bliska naturze ale jednak produkcja odbywa się w Chinach (nie znam szczegółów, mam nadzieję, że jest inaczej niż w przypadku ubrań “made in China”), a z tych Chin statkiem docierają do centralnego magazynu w Szwecji i dopiero stamtąd dalej. Wiem, zaraz usłyszę, że przecież inaczej się nie da, że bambus nie rośnie w Szwecji itd.

Nie chcę marudzić i szukać dziury w całym, dlatego chętnie poznam Wasze doświadczenia odnośnie bambusowych szczoteczek. Używacie? Znacie? A może wiecie coś więcej na temat samej produkcji/utylizacji? Chętnie poznam opinie.

arabskie klimaty Dla ciała Zdrowo

Z arabskiej kosmetyczki – mydło Aleppo z czerwoną glinką

27 sierpnia 2018

Uzupełniałam ostatnio swoją domową kosmetyczkę, a raczej półkę z kosmetykami. Kilka rzeczy się skończyło, kilka skończy się na dniach, a jeszcze inne trzeba było już wymienić. I tak drogą kupna nabyłam w drogerii internetowej między innymi nową rękawicę Kessa (ze starej po roku zrobiła się już mufka), mydło Savon Noir i jedną nowość  – mydło Aleppo.

O rękawicy  i czarnym mydle już tutaj pisałam. Nie będę się powtarzać. Chociaż… Tej rękawicy wróżę dłuższy żywot. Jest nieco mniejsza niż poprzednia przez co nie „lata” na dłoni i wydaje się bardziej mięsista. Jak będzie w dłuższym użytkowaniu – zobaczymy. Mydło Savon Noir też nie różni się od tego, które już miałam. To inny producent – tym razem Mohani ale konsystencja, zapach i skład ten sam.

Nowością dla mnie jest mydło Aleppo i o nim napiszę więcej.

Zacznijmy może od tego, że podążyłam utartym szlakiem i sięgnęłam po kolejny kosmetyk z Bliskiego Wschodu, a dokładnie z Syrii. Mydło Aleppo d setek lat wytwarzane w rejonie Aleppo (stąd nazwa) – obecnie, ze względu na sytuację polityczną i społeczną, produkcję, a raczej jego wytwarzania, przeniesiono do Turcji i Tunezji. Receptura i proces wytwarzania nie uległ jednak zmianie. Tak jak za czasów Fenicjan, którzy to jako pierwsi używali mydła Aleppo jako środka myjącego, powstaje z czterech składników. Są to: oliwa z oliwek, olej laurowy, ług sodowy z wody morskiej i sama woda. Proces powstania jest długi. Obejmuje między innymi gotowanie w temperaturze 200 stopni prze trzy dni ale najdłużej, bo niemal rok trwa „leżakownie” gotowych kostek. W tym czasie zewnętrzna warstwa wchodzi w reakcję z tlenem i powierzchnia kostki zmieni barwę na jasno żółtą, podczas gdy w środku jest nadal zielone, a raczej – oliwkowe.

Zastosowanie mydła zleży od ilości procentów czyli zawartości oleju laurowego, który ma działanie antyseptyczne. Im jest go więcej, tym działanie silniejsze. Do pielęgnacji i zabiegów kosmetycznych stosuje się kostki z maksymalnie 40%, a i do tego należy skórę przyzwyczaić. Kosmetyk zlecany jest przy cerze problematycznej, trądzikowej ale też wrażliwej na składniki chemiczne – powstałe z naturalnych składników nie wywołuje reakcji alergicznych.

Sama mam cerę bardzo wrażliwą i do tego naczynkową, dlatego wybrałam opcję z mniejszą niż 5% zawartością oleju. Mydło delikatnie złuszcza martwy naskórek pozostawiając skórę gładką i jędrną. A o naczynka dba czerwona glinka, którą mydło wzbogacono. Czym jest i jak działa?

