Przeglądasz kategorie

Książkowo

Książkowo Obyczajowe Życiowo

„Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej” Katarzyna Wągrowska

19 października 2017

Recenzja poradnika o życiu bez śmieci pojawiła się już na wszystkich najpopularniejszych bloga. Nie będę gorsza. Przeczytałam i napiszę Wam, co o niej myślę, czego nowego się dowiedziałam i jak ją oceniam. Tym bardziej, że „zero waste” nieodzownie łączy się z bliski mi minimalizmem.

Zacznijmy może od tego, że jest dostępna w wersji elektronicznej, za co jestem autorce bardzo wdzięczna. W ramach ograniczania dobytku staram się czytać, a co za tym idzie kupować książki czy gazety w wersji elektronicznej. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Nadal zdarzają się pozycje dostępne tylko w druku. Tym samym mamy już pierwszy plus – za opakowanie. A co w środku?

W środku też bardzo dobrze. Przede wszystkim po polsku. Wielką zaletą poradnika jest to, że „akcja” toczy się na rodzimym podwórku, a autorka zderza się z rzeczywistością, z którą Kowalska kopie się na co dzień. Czyli setki plastikowych butelek, jednorazowe reklamówki czy papier toaletowy pakowany w folię. To ważne o tyle, że filozofia „zero waste” nie jest nowością. Stało się o niej głośno już kila lat temu, gdy Amerykanka (urodzona we Francji) Bea Johnson przerażona ilością śmieci, postanowiła przeprowadzić wraz z rodziną eksperyment polegający na ograniczaniu produkowanych śmieci. Rodzina bardzo się dobrze się spisała produkując w ciągu 12 miesięcy litrowy słoik śmieci, a sama pomysłodawczyni eksperymentu napisała na ten temat książką. Poradnik jej autorstwa (podobnie) jak prowadzony przez nią blog, są bardzo wartościowe, kompetentne i pomocne ale bardziej dla kogoś żyjącego w amerykańskich realiach. Wiele rozwiązań ciężko wprowadzić nad Wisłą. W przeciwieństwie do tych proponowanych przez Katarzynę Wągrowską.

Poza tym, że pomysły i rady zawarte w poradniku zadają się do zastosowania tu i teraz, nie są kosztowne. Nie wymagają wielkich nakładów środków, a jeśli już konieczny jest wydatek (np. zakup lunchboxa, kompostownika czy lnianych woreczków), to sytuacja jednorazowa i „zarabiająca” w przyszłości. Zakup każdego z elementów ułatwiających bezśmieciowe życie autorka uzasadnia zestawieniem kosztów (tak jest np. w przypadku kubeczka menstruacyjnego czy wielorazowych podpasek). Trzeba przyznać – jest przekonująca.

Bardzo podoba mi się, że poradnik blogerki, to nie tylko zestaw nakazów i zakazów ale też dokładne instrukcje czy wręcz przepisy kulinarne. Naprawdę trudno znaleźć kontrargument na przedstawiane przez autorkę stwierdzenia. Co ważne, każdy z przedstawianych w książce problemów śmieciowych poparty jest danymi, liczbami i słupkami. To daje do myślenia. Podobnie jest wiele przytaczanych w poradniku faktów z pogranicza biologii, fizyki czy chemii.

Co ważne, autorka rozprawia się ze śmieciami wszelkiej maści. Nie ogranicza się do foliowych jednorazówek i marnowania jedzenia. W kolejnych rozdziałach rozpracowuje każdy aspekt życia. Wchodzi do kuchni, idzie na zakupy, sprząta i zagląda do kosmetyczki. I wszędzie znajduje śmieci, które można ograniczyć. Swoje doświadczenia w tym zakresie wzbogaca wywiadami z osobami, które mają podobne do jej doświadczenia.

Co ja na to? Jestem na tak. Nawet bardzo. Wydawało mi się, że żyję ekologicznie – segreguję śmieci, piję kranówę filtrowaną w dzbanku i nie biorę jednorazówek, a na zakupy chodzę z własną torbą. Okazuje się, że można więcej – kupić czekoladę w papierku, a nie w folii; ogórka takiego „luzem” , a nie foliowanego, a obierki z warzyw wrzucić na kompost, nie do odpadów zmieszanych. Oczywiście nie wszystkie porady autorki do mnie przemawiają. Raczej nie zabiorę się do produkcji kosmetyków, nie będę prała w orzechach ani nosiła ze sobą do restauracji metalowej słomki do picia. Nie dlatego, że nie widzę sensu. Zwyczajnie tego nie czuję. Myślę jednak, że jeśli statystyczna Kowalska wcieli w życie chociaż 1/3 porad autorki śmieci będzie mniej.

A jak u Was ze śmieciami? Macie już tego pozytywnego bzika czy zachowujecie zdroworozsądkową równowagę? A może macie jakieś swoje patenty na „zero waste”? Podzielcie się – chętnie poczytam.

 

Bez kategorii Dla ciała Książkowo Zdrowo

Jarzynowo

21 sierpnia 2017

Dzisiaj będzie książkowo i zdrowo. Jestem świeżo po lekturze „Food Pharmacy”. Przymierzałam się do tej książki już od pewnego czasu ale zawsze coś stawało na drodze. Przyznam też, że przy dzisiejszym wysypie poradników na temat zdrowego żywienia, miałam pewne obiekcje, czy aby to nie będzie znów to samo tylko w innej okładce. Ostatecznie zdecydowałam się na lekturę w wersji elektronicznej. I nie żałuję.

 

 

Zacznijmy może od tego, że od jakiegoś czasu  – powiedzmy dwóch czy trzech miesięcy – jestem na ciągłym głodzie. Jarzynowym. Pochłaniam warzywa w ilościach hurtowych, najczęściej na surowo w postacie sałatek. Ale są też zupy-kremy, warzywa duszone czy zapiekane. Królują oczywiście pomidory. I tutaj ciekawostka. Jeszcze w ubiegłym roku miałam na pomidory „limit”. Nadmierne ich spożywanie skutkowało uczuleniem (w moim przypadku są to zawsze pękające kąciki ust – tak zwane zajady”. W tym roku stał się cud. Pomidory jem na kilogramy, a uśmiech zupełnie mi się nie powiększa. Ale wróćmy do sedna. Wiem, że warzywa są zdrowe i jeść należy ich jak najwięcej. Nie zamierzałam i nie zamierzam z tym polemizować. Zastanowił mnie jednak fakt, skąd ten głód, połączony z totalnym brakiem apetytu na mięso, pieczywo czy nabiał. Odpowiedzi zaczęłam szukać oczywiście w internecie. I tak trafiłam na „Food Pharmacy”.

Lina i Mia to młode kobiety, które spisały swoje doświadczenia i wiedzę zebraną w trakcie rozmów ze specjalistami w jednym miejscu. Najpierw był to blog, a później książka. Książka, która moim zdaniem jest fantastyczna. Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że – jak zaznaczyłam na początku – przeczytałam ją w wersji elektronicznej ale teraz już wiem, że muszę mieć wydanie papierowe. Zawsze pod ręka. Dla siebie. Bo to skarbnica wiedzy, porad i odpowiedzi. Oczywiście nie znalazłam w książce rozdziału pod tytułem: „Dlaczego czujemy głód warzywny?” W trakcie lektury przestało to mieć znaczenie. Zdecydowanie bardziej zainteresowało mnie to, jaki wpływa na organizm ma to, że pochłaniam je w gigantycznych ilościach. Jak wpływają na mój stan zdrowia, a dokładnie stan jelit, a co za tym idzie układ odpornościowy. A wszystko to podane przystępnym językiem. Poparte masą przykładów. Podbudowane badaniami naukowymi i opiniami specjalistów. W bonusie kilka przepisów. Naturalnie warzywnych.

„Food Pharmacy” to swego rodzaju poradnik, który może pomóc w przejściu na dobrą stronę mocy. Oczywiście, nie jest to lektura, po której  zaczniemy się żywić tylko i wyłącznie sałatą lodową. Nic z tych rzeczy. Niemniej jednak, sprawi, że spojrzymy na kwestie żywieniowe w zupełnie innym świetle, czego sama jestem przykładem – niespełna 12 godzin po przeczytaniu książki stworzyłam (i spożyłam) swoje pierwsze zielone smoothie. Nie będę się tutaj chwalić zdjęciami produktu – przyjaciółka stwierdziła, że wygląda jak resztki trawienne jej synka; po prostu musze jeszcze popracować nad kolorystyką. Ale było pysznie i zdrowo. I to zasługa Liny i Mii. Bo musicie wiedzieć, że do wczoraj uważałam smoothie za fanaberie bloggerek i hipsterskie nowomody.

 

A Wy? Miewacie warzywne głody? Pijecie smoothie? A może jesteście już po lekturze „Food Pharmacy”? Napiszcie, jak u Was z warzywami.

Książkowo Obyczajowe Życiowo

Letnie podsumowanie

31 lipca 2017

Zastosuję dzisiaj taktykę, którą obserwuję ostatnio na wielu poczytnych bloga. To „podsumowanie”. Wiele autorek (tak się składa, że czytam tylko blogi prowadzone przez kobiety) wprowadziło u siebie wpisy podsumowujące. Regularnie (co tydzień np.) pojawiają się wpisy, o tym, co już na blogu było. Nie wiem, jaki ma to cel; w moim przypadku powoduje rezygnację z regularnej lektury. Zwyczajnie „nie chce mi się” wchodzić na stronę, żeby przeczytać o tym co było, co już przeczytałam. Daleka jestem od podsumowań podsumowań. Dzisiaj jednak robię wyjątek i sama podsumowuję na blogu. Z prostej przyczyny – zebrało się tego tyle przez ostatnie tygodnie, że najprościej będzie zebrać wszystko w jednym wpisie. No to zaczynamy!

Byłam…na wakacjach. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam Mazury. Tak, wiem – wielu z Was przeczyta to z niedowierzaniem, ale tak właśnie było. Nigdy wcześniej nie miałam okazji bywać w tej części kraju. A jest bajeczna. To naprawdę kraina tysiąca jezior, jeziorek, stawów, bajorek itp. Są przepiękne. Szczególnie o wschodzi słońca, gdy rozchodzi się nad nimi warstwa mgły. Nic tylko fotografować. Na pewno tam wrócę. Nie tylko nad zagubione wśród lasów małe jeziorka ale też na ruchliwą marinę i do poniemieckich bunkrów.

Jadłam…ziemniaki. Pod wieloma postaciami. Oczywiście na Mazurach. Mam wrażenie, że to warzywo jest podstawą tamtejszej kuchni. Była babka ziemniaczana, szare kluski kładzione, kiszka ziemniaczana, placki ziemniaczane i kartacze. Pychota! Dla tych smaków też tam wrócę. A teraz jem ziemniaki w mniej skomplikowanej wersji czyli jako Hasselback z Jadłonomii. Wyborne!

Słucham i słucham….ścieżki dźwiękowej ze „Sztuki kochania” i odpływam. Film był fantastyczny. Obejrzałam go raz ale na pewno jeszcze do niego wrócę. Nie tylko dla głównej bohaterki ale też dla całej otoczki – tak barwnej i kolorowej.

Wróciłam….do jogi i biegania. To pierwsze staram się wdrażać codziennie, zaraz po przebudzeniu. Z tym drugim jest nieco gorzej ale czy ktoś z Was tak od razu zaczął biegać/ wrócił do biegania z uśmiechem na twarzy? No właśnie.

Rozwijam…moją znajomość niemieckiego. A raczej cały czas uczę się tego języka. Jest zdecydowanie lepiej niż przed dwoma czy trzema miesiącami ale do ideału jeszcze bardzo daleko. Może dlatego, że jakoś między nami nie iskrzy? Jakiś taki ciężki jest
i kanciasty. No bo sami powiedzcie, jak można nazwać określić motyla jako „Schmetterling” czy tęczę jako „Regenbogen” (dosłownie deszczowy łuk).

Czytam…jak zwykle bardzo dużo – zwykłych popychadeł ale też bardziej absorbujących pozycji. Z ostatnio przeczytanych gorąco polecam biografię Wandy Rutkiewicz autorstwa Anny Kamińskiej. Czytałam już wiele książek o wspinaniu i wspinaczach,
ta zdecydowanie jest najlepsza.

 

Jak widzicie, cały czas coś się dzieje. Nie stoję w miejscu. Czasem wręcz pędzę i w konsekwencji brakuje czasu na bloga. Moje postanowienie na drugą połowę wakacji, to zwolnić. Tak rozsądnie. Mam nadzieję, że mi się uda. A jak Wam mija lato?

Obyczajowe Życiowo

Minimalizm po niemiecku

5 czerwca 2017

Nie zdążyłam Was jeszcze poinformować ale Namysłowska 3 zmieniła się na Lipową 28. Oczywiście tylko formalnie. Ta zmiana to oczywiście efekt mojej przeprowadzki – od miesiąca mieszkam w Niemczech. Powoli oswajam się z nową rzeczywistością, co skutkuje całą masą różnorodnych przemyśleń, którymi już niebawem się z Wami podzielę. Co ciekawe, spostrzeżenia te dotyczą nie tylko nowego środowiska, w którym się znalazłam, ale też mnie samej.

Większości z nas przeprowadzka kojarzy się z pakowaniem całego dobytku, przewożeniem wielkich kartonów i gorączkowym poszukiwaniem przedmiotów pierwszej potrzeby już na miejscu. Tak bywa prawie zawsze. Sama przerabiałam to wielokrotnie, jeszcze za czasów studenckich. Wtedy z każdą przeprowadzką kartonów przybywało. Teraz nie potrafię zrozumieć jak udało mi się wyruszyć na studia z jedną dużą walizką, a kończyć je z tak wielką ilością rzeczy, że ledwie zmieściły się do Renault Kangoo.

Do Niemiec przeprowadziłam się z jedną (sporą) walizką, torbą z sprzętem fotograficznym i laptopem. Nie przewoziliśmy wszystkich naszych rzeczy, ponieważ w dotychczasowym mieszkaniu będziemy nadal bywać. Jednak, większość czasu będziemy spędzać w tym nowym, które okazało się niemal zupełnie puste. Poza wyposażeniem kuchni (meble i zabudowany sprzęt AGD), nie czekało tam na nas nic. Wytrwany minimalista powiedział by: „Fantastyczna przestrzeń”. Przyznam, że mnie na początku daleko było do tego rodzaju zachwytów. (Może nie jestem jeszcze minimalistą J ). Z jednej strony – świetna sprawa taka niezagracona przestrzeń i masa wolnego miejsca. Ale… dobrze jest mieć na czym spać i usiąść czy usadzić znajomych, którzy wpadają z wizytą.

Pierwszym zakupem było oczywiście łóżko. Idealnego i spełniającego wszystkie wymagania oczywiście nie było łatwo znaleźć