Przeglądasz kategorie

Zdrowo

Dla ciała Życiowo

Szczotką, mydłem, rękawicą czyli naturalne metody oczyszczania

5 stycznia 2017

Tak to już z nami kobietami jest, że lubimy robić makijaż, malować się, wcierać w siebie różnorodne mazidła, kremy i żele. Ale nie zawsze pamiętamy, by pozostałości tych specyfików z siebie usunąć. Niejednej z nas zdarzyło się pójść spać z resztkami makijażu. A ile z nas regularnie oczyszcza skórę całego ciała? Jeśli już to robimy, to czy aby na pewno prawidłowo i skutecznie?

Nie będę się rozwodziła nad zasadami prawidłowego demakijażu i oczyszczania twarzy ponieważ nie maluję się prawie w ogóle,a do codziennego oczyszczania twarzy stosuję płyn micelarny i tonik. Uzupełniam to kremem na noc lub na dzień.  O ile w tym zakresie jestem minimalistką, o tyle – jeśli chodzi o skórę ciała – jestem bardzo systematyczna i nie pozwalam sobie na zaniedbania. Od razu tez informuję – nie jestem typem poszukiwacza-odkrywcy, nie sprawdzam na sobie kolejnych nowinek kosmetycznych. Nie robie tego z prostej przyczyny – szkoda mi na to pieniędzy, a przede wszystkim własnego ciała. Nie chcę serwować mu/sobie zastrzyków nieznanych składników chemicznych. Dlatego od kilku lat jestem wierna naturalnym metodom i środkom pielęgnacji. A są to: szczotka z naturalnego włosi, mydło savon noir i rękawica Kessa.

O szczotce z naturalnego włosia, a dokładnie o szczotkowaniu ciała na sucho, dowiedziałam się od znajomej. Mino, z pochodzenia Japonka, odprawiała ten rytuał codziennie rano. Gdy zaintrygowana zapytałam ją co robi, wyjaśniła, że głaszcze ciało. Nie przekonało mnie to, szczególnie, że po tym głaskaniu jej skóra była zaczerwieniona, asam zabieg odbywał się przy użyciu szorstkiej szczotki z włókien agawy, która do najmilszych nie należała. Z wielkim niedowierzaniem ale ciekawa efektów, postanowiłam spróbować. Nagrodą za cierpienie miała być gładka skóra, dobrze ukrwiona i pozbawiona resztek martwego naskórka. Spróbowałam i robię to do dzisiaj. Zabieg powtarzam dwa, trzy razy w tygodniu z użyciem szczotki z naturalnego włosia. Regularne „głaskanie” ciała pozwala utrzymać skórę w dobrej kondycji. Jest gładka, przyjemnie napięta, nie wysusza się i nie łuszczy nawet zimą. Lubie to głaskanie.

Gdy masaż na sucho wszedł mi w nawyk, przyszedł czas na rękawicę Kessa. To „odkrycie”, dla mnie nowe, jest tak naprawdę bardzo stare i wywodzi się z krajów arabskich. Rękawica Kessa była i jest używana do pielęgnacji skóry. Podobnie jak opisana wcześniej szczotka, pozwala pozbyć się martwego naskórka, z tym że „na mokro”. Regularne używanie (w moim przypadku codzienne), poprawia kondycję skóry i zapobiega wrastaniu włosków. Rękawica najlepiej sprawdza się „sama” czyli bez użycia dodatkowych żeli czy peelingów. To idealne rozwiązanie dla osób mających wrażliwą i alergiczną cerę.

Świetnym uzupełnieniem zabiegów wykonywanych rękawicą, jest oczyszczanie mydłem savon noir. Ten rodzaj oczyszczania również nawiązuje do tradycji arabskich. Od lat bardzo popularny, dzisiaj przeżywa renesans. W jego skład wchodzą tylko naturalne składniki: czarne oliwki, olej oliwny i woda. Jedyny obcobrzmiący składnik to wodorotlenek sodu niezbędny do zamydlania. Mydło należy stosować na mokre ciało. Wyjmujemy je z pojemnika dłonią, rozprowadzamy na mokrej skórze i pozostawiamy na kilka minut. Po upływie tego czasu zmiękczoną skórę zaczynamy masować, np. rękawicą Kessa. Pozakończeniu tego masażu, spłukujemy pozostałości. Efekt? Skóra gładka, jedwabista w dotyku, odżywiona i naoliwiona. A to wszystko bez chemii.