Czerwona glinka zwana też Rhassoul to substancja w 100% naturalna, o pochodzeniu wulkanicznym. Pozyskiwana jest w jednym miejscu na ziemi, u podnóża Atlasu w Maroku. Podobnie jak mydło Aleppo znana była już starożytnym, a Beduini używali jej do mycia włosów i twarzy. Jest bogata w magnez, krzem,potas, glin i żelazo. Dodana do syryjskiego mydła tworzy idealną kompozycję do codziennej pielęgnacji.

W moim przypadku mydło Aleppo z czerwoną glinką Rhassoul sprawdza się jako środek do mycia twarzy i całego ciała. Jak na razie – po tygodniu stosowania – nie mogę narzekać. Skóra jest gładka, promienna, a przede wszystkim pozbawiona niedoskonałości, co w moim przypadku jest o tyle ważne, że niemal wszystko mnie uczula.

Jak sami widzicie, mydło Aleppo to kosmetyk uniwersalny i niemal idealny. Niemal –  ponieważ ma jedną wadę. Przez zawartość czerwonej glinki pozostawia zacieki na mydelniczce, umywalce itp. Ale biorąc pod uwagę, że są one koloru czekoladowego, a mydło poza tym ma same zalety – nie można narzekać.

Na koniec jeszcze kilka słów o formalnościach. Mydło, podobniej jak pozostałe kosmetyki, kupiłam w internetowym sklepie Helfy. To połączenie informacyjnego portalu „kosmetycznego” z platformą zakupową specjalizującą się w kosmetykach naturalnych. W ofercie można znaleźć naprawdę wszystko, czego potrzebuje wielbiciel kosmetycznego Orientu. A to wbrew pozorom ważne – „orientalnych” drogerii internetowych na rynku jest sporo, jednak rzadko zdarza mi się kupić wszystko czego potrzebuję, w ramach jednego zamówienia. A tutaj to możliwe. No i samo zamówienie. Przy jego składaniu zaznaczyłam, by ograniczono do minimum opakowania/folie/papiery zabezpieczające przesyłkę i tak też się stało. Paczka była naprawdę „less-waste”. A o tym, że dotarła bardzo szybko i sprawnie wspominać chyba nie muszę. Sam sklep zaś gorąco polecam.

Powyższy post nie jest artykułem sponsorowanym. Nie otrzymałam za niego wynagrodzenia, nie jest to barter. Powstał ponieważ uważam, że fajne rzeczy trzeba promować. A Helfy jest fajne 🙂

 

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij Życiowo

Weganka w butach ze skóry

13 sierpnia 2018

Przyjęło się, że jeśli weganin/wegetarianin,  to od razu wojujący ekolog w lnianych koszulach, wyznający buddyzm, stosujący się do zasad zero-waste i praktykujący jogę. Wystarczy, że powiesz: „Nie jem mięsa” i od razu trafiasz do odpowiedniej szufladki. Nikt nie pyta, dlaczego, po co  i z kim. To oczywiste, że nie jesz, bo mając naście lat przeszedłeś okres buntu wobec całego świata, chciałeś jakoś zaakcentować swoją inność i zbuntowałeś się przeciwko niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt. I tak już Ci zostało. Koniec. Kropka. Dalszej dyskusji brak.

A ja jednak podyskutuję bazując na własnym przykładzie. Wychowałam się na wsi, gdzie od początku było wiadomo, że jajko znosi kura, krowę trzeba doić żeby było mleko – docelowo masło i sery, koń to zwierzę głównie pociągowe, a los świń też jest przesądzony. I pomimo tej całej celowości nigdy nie widziałam, żeby zwierzęta z gospodarstwa moich dziadków nie były szanowne. Zawsze nakarmione, zadbane, oporządzone. Ba, w Wigilię Bożego Narodzenia dostawały kawałek opłatka, bo babcia zawsze powtarzała, że to też boże stworzenia. Była w tym wszystkim jakaś równowaga. A ja w tę równowagę się wpisywałam. I tak długo jak mieszkałam w domu, jadłam mięso, sery, jajka i truskawki ze śmietaną. A później przestałam. Nie dlatego, że nagle dorosłam, przejrzałam na oczy i zobaczyłam w tych zwierzętach istoty o równych sobie prawach, które ktoś beznamiętnie morduje i nakłada sobie na talerz. Dorosłam i zobaczyłam, że to, co w siebie pakuję w ramach odżywiania (czytaj: mięso), to niekoniecznie produkt, którego mój organizm potrzebuje.

