Przeglądasz kategorie

Zdrowo

Dla ciała Zdrowo

Grubas biega

27 kwietnia 2018

W ramach wstępu scenka rodzajowa, którą przerobiłam dzisiaj w czasie porannego biegania. Otóż… Biegnę sobie, wyciskam siódme poty na ostatnim kilometrze w okolicy przedszkola i z daleka widzę mamę prowadzącą dziewczynkę. Przebiegłam obok i po paru metrach słyszę:

 – Mamo, kto to?

 – Pani.

 – Mamo, a co ona robi?

 – Biega

 – Mamo, a dlaczego?

 – Bo musi

 – A dlaczego?

 – Bo jest gruba

Tak, to było o mnie. Nie, nie przyśpieszyłam – wręcz się zatrzymałam i przejrzałam w kałuży. I zobaczyłam kobietę średniego wzrostu (163 cm), przeciętnej budowy (jedna celulozowa oponka na brzuchu) i przeciętej wagi (tą się chwalić nie będę). A mimo to jestem gruba?…

Buty biegowe i ślimak

Nie powiem, żeby ta sytuacja mnie nie ruszyła, bo ruszyła i to bardzo i na wiele kierunków. Bo:

  •  już od jakiegoś czasu rzuca mi się w oczy i uszy opinia, że bieganie to metoda na utratę wagi. Oczywiście. Jak najbardziej. W końcu bieganie to sport, a poza dobrymi nawykami żywieniowymi, uprawianie sportu to  najprostsza droga z utraty wagi i obwodów. Ale czy to znaczy, że wszyscy biegają tylko z tego powodu? A co z tymi, którzy biegają, bo lubią? Taki maratończyk, to raczej waga piórkowa niż superciężka. A ci biegający, by utrzymać kondycję, wchodzić na 4 piętro bez zadyszki i zrobić „dobrze” organizmowi? Przecież tacy też są. Przyznam, sama na początku biegałam licząc na spadek wagi ale już mi przeszło. Wiem, że dla zmiany cyfry lepsza będzie zbilansowana dieta, a bieganie to dla mnie przyjemność. I ta satysfakcja, z pokonanych kilometrów, a przede wszystkim endorfiny i super energia na cały dzień.
  • wiem, jak wyglądam i to, co usłyszałam w żaden sposób mnie nie uraziło, raczej mocno zdziwiło; docelowo – oburzyło. Ale gdy by na moim miejscu była osoba o słabszej psychice, większych wymiarach, która w końcu odważyła się i zaczęła biegać? A w tym bieganiu widziała jedyny sposób na utratę wagi. I teraz słyszy, że biega bo musi, bo jest gruba. Miłe, co?
  • czy takie wartości powinno się przekazywać dzieciom? Już widzę te uśmiechy czytelników, znających moje podejście do nieletnich 😉 Mniejsza o to. Czy nie lepiej byłoby wyjaśnić tej dziewczynce, że ludzie biegają to lubią, bo to zdrowe, bo pomaga? Nie komentować czyjegoś wyglądu, w dodatku negatywnie? (Swoją drogą, ciekawe co powiedziałaby ta kobieta, gdyby moja waga i wymiary pozostawiały naprawdę wiele do życzenia).
  • może dziwnie to zabrzmi ale mimo wszystko zmotywowała mnie – nie tylko do dalszego biegania ale też do zastanowienia się, jak bieganie jest postrzegane

A jak u Was Grubasy? Po co, dlaczego biegacie? Dla kilogramów, kondycji, wyników? A może dla endorfin? Pochwalcie się. I koniecznie napiszcie, czy też mieliście jakieś „wizerunkowe” wpadki w trakcie treningów.

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

Zielona kuchnia niemiecka

20 marca 2018

Przeczytałam ostatnio ciekawy artykuł w niemieckim „Focus” – link tutaj. Autorka skupiła się w nim na weganizmie i wegetarianizmie. W ogóle sam artykuł ma intrygujący tytuł: „Weganizm, tylko moda czy coś więcej?” Poza oczywistymi tezami, które zna każdy, kto nie je mięsa, możemy zapoznać się z danymi statystycznymi, które dla zwolenników diety bezmięsnej są budujące. Postanowiłam podzielić się z Wami tą wiedzą, a przy okazji zajrzeć do niemieckiej kuchni.  Zacznijmy od artykułu i danych.

Osiem milionów Niemców uważa się za wegetarian twierdząc, że nie jedzą mięsa i kiełbas (wiem, że może zabrzmieć to śmiesznie ale autorka wyraźnie zaznacza ten podział). Nieco ponad milion mówi, że są weganami. Rygorystycznie przestrzegają zasad żywienia, rezygnując nie tylko z podstawowych, wszystkim znanych produktów odzwierzęcych ale też z produktów zawierających np. kwas karminowych czy wosk pszczeli. O skórzanej czy wełnianej odzieży nie wspominając.

To, że autorka sugeruje uznanie weganizmu za modę, może wynikać ze statystyk, wg których zarówno weganizm jak i wegetarianizm to zjawisko typowe dla pokolenia millenialsów. Statystyczny niemiecki weganin/wegetarianin to wykształcona kobieta (81%) w wieku 20-39 lat. Pytanie, na ile to pokolenie rzeczywiście chce być modne  i „inne”, a na ile jest po prostu świadome efektów diety opartej na produktach odzwierzęcych.

Liczba Niemców rezygnujących ze spożywania mięsa i jego przetworów systematycznie rośnie – od 2010 roku wzrosła o 15%. A że popyt napędza podaż, przybywa też restauracji typowo wegańskich i wegetariańskich. W samym Berlinie miejsc serwujących typowo wegańskie jedzenie jest 64. Coraz częściej też, w „normalnych” restauracjach, oferta dań bezmięsnych jest bogata i można dostać coś więcej niż sałatki czy makaron z pesto.

