Przeglądasz kategorie

Obyczajowe

Bez kategorii Książkowo Obyczajowe poradniki

Z Kindla wzięte czyli ostatnio przeczytałam

8 października 2018

Wszystko, co trafia na mojego Kindl’a i finalnie zostaje przeczytane, skrupulatnie odznaczam i krótko recenzuję tutaj. Nie odczuwam potrzeby powtarzania tego na blogu. Zdarzają się jednak książki, które na tyle przykuły moją uwagę i dały do myślenia, że chcę się z Wami nimi podzielić. I tak w ostatnim czasie były to:

Odżywianie według jogi

Odżywianie według jogi

1) „Odżywianie według jogi. Uzdrawianie relacji z własnym ciałem i jedzeniem” Melissa Grabau

Mój romans z jogą trwa już niemal pięć lat; z większym lub mniejszym natężeniem. Jest to dla mnie rodzaj aktywności fizycznej. Praktyka jogi nigdy nie miała dla mnie wymiaru stricte duchowego – chodziło (i nadal chodzi głównie) o sprawność i elastyczność ciała. Dlatego po „Odżywianie według jogi” sięgnęłam raczej z czystej ciekawości. Spodziewałam się raczej jadłospisów i list produktów zakazanych i dozwolonych. Przed rozpoczęciem lektury pokpiwałam nawet w myślach, że nic nowego pewnie tam nie znajdę, poza znanym mi już wegetarianizmem czy nawoływaniem do odstawienia chemicznego jedzenia. A tu niespodzianka. W całej książce nie ma żadnego zestawienia produktów dobrych czy złych, ani jednego jadłospisu, nikt nie krzyczy, że jedzenie mięsa jest złe. Pozycja traktuje o odżywianiu jako procesie, który sprawia, że nasze życie i ciało wygląda i czuje się tak, jak jest przez nas traktowane. W oparciu o konkretne przypadki (osoby), autorka analizuje problemy żywieniowe współczesnego pierwszego świata, sugerując metody ich rozwiązywania. Bardzo pomocne są też ćwiczenia „duchowe” będące podsumowaniem każdego rozdziału. Wbrew tytułowi – książka nie tylko dla joginów.

2) „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” Natalia Sosin-Krosnowska

Najpierw powstała seria programów „Daleko od miasta” emitowanych na kanale Domo+. Każdy z odcinków poświecony był innej ucieczce mieszczucha na wieś, do idealnego i spokojnego życia. Ciężko jednak w niecałych 30 minutach streścić wszystkie emocje, wątpliwości i przeżycia bohaterów. Dlatego książka napisana przez prowadzącą, to idealne uzupełnienie programu. Wizja i fonia z programu zyskuje duszę. Okazuje się, że wymarzony dom w górach, to nie tylko cisza, spokój i bliskość natury ale i cieknący dach, dwugodzinna wyprawa do sklepu i szara, depresyjna jesień siąpiąca deszczem. Zbiór zwierzeń, z który chyba żadne nie jest tylko pochwalnym peanem na polską wieś, to lektura obowiązkowa dla każdego, kto chociaż raz pomyślał o rzuceniu wszystkiego i hodowaniu owiec w Bieszczadach.

3) „Paryska nieznajoma” Santa Montefiore

Z autorką „poznała” mnie moja nieżyjąca już babcia, podsuwając dawno temu „Spotkamy się pod drzewem ombu”. Od tamtej chwili regularnie wracałam (dzięki babci) do jej książek. Niestety babcia zmarła, a ja jakoś przestałam sięgać po lżejszą, kobiecą literaturę. Aż wpadła mi w ręce „Paryska nieznajoma”. Połknęłam ją w dwa wieczory. Nie jest to lektura wymagająca zastanowienia i analizowania. To zwyczajna ludzka historia ze wzlotami i upadkami, szczęściem i dramatem. Jest oczywiście nieszczęśliwa miłość, intryga i happy end. Bez filozofii, zadumania i niepotrzebnych analiz. Bo czasem trzeba się przenieść do alternatywnej współczesności, gdzie problemy są jakby łatwiejsze i życie prostsze.

A Wy, co ciekawego ostatnio przeczytaliście? Może coś z mojej listy, a może zupełnie innego? Chętnie poznam Wasze opinie i sugestie.

Filozoficznie Obyczajowe Życiowo

Minimalista kolekcjoner

14 maja 2018

Do napisania dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie Kasia z Simplicite, która na swoim Instagramie zamieściła zdjęcie pięknego kubka na czterech nogach. Jednego ze swojej kolekcji. Bo Kasia zbiera, a raczej zbierała, kubki. Tak, wiem, niektórym może wydać się to dziwne, że minimalista może być kolekcjonerem. Wielu może to nawet oburzyć. No cóż… Daleko mi jeszcze do Kasi. Do osób, których majątek ogranicza się do 100, 200 czy 365 przedmiotów – tym bardziej. Ale mogę powiedzieć, że idea minimalizmu jest bliska mojemu sercu. W ostatnich latach pozbyłam się wielu rzeczy, wśród nich takich, które wydawały mi się wcześniej do funkcjonowania niezbędne. Ba, ja – mól książkowy zakochany w zapachu zadrukowanego papieru – przetrzebiłam własną biblioteczkę przechodząc z książki papierowej na elektroniczną. Ubrań też mam zdecydowanie mniej. Mniej butów. Są jednak rzeczy, których nie ubywa, a wręcz przeciwnie – z czasem ich przybędzie. To moje kolekcje. I dzisiaj o nich.