Autorka (w bieli), w czasach wczesnej młodości, gdy namiętnie konsumowała produkty odzwierzęce – głównie mleko.

Jestem egoistką, jeśli chodzi o mój organizm. Mam świadomość, że jeśli chcę by moje ciało posłużyło mi przez kolejne lata, muszę o nie dbać. Nie tylko zewnętrznie ale i wewnętrznie. A zajadanie się stekami, kurczakiem i szaszłykami z grilla na pewno mu nie służy. Lepiej dla niego, a tym samym dla mnie, zjeść sałatkę, strączki czy miskę owoców. Bo mój organizm woli właśnie to. A skoro woli, to tym go karmię. I dlatego nie jem mięsa.

Ale wiem też, że mój organizm nie lubi kontaktu z tworzywami sztucznymi. Nie znosi zapachu kleju używanego do produkcji szmacianych balerin za 30 PLN w Chinach. Nie przepada, gdy ociera go torebka czy plecak z syntetyku czy ciężko mu oddychać, gdy zgrzeje się zimą w „plastikowej” kurtce. Dlatego ubieram go w skórzane buty, które noszę po 5-6 lat. Korzystam ze skórzanej torebki, której paski nie ocierają mi skóry. A zimą zakładam wełniany płaszcz czy sweter z kaszmiru i skórzaną kurtkę, żeby ciało się nie grzało i swobodnie oddychało.

A ja sama też lubię swobodnie oddychać czystym powietrzem. Nie tym zanieczyszczonym substancjami powstałymi z utylizacji torebek z ekoskóry czy przy produkcji kultowych „mellisek” (tutaj jeszcze warto pamiętać o wycince lasów pod plantacje kauczuku).

I przy tym całym moim egoizmie wierzę, że nie jedząc mięsa w jakimś minimalnym stopniu wpływam na ograniczenie jego produkcji.

Gdyby blog był bardziej popularny, z pewnością pod tym wpisem doświadczyłaby fali hejtu, ze strony „prawdziwych wegetarian”. Mam jednak ten luksus jakim jest mała popularność Namysłowskiej, a co za tym idzie – inteligentni czytelnicy. Zatem – czekam na konstruktywne opinie 😉

arabskie klimaty Dla ciała Zdrowo

Naturalnie z włosem czyli depilacja pastą cukrową

6 sierpnia 2018

W odpowiedzi na zainteresowanie czytelników zrobiłam update mojego tekstu o pielęgnacji ciała tradycyjnymi metodami. Dzisiaj idę za ciosem i będzie o depilacji pastą cukrową. Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że ta metoda jest nadal mało popularna i ciężko znaleźć salon, który by się w niej specjalizował. Jest to jeden z niewielu zupełnie naturalnych i bardzo „zero-waste” sposobów na usunięcie zbędnego owłosienie. I jeszcze jeden powód – egoistyczny – pochwalę się, bo sama trafiłam na idealnie słodki salon, o którym chciałabym Wam opowiedzieć ale o tym później. Na początek sięgnijmy do korzenie.