Mam nadzieję, że wpis będzie dla Was przydatny i nikogo nie odstraszyłam, a wręcz przeciwnie. A może znacie jeszcze inne rytuały i metody pielęgnacji oparte na naturalnych składnikach. Chętnie się z nimi zapoznam.

Zjedz i wypij Życiowo

Na językach – Vivian Restaurant

30 grudnia 2016

Nie lubię tłumów, zakupów i galerii handlowych. Uwielbiam kino i dobre jedzenie. Czasem, dla tego co lubię, jestem w stanie tolerować to, za czym nie przepadam. Pod warunkiem, że film jest dobry, a jedzenie smaczne, pięknie podane i konsumowane w klimatyczny miejscu. Tak było wczoraj. Nie będę się rozwodzić nad kolejną częścią „Gwiezdnych Wojen” ale opowiem Wam o jedzeniu i fantastycznym miejscu.

Vivian Restaurant na kulinarnej mapie Wrocławia pojawiła się przed rokiem, jednak dla mnie jest odkryciem. Pierwszy raz trafiłam tam właśnie wczoraj. I to zupełnie przypadkiem. Seans kinowy miała poprzedzić kolacja ze znajomymi. Nie planowaliśmy jednak gdzie i co będziemy jeść. Los, a dokładnie tłumy shoppingowców zdecydowały, że trafiliśmy do Vivian.

Zaskoczenie już od progu. Przede wszystkim – nazwa. Dla mnie, miłośnika fotografii – kojarząca się jednoznacznie. Dla niewtajemniczonych – nawiązuje do Vivian Maier, nowojorskiej niani, która w latach 50-tych swój wolny czas poświęcała na fotografowanie amerykańskiej ulicy. I wystrój restauracji delikatnie przenosi nas w czasy niani-fotografki. Jest niemal minimalistycznie, prosto i jasno. Na ścianach fotografie i odnośniki do Maier. W tle delikatna muzyka, jednak na tyle głośna, by skutecznie „odciąć” od zgiełku pasażu handlowego.

Bardzo szybko pojawia się kelnerka z kartą menu. Równie szybko wróciła, pytając o wybór napojów, równocześnie dając czas, na wybór dań. A jest w czym wybierać. Nie mam tutaj na myśli wielkości karty i ilości potraw.  Cała lista dań mieści się na podkładce formatu A3, nie jest przytłaczająca. Jednak różnorodność składników i smaków jest imponująca. Znajdziemy tutaj owoce morza, dziczyznę, wołowinę, wieprzowinę, ryby i drób w wielu odsłonach. Jest tradycyjny filet z kurczaka i kaczki w towarzystwie kluseczek szpinakowych czy sosu wiśniowego. Ryby reprezentuje łosoś w grzybowym risotto i dorsz z ziemniaczanym fondant. Wielbiciele włoskich smaków mogą wybierać między trzema rodzajami pappardelle, a burgerożercy staną przed dylematem – burger wołowy (rozmiar XXL) czy z grillowanym kurczakiem. W karcie znajdziemy również zupy, sałatki i desery, a wszystkie dania bezglutenowe i wegetariańskie, odpowiednio opisano.

Odwiedziłam Vivian w godzinach wieczornych, kiedy obowiązywało już menu złożone z dań obiadowych. Wiem jednak, że restauracja ma menu uzależnione od pory dnia. Od godziny dziewiątej do dwunastej obowiązuje karta śniadaniowa, w której znajdziemy zarówno opcję z pieczywem, jak i jajkiem w roli głównej. Po śniadaniu przychodzi czas na lunch – w skład którego wchodzi zupa dnia oraz danie główne. To, czym będziemy się zajadać danego dnia, zależy od pomysłowości szefa kuchni. A te pomysły…podobno palce lizać.

Uzupełnieniem dań są napoje. Bar Menu w Vivian zadowoli nawet największe marudy. Ja tradycyjnie zadowoliłam się lampką wytrawnego białego wina, a w ramach deseru – świeżo wyciskanym sokiem z grejpfruta (podane w gustownych, szklanych butelkach – bajka!). Moi towarzysze rozsmakowali się w piwie z lokalnego browaru Kormoran. Sądząc po minach – smakowało.

Kończąc te peany i zachwyty chciałabym dodać łyżkę dziegciu – dla równowagi. Niestety, nie mam na co narzekać. Wszystko było idealne. No może tylko krzesełka mogłyby być bardziej wygodne.

A Wy, co polecicie w swoich miastach? Jakich kulinarnych odkryć dokonaliście w ostatnim czasie? Pochwalcie się i zainspirujcie – chętnie poczytam.