Szklany pojemnik z zegarkami

Pierwsza to zegarki. Od razu zaznaczam, nie ścienne kukułki, nie budziki, nie stojące czasomierze z wahadłem. Uwielbiam zegarki na rękę. Na codzień nie noszę prawie zupełnie biżuterii. Od wielkiego święta zdarza mi się założyć kolczyki. Na szyi jeśli już to motam apaszkę (ale przyznam – marzy mi się wisiorek, o – taki). Za to na lewym nadgarstku zawsze mam zegarek, który służy mi do mierzenia czasu. Domyślam się, że odbiegam od normy czyli większości, która sprawdza godzinę na telefonie ale jakoś mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – nie wyobrażam sobie zerkania na komórkę, by sprawdzić, która jest godzina. Do tego służy mi zegarek. Ale moje czasomierze traktuję też jako ozdobę. Jeśli już się na jakiś decyduję, musi być naprawdę niepowtarzalny. A dzięki temu, że jestem wybredna, moja kolekcja nie powiększa się w zastraszajacym tempie. To nie jest też tak, że podobają mi się tylko te z logo Rolex czy Patek – wręcz przeciwnie – większość to zegarki kupione w sieciówkach. Ich pochodzenie wobec designu nie miało znaczenia. Ale moi ulubieńcy to zegarki autorskiej marki Ewa Saj. Najpiękniejsze cuda na świcie. Niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Każdy z nich opowiada swoją historię. Z resztą sami zobaczcie, czy nie są piękne? Na tych tarczach aż czas płynie wolniej.

Druga moja kolekcja to świeczniki. Delikatnie mówiąc nietypowe, bo żydowskie. Większość w Was z pewnością kojarzy charakterystyczny, siedmioramienny świecznik zwany menorą. To jeden z najbardziej znanych symboli judaizmu. Widnieje między innymi w herbie państwa Izrael ale stanowi też element dekoracyjny umieszczany na ścianach synagog. I taką piękną menorę mam. Kupioną w czasie wakacyjnych wojaży po Mazurach, na lokalnym targu. Patrzyła na mnie spomiędzy starych talerzy i pordzewiałych zawiasów. Zupełnie nieplanowany zakup. Poza nią są jeszcze dwie chanukije. Jedna stylizowana na menorę, druga bardziej tradycyjna. Od tej pierwszej zaczęła się kolekcja. To też zakup przypadkowy. Znaleziona w sklepie ze starymi meblami, w okazyjnej cenie, bo – jak to ujął sprzedawca: „Wypaczona ta menora – za dużo ramion ma”. Bo rzeczywiście ma za dużo ramion – tyle ile powinien mieć tradycyjny świecznik chanukowy. Podobnie jak drugi egzemplarz z mojej kolekcji – tym razem „trafiony” z sklepie z odzieżą używaną. Lubię te moje świecidełka – piękne, prawda?

Świecznik chanukowy

Jak widzicie, mało rozbudowane te moje kolekcje i słaby ze mnie kolekcjoner, bo zegarków mam sześć, a świeczników trzy. Zbiory pewnie się powiększą ale nie szybko – żadna z tych rzeczy nie była kompulsywnym zakupem dla zaspokojenia samej potrzeby kupowania. Wszystkie świeczniki to przypadek, zegarki – starannie zaplanowane i wyselekcjonowane. A jak to się ma do minimalizmu? Myślę, że jest zgodne z jego ideą. Zarówno przedmioty z jednej, jak i drugiej kolekcji są przeze mnie użytkowane. Czerpię radość z ich posiadania ale też samego używania. Kupuję je z rozmysłem i z wewnętrznej potrzeby i nie mam wyrzutów sumienia, że wydałam na nie pieniądze. Nie szukam ich usilnie, nie śledzę internetowych aukcji, chociaż mogłabym, bo pięknych świeczników jest na nich sporo. Bo chyba głównie o to chodzi w minimalizmie, by nabywać z uwagą, a zakupy ograniczyć do tych przedmiotów, które nam służą – pośrednio i dosłownie.

Pochwalcie się swoimi kolekcjami? Zbieracie? Czy może w Waszym rozumieniu minimalizm to również rezygnacja z kolekcji. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Obyczajowe Zdrowo Zjedz i wypij

Na wolno czyli test wyciskarki wolnoobrotowej

29 stycznia 2018

Domyślam się, że dla większości to żadna nowość. Niemal cała blogosfera już to urządzenie poznała, przetestowała i oceniła. Teoretycznie nie ma sensu wyważać otwartych drzwi i rozpisywać się na ten temat po raz kolejny. Pokuszę się jednak o mój prywatny osąd.

Zacznijmy może od tego, że nigdy nie miałam żadnej wyciskarki soków. Nawet tego zwykłego grzybka do cytrusów. To urządzenie zwyczajnie nie było mi potrzebne. I pewnie nadal bym o nim nie myślała, gdyby nie zmiany żywieniowe, które od pewnego czasu wprowadzam do swojego CV. O ograniczeniu (a raczej wykluczeniu) mięsa już pisałam. Wiąże się ono w logiczny sposób z większym spożyciem owoców i warzyw. Jedzenie „zieleniny” nigdy nie było dla mnie problemem. Zawsze dokładałam coś liściastego czy korzennego do każdego posiłku. Nie ukrywam też, że dieta roślinna zdecydowanie mi służy. Warzywa w sałatkach, na kanapkach, w surówkach, zapiekane, duszone, zbledowane na zupę-krem czy zmiksowane na smoothie. Widzicie czego w tym wszystkim brakuje? Soków. Warzywa można jeść ale można je też pić. Wydawałoby się, że to takie proste – przecież sklepowe półki uginają się od najróżniejszych soków warzywnych. Kupujesz i pijesz. Do wyboru do koloru – marchewkowe, pomidorowe, mieszane. Cała paleta smaków. Na początku kupowałam. Ale z czasem zaczęłam być wybredna. Dokładniej studiowałam etykiety. Analizowałam składy, porównywałam smaki. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że ideału w sklepie nie znajdę. Mogę go jednak sama zrobić. Wystarczy tylko wyciskarka.

Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zakupem tego urządzenia. Moja mama miała takowe, jeszcze w głębokich latach osiemdziesiątych. Zielono-białe pudełko głośno buczało, a jego mycie trwało dłużej niż używanie. Zaczęłam research w Internecie. Już po pierwszych poszukiwaniach okazało się, że zwykła wyciskarka (sokowirówka) jest już passe. Teraz korzysta się z wyciskarek wolnoobrotowych, które dają najzdrowsze soki, radzą sobie z każdym warzywem, owocem, a dodatkowo robią lody (ok – sorbety). Są cichutkie, ich obsługa jest banalnie prosta, a mycie – szybkie i nieskomplikowane. Wszystkie te opinie niemal mnie przekonały. Pozostała tylko kwestia ceny, która delikatnie mówić – powaliła mnie na kolana. Jeśli chciałam mieć urządzenie niezawodne i sprawdzone, które będzie mi służyć przez lata, powinnam się przygotować na wydatek co najmniej 1000 PLN (nawet jeśli nie będzie robić lodów i tak ciężko o coś dobrego za mniejsze pieniądze). Przyznam, że ta informacja mocno ostudziła moje zapędy. Argument finansowy jest zawsze mocny.

Od momentu, kiedy zaczęłam zastanawiać się nad zakupem wyciskarki wolnoobrotowej, z tyłu głowy miałam też inny argument – kolejny zakup to kolejna rzecz zajmująca przestrzeń. Czy bez tego naprawdę nie da się żyć?… Pewnie się da, skoro tyle lat żyłam. Ale z drugiej strony – może to życie z wyciskarką będzie lepsze/zdrowsze/wygodniejsze? Może żyłam w błogiej nieświadomości? Jak się o tym przekonać?

Z pomocą przyszło samo życie w postaci znajomej, z którą podzieliłam się problemem. Okazało się, że sama posiada, owszem już od kilku lat. I zupełnie nie korzysta. I chętnie pożyczy. Czego można chcieć więcej?

I tak zaczęłam testować urządzenie marki Hurom, produkt z wyższej półki – również cenowej (robi lody :)). Na wyposażeniu dwa sitka – drobniejsze i grubsze, pojemnik na sok i na odpady. Proste w obsłudze i szybkie w czyszczeniu.

Testy dobiegły końca. Poniżej moje wnioski:

  • soki pierwsza klasa – jestem pod wrażeniem jak mało zostało z twardej marchewki, a jak dużo soku wyciskarka z niej wydusiła
  • urządzenie radzi sobie z każdym warzywem/owocem – piliście kiedyś sok z łodyg brokułu?…
  • przy użyciu grubszego sitka wychodzą pyszne musy.. i lody czyli sorbety
  • pomimo, że urządzenie przeszło testy pozytywnie – nie kupię wyciskarki wolnoobrotowej

Dlaczego?

  • zwyczajnie nie odczuwam różnicy w smaku między sokiem pozyskanym za pomogą tego urządzenia, a efektem pracy mojego poczciwego blendera do smoothie (kiedyś o nim też napiszę), poza „strukturą” rzecz jasna
  • tak, wiem – ważne są te wolne obroty, nagrzewanie się metalowych części, ginące tragiczną śmiercią witaminy i wartości odżywcze ale nie przekonacie mnie, że bardziej skorzystam z samego soku nawet odpowiednio pozyskanego,  niż całego warzywa (blender do smoothie nie zostawia resztek)
  • szkoda mi przestrzeni życiowej na obrastania w kolejne gadżety, bo tak niestety musze wyciskarkę nazwać, tym bardziej, że mając na uwadze „rozwój technologii kuchennych” już niebawem wyciskarkę wolnoobrotową zastąpi coś wolniejszego/lepszego/zdrowszego
  • moje życie nie uległo drastycznym zmianom od momentu rozpoczęcia testów, nie sądzę aby coś się zmieniło w momencie zakupu wyciskarki (poza zasobem portfela rzecz jasna)

Podsumowując – będę żyła zdrowo bez wyciskarki. Niemniej jednak, osobom zdecydowanym na zakup tego typu  urządzenia i zastanawiającym się nad wyborem konkretnego modelu, z czystym sumieniem polecam firmę Hurom, model HH Series Type L.

A jak u Was? Wyciskacie wolno czy normalnie? A może w ogóle nie wyciskacie? Chętnie posłucham.

 

Ps. Firma Hurom nie partycypowała w tworzeniu postu 🙂 Niemniej jednak podlinkowałam ich stronę i skorzystałam ze zdjeć na niej się znajdujących, ponieważ uważam że to godny polecenia produkt.

Obyczajowe Życiowo

Wpis sponsorowany

24 stycznia 2018

Pamiętacie ten wpis? Przybliżałam Wam w nim jedną z moich ulubionych „przegryzek” czyli ziarna ekspandowane firmy Soligrano. Post powstał przy współpracy z producentem, który przesłał mi próbki swoich produktów. Nie były to typowe testy, ponieważ ziarna ekspandowane znałam już wcześniej i zajadałam się nimi nałogowo. Pierwszy raz na ich produkty trafiłam w sieci znanych drogerii. Niestety, nie wszystkie rodzaje ziaren były tam dostępne. Ponieważ byłam bardzo ciekawa innych smaków, sama zwróciłam się do producenta z prośbą o ich udostępnienie, jednocześnie informując, że swoje wrażenia opublikuję na blogu, wobec czego producent nie protestował. „Testy” przeszły pomyślnie, ich wyniki przedstawiłam na blogu. Wpis opatrzyłam informacją, że powstał on we współpracy z konkretną marką. Ziarna zajadam do dzisiaj. Podobnie jak wiele innych zdrowych produktów, które kupuję jak zwykły Kowalski w sklepie. Dlaczego wracam do tego wpisu?