Nadmierne owłosienie zaprzątało głowy pań (i panów!) już w starożytności. Archeolodzy znaleźli dowody na to, że już Egipcjanie z epoki faraonów depilowali całe ciało (również głowę) wykorzystując do tego  krem złożony z wody, cukru, cytryny, oliwy oraz miodu. Mieszkańcy Hellady postawili na tradycyjne golenie z wykorzystaniem ostrych muszelek i kamyków. Dla jednych i drugich ważne był efekt czyli ciało czyste fizycznie  i duchowo. Depilacja była swego rodzaju rytuałem oczyszczenia. Nieco inny stosunek do czystości w wymiarze cielesnym mieli nasi przodkowie z epoki średniowiecza… No cóż…Nowe czasy, nowe mody. Nie poddali się tym trendom jednak nigdy muzułmanie szczególnie z Bliskiego Wschodu, dla których depilacja była czynnością naturalną, jedną z zasad zgodnych z religijnym życiem. Zapis na ten temat znajdziemy również w Koranie:

„Zostało dla nas ustalone, że przycinanie wąsów, obcinanie paznokci, usuwanie włosów spod pach, golenie włosów łonowych, nie powinno być zaniedbywane dłużej, niż czterdzieści nocy” (cytat ze źródła)

Zapis, do którego stosowali się wyznawcy islamu, okazał się przydatny również dla innowierców. Co więcej, nieświadomie stosują się do niego nawet osoby niewiele mające wspólnego z religią. Depilacja to zabieg powszechny jak wizyta u fryzjera czy manicure. Golimy, depilujemy, wyrywamy, traktujemy laserem. Metod jest wiele. Dla mnie najciekawsze jest to, że ta jedna z najstarszych i najbardziej naturalna, wciąż jest tak mało popularna. Naprawdę ciężko znaleść dobry salon, który specjalizuje się w „cukrowaniu”. Zgadza się, w kilku kosmetycznych „sieciówkach” depilacja pastą cukrową jest dostępna. Niestety, często traktowana jako dodatek przegrywający w przedbiegach z woskiem czy laserem.

      

Ja miałam szczęście. Trafiłam na salon, który specjalizuje się tylko w depilacji pastą cukrową. Dziewczyny nie robią nic innego poza słodzeniem klientom. To ELLA Sudio Depilacji Cukrem. Sama odwiedziłam oddział w Szczecinie ale ELLA słodzi też w Poznaniu i Warszawie (czekam na Wrocław i Berlin ;). Przyznam szczerze, że wybrałam się z pewną obawą. Nie przekonywała mnie informacja, że studio działa bez wcześniejszego umawiania klientów. Obawiałam się, że będę musiała czekać. Nic z tych rzeczy. Zostałam obsłużona od razu. Pani w recepcji poinformowały, że nawet w godzinach szczytu oczekiwanie trwa maksymalnie 30 minut. Jeśli chodzi o sam zabieg – tutaj pełen profesjonalizm. Jestem bardzo marudnym i wymagającym klientem i ciężko mnie zadowolić. ELLi się udało. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Dlatego między innymi powstał ten wpis.

Rozczarowanych, którzy spodziewali się szczegółów na temat samego zabiegu zapraszam na stronę internetową  studia i profil na FB czy Instagramie, gdzie wychodząc naprzeciw ciekawości klienta, ELLA udziela odpowiedzi na wszystkie pytania. Nawet te, które mnie samej nie przyszły do głowy. Tak że dziewczyny i chłopaki – słodzimy! Bo to przede wszystkim naturalne.

 

Powyższy post nie jest artykułem sponsorowanym. Nie otrzymałam za niego wynagrodzenia, nie jest to barter. Powstał ponieważ uważam, że fajne rzeczy trzeba promować. ELLA użyczyła tylko zdjęć do jego potrzeb.

Dla ciała Zdrowo

DKMS

24 lipca 2018

W portfelu mam całą masę kart. Z jednych korzystam częściej (salon fryzjerski), z innych rzadziej (sklep z bielizną). Jest jednak jedna taka karta, z której mam nadzieję nikt nigdy nie skorzysta. Że nie będzie takiej potrzeby. To: 

”Karta dawcy legitymująca Cię jako potencjalnego dawcę krwiotwórczych komórek macierzystych”

Karta DKMS

….zwróć uwagę na najważniejszą kartę….