Jeśli chodzi o motywację – myślę, że jest podobnie jak w innych krajach. W zdecydowanej większości przemawiają względy moralne i etyczne. Tylko 8% respondentów przyznało, że zmiana diety podyktowana była względami zdrowotnymi.

A jak dieta wegańska czy wegetariańska ma się do tradycyjnej kuchni niemieckiej? No cóż..można powiedzieć, że jest sporym od niej odstępstwem. Mięsa i przetworów mięsnych jest w kuchni niemieckiej bardzo dużo. Stanowi ono podstawę niemal każdego posiłku. Na śniadanie podawane są po za jajkami w różnorakiej formie, półmiski z wędlinami i pasztetami. Do tego często sałatka z mięsem oczywiście. Obiad to też często pieczeń, sznycel, stek czy chociażby sos na bazie mięsa. Kolacja najczęściej przypomina zestawienie śniadaniowe, tyle że bez jajek.

Ta ilość mięsa w niemieckiej jest rzeczywiście duża ale trzeba pamiętać, że Niemcy nie jedzą samych wędlin i kotletów. Na talerzu zawsze jest miejsce na warzywa. Nawet jeśli „warzywo” sprowadza się do smażonych ziemniaków. A że te bardziej szkodzą niż pomagają. No cóż… Dla mnie samej zagadką jest, jak przy takim sposobie żywienia pozostają mimo wszystko sprawni i stosunkowo zdrowi do później starości. Ten temat musze jeszcze rozgryźć i na pewno o nim napiszę.

A jak u Was z mięskiem na talerzu? Preferujecie dietę warzywną czy raczej zbilansowaną i różnorodną jeśli chodzi o pochodzenie. A może mieliści okazję osobiście testować kuchnię niemiecką? Chętnie poznam Wasze opinie i doświadczenia w tym zakresie.

Dla ciała

Do zobaczenia w Berlinie. Muzeum Żydowskie

17 marca 2018

Dzisiaj pozostaniemy w klimacie poniedziałkowego wpisu. Przeniesiemy się tylko z Polski do Berlina i odwiedzimy Muzeum Żydowskie w tym mieście. Od razu zaznaczam, że mogę być stronnicza w ocenie ale uwielbiam to miejsce. Byłam tam już wiele razy, ale z każdą wizytą zachwyca mnie tak samo. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba i zechcecie je odwiedzić.

Zaskakująca jest już sama historia placówki. Pierwsze berlińskie muzeum żydowskie powstało w 1933 roku i zostało otwarte na tydzień przed dojściem Hitlera do władzy. Należy pamiętać, że przed drugą wojną światową, Żydzi stanowili duży procent  mieszkańców Berlina, była to głównie inteligencja. Oczywiście po dojściu nazistów do władzy muzeum zostało zamknięte, a jego zbiory zniszczone i splądrowane. Ponownie zostało otwarte w 1978 roku, a w obecnej formie możemy je odwiedzać od stycznia 1999 roku. Już sama siedziba placówki to dzieło sztuki samo w sobie. Zaprojektował go sam Daniel Liebskind nawiązując do kształtu nieregularnej, spłaszczonej gwiazdy. Jest to oczywiście nawiązanie do symboliki judaizmu. Tych symboli jest z resztą wiele w samej bryle budynku i jego planie. Najbardziej chyba daje do myślenia jedna z pustych przestrzeni zajmowanych przez instalację Menasze Kadiszmana – to kawałki metalu w kształcie ludzkich twarzy wykrzywionych w krzyku, po których trzeba przejść na kolejne ekspozycje. Naprawdę daje do myślenia.

Na poszczególnych piętrach budynku zaprezentowano całą historię judaizmu, ze szczególnym uwzględnieniem historii żydów berlińskich. Możemy zobaczyć eksponaty związane z praktykami religijnymi, takie jak świeczniku chanukowe czy menory, liczne święte księgi czy modlitewniki. Dużą część ekspozycji poświęcono życiu codziennemu i publicznemu. Przechodząc przez kolejne sale możemy zobaczyć jak wyglądało przygotowywanie posiłków (naczynie podzielone zgodnie z zasadami koszerności), jak spędzano czas wolny czy świętowano kolejne ważne etapy życia – akcesoria związane z zawieraniem małżeństwa, obrzezaniem czy Bar Micwą.

Osobną część poświęcono na zaprezentowanie żydowskich korzeni czyli wszystkiego co związane z religią i Ziemią Obiecaną od czasów króla Dawida. Zapoznanie się z tą ekspozycją pozwala dostrzec z jak starą i bogatą w tradycje religią mamy do czynienia.

Oczywiście są też eksponaty z czasów nowożytnych. Wśród tych nie mogło zabraknąć rzeczy związanych z prześladowaniami i Holocaustem. Listy więźniów obozów koncentracyjnych, plakaty nawołujące od bojkotu żydowskich sklepów, bele materiału z nadrukiem gwiazd Dawida, które Żydzi mieli obowiązek nosić. Wszystko to, tuż obok ekspozycji przedstawiającej życie wyznawców religii mojżeszowej przez 1930, tworzy obraz przejmującej historii.

Pisząc o kolejnych eksponatach mam na myśli nie tylko konkretne przedmioty ale też instalacje, multimedia czy nagrania audio-video, których w muzeum zgromadzono bardzo dużo. Pozwala to lepiej zapoznać się z historią narodu wybranego, a jednocześnie sprawia, że zwiedzanie nie jest nużące. A o nudę w muzeach łatwo. W przypadku tego, twórcom udało się zainteresować wszystkich. Przyjemnie było obserwować grupy nastolatków ze skupieniem i zainteresowanie wsłuchujące się w opowiadania przewodnika.