Zdrowo

Zdrowego chrupania ciąg dalszy

19 listopada 2016

dsc_1712

Pisałam już kiedyś o moim uzależnieniu od chrupania podczas czytania. Jak wiecie – chociażby po istniejącej na blogu kategorii „Książkowo” – jestem molem książkowym. Ja nie czytam książek, ja je pożeram. Był taki czas, kiedy pożeraniu książek towarzyszyło pożeranie różnorakich przegryzek. Koniecznie chrupiących. Początkowo były to oczywiście chipsy, paluszki, ciasteczka. Odbiło się to oczywiście na mojej wadze. Postanowiłam z tym walczyć zmieniając „śmieciowe jedzenie” na zdrowe zboża. Dzisiaj czytam bez chrupania. Ale romans ze zbożami trwa.

Domyślam się, że stwierdzenie, że chrupię zboża może wzbudzić konsternację. Spokojnie, nie podgryzam surowych wysuszonych ziaren. To nie byłoby ani do końca zdrowe (szczególnie dla moich zębów), ani tym bardziej przyjemne. Chrupię sobie zboża ekspandowane. Ekspandowanie to proces obróbki termicznej. Ziarna w bardzo krótkim czasie poddawane są działaniu wysokiej temperatury i ciśnienia. Zwiększają one znacząco objętość, nie tracąc wartości odżywczych. Nie jest to technika XXI wieku rodem z laboratoriów NASA. Zapewne pamiętacie z dzieciństwa „ryż preparowany”. To właśnie ziarno poddane procesowi ekspandowania. Co poza ryżem można spożywać w tej formie? Bardzo wiele ziaren. Marka Soligrano, której produktami osobiście się zajdam, oferuje szerowi wybór różnorodnych ziaren, a co za tym idzie smaków i „gramatur”. Znajdziemy tutaj amarantus, grykę, jagłę, komosę, owies, orkisz, pszenicę czy żyto. Producent oferuje każde z tych ziaren w wersji „oryginalnej” czyli po prostu ekspandowane ziarna bez dodatków. Możemy też zdecydować się na wersję wzbogaconą – ziarna ekspandowane w miodzie lub wersję dla smakoszy – ziarna w miodzie z dodatkiem malin, żurawiny czy wiśni. Jak widzicie, wybór jest duży.

Jak jeść ziarna ekspandowane? Tutaj też mamy wiele opcji. W zamierzchłych czasach mojego łasuchowania przesypywałam je do miseczki i podbierałam przewracając kolejne strony książki. Jak łatwo sobie wyobrazić, przy takim podjadaniu szybko było widać dno opakowania. Teraz zboża ekspandowane to dodatek do moich śniadań i obiadów. W wersji porannej wzbogacam nimi owsiankę. Już gotową porcję, lekko przestudzoną posypuję najczęściej jagłą w miodzie z malinami lub orkiszem w miodzie z wiśniami. Pychota! Gdy mam za mało czasu, by przygotować śniadanie na ciepło albo zwyczajnie mam ochotę na coś innego, ziarna ekspandowane dodaję do naturalnego jogurtu. Gdy potrzebuję szybkiej przekąski, a do obiadu jeszcze daleko – ziarnami zasypuję serek wiejski. W tym przypadku najlepiej sprawdza się komosa. Ziarna towarzyszą mi też często przy obiedzie. Sprawdzają się jako dodatek do zup kremów. Jako, że zupy-kremy uwielbiam, a towarzyszący im zazwyczaj groszek ptysiowy już niekoniecznie, na talerzu ląduje zazwyczaj żyto albo pszenica. Polecam! Aby nie robić przykrości dbającym o linię – w tym sobie – nie wspomnę, że ziarna ekspandowane do idealny dodatek do słodkich deserów. Ale o tym cicho-sza 🙂 Więcej przepisów na potrawy z wykorzystaniem ziaren i nie tylko znajdziecie na stronie producenta.

Opisane przeze mnie produkty to tylko część oferty marki Soligrano. Przyznam, że nie wszystkie przypadły mi do gustu, bo wybredna jestem 🙂 Ale Wy możecie poszukać swoich smaków. Wszystkie produkty dostępne są m.in. w drogeriach Rossmann. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie.

dsc_1709

A może juz znacie ziarna ekspandowane i zajadacie się nimi podobnie jak ja? Jeśli tak, podzielcie się swoimi pomysłami na wykorzystanie ziaren – może przekonacie mnie do smaków, których jeszcze nie poznałam. 