W bazie zarejestrowałam się jakieś 5 late temu. Gdzieś tam przeczytałam, historię osoby, której życie uratował właśnie przeszczep komórek macierzystych. Nie pamietam dokładnie, co sobie wtedy pomyślałam. Pewnie stwierdziłam, że skoro to może pomóc, to dlaczego nie. Z resztą i tak pewnie na mnie nie trafi.

Od tego momentu minęło sporo czasu. Działalność Fundacji DKMS co jakiś czas jest nagłaśniania. Pojawiają się plakaty i billboardy informujące o ich działaności. Widząc odzew na organizowane przez fundację akcje dochodziłam do wniosku, że chyba już cały świat o tym wie, połowa się zdeklarowała, a ci, którzy tego nie zrobili, pewnie zrobią w przeciągu tygodnia albo dwóch. To chyba oczywista oczywistość.

O jak ja głupiutka się myliłam. Przekonałam się o tym niedawno, gdy u syna znajomych po dwóch latach nastąpił nawrót choroby. Białaczka. Zaczęła się seria badań, konsultacji, kolejnych badań, podawania leków. W końcu okazało się, że konieczny jest przeszczep czyli znalezienie dawcy. Najbliższe otoczenie ruszyło do rejestracji jako potencjalni dawcy. I tutaj mój pierwszy szok: „Jak to?!?…Tyle się mówi, pisze, śpiewa o DKMS a są jeszcze osoby niezarejestrowane? Niemożliwe…” Jak się okazało – możliwe. A co „bardziej możliwe”, takie osoby są w moim najbliższym otoczeniu. I tutaj stop. Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam, że każdy musi być dawcą. Akceptuję i szanuję to, że ktoś nie chce się zarejestrować, nie widzi sensu czy potrzeby w tego rodzaju pomaganiu. Jesteśmy różni. Mamy różne poglądy i motywację. Powtarzam – akceptuję i szanuję to. Ale gdy słyszę, że ktoś nie rejestruje się, bo…. i tutaj milion argumentów od czapy, to dosłownie mi się ulewa. Bo nie ma dla mnie nic gorszego, niż odmowa pomocy wnikająca z bazowania na stereotypach i nieznajomości tematu. Koniec. Kropka.

Albo jeszcze nie koniec. Jeszcze dwie rzeczy. A nawet trzy:

  • zanim zdecydujesz, że NIE, zastanów się dlaczego; miej prawdziwe, logiczne argumenty
  • gdy szukano dawcy dla syna znajomych, jeden z punktów, gdzie można się było zarejestrować, stanął we wrocławskiej Hali Stulecia, w czasie odbywających się tam Ogólnopolskich Rekolekcji Dla Małżeństw. Liczba zarejestrowanych: 6. Rejestracja – bezpłatna. Rekolekcje – 155-255 PLN. Chrześcijańska postawa – bezcenna…
  • dla syna znajomych znalazł się dawca; trwają przygotowania do przeprowadzania wrześniowego zabiegu; cieszę się, że ten człowiek (anonimowy) nie miał głupich wytłumaczeń

A Ty? Jakie masz argumenty przeciwko rejestracji?

 

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

„A po ci dieta..przecież dobrze wyglądasz!”