Poza części dydaktyczną, na terenie budynku  mieści się sklep, w którym można kupić niemal wszystko, co związane z historią i obrzędowością. A w bistro położonym przy przeszklonym patio, zjeść ciepły obiad czy ciastko do kawy.

Muzeum czynne jest codziennie, od 10:00 do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 8€ normalny i 3€ ulgowy.

Dla ciała Zjedz i wypij

Jak chorować – krótka instrukcja obsługi

5 lutego 2018

Tekst w zasadzie powinien nosić tytuł „Jak chorować z głową” albo nawet „Jak nie zarażać”. Zostaniemy jednak przy pierwotnej wersji. Do napisania tekstu skłoniła mnie oczywiście aktualna sytuacja, również na własnym podwórku. Grypa rozpanoszyła się na dobre, wszyscy przeziębieni, kichają, smarkają i roznoszą bakterie. Marne szans, by ustrzec się przed chorobą, skoro sami chorzy tak ochoczo się swoim stanem dzielą. Przejdźmy jednak do sedna – jak chorować?

Przede wszystkim egoistycznie. W zaciszu własnych czterech ścian, z książką, w łóżku, regularnie wietrzonej sypialni. Mam świadomość, że nie da się (może niektórzy nie chcą) chorować w samotności. Wszak są współlokatorzy, rodzina itp. Ale w miarę możliwości warto ograniczyć kontakt do minimum, a co za tym idzie – zachować bakterie i wirusy dla siebie. Jaki sens ma przekazywanie ich dalej? No?.. Już samo pytanie brzmi głupio. Chociaż…czasem robimy to „nieświadomie”. Mam na myśli osoby, które chore, świadome swego stanu, często po wizycie u lekarza, zaopatrzone w odpowiednie leki i sugestie, twardo idą do pracy, w przekonaniu, że w ten sposób zbawią świat (czytaj: „Nikt mnie nie zastąpi/Mam zobowiązania/Wszystko się posypie beze mnie”). I tak sobie jadą do pracy. Kichają w autobusie, w windzie, przy biurku. Padają ze zmęczenia usiłując pracować przy wydajności bliskiej zeru. Przy okazji zarażają wszystkich dookoła i poczuciem spełnionego obowiązku wracają do domu w stanie gorszym, niż z niego wyszli. Następnego dnia organizm już się buntuje. Do pracy iść nie można. Ale nie jest to już egoizm – wszak do pracy nie idą też koledzy z biurka obok, dzień wcześniej obdarzeni mocną dawką wirusa. Brawo!

Jak jeszcze należy chorować? Przede wszystkim odpowiedzialnie. Jeśli już „stało się” i katar dociska głowę do poduszki, a przez gardło nie przechodzi nawet kostka czekolady, warto poddać się lekarskim zaleceniom. Wykupić leki, zażywać je wg wskazań. Tutaj moim ulubieńcem jest czarodziej „antybiotyk”. Uwielbiam. Szczególnie nasze rodzimą wiarę w jego skuteczność jako specyfiku na wszystko, zawsze i wszędzie. Przede wszystkim – antybiotyk musi być. Nie ważne, że nie jest konieczny. Że dobrze byłoby zrobić badanie, czy aby jest niezbędny i czy właśnie ten. Antybiotyk musi być. Bo co to za lekarz, co antybiotyku nie wypisał? Bez sensu. No cóż…nie wspomnę, że bardziej bez sensu jest przyjmowanie antybiotyku przepisanego przez lekarza ale tak „nie do końca”. No bo w sumie już mi lepiej, już się dobrze czuję, a co się będę truć, skoro już mi przechodzi. I tak sobie przerywamy przyjmowanie specyfiku (często wymuszonego na lekarzu), nie zdając sobie sprawy, jak bardzo sobie szkodzimy. Nie jestem lekarzem nauk medycznych ale..jeśli ktoś biegły w temacie, zaleca przykładowo „2x dziennie przez 8 dni”. To chyba oznacza, że właśnie tak należy stosować aby przyniosło efekt. To tak drobna sugestia…POza tym – to trochę marnotrastwo; no bo co zrobisz z połową blistra? Zostawisz sobie na następny raz? Weźmiesz, gdy przeziębienie wróci za parę dni?…

Chorować można też naturalnie. Chociaż tutaj raczej pokusiłabym się o „naturalne zapobieganie”. Co mam na myśli? Wraz z nadejściem sezonu grypowego, warto wzbogacić dietę w produkty naturalnego pochodzenia, które wzmocnią naszą odporność. Tak, przede wszystkim dużo witaminy C. Pamietajmy jednak, że plasterek cytryny wrzucony do gorącej herbaty nie pomoże. Jeśli już chcemy suplementować się cytrusami, nie kaleczmy ich wrzątkiem. Sok z cytryny lepiej sprawdzi się w połączeniu z letnią wodą i miodem. Nie zapominajmy też, że popularną cytrynę, jeśli chodzi o zawartość witaminy C, biją na głowę inne rośliny. Przykładowo, nasza lokalna dzika róża ma tego składnika 15 razy więcej. podobnie sytuacja wygląda z czerwoną papryką. Ta nie dość, że bogatsza w witaminę C, to jeszcze podana na ciepło, rozgrzewa. Co jeszcze? Kiwi, czarna porzeczka, natka pietruszki, brokuł, brukselka czy szpinak. Nie należy też zapominać o kiszonkach. Poczciwa biała kapusta z beczki to żródło witamin i odporności. A dla otwartych na nietypowe smaki – kurkuma. Najlepiej w postaci złotego mleka – jak to polecane przez Agnieszkę Maciąg. Tutaj sama zaświadczę – pasta z kurkumy działa!

A jeśli już mimo wszystko „wyglądamy niewyraźnie”, warto sięgnąć po metody z apteczki babci. Czosnek, imbir, cebula, burak, czarny bez, malina, młode pędy sosny. Wszystko to było kiedyś dla naszych babć i mam podstawą do syropów i: leczniczych mikstur, które szybko stawiały na nogi.

Mam nadzieję, że jesteście zdrowi, choroba Was się nie ima i  nie będziecie zmuszeni korzystać z sugestii i porad zawartych w poście. Gdyby jednak, pamiętajcie – chorować trzeba „z głową”

Obyczajowe Zdrowo Zjedz i wypij

Na wolno czyli test wyciskarki wolnoobrotowej

29 stycznia 2018

Domyślam się, że dla większości to żadna nowość. Niemal cała blogosfera już to urządzenie poznała, przetestowała i oceniła. Teoretycznie nie ma sensu wyważać otwartych drzwi i rozpisywać się na ten temat po raz kolejny. Pokuszę się jednak o mój prywatny osąd.

Zacznijmy może od tego, że nigdy nie miałam żadnej wyciskarki soków. Nawet tego zwykłego grzybka do cytrusów. To urządzenie zwyczajnie nie było mi potrzebne. I pewnie nadal bym o nim nie myślała, gdyby nie zmiany żywieniowe, które od pewnego czasu wprowadzam do swojego CV. O ograniczeniu (a raczej wykluczeniu) mięsa już pisałam. Wiąże się ono w logiczny sposób z większym spożyciem owoców i warzyw. Jedzenie „zieleniny” nigdy nie było dla mnie problemem. Zawsze dokładałam coś liściastego czy korzennego do każdego posiłku. Nie ukrywam też, że dieta roślinna zdecydowanie mi służy. Warzywa w sałatkach, na kanapkach, w surówkach, zapiekane, duszone, zbledowane na zupę-krem czy zmiksowane na smoothie. Widzicie czego w tym wszystkim brakuje? Soków. Warzywa można jeść ale można je też pić. Wydawałoby się, że to takie proste – przecież sklepowe półki uginają się od najróżniejszych soków warzywnych. Kupujesz i pijesz. Do wyboru do koloru – marchewkowe, pomidorowe, mieszane. Cała paleta smaków. Na początku kupowałam. Ale z czasem zaczęłam być wybredna. Dokładniej studiowałam etykiety. Analizowałam składy, porównywałam smaki. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że ideału w sklepie nie znajdę. Mogę go jednak sama zrobić. Wystarczy tylko wyciskarka.

Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zakupem tego urządzenia. Moja mama miała takowe, jeszcze w głębokich latach osiemdziesiątych. Zielono-białe pudełko głośno buczało, a jego mycie trwało dłużej niż używanie. Zaczęłam research w Internecie. Już po pierwszych poszukiwaniach okazało się, że zwykła wyciskarka (sokowirówka) jest już passe. Teraz korzysta się z wyciskarek wolnoobrotowych, które dają najzdrowsze soki, radzą sobie z każdym warzywem, owocem, a dodatkowo robią lody (ok – sorbety). Są cichutkie, ich obsługa jest banalnie prosta, a mycie – szybkie i nieskomplikowane. Wszystkie te opinie niemal mnie przekonały. Pozostała tylko kwestia ceny, która delikatnie mówić – powaliła mnie na kolana. Jeśli chciałam mieć urządzenie niezawodne i sprawdzone, które będzie mi służyć przez lata, powinnam się przygotować na wydatek co najmniej 1000 PLN (nawet jeśli nie będzie robić lodów i tak ciężko o coś dobrego za mniejsze pieniądze). Przyznam, że ta informacja mocno ostudziła moje zapędy. Argument finansowy jest zawsze mocny.

Od momentu, kiedy zaczęłam zastanawiać się nad zakupem wyciskarki wolnoobrotowej, z tyłu głowy miałam też inny argument – kolejny zakup to kolejna rzecz zajmująca przestrzeń. Czy bez tego naprawdę nie da się żyć?… Pewnie się da, skoro tyle lat żyłam. Ale z drugiej strony – może to życie z wyciskarką będzie lepsze/zdrowsze/wygodniejsze? Może żyłam w błogiej nieświadomości? Jak się o tym przekonać?

Z pomocą przyszło samo życie w postaci znajomej, z którą podzieliłam się problemem. Okazało się, że sama posiada, owszem już od kilku lat. I zupełnie nie korzysta. I chętnie pożyczy. Czego można chcieć więcej?

I tak zaczęłam testować urządzenie marki Hurom, produkt z wyższej półki – również cenowej (robi lody :)). Na wyposażeniu dwa sitka – drobniejsze i grubsze, pojemnik na sok i na odpady. Proste w obsłudze i szybkie w czyszczeniu.

Testy dobiegły końca. Poniżej moje wnioski:

  • soki pierwsza klasa – jestem pod wrażeniem jak mało zostało z twardej marchewki, a jak dużo soku wyciskarka z niej wydusiła
  • urządzenie radzi sobie z każdym warzywem/owocem – piliście kiedyś sok z łodyg brokułu?…
  • przy użyciu grubszego sitka wychodzą pyszne musy.. i lody czyli sorbety
  • pomimo, że urządzenie przeszło testy pozytywnie – nie kupię wyciskarki wolnoobrotowej

Dlaczego?

  • zwyczajnie nie odczuwam różnicy w smaku między sokiem pozyskanym za pomogą tego urządzenia, a efektem pracy mojego poczciwego blendera do smoothie (kiedyś o nim też napiszę), poza „strukturą” rzecz jasna
  • tak, wiem – ważne są te wolne obroty, nagrzewanie się metalowych części, ginące tragiczną śmiercią witaminy i wartości odżywcze ale nie przekonacie mnie, że bardziej skorzystam z samego soku nawet odpowiednio pozyskanego,  niż całego warzywa (blender do smoothie nie zostawia resztek)
  • szkoda mi przestrzeni życiowej na obrastania w kolejne gadżety, bo tak niestety musze wyciskarkę nazwać, tym bardziej, że mając na uwadze „rozwój technologii kuchennych” już niebawem wyciskarkę wolnoobrotową zastąpi coś wolniejszego/lepszego/zdrowszego
  • moje życie nie uległo drastycznym zmianom od momentu rozpoczęcia testów, nie sądzę aby coś się zmieniło w momencie zakupu wyciskarki (poza zasobem portfela rzecz jasna)

Podsumowując – będę żyła zdrowo bez wyciskarki. Niemniej jednak, osobom zdecydowanym na zakup tego typu  urządzenia i zastanawiającym się nad wyborem konkretnego modelu, z czystym sumieniem polecam firmę Hurom, model HH Series Type L.

A jak u Was? Wyciskacie wolno czy normalnie? A może w ogóle nie wyciskacie? Chętnie posłucham.

 

Ps. Firma Hurom nie partycypowała w tworzeniu postu 🙂 Niemniej jednak podlinkowałam ich stronę i skorzystałam ze zdjeć na niej się znajdujących, ponieważ uważam że to godny polecenia produkt.

Dla ciała Zdrowo Życiowo

Starość

12 października 2017

Wiem, że ten tytuł nie brzmi zbyt optymistycznie. Szczególnie, gdy za oknem szaro, buro, depresyjnie, a człowiek chce tylko herbaty, koca i książki. Niestety Moi Drodzy – jesień życia to coś, co każdego z nas czeka. I wbrew pozorom nie jest to rzeczywistość odległa jak Star Trek czy Gwiezdne Wojny, tylko ta bardziej policzalna. Za 30, 40 czy 50 lat większość z Was/Nas będzie już ze sztuczną szczęką, balkonikiem czy protezami stawów biodrowych. Oczywiście nikomu tego nie życzę ale…co zrobić, żeby nie było tak źle? Zacząć już teraz. Przynajmniej tak sugerują mi moi rozmówcy, a że starych ludzi należy słuchać, bo przemawia za nimi doświadczenie lat….

Z racji pracy często spotykam się ze starczymi ludźmi. Tutaj ukrócę domysły i zaspokoję ciekawość – nie pracuję w niemieckim domu starców ale w Recepcji hotelu, gdzie często nocują grupy niemieckich emerytów spędzających czas wolny na podróżach. Średnio raz w miesiącu przed hotel podjeżdża autokar, z którego wysypuje się grupa 20-30 starszych osób. Co to znaczy starszych? W większości 70-80 letnich. Wiem to z rozmów z nim, bynajmniej nie z wyglądu czy obserwacji. Bo czy  ta uśmiechnięta kobieta, z delikatnym makijażem, w stylówce, którą określiłabym jako sportowa elegancja popijająca drinka w hotelowym barze może mieć 80 lat? Niemożliwe… A ma. Nawet ciut więcej. Podobnie jak jej towarzysz, ten ubrany na sportowo (ale elegancko), podpierający się laską ale bardziej dla komfortu niż realnej potrzeby. Oczywiście też uśmiechnięty.

Po bliższym poznaniu okazuje się, że większość grupy to znajomi podróżujący od lat we własnym gronie. Niemal równolatkowie lubiący spędzać aktywnie czas. Zazwyczaj pozostają w hotelu przez 5-6 dni. I nie jest to leżakowanie. Każdego dnia, tuż po wczesnym śniadaniu wsiadają w autokar i zwiedzają okolicę. Wydeptują turystyczne trasy po Berlinie czy Poczdamie, pływają po Spreewie czy z rowerami albo kijami do nordic walking poznając okoliczne lasy. Wracają dopiero na kolację, po której mają jeszcze siłę na drinka w barze czy towarzyskiego pokera. I tak przez kilka dni.

Zdarza się, że zostają tylko na jedną noc, bo hotel to tylko jeden z wielu przystanków w trakcie trzytygodniowej wycieczki objazdowej, której napięty harmonogram przeraziłaby niejednego trzydziestolatka. A oni dają radę. Skąd mają na to siły? Gdy kiedyś zadała to pytanie, usłyszałam: „Z młodości”. Bo jak się okazuje, ta emerycka aktywność nie pojawiła się od tak, wraz z zakończeniem życia zawodowego. Ona była zawsze. Zawsze było zdrowe odżywianie. Zawsze była poranna gimnastyka. W miarę możliwości samochód zmieniany na rower, a wieczory przed telewizorem na wędrówki z kijami. Były weekendy na działce i praca fizyczna na tejże. I tak przez całe lata (a nawet dziesięciolecia). Normą są, ze względu na większą ilość czasu, zajęcia z jogi, pilatesu czy aqua-aerobic.  Uwierzycie, że jedna z Pań na moich oczach zrobiła szpagat?!?!? I nie był on przypadkowy.

Patrzę na tych ludzi i niesamowicie im zazdroszczę. Chciałabym tak jak oni za 30 czy 40 lat być w pełni sprawna, aktywna i niezależna od pomocy innych. Mam nadzieję, że mi się uda. Że dzisiejsza aktywność i zdrowy tryb życia zaowocują w przyszłości. Dzięki moim „niemieckim emerytom” wiem, że to co robie dla siebie teraz ma sens, a będzie miało jeszcze większy w przyszłości.

A jak jest u Was? Po co ćwiczycie, zdrowo się odżywiacie i biegacie na jogę? Dla „bikini”, mniejszych cyfr na wadze? A może dla aktywnej starości?

Dla ciała Zdrowo

Kiedy rozum śpi

21 września 2017

Dzisiaj będzie o oszukiwaniu samego siebie. A dokładnie swojego umysłu. I nie będą to grafiki ze złudzeniami optycznymi, to będzie prawdziwe oszustwo. Praktykuję je niemal codziennie, można tym samym uznać, że mam już wprawę i mogę doradzać. Zatem – doradzam.

 

Jak już wspomniałam, oszukuję niemal codziennie. Staram się robić to szczęść razy w tygodniu i tylko z rana. Latem, które już niestety odeszło w zapomnienie, oszukiwałam w okolicach godziny szóstej. Teraz, gdy o szóstej jest jeszcze ciemno – mam godzinny poślizg. Kogo oszukuję? Chyba samą siebie. A tak naprawdę śpiący jeszcze o tej porze mózg/umysł/zdrowy rozsądek. Gdy tylko zadzwoni budzik – to rejestruję bezbłędnie – zwlekam się z łóżka i spływam po schodach do łazienki. Tam szybkie siku, zęby, buzia i znów po schodach w górę, do garderoby. Po omacku niemal wkładam ciuchy sportowe (do biegania albo do jazdy na rolkach). Znów spływam po schodach na dół. W stanie niepełnej świadomości robię dziesięć powitań słońca, szklanka wody, wkładam buty i wychodzę. Jeśli to jest TEN DZIEŃ (czyli poniedziałek, środa lub piątek), spływam po kolejnych schodach na podwórko i zaczynam truchtać. Przez furtkę, na ulicę. Mijam po drodze kolejne punkty orientacyjne ale – bij, zabij – zupełnie nie kojarzę jakie. Pierwszy, który rozpoznaję to stacja benzynowa, a Endomondo mówi wtedy, że to drugi kilometr. Czyli daleko od domu. Biegnę dalej, obok szyldu z informacją, że to teren lotniska i dalej
na własne ryzyko. Jakoś nie do końca to rozumiem, biegnę. I nagle znak – koniec ścieżki rowerowej. Ten już kojarzę, rozpoznaję i rozumiem. Co to oznacza? Że już się obudziłam i mój mózg/umysł/zdrowy rozsądek wiedzą, co się dzieje.
Że wbrew logice i porządkowi świata zaczęłam dzień bardzo wcześnie i bardzo aktywnie. Ale na tym etapie nie ma już odwrotu. Czasu cofnąć się nie da. Można tylko wrócić. Przy znaku następuje zwrot i kolejne 5 km pokonuję już w pełni świadomie. Ba, z uśmiechem na twarzy. Jest dobrze.

Tak to wygląda w TE DNI. A co w pozostałe? W pozostałe czyli TAMTE DNI (wtorek, czwartek i sobotę) jest bardzo podobnie. Z tą różnicą, że zakładam inne spodnie i pierwszy odcinek, do ścieżki rowerowej pokonuję samochodem.
Na parkingu zmieniam buty na rolki i jadę te 10 km, z których pierwsze 5 jest lekko chwiejne.

 

I tak wygląda to moje poranne oszustwo, dzięki którem w ogóle się ruszam. Dla wielu moich znajomych, ten moje rytuały t
o sadomasochizm. Zgadza się, przyjemnie nie jest. Ale wiem, że jeżeli nie oszukam się zaraz z rana po przebudzeniu, to do końca dnia już na pewno tego nie zrobię. Nie ma szans, żebym po wybudzeniu i złapaniu kontaktu z rzeczywistością wypociła przez godzinę litry potu w biegu czy pędzie. O, nie – to nie przejdzie. Ale tak nieświadomie….dlaczego nie. I tak to się toczy już trzeci miesiąc to moje łgarstwo. Z korzyścią dla figury, wymiarów, wagi, kondycji i samopoczucia. A także dla kalendarza. Bo wiecie ile rzeczy można w ciągu dnia zrobić, jeśli zacznie się go od siódmej, a nie dziewiątej rano?…

 

A Wy? Też oszukujecie, czy może jesteście tymi super-jednostkami, które obchodzą się bez tego rodzaju ściemy? Pochwalicie się , jak to u Was jest.

Bez kategorii Dla ciała Książkowo Zdrowo

Jarzynowo

21 sierpnia 2017

Dzisiaj będzie książkowo i zdrowo. Jestem świeżo po lekturze „Food Pharmacy”. Przymierzałam się do tej książki już od pewnego czasu ale zawsze coś stawało na drodze. Przyznam też, że przy dzisiejszym wysypie poradników na temat zdrowego żywienia, miałam pewne obiekcje, czy aby to nie będzie znów to samo tylko w innej okładce. Ostatecznie zdecydowałam się na lekturę w wersji elektronicznej. I nie żałuję.

 

 

Zacznijmy może od tego, że od jakiegoś czasu  – powiedzmy dwóch czy trzech miesięcy – jestem na ciągłym głodzie. Jarzynowym. Pochłaniam warzywa w ilościach hurtowych, najczęściej na surowo w postacie sałatek. Ale są też zupy-kremy, warzywa duszone czy zapiekane. Królują oczywiście pomidory. I tutaj ciekawostka. Jeszcze w ubiegłym roku miałam na pomidory „limit”. Nadmierne ich spożywanie skutkowało uczuleniem (w moim przypadku są to zawsze pękające kąciki ust – tak zwane zajady”. W tym roku stał się cud. Pomidory jem na kilogramy, a uśmiech zupełnie mi się nie powiększa. Ale wróćmy do sedna. Wiem, że warzywa są zdrowe i jeść należy ich jak najwięcej. Nie zamierzałam i nie zamierzam z tym polemizować. Zastanowił mnie jednak fakt, skąd ten głód, połączony z totalnym brakiem apetytu na mięso, pieczywo czy nabiał. Odpowiedzi zaczęłam szukać oczywiście w internecie. I tak trafiłam na „Food Pharmacy”.

Lina i Mia to młode kobiety, które spisały swoje doświadczenia i wiedzę zebraną w trakcie rozmów ze specjalistami w jednym miejscu. Najpierw był to blog, a później książka. Książka, która moim zdaniem jest fantastyczna. Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że – jak zaznaczyłam na początku – przeczytałam ją w wersji elektronicznej ale teraz już wiem, że muszę mieć wydanie papierowe. Zawsze pod ręka. Dla siebie. Bo to skarbnica wiedzy, porad i odpowiedzi. Oczywiście nie znalazłam w książce rozdziału pod tytułem: „Dlaczego czujemy głód warzywny?” W trakcie lektury przestało to mieć znaczenie. Zdecydowanie bardziej zainteresowało mnie to, jaki wpływa na organizm ma to, że pochłaniam je w gigantycznych ilościach. Jak wpływają na mój stan zdrowia, a dokładnie stan jelit, a co za tym idzie układ odpornościowy. A wszystko to podane przystępnym językiem. Poparte masą przykładów. Podbudowane badaniami naukowymi i opiniami specjalistów. W bonusie kilka przepisów. Naturalnie warzywnych.

„Food Pharmacy” to swego rodzaju poradnik, który może pomóc w przejściu na dobrą stronę mocy. Oczywiście, nie jest to lektura, po której  zaczniemy się żywić tylko i wyłącznie sałatą lodową. Nic z tych rzeczy. Niemniej jednak, sprawi, że spojrzymy na kwestie żywieniowe w zupełnie innym świetle, czego sama jestem przykładem – niespełna 12 godzin po przeczytaniu książki stworzyłam (i spożyłam) swoje pierwsze zielone smoothie. Nie będę się tutaj chwalić zdjęciami produktu – przyjaciółka stwierdziła, że wygląda jak resztki trawienne jej synka; po prostu musze jeszcze popracować nad kolorystyką. Ale było pysznie i zdrowo. I to zasługa Liny i Mii. Bo musicie wiedzieć, że do wczoraj uważałam smoothie za fanaberie bloggerek i hipsterskie nowomody.

 

A Wy? Miewacie warzywne głody? Pijecie smoothie? A może jesteście już po lekturze „Food Pharmacy”? Napiszcie, jak u Was z warzywami.

Dla ciała Życiowo

Szczotką, mydłem, rękawicą czyli naturalne metody oczyszczania

5 stycznia 2017

Tak to już z nami kobietami jest, że lubimy robić makijaż, malować się, wcierać w siebie różnorodne mazidła, kremy i żele. Ale nie zawsze pamiętamy, by pozostałości tych specyfików z siebie usunąć. Niejednej z nas zdarzyło się pójść spać z resztkami makijażu. A ile z nas regularnie oczyszcza skórę całego ciała? Jeśli już to robimy, to czy aby na pewno prawidłowo i skutecznie?

Nie będę się rozwodziła nad zasadami prawidłowego demakijażu i oczyszczania twarzy ponieważ nie maluję się prawie w ogóle,a do codziennego oczyszczania twarzy stosuję płyn micelarny i tonik. Uzupełniam to kremem na noc lub na dzień.  O ile w tym zakresie jestem minimalistką, o tyle – jeśli chodzi o skórę ciała – jestem bardzo systematyczna i nie pozwalam sobie na zaniedbania. Od razu tez informuję – nie jestem typem poszukiwacza-odkrywcy, nie sprawdzam na sobie kolejnych nowinek kosmetycznych. Nie robie tego z prostej przyczyny – szkoda mi na to pieniędzy, a przede wszystkim własnego ciała. Nie chcę serwować mu/sobie zastrzyków nieznanych składników chemicznych. Dlatego od kilku lat jestem wierna naturalnym metodom i środkom pielęgnacji. A są to: szczotka z naturalnego włosi, mydło savon noir i rękawica Kessa.

O szczotce z naturalnego włosia, a dokładnie o szczotkowaniu ciała na sucho, dowiedziałam się od znajomej. Mino, z pochodzenia Japonka, odprawiała ten rytuał codziennie rano. Gdy zaintrygowana zapytałam ją co robi, wyjaśniła, że głaszcze ciało. Nie przekonało mnie to, szczególnie, że po tym głaskaniu jej skóra była zaczerwieniona, asam zabieg odbywał się przy użyciu szorstkiej szczotki z włókien agawy, która do najmilszych nie należała. Z wielkim niedowierzaniem ale ciekawa efektów, postanowiłam spróbować. Nagrodą za cierpienie miała być gładka skóra, dobrze ukrwiona i pozbawiona resztek martwego naskórka. Spróbowałam i robię to do dzisiaj. Zabieg powtarzam dwa, trzy razy w tygodniu z użyciem szczotki z naturalnego włosia. Regularne „głaskanie” ciała pozwala utrzymać skórę w dobrej kondycji. Jest gładka, przyjemnie napięta, nie wysusza się i nie łuszczy nawet zimą. Lubie to głaskanie.

Gdy masaż na sucho wszedł mi w nawyk, przyszedł czas na rękawicę Kessa. To „odkrycie”, dla mnie nowe, jest tak naprawdę bardzo stare i wywodzi się z krajów arabskich. Rękawica Kessa była i jest używana do pielęgnacji skóry. Podobnie jak opisana wcześniej szczotka, pozwala pozbyć się martwego naskórka, z tym że „na mokro”. Regularne używanie (w moim przypadku codzienne), poprawia kondycję skóry i zapobiega wrastaniu włosków. Rękawica najlepiej sprawdza się „sama” czyli bez użycia dodatkowych żeli czy peelingów. To idealne rozwiązanie dla osób mających wrażliwą i alergiczną cerę.

Świetnym uzupełnieniem zabiegów wykonywanych rękawicą, jest oczyszczanie mydłem savon noir. Ten rodzaj oczyszczania również nawiązuje do tradycji arabskich. Od lat bardzo popularny, dzisiaj przeżywa renesans. W jego skład wchodzą tylko naturalne składniki: czarne oliwki, olej oliwny i woda. Jedyny obcobrzmiący składnik to wodorotlenek sodu niezbędny do zamydlania. Mydło należy stosować na mokre ciało. Wyjmujemy je z pojemnika dłonią, rozprowadzamy na mokrej skórze i pozostawiamy na kilka minut. Po upływie tego czasu zmiękczoną skórę zaczynamy masować, np. rękawicą Kessa. Pozakończeniu tego masażu, spłukujemy pozostałości. Efekt? Skóra gładka, jedwabista w dotyku, odżywiona i naoliwiona. A to wszystko bez chemii.

Mam nadzieję, że wpis będzie dla Was przydatny i nikogo nie odstraszyłam, a wręcz przeciwnie. A może znacie jeszcze inne rytuały i metody pielęgnacji oparte na naturalnych składnikach. Chętnie się z nimi zapoznam.

Zjedz i wypij Życiowo

Na językach – Vivian Restaurant

30 grudnia 2016

Nie lubię tłumów, zakupów i galerii handlowych. Uwielbiam kino i dobre jedzenie. Czasem, dla tego co lubię, jestem w stanie tolerować to, za czym nie przepadam. Pod warunkiem, że film jest dobry, a jedzenie smaczne, pięknie podane i konsumowane w klimatyczny miejscu. Tak było wczoraj. Nie będę się rozwodzić nad kolejną częścią „Gwiezdnych Wojen” ale opowiem Wam o jedzeniu i fantastycznym miejscu.

Vivian Restaurant na kulinarnej mapie Wrocławia pojawiła się przed rokiem, jednak dla mnie jest odkryciem. Pierwszy raz trafiłam tam właśnie wczoraj. I to zupełnie przypadkiem. Seans kinowy miała poprzedzić kolacja ze znajomymi. Nie planowaliśmy jednak gdzie i co będziemy jeść. Los, a dokładnie tłumy shoppingowców zdecydowały, że trafiliśmy do Vivian.

Zaskoczenie już od progu. Przede wszystkim – nazwa. Dla mnie, miłośnika fotografii – kojarząca się jednoznacznie. Dla niewtajemniczonych – nawiązuje do Vivian Maier, nowojorskiej niani, która w latach 50-tych swój wolny czas poświęcała na fotografowanie amerykańskiej ulicy. I wystrój restauracji delikatnie przenosi nas w czasy niani-fotografki. Jest niemal minimalistycznie, prosto i jasno. Na ścianach fotografie i odnośniki do Maier. W tle delikatna muzyka, jednak na tyle głośna, by skutecznie „odciąć” od zgiełku pasażu handlowego.

Bardzo szybko pojawia się kelnerka z kartą menu. Równie szybko wróciła, pytając o wybór napojów, równocześnie dając czas, na wybór dań. A jest w czym wybierać. Nie mam tutaj na myśli wielkości karty i ilości potraw.  Cała lista dań mieści się na podkładce formatu A3, nie jest przytłaczająca. Jednak różnorodność składników i smaków jest imponująca. Znajdziemy tutaj owoce morza, dziczyznę, wołowinę, wieprzowinę, ryby i drób w wielu odsłonach. Jest tradycyjny filet z kurczaka i kaczki w towarzystwie kluseczek szpinakowych czy sosu wiśniowego. Ryby reprezentuje łosoś w grzybowym risotto i dorsz z ziemniaczanym fondant. Wielbiciele włoskich smaków mogą wybierać między trzema rodzajami pappardelle, a burgerożercy staną przed dylematem – burger wołowy (rozmiar XXL) czy z grillowanym kurczakiem. W karcie znajdziemy również zupy, sałatki i desery, a wszystkie dania bezglutenowe i wegetariańskie, odpowiednio opisano.

Odwiedziłam Vivian w godzinach wieczornych, kiedy obowiązywało już menu złożone z dań obiadowych. Wiem jednak, że restauracja ma menu uzależnione od pory dnia. Od godziny dziewiątej do dwunastej obowiązuje karta śniadaniowa, w której znajdziemy zarówno opcję z pieczywem, jak i jajkiem w roli głównej. Po śniadaniu przychodzi czas na lunch – w skład którego wchodzi zupa dnia oraz danie główne. To, czym będziemy się zajadać danego dnia, zależy od pomysłowości szefa kuchni. A te pomysły…podobno palce lizać.

Uzupełnieniem dań są napoje. Bar Menu w Vivian zadowoli nawet największe marudy. Ja tradycyjnie zadowoliłam się lampką wytrawnego białego wina, a w ramach deseru – świeżo wyciskanym sokiem z grejpfruta (podane w gustownych, szklanych butelkach – bajka!). Moi towarzysze rozsmakowali się w piwie z lokalnego browaru Kormoran. Sądząc po minach – smakowało.

Kończąc te peany i zachwyty chciałabym dodać łyżkę dziegciu – dla równowagi. Niestety, nie mam na co narzekać. Wszystko było idealne. No może tylko krzesełka mogłyby być bardziej wygodne.

A Wy, co polecicie w swoich miastach? Jakich kulinarnych odkryć dokonaliście w ostatnim czasie? Pochwalcie się i zainspirujcie – chętnie poczytam.