Wpis powstał we współpracy z marką Soligrano.

 

Dla ciała

Otyłości mówimy NIE

24 października 2016

Dzisiaj Światowy Dzień Walki z Otyłością. Może to dobry moment, by….nie, nie napiszę zacząć się odchudzać. To dobry moment, by zastanowić się, czym jest otyłość. Czym różni się od nadwagi, kogo dotyczy i czym grozi.

Otyłość – co to jest?

Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) to stan charakteryzujący się zwiększeniem masy ciała poprzez wzrost ilości tkanki tłuszczowej.  Możemy zacząć się niepokoić, gdy ilość tkanki tłuszczowej przekracza – u kobiet 30%, u mężczyzn – 25%.  Warto zaznaczyć, że otyłość jest stanem chorobowym, chorobą ogólnoustrojową.  W 95% przypadków jest następstwem nadmiaru energii pobieranej z pożywienia,  a nie zużywanej przez organizm. Mówiąc w wprost – to wszystkie zjedzone przez nas kalorie, których nie jesteśmy w stanie spalić.

O otyłości możemy mówić, gdy nasze BMI (Body Mass Index ) wynosi ponad 30. Jednak już wynik w granicach 25-29,9 powinien nas zaalarmować, ponieważ świadczy on o  nadwadze, a stąd droga prosta do otyłości.

Czytaj dalej

Zjedz i wypij

Bez gluten…bez problemu?…

17 października 2016

W ostatnich latach bardzo popularna stała się dieta bezglutenowa. Wypada wręcz być „gluten free”. Na czym właściwie polega dieta bezglutenowa? Czy jest bezpieczna i dla kogo? I czy to naprawdę jest dieta?

Poznaj wroga –co to jest gluten i dlaczego jest zły?

Najprostsza definicja glutenu zawiera się w trzech słowach. To białko pochodzenia roślinnego. Jeśli pochodzi z pszenicy – jest to gliadyna i gluteina, z żyta – sekalina, z jęczmienia – hordeina, a w owsie – awenina. Nie o podział i nazwy jednak chodzi. Bardziej liczy się fakt, że białka te zawarte są nie tylko w ziarnach ale również we wszystkich produktach z ziarna wytwarzanych. Najwięcej białka spośród wszystkich zbóż zawiera pszenica. Uwaga – popularny w ostatnim czasie orkisz to również pszenica. Nieco uboższy w białko jest jęczmień, a jeszcze mniej glutenu znajdziemy w życie i owsie.

O nietolerancji glutenu możemy mówić, gdy organizm wytwarza przeciwciała skierowane przeciwko białku zawartemu w glutenie.
W konsekwencji następuje uszkodzenie, a nawet zniszczenie kosmków jelitowych, które odpowiadają za wchłanianie składników odżywczych. Uszkodzone czy wręcz zniszczone kosmki to zmniejszona powierzchnia wchłaniana jelit, a w konsekwencji zaburzenia w dostarczaniu organizmowi składników odżywczych. Czytaj dalej

Dla ciała Zjedz i wypij

Nie, nie jestem wegetarianką

10 października 2016

Wegetarianizm to dieta, a raczej sposób odżywiania, w którym rezygnujemy  ze spożywania mięsa. Wersja bardziej radykalna to rezygnacja ze wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego, również jajek i nabiału. Brzmi znajomo? Zapewne tak. Wszak większość z nas przerabiała w młodości etap buntowniczego wegetarianizmu.  Ja też tak miałam. I chyba nadal mam.

Prawdziwy wegetarianizm

Pierwszy raz przestałam jeść mięso w liceum. Doskonale pamiętam, gdy w klasie maturalnej oświadczyłam mamie, że nie będę już jadła niedzielnego rosołku i schabowego. I galaretek drobiowych też nie. A krokiety to tylko z kapustą z grzybami. Bo jedzenie mięsa oznacza zgodę na morowanie zwierząt, a to niehumanitarne, okropne i w ogóle barbarzyńskie. Jak widzicie, byłam w pełni świadomą wegetarianka. Z masą argumentów w głowie. Moja mama to cudowna rodzicielka.  Nie oponowała, przytaknęła i zmodyfikowała domowe menu. Potrafiła wyczarować gołąbki z ziemniaków, kotlety z kaszy gryczanej czy zapiekanki ryżowe. Ja sam też pilnowałam by mój buntowniczy wegetarianizm był zdrowy. Jadłam dużo warzyw strączkowych,  nabiału i warzyw. Czytaj dalej

Dla ciała

Recenzja „Dieta 8-godzinna”

23 września 2016

Pisałam już tutaj o moim nowym trybie życia. Nie chciałam i nie chcę określać go jako dieta, ponieważ to słowo budzi we mnie tylko negatywne skojarzenia, a wśród osób, z którymi o tym rozmawiam, od razu słyszę setki dobry rad i komentarzy. Dlatego wolę określenie nowy tryb życia, tym bardziej, że dla mnie jest naprawdę nowy, a w odróżnieniu od diety – nie ogranicza mnie do tego stopnia, by było to dla mnie uciążliwe.

Ten mój nowy tryb życia dotyczy głównie posiłków, które spożywam w 8-godzinnym przedziale czasowym. Nie planowałam tego – wynikło to po prostu ze zmiany układu dnia i pracy. I przyniosło niespodziewane rezultaty. Gdy pochwaliłam się koleżance swoim sukcesem, stwierdziła, że to żadne novum, a mój nowy tryb życia to dieta 8-godzinna i już dawno jest znana. Ba, powstały na jej temat nawet książki. Aha. No dobrze, w takim razie, jeśli nie odkryłam Ameryki, to może coś o moim „odkryciu” poczytam”. I tak weszłam w posiadanie książki „Dieta 8-godzinna. Obserwuj znikajace kilogramy bez patrzenia na to co jesz”, której autorami są David Zinczenko i Petere Moore.

Zacznijmy może od autora. David Zinczenko to były redaktor naczelny „Men’s Health”, a przede wszystkim pierwsza „ofiara” diety 8-godzinnej. Gdy w wieku 50 lat zmarł na udar jego ojciec, a jemu samemu lekarz przepowiedziała podobną przyszłość, Zinczenko postanowił zmienić swój tryb życia. Zmiany wprowadzał stopniowo – zarówno w odżywianiu, jak i aktywności fizycznej, która – to ważne – wcześniej była spora, a i tak nie przynosiła efektów. Wprowadzone przez niego ograniczenia czasowe w spożywaniu posiłków spowodowały, że nie tylko zrzucił 3,5 kilograma w przeciągu 10 dni, bez efektu jo-jo ale jego wyniki znacząco się poprawiły. Zaczął zagłębiać temat, a efektem jego dociekań jest książka. Czytaj dalej

Zjedz i wypij

Chrup..chrup…

13 września 2016

Uwielbiam chrupać. Szczególnie przy czytaniu. A że czytam dużo, a nawet bardzo dużo…chrupania jest jeszcze więcej. I o ile od czytania przybywa szarych komórek, o tyle od chrupania też przybywa ale kilogramów. Miałam tę wątpliwą przyjemność przekonać się o tym osobiście. Każda godzina spędzona z książką, była też czasem spędzonym na podjadaniu. Zauważyłam przy tym jedną prawidłowość – czytam najróżniejsze gatunki, podjadam – tylko wysokokaloryczne, niezdrowe śmieci. Najczęściej chipsy, czasem paluszki, zdarzały się i orzechy, ciasteczka i cukierki. Ważne żeby chrupało. A im bardziej chrupało, tym oponka na brzuchu robiła się większa.Apogeum to był moment, kiedy czytając nie musiałam trzymać czytnika w ręce, bo swobodnie mogłam go opierać na brzuchu. Nie powiem, przeraziłam się. Zaczęłam bardziej się pilnować. Co ja mówię – dałam sobie wewnętrzny szlaban na podjadanie podczas czytania. Wiecie, że za skutkowało? Przestałam podjadać. Przestałam też czytać. Naprawdę. Nie byłam w stanie skupić się na lekturze przyzwyczajona do sięgania po przekąski. A że bez czytania (skutecznego) żyć nie potrafię, nie pozostało nic innego, jak znalezienie zdrowego zamiennika. Tak trafiłam na preparowany orkisz. Pamiętacie z dzieciństwa preparowany ryż? Nadmuchane, lekkie jak piórko ziarna pakowane w małe woreczki. Uwielbiałam je. Mogłam je zjadać bez ograniczeń. Czytaj dalej

Dla ciała Zjedz i wypij

Zaaplikuj sobie zdrowie

13 sierpnia 2016

Eliminacja mięsa z diety, którą wcielam w życie to nie jest moje pierwsze zetknięcie z wegetarianizmem. Miała już kiedyś etap bezmięsny. Działo sie to we wczesnej młodości – czytaj „studia”. Skończyło się szybko i boleśniej. Z prostej przyczyny. O ile pilnie przestrzegałam niejedzenie potraw i produktów mięsnych, o tyle nie dbałam o to, by dietę uzupełniać. Jak łatwo się domyślacie moja morfologia poszybowała w dół. Wyniki miałam fatalne, a kondycję jeszcze gorszą. Chcą nie chcą, po roku zrezygnowałam z wykluczania mięsa z posiłków. Mając jednak w pamięci dobre samopoczucie z początków tamtego okresu, postanowiłam zrobić powtórkę. Tym razem jednak racjonalną.

Moja obecna dieta, uwolniona od produktów i potraw mięsnych (jem ryby i nabiał) jest zdecydowanie zdrowsza. Bogata w warzywa, owoce a przede wszystkim kasze i produkty sojowe jest w pełni racjonalna. Skąd to wiem? Sprawdzam. Nie chodzi bynajmniej o przygotowywanie poszczególnych posłów z wagą i tabelą kalorii i wartości odżywczych w ręce. Na to nie mam czasu. No, czasem coś zważę – bo moja waga w oku często szwankuję; zdecydowanie bardzie miarodajne są dla mnie określenia: łyżka, łyżeczka, szklanka, plaster. Na szczęście jest coś, co pomaga mi w racjonalnym odżywianiu, nie pochłaniając mojego czasu i energii. I co ważne – jest zawsze pod ręka czyli w telefonie. To aplikacja Fitatu. Dostępna zarówno na Androida jaki i iOS. Określana jest jako najszybszy licznik kalorii i jest to prawda. Dla mnie jednak największą jej zaletą jest licznik wartości odżywczych. Jak to działa w praktyce? Czytaj dalej

Zjedz i wypij

Dietetycznie

2 sierpnia 2016

Przerwa w pisaniu nie oznacza przerwy w życiu. Cały czas jestem (jeśli nie tutaj, to tu i tu) i wprowadzam w swoje życie zmiany. Ta przerwa była trochę zamierzona. Aby móc napisać o moich najnowszych doświadczeniach, musiałam ich zwyczajnie doświadczyć. A teraz jestem i piszę – jak w tytule – dietetycznie.Nie wiem, czy mi uwierzycie ale nigdy w życiu nie byłam na diecie. Z prostej przyczyny – kocham jedzenie i nie potrafię go sobie odmówić. Jedyna rzecz, którą wyeliminowałam ze swojego jadłospisu jest mięso ale ono mi zwyczajnie nie smakuje. Uwielbiam jedzenie, szczególnie wszelkiej maści makarony, pizze. Ubóstwiam kuchnię azjatycką. Zajadam się wszelkimi zapiekankami. Dieta nie ma u mnie żadnych szans. Jestem tego świadoma, dlatego też nie eksperymentowałam nigdy z żadnym Dukanem, dr Dąbrąwską czy innymi rodem z Kopenhagi. Mam jednak świadomość, że sama aktywność fizyczna nie wystarczy. Pewne ograniczenia są jednak niezbędne. A jeśli nie można sobie niczego odżałować?.. Pozostaje jeść wszystko ale w mniejszych ilościach. I to jest właśnie moja dieta. Bo ja naprawdę jem wszystko na co mam ochotę. Przyznam się może od razu, że jestem w tej wygodnej sytuacji, że nie miewam ochoty na kawę z mlekiem czy śmietanką, ptysia czy Coca-Colę. Ale zdarza mi się batonik czy lody. A gdy już się zdarzy, to zjadam. Nie całego batonika, tylko połowę albo 1/3. Nie miskę lodów ale dwie łyżki. Zapytacie – i to wystarcza. Nie, nie wystarcza. Poza ilością, a raczej wielkością zjadanych porcji ograniczyłam też „czas spożycia”. I nie chodzi tu o to magiczne „niejedzenie po 18.00” czy „śniadanie nie później niż godzina po przebudzeniu”, bo śniadanie akurat zjadam niemal cztery godziny od pobudki. Staram się natomiast nie przeciążać żołądka. Skora ja potrzebuję ośmiu godzin na regenerację i odpoczynek przy mało intensywnym trybie życia, to ile potrzebuje mój żołądek zawalany codziennie kilogramami jedzenie? Zdecydowanie więcej. I to więcej mu daję. Planując dzień i posiłki robię to tak, aby między kolacją jednego dnia, a śniadaniem kolejnego minęło co najmniej 12-13 godzin. Czytaj dalej