W ostatnim czasie wielkie spore poruszenie wywołała historia bloggerki, która zwróciła się do ekskluzywnego hotelu
z propozycją „zareklamowania” obiektu na swoim blogu w zamian za udzielenie nieodpłatnej gościny autorce oraz jej partnerowi. Burzę wywołała nie tyle propozycja, co odpowiedź jaką otrzymała. Właściciel hotelu w bardzo dosadny sposób odniósł się do propozycji. Nie będę tutaj przytaczać szczegółów wypowiedzi – możecie ją przeczytać tutaj. Ogólny sens można podsumować tak: „Twój pobyt kosztuje – to czyjaś praca, to koszt mediów, produktów. To koszty, których nie da się pokryć pozytywną opinią na blogu”. Właściciel zarzucił wprost dziewczynie, że nie ma godności proszę o coś za darmo.

W tym momencie można się oburzyć, że przecież nie będzie to za darmo. Przecież na blogu powstanie wpis. Z pewnością pozytywny. Hotel zostanie opisany w samych superlatywach. Zapewne tak samo zostanie przedstawiona obsługa, serwis
i wszelkie wygody. To wszystko opatrzone idealnymi fotografiami. Bo jak inaczej? Wszak taka jest niepisana umowa – „Ty mi coś fajnego/dobrego/smacznego/wygodnego – ja Tobie pozytywną opinię”. Co z tego, że być może nie zawsze zgodną
z prawdą i rzetelną. Liczą się słupki. I popularność. A to, że ktoś zachęcony wpisem kupi pozytywnie zaopiniowany przedmiot i mocno się rozczaruje. No cóż… Tego w umowie barterowej już nie ma.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko wpisom sponsorowanym i recenzowaniu urządzeń/kosmetyków/usług przez bloggerów. Wszak blogi, szczególnie te popularne, to dla wielu źródło wiedzy i opinii. Sama czytam post-recenzje. Podchodzę do nich jednak z pewną dozą sceptycyzmu zbudowaną na informacji „post sponsorowany/powstał we współpracy z firmą XYZ”. Szczególnie „cieszą” mnie recenzje i opinie negatywne. Spokojnie – nie jestem złośliwcem karmiącym się cudzym nieszczęściem. Negatywne opinie cieszą mnie, ponieważ są dowodem na to, że ten blogger, ta bloggerka jest obiektywna. Nie zachwala pod niebiosa wszystkiego, co tylko otrzyma od producentów ale zachowuje zdrowy rozsądek. Chociaż muszę przyznać, że rzadko można spotkać autorów wystawiających negatywne recenzje. A już na pewno nie zobaczymy wtedy pod wpisem informacji o producenckim wsparciu. Szkoda. Może warto zdobyć się na odwagę i zdać na szczerą opinię?

 

A jak jest u Was? Zdajecie się na opinie i recenzje wpisywane na blogach? Co myślicie o postach sponsorowanych? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Książkowo Obyczajowe Życiowo

„Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej” Katarzyna Wągrowska

19 października 2017

Recenzja poradnika o życiu bez śmieci pojawiła się już na wszystkich najpopularniejszych bloga. Nie będę gorsza. Przeczytałam i napiszę Wam, co o niej myślę, czego nowego się dowiedziałam i jak ją oceniam. Tym bardziej, że „zero waste” nieodzownie łączy się z bliski mi minimalizmem.

Zacznijmy może od tego, że jest dostępna w wersji elektronicznej, za co jestem autorce bardzo wdzięczna. W ramach ograniczania dobytku staram się czytać, a co za tym idzie kupować książki czy gazety w wersji elektronicznej. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Nadal zdarzają się pozycje dostępne tylko w druku. Tym samym mamy już pierwszy plus – za opakowanie. A co w środku?

W środku też bardzo dobrze. Przede wszystkim po polsku. Wielką zaletą poradnika jest to, że „akcja” toczy się na rodzimym podwórku, a autorka zderza się z rzeczywistością, z którą Kowalska kopie się na co dzień. Czyli setki plastikowych butelek, jednorazowe reklamówki czy papier toaletowy pakowany w folię. To ważne o tyle, że filozofia „zero waste” nie jest nowością. Stało się o niej głośno już kila lat temu, gdy Amerykanka (urodzona we Francji) Bea Johnson przerażona ilością śmieci, postanowiła przeprowadzić wraz z rodziną eksperyment polegający na ograniczaniu produkowanych śmieci. Rodzina bardzo się dobrze się spisała produkując w ciągu 12 miesięcy litrowy słoik śmieci, a sama pomysłodawczyni eksperymentu napisała na ten temat książką. Poradnik jej autorstwa (podobnie) jak prowadzony przez nią blog, są bardzo wartościowe, kompetentne i pomocne ale bardziej dla kogoś żyjącego w amerykańskich realiach. Wiele rozwiązań ciężko wprowadzić nad Wisłą. W przeciwieństwie do tych proponowanych przez Katarzynę Wągrowską.

Poza tym, że pomysły i rady zawarte w poradniku zadają się do zastosowania tu i teraz, nie są kosztowne. Nie wymagają wielkich nakładów środków, a jeśli już konieczny jest wydatek (np. zakup lunchboxa, kompostownika czy lnianych woreczków), to sytuacja jednorazowa i „zarabiająca” w przyszłości. Zakup każdego z elementów ułatwiających bezśmieciowe życie autorka uzasadnia zestawieniem kosztów (tak jest np. w przypadku kubeczka menstruacyjnego czy wielorazowych podpasek). Trzeba przyznać – jest przekonująca.

Bardzo podoba mi się, że poradnik blogerki, to nie tylko zestaw nakazów i zakazów ale też dokładne instrukcje czy wręcz przepisy kulinarne. Naprawdę trudno znaleźć kontrargument na przedstawiane przez autorkę stwierdzenia. Co ważne, każdy z przedstawianych w książce problemów śmieciowych poparty jest danymi, liczbami i słupkami. To daje do myślenia. Podobnie jest wiele przytaczanych w poradniku faktów z pogranicza biologii, fizyki czy chemii.

Co ważne, autorka rozprawia się ze śmieciami wszelkiej maści. Nie ogranicza się do foliowych jednorazówek i marnowania jedzenia. W kolejnych rozdziałach rozpracowuje każdy aspekt życia. Wchodzi do kuchni, idzie na zakupy, sprząta i zagląda do kosmetyczki. I wszędzie znajduje śmieci, które można ograniczyć. Swoje doświadczenia w tym zakresie wzbogaca wywiadami z osobami, które mają podobne do jej doświadczenia.

Co ja na to? Jestem na tak. Nawet bardzo. Wydawało mi się, że żyję ekologicznie – segreguję śmieci, piję kranówę filtrowaną w dzbanku i nie biorę jednorazówek, a na zakupy chodzę z własną torbą. Okazuje się, że można więcej – kupić czekoladę w papierku, a nie w folii; ogórka takiego „luzem” , a nie foliowanego, a obierki z warzyw wrzucić na kompost, nie do odpadów zmieszanych. Oczywiście nie wszystkie porady autorki do mnie przemawiają. Raczej nie zabiorę się do produkcji kosmetyków, nie będę prała w orzechach ani nosiła ze sobą do restauracji metalowej słomki do picia. Nie dlatego, że nie widzę sensu. Zwyczajnie tego nie czuję. Myślę jednak, że jeśli statystyczna Kowalska wcieli w życie chociaż 1/3 porad autorki śmieci będzie mniej.

A jak u Was ze śmieciami? Macie już tego pozytywnego bzika czy zachowujecie zdroworozsądkową równowagę? A może macie jakieś swoje patenty na „zero waste”? Podzielcie się – chętnie poczytam.

 

Książkowo Obyczajowe Życiowo

Letnie podsumowanie

31 lipca 2017

Zastosuję dzisiaj taktykę, którą obserwuję ostatnio na wielu poczytnych bloga. To „podsumowanie”. Wiele autorek (tak się składa, że czytam tylko blogi prowadzone przez kobiety) wprowadziło u siebie wpisy podsumowujące. Regularnie (co tydzień np.) pojawiają się wpisy, o tym, co już na blogu było. Nie wiem, jaki ma to cel; w moim przypadku powoduje rezygnację z regularnej lektury. Zwyczajnie „nie chce mi się” wchodzić na stronę, żeby przeczytać o tym co było, co już przeczytałam. Daleka jestem od podsumowań podsumowań. Dzisiaj jednak robię wyjątek i sama podsumowuję na blogu. Z prostej przyczyny – zebrało się tego tyle przez ostatnie tygodnie, że najprościej będzie zebrać wszystko w jednym wpisie. No to zaczynamy!

Byłam…na wakacjach. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam Mazury. Tak, wiem – wielu z Was przeczyta to z niedowierzaniem, ale tak właśnie było. Nigdy wcześniej nie miałam okazji bywać w tej części kraju. A jest bajeczna. To naprawdę kraina tysiąca jezior, jeziorek, stawów, bajorek itp. Są przepiękne. Szczególnie o wschodzi słońca, gdy rozchodzi się nad nimi warstwa mgły. Nic tylko fotografować. Na pewno tam wrócę. Nie tylko nad zagubione wśród lasów małe jeziorka ale też na ruchliwą marinę i do poniemieckich bunkrów.

Jadłam…ziemniaki. Pod wieloma postaciami. Oczywiście na Mazurach. Mam wrażenie, że to warzywo jest podstawą tamtejszej kuchni. Była babka ziemniaczana, szare kluski kładzione, kiszka ziemniaczana, placki ziemniaczane i kartacze. Pychota! Dla tych smaków też tam wrócę. A teraz jem ziemniaki w mniej skomplikowanej wersji czyli jako Hasselback z Jadłonomii. Wyborne!

Słucham i słucham….ścieżki dźwiękowej ze „Sztuki kochania” i odpływam. Film był fantastyczny. Obejrzałam go raz ale na pewno jeszcze do niego wrócę. Nie tylko dla głównej bohaterki ale też dla całej otoczki – tak barwnej i kolorowej.

Wróciłam….do jogi i biegania. To pierwsze staram się wdrażać codziennie, zaraz po przebudzeniu. Z tym drugim jest nieco gorzej ale czy ktoś z Was tak od razu zaczął biegać/ wrócił do biegania z uśmiechem na twarzy? No właśnie.

Rozwijam…moją znajomość niemieckiego. A raczej cały czas uczę się tego języka. Jest zdecydowanie lepiej niż przed dwoma czy trzema miesiącami ale do ideału jeszcze bardzo daleko. Może dlatego, że jakoś między nami nie iskrzy? Jakiś taki ciężki jest
i kanciasty. No bo sami powiedzcie, jak można nazwać określić motyla jako „Schmetterling” czy tęczę jako „Regenbogen” (dosłownie deszczowy łuk).

Czytam…jak zwykle bardzo dużo – zwykłych popychadeł ale też bardziej absorbujących pozycji. Z ostatnio przeczytanych gorąco polecam biografię Wandy Rutkiewicz autorstwa Anny Kamińskiej. Czytałam już wiele książek o wspinaniu i wspinaczach,
ta zdecydowanie jest najlepsza.

 

Jak widzicie, cały czas coś się dzieje. Nie stoję w miejscu. Czasem wręcz pędzę i w konsekwencji brakuje czasu na bloga. Moje postanowienie na drugą połowę wakacji, to zwolnić. Tak rozsądnie. Mam nadzieję, że mi się uda. A jak Wam mija lato?

Obyczajowe Życiowo

Minimalizm po niemiecku

5 czerwca 2017

Nie zdążyłam Was jeszcze poinformować ale Namysłowska 3 zmieniła się na Lipową 28. Oczywiście tylko formalnie. Ta zmiana to oczywiście efekt mojej przeprowadzki – od miesiąca mieszkam w Niemczech. Powoli oswajam się z nową rzeczywistością, co skutkuje całą masą różnorodnych przemyśleń, którymi już niebawem się z Wami podzielę. Co ciekawe, spostrzeżenia te dotyczą nie tylko nowego środowiska, w którym się znalazłam, ale też mnie samej.

Większości z nas przeprowadzka kojarzy się z pakowaniem całego dobytku, przewożeniem wielkich kartonów i gorączkowym poszukiwaniem przedmiotów pierwszej potrzeby już na miejscu. Tak bywa prawie zawsze. Sama przerabiałam to wielokrotnie, jeszcze za czasów studenckich. Wtedy z każdą przeprowadzką kartonów przybywało. Teraz nie potrafię zrozumieć jak udało mi się wyruszyć na studia z jedną dużą walizką, a kończyć je z tak wielką ilością rzeczy, że ledwie zmieściły się do Renault Kangoo.

Do Niemiec przeprowadziłam się z jedną (sporą) walizką, torbą z sprzętem fotograficznym i laptopem. Nie przewoziliśmy wszystkich naszych rzeczy, ponieważ w dotychczasowym mieszkaniu będziemy nadal bywać. Jednak, większość czasu będziemy spędzać w tym nowym, które okazało się niemal zupełnie puste. Poza wyposażeniem kuchni (meble i zabudowany sprzęt AGD), nie czekało tam na nas nic. Wytrwany minimalista powiedział by: „Fantastyczna przestrzeń”. Przyznam, że mnie na początku daleko było do tego rodzaju zachwytów. (Może nie jestem jeszcze minimalistą J ). Z jednej strony – świetna sprawa taka niezagracona przestrzeń i masa wolnego miejsca. Ale… dobrze jest mieć na czym spać i usiąść czy usadzić znajomych, którzy wpadają z wizytą.

Pierwszym zakupem było oczywiście łóżko. Idealnego i spełniającego wszystkie wymagania oczywiście nie było łatwo znaleźć. Na szczęście istnieje Internet i eBay. Znaleźliśmy ideał. Który trzeba było wyposażyć w materac i pościel. Tutaj niezastąpiona okazała się Światowa Szwedzka Marka. O ile skandynawski styl i wzornictwo bardzo lubię, o tyle wizyty w tym właśnie centrum handlowym są dla mnie torturą. Na pewno to znacie – sobotnie czy niedzielne popołudnie. Najpierw poszukiwanie miejsca parkingowego. Następnie powolny spacer w tłumie leniwie przechadzającym się między ekspozycjami (fascynujące, że mało kto z tłumu ma wózek/torbę z zakupami). Na koniec odpoczynek w kolejce do kasy. Już to widziałam oczami wyobraźni. Ale nie udało się ominąć tego punktu programu. Ciężko spać bez materaca. Pojechaliśmy. W sobotnie popołudnie. I już na wstępie pierwszy szok. Niemal pusty parking. Cała masa wolnych miejsc . Samochód zostawajmy przed samym wejściem. A może dzisiaj nieczynne?.. Nie, czynne. Normalnie, do 20stej. W środku pojedyncze osoby z listami zakupów przechodzą szybko od jednej ekspozycji do drugiej, uwagą zaszczycając tylko interesujące ich naprawdę produkty. Przy kasach kolejek brak. W koszykach, do których ukradkiem zerkałam, rzeczy naprawdę potrzebne (na moje oko). Wychodzę bardzo zaskoczona i swoimi spostrzeżeniami dzielę się ze znajomą Niemką, która oczywiście nie rozumie mojej reakcji. Wg niej to normalne. Na zakupy jedziesz, kiedy czegoś potrzebujesz. Po tę konkretną rzecz, gdy wcześniejsza nie nadaje się już do użytku. Jedziesz, bierzesz z półki, płacisz, wychodzisz. To wszystko. Po co spędzać tam więcej czasu? No cóż… Sami dopiszcie sobie ciąg dalszy, odtwarzając w głowie obraz z najbliższego centrum handlowego. I nie chodzi tylko o „metodę” jaką realizowane są zakupy. Ważna jest też ich celowość. Kupuję, gdy potrzebuję, gdy poprzednie się zepsuło i nie można naprawić, gdy brak danego przedmiotu utrudnia życie. Oczywiste, prawda?

Ale wróćmy do mieszkania i pustych czterech kątów. Historia z zakupami wydarzyła się na samym początku mojego pobytu tutaj. Minął miesiąc, a mieszkanie nadal – chciałam napisać „świeci pustkami” ale tak nie jest – pozostaje niezagracone. Oczywiście, przybyło trochę przedmiotów ale jest to naprawdę niezbędne minimum. W kuchni talerze, garnki, sztućce, kubki. Na tarasie dwa leżaki, które w połączeniu z dwoma krzesłami ogrodowymi w zupełności wystarczają do przyjmowania gości. I to w zupełności wystarcza. Jest oczywiście lista rzeczy, które musimy jeszcze kupić. Na początku była bardzo długa. Codzienność ją jednak weryfikuje. Wypadają z niej kolejne rzeczy, które nie przeszły „Testu miesiąca”. Na czym polega? Jest prosty – jeśli potrafiłam bez tego żyć wygodnie i normalnie przez miesiąc, to chyba tak naprawdę tej rzeczy nie potrzebuję. W weryfikacji listy zakupowej pomagają też znajomi – Niemcy. Gdy mówię, że muszę kupić pewną rzecz, patrzą ze zdumieniem i pytają, do czego mam zamiar tego używać. W większości przypadków okazuje się, że zakup chyba jednak nie będzie konieczny.

I tak powoli kształtuje się na nowo mój minimalizm. O postępach będę Was na bieżąco informować. A żeby nie ściągnąć sobie na głowę gromów w postaci komentarzy: „Cudze chwalicie..” itp., poniżej zdjęcie czegoś, co pierwszy raz zobaczyłam właśnie tutaj i uważam, za bardzo „maksymalistyczne” i totalnie zbędne. A Niemcy mają, korzystają i uważają za wielkie udogodnienie. Oto Eierschalensollbruchstellenverursacher 🙂

*zdjęcie gilotyny do jajek dzięki uprzejmości https://de.wikipedia.org/wiki/Eierköpfer

Obyczajowe Życiowo

Podróż za jeden uśmiech

22 marca 2017

Bardzo popularne w ostatnim czasie jest tanie podróżowanie. Co to znaczy? Zazwyczaj tani przelot – bilet lotniczy kupiony w promocji, nocleg w hostelu albo na “zaprzyjaźnionej kanapie”. Można? Można. I jest to bardzo popularne, a ja sama podziwiam osoby, które potrafią tego rodzaju wyjazd zorganizować. Nie wiem, czy potrafiłabym zorganizować sobie taką przygodę. Wiem natomiast, że decydując się na wyjazd, szczególnie w miejsce odmienne pod względem geograficznym, historycznym czy obyczajowo-kulturalnym, chciałabym to miejsce dokładnie poznać. Pod każdym względem. Zobaczyć zabytki, posmakować kuchni, poczuć kulturę. A to jak wiadomo kosztuje. Jak sprawić, żeby tanie podróżowanie było przyjemnością, nie męką? W ramach odpowiedzi opowiem Wam o dwóch znanych mi osobach.

Pierwsza z nich to Marta, znajoma z czasów studenckich. Poznałam ją na uzupełniającym kulturoznawstwie. Marta rok akademicki zaczęła pod koniec października, ponieważ przeciągnął się jej wakacyjny wyjazd do Maroka. Oczywiście nie były to wczasy all inclusive. Moja znajoma spędziła 30 dni z plecakiem i karimatą podróżując po miejscach, które wydawały się jej interesujące. Nie miała wcześniej planu “wycieczki” – każde kolejne miejsce wybierała spontanicznie. Jeśli zainteresowała ją zapomniana osada, docierała do niej, nie bacząc na koszty. Oczywiście w ramach rozsądku. Nocowała tam, gdzie akurat znalazło się miejsce. Czasem był to hostel, czasem pokój gościnny w domu nowo poznanych Marokańczyków, a czasem – gdy nie było alternatywy – “normalny” hotel. Chłonęła Maroko (i każde inne miejsce) całą sobą. W lokalnych jadłodajniach i restauracjach zamawiała miejscowe przysmaki. Podróżowała komunikacja publiczną, by być jak najbliżej tubylców. Dla tego samego powodu starała się dotrzeć na piechotę do wielu miejsc. Jej bagaż zawierał najpotrzebniejsze minimum z założeniem, by było miejsce na “pamiątki z podróży” czyli ręcznie wytworzoną biżuterię, lokalne wino czy słodycze, przyprawy. Czym sugerowała się kupując bilety? Na pewno ceną ale przede wszystkim tym, czy w danym momencie – porze roku – jest sens lecieć w dane miejsce. Liczył się dla niej też czas podróży – chciała na miejsce dotrzeć szybko i w miarę wypoczęta. By chłonąć całą sobą wymarzoną destynację. A później wracała – szczęśliwa, pełna wrażeń i zachwytów. Opowiadała o tym co zobaczyła, zwiedziła, jadła, z kim rozmawiała, kogo poznała. I zaczynała szukać pomysłu na kolejny wyjazd. Bo w nieznane wyjeżdżała raz do roku.

Druga osoba to Joasia. W przeciwieństwie do Marty, ją poznałam w poważnym “dorosłym” życiu i jakoś nigdy nie weszłyśmy w bliższą relację. Co łączyło ją z Martą? Podróżowanie. Asia była chyba wszędzie. Egipt, Indie, Maroko, Tajlandia, Hiszpania, Włochy, Grecja, Karaiby. Zagraniczne i krajowe wycieczki w jej przypadku zdarzają się kilka, jeśli nie kilkanaście razy do roku. Jest to możliwe – wystarczy umiejętnie podzielić urlop, wykorzystując długie weekendy. Większym problemem wydawać by się mogły finanse. Wszak podróże kosztują. Ale Joasia radzi sobie i z tym. Jest mistrzem tanich okazji. I to właśnie okazje, promocje w liniach lotniczych czy biurach podróży decydują, gdzie pojedzie w najbliższym czasie. Nie ma znaczenia, że w Paryżu była już trzy razy (i nigdy nie zobaczyła Luwru) – skoro “rzucili” tanie bilety do stolicy Francji, trzeba lecieć. Kolejny wyjazd na Kretę? Oczywiście – byle bilet był tani, a miejscówka z kuchnią, by samodzielnie ugotować przytargane z Polski danie typu gorący kubek. W czasie tego typu wyjazdów Asia porusza się najczęściej komunikacją publiczną, bynajmniej nie dlatego, by poznać lepiej tubylców, za którymi z resztą nie przepada (bo Arabów się brzydzi). Komunikacja zbiorowa jest najtańsza. Asię szczególnie fascynuje architektura, a dokładnie budynki. Koniecznie podziwiane z zewnątrz czyli bez biletu. Nie miałam jednak okazji dowiedzieć się, co ciekawego zobaczył na przykład w czasie ostatniego pobytu w Tokio. Asia wraca i chętnie opowiada – na czym zaoszczędziła, gdzie można wejść nie płacąc wstępu, bez czego się obeszła i jak to sprytnie zrobiła z ukrycia zdjęcia tam, gdzie wymagana jest opłata. A później siada do laptopa i rozpoczyna polowanie na kolejną okazję.

A Wy, jak podróżujecie? Delektujecie się miejscem i smakujecie go na wszelkie możliwe sposoby, czy może zaliczacie kolejne promocyjne miejscówki?

Obyczajowe

Agnieszka Krawczyk „Przyjaciele i rywale”, cykl: Czary codzienności

24 października 2016

To już drugie spotkanie z siostrami Niemirskimi. Agata i Daniela na dobre zadomowiły się w Zmysłowie przejmując opiekę nad najmłodszą z sióstr, a także Willą Julia, która staje się powoli sercem miasteczka. Przyszłość zapowiada się sielsko jeśli nie liczyć perypetii miłosnych podgórskiego miasteczka, które ożywiają fabułę książki. Ale nie samą miłością człowiek (czytelnik) żyje. Autorka rozwija wątek rodzinny czyli poszukiwania, a raczej dociekania na temat ojca najmłodszej bohaterki, którego tożsamość pozostaje nieznana.

Mieszkańcom Zmysłowa przyjdzie też zmierzyć się z nowoczesnością, bo tak chyba można nazwać pomysł budowy kompleksu hotelowego z aqua-parkiem w miasteczku. Koncepcja ta zupełnie nie przypadnie do gustu mieszkańcom ulicy Lisiogórskiej. Czy staną do walki i odniosą sukces? O tym przekonamy się w kolejnej części. Autorka pozostawia nas również w niepewności w kwestii „demonów”przeszłości, które nawiedzają nie tylko siostry ale i ich przyjaciół. Czy poradzą sobie z nimi? A może będą to dramaty nie do przejścia…?

Nie ukrywam, że sięgałam po „Przyjaciół i rywali” z pewną obawą. Nader często zdarza się – nie tylko w przypadku literatury kobiecej, że – o ile pierwsza część cyklu zbiera pochwały i najwyższe noty, o tyle kolejna – bardzo wyczekiwana, rozczarowuje i nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom czytelników. W tym przypadku autorka odniosła sukces. Druga część cyklu nie tylko nie tylko nie ustępuje jakością pierwszej ale – odnoszę wrażenie – jest lepsza. Postaci są bardziej kolorowe i mocniej osadzone w realiach, a ich działania mniej przewidywalne, przez co książka bardzo zyskuje. Mam nadzieję, że nie przyjdzie nam długo czekać na ciąg dalszy przygód sióstr Niemirskich, a relacja z ich poczynań będzie równie wciągająca jak dotychczasowe.

Moja ocena: 9/10

Obyczajowe

Natalia Sońska “Mniej złości, więcej miłości”

14 września 2016

Przyznam, że nastawiłam się na typowa literaturę w spódnicy. Bo jak inaczej zdefiniować książkę, której główna bohaterka, jest młoda, piękna, ma własne mieszkanie, super-przystojnego faceta i prace w czasopiśmie dla kobiet? A taka właśnie jest Kinga, postać wokół której Natalia Sońska zbudowała fabułę. Po przeczytaniu pierwszych stron można jej śmiało zazdrościć. Kolejne kartki niosą jednak problemy i życie Kingi przestaje być sielanką. Pojawiają się komplikacje – poczynając od tych najmniej oczekiwanych, jak ciąża; bo bardziej skomplikowane jak niby-rozstanie. Do tego wszystkiego dochodzą tajemnice z przeszłości, które powodują, że główna bohaterka zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na swoje życie,a także dzieje swojej rodziny. Gdy już zupełnie przyzwyczajamy się do prostej i mało zaskakującej fabuły, a do końca książki zostaje kilka kartek…ma miejsce nagłe “bum”, którego nikt się nie spodziewał.

Czy książka jest idealna? Nie, nie jest. Ma kilka “defektów”, które mnie osobiście bardzo raziły. Jednym z nich jest zbyt duża, jak na mój gust, przypadkowość, a raczej zbiegi okoliczności. Irytują też lekko czarno-białe charaktery, które autorka jasno osadziła po jednej albo drugiej stronie barykady. Nie są to jednak wady, które zniechęciłyby mnie do oczekiwania na kolejne książki Natalii Sońskiej.

Moja ocena: 5/10