16 lipca 2018

Chyba każdy, kto postanowił zmienić nawyki żywieniowe, zwiększyć aktywność fizyczną czy w ogóle „wziąć się za siebie” usłyszał przynajmniej pierwszą część zdania z tytułu tego wpisu. „Po co się odchudzasz!??! Przecież dobrze wyglądasz!”, „Na co ty narzekasz, co chcesz zmieniać – dobrze jest”, „Nie masz z czego zrzucać, nie przesadzaj!” No jasne. Przecież wszyscy wiedzą, co dla Ciebie będzie najlepsze i jak powinnaś jeść, jaką aktywność podjąć, a jakiej unikać; co Ci pomoże, a co zaszkodzi. I nie ważne, że pomimo „dobrego” w oczach otoczenia wyglądu łapiesz zadyszkę wchodząc na drugie piętro. Że gdy schylasz się mierząc buty w obuwniczym masz rumieniec na twarzy, chociaż „nie masz z czego zrzucać”. To wszystko się nie liczy, bo oni mówią, że jest dobrze. A jak jest naprawdę? 

Naprawdę ważne jest to, jak się czujemy w swoim własnym ciele z naszymi prywatnymi kilogramami i centymetrami. Od razu zaznaczam – ten post nie jest pochwałą i przyzwoleniem dla osób z nadprogramowych tłustym bagażem czy zachętą do restrykcji dla tych z BMI poniżej 18,5. Tworząc go, nie mam zamiaru krytykować czy ganić niczyich nawyków żywieniowych i aktywności lub jej braku. Chcę się raczej rozprawić z tym, co w głowie.  Bo tam bywa różnie. Wiem to na własnym przykładzie sprzed kilku miesięcy.

Przy wzroście 163 cm ważę 65 kg. Mieszczę się w normie. Gdy obliczam BMI, każdy internetowy kalkulator gratuluje mi wyniku i sylwetki. Jest ok. Co nie zmienia faktu, że mam potrzebę zmiany. Nie zapatrzyłam się na wychudzone motywatory na Pinterest z talią osy i pośladkami jak półkule globusa (to swoją drogą jedno z bardzo intrygujących zjawisk – chyba poświęcę mu osobny post, o ile sama to zrozumiem). Nie mam też aspiracji, by mieścić się w rozmiarze XS. Zwyczajnie czuję się źle w swoich 65 kilogramach. Wielka oponka na brzuchu nie utrudnia wiązania butów. Spodnie nie przecierają się w kroku od ocierających się ud. Guziki od koszuli nie rozpinają się na biuście. Praktycznie jest ok. Ale głowa mówi, że może być lepiej. Nie, że będzie łatwiej/ładniej bez tych 5 czy 7 kilogramów, w rozmiarze 36 i sześciopakiem. Ale jednak lepiej.

Do walorów „estetycznych” dochodzą te zdrowotne i kondycyjne. Że te chipsy to niekoniecznie takie zdrowe. Że w sumie 5 kilometrów można zrobić w 40 minut, a nie 1 godzinę 10. Że cholesterol i inne wartości mogą być bliżej dolnej niż górnej granicy.

Zaczynam wprowadzać zmiany. Tak, wiem – powinno się to robić stopniowo. Ale ja jestem taki narwany zero-jedynkowiec, że musi być wszystko albo nic, teraz albo nigdy. Wprowadzam zmiany w jadłospisie i zwiększam aktywność fizyczną. I zaczyna się….

„A ty co tak jak ptaszek?…Odchudzasz się?”

„I po co bym tak biegał w te i z powrotem. Chodzenie Ci nie wystarcza?”

„No wiesz, co..w Twoim wieku na rolkach jeździć?”

„Zdrowie, zdrowiem ale chleb też trzeba jeść”

„No ja wiem, że warzywa to same witaminy ale kotlet nie zaszkodzi”

„Zakwasy tylko z tego będziesz miała”

I tak ze wszystkich czterech stron świata. Mam wrażenie, że wszyscy wokół wiedzą lepiej, co dla mnie dobre/zdrowe/idealne. Motywatory jak nic. Czasem aż ciśnie mi się na usta odpowiedź na każde z tych pytań

„A ty co tak jak ptaszek?…Odchudzasz się?” – Nie, tylko zdrowo odżywiam.

„I po co bym tak biegał w te i z powrotem. Chodzenie Ci nie wystarcza?”  – Chodzić każdy potrafi, a ja lubię tak bez celu..

„No wiesz, co..w Twoim wieku na rolkach jeździć?” – A do jakiego wieku to dozwolone?

„Zdrowie, zdrowiem ale chleb też trzeba jeść” –  I co z tej białej bułeczki będę miała poza pustymi kaloriami?

„No ja wiem, że warzywa to same witaminy ale kotlet nie zaszkodzi” – I za bardzo nie pomoże, szczególnie tą panierką

„Zakwasy tylko z tego będziesz miała” – No nie będę..szybko znikają przy utrzymaniu aktywności

Ale kulturalnie powstrzymuję się przed odpowiedzią, która może spowodować kryzys znajomości. Nie przestaję jednak realizować swojego planu. Ograniczenia i granice, które sama sobie narzuciłam przestają uwierać, a stają się nawykami. Chipsy już nie kuszą. Dystans 5 kilometrów robię w 30 minut. Wyniki badań książkowe. Jest coraz lepiej. Niemal idealnie. I wiem dlaczego. Bo słuchałam głosu, który mam we własnej głowie, nie tych pomocnych komentarzy od całego otoczenia. Bo właśnie w tym tkwi powodzenie każdego przedsięwzięcia. Nie tylko tego związanego z wagą czy kondycją. Ale też nauki języka, ukończenia kursu czy studiów, dokształcania się, zrobienia prawa jazdy na motocykl czy przebiegnięcia maratonu. Słuchanie swojego własnego głosu. Sami wiemy, co dla nas najlepsze. Nikt nie czuje Twoich 65 kilogramów, zadyszki przy wchodzeniu po schodach czy zażenowania, gdy nie rozumiesz tekstu piosenki po angielsku tak dobrze jak Ty. I nikt inny tego nie zmieni, jeśli sam nad tym nie zaczniesz pracować. Niezależnie od głosów z zewnątrz.

A Wy? Słuchacie tylko swojego własnego szeptu czy może jesteście podatni na „dobre rady”? A może wręcz przeciwnie – macie koło siebie głos, który przytakuje Waszemu własnego i jest prawdziwym wsparciem?

Bez kategorii Dla ciała Filozoficznie Zdrowo Zjedz i wypij

Mini, zero, wege,eko czyli o popadaniu w skrajności

4 czerwca 2018

Na początek rozwinięcie tytułu – chodzi oczywiście o minimalizm, zero-waste, wegatarianizm i ekologia. Dla mnie to  pojęcia (trendy?) same w sobie oznaczajace jakąś skrajość. Myślałam, że tak jest u większości. Przekonuje się jednak, że niekoniecznie. I o tym właśnie dzisiejszy tekst, który ma trzy źródła: post Venili, spostrzeżenia koleżanki i moja własne dedukcja.

laptop, gazeta vegetables, okulary, zero waste na telefonie

Zacznijmy od wspomnianego postu, który ukazał się całkiem niedawno na blogu Venili Kostis. Autorka poruszyła bardzo ciekawy temat – napisała o minusach minimalizmu. I to, wg mnie bardzo nietypowych. Czy raczej takich, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam, a jednak mnie dotyczą. Przede wszystkim wspomniane przez Venilę „urządzanie innym życia”. Na czym polega? Przyjeżdżasz w odwiedziny do rodziców/kuzynki/znajomych, wchodzisz do garderoby mamy/kuzynki/koleżanki i widzisz całe stery ubrań, kartony butów i półki wyładowane apaszkami, torebkami i innymi akcesoriami. Aż Cię kusi żeby to „ogarnąć”, przegospodarować. No zwyczajnie pozbyć się 90%. I już masz to na końcu języka ale widzisz, że mama/kuzynka/koleżanka dobrze się z tym czuje. Świetnie odnajduje się w swoim królestwie. Praktycznie nie ma rzeczy, która leżałaby odłogiem. I pewnie czułaby się zdecydowanie gorzej, mając tak jak Ty 3 pary dżinsów, 2 torebki i 3 pary butów na lato. Ona wie i rozumie, że da się żyć tak jak Ty żyjesz. Zaakceptuj to, że ona żyje inaczej i odpuść. Sobie i jej. Nie popadaj w skrajność minimalizowania.

Przyjaciółka, przerażona ilością wytwarzanych śmieci zainteresowała się popularnym ostatnio zjawiskiem „zero-waste”. Od lat segreguje śmieci, na zakupy chodzi z tekstylną torbą, nie bierze w sklepie jednorazówek. Chciałaby jednak czegoś więcej i zaczęła szukać w internetach. I tak trafiła do jednej z grup na fb, poświęconych właśnie życiu „zero-waste”. Tak jak przewidywała, znalazła tam sporo rad, odnośnie bardziej bezśmieciowego życia. Członkowie grupy dzielą się swoimi doświadczeniami, ci początkujący, szukają rady. Jest ok. Do momentu, gdy nie zaczyna się bezśmieciowa ortodoksja. Jedne z  dyskutantów pisze, że umył samochód z ptasich odchodów używając wielorazowego ręcznika i tradycyjnej gąbki. Po operacji wszystko przyniósł do domu i wyprał w 95 stopniach. Ma jednak wątpliwości, czy to wystarczające środki ostrożności  i czy aby nie powtórzyć czynności. Powiedzmy, że wątpliwości uzasadnione. Ale już koncepcja powtórnego prania czy – jak radzą inni: „Ja bym wyszorowała bęben prali sodą i puściła pusty przebieg z dużą ilością octu”, trochę wątpliwa. Ja rozumiem, że porządki z wykorzystaniem „środków” wielokrotnego użyciu. Że troka o zdrowie i higienę. Ale jest też ekologia i troska o środowisko. O zużycie  i marnotrawienie wody. O zużycie energii, która w PL niestety nie pochodzi jeszcze w większości ze źródeł odnawianych. O wykorzystane do mycia samochodu i prania detergenty, które wnikają w glebę. Nie popadaj w skrajność bezśmieciowego życia kosztem środowiska naturalnego.

Najpierw zaczęłam mimowolnie ograniczać szafę ze zbędnych ubrań. Później przyszła kolej na papierowe książki i całą resztę  „stojaków” i „kurzozbieraczy”. To nie było planowane. Jakoś tak samo z siebie wychodziło. Później przyszła – też jakoś tak naturalnie kolej na „zero-waste”; przy czym zmain poznałam nazwę i polecane metody, już sama przeszłam w praktykę. W tak zwanym między czasie pojawił się wegetarianizm. W moim przypadku ten sposób żywienia ma podłoże egoistyczne. Oczywiście los zwierząt, niehumanitarne ich traktowanie i sposoby „produkcji” są dla mnie bardzo ważne i jestem temu zdecydowanie przeciwna. Jednak równie ważne jest dla mnie moje własne ciało i to, czym go karmię i jak traktuję. Dlatego staram się go dobrze i zdrowo odżywiać i nie nadwyrężać trawieniem steków i filetów z antybiotykowego kurczaka. Dostarczam mu warzywa i owoce, karmię kaszami i ziarnami. Jem zdrowo. Ale bez szaleństwa. Nie jadłam nigdy chia, bo równie dobre jest siemię lniane. Nie krytykuję mięsożerców, bo uważam, że podobnie jak ja, mają swój własny pomysł na żywienie. Nie rezygnuję z wyjścia z przyjaciółmi pomimo, że to kolacja w stek-house; idę i zamawiam sałatkę podobniejak oni ciesząc się jedzeniem. Nie popadam w skrajność. I żyję.

A jak Wy żyjecie? Odnajdujecie równowagę między mini, zero, wege i eko? A może wszystko przychodzi Wam zupełnie naturalnie. Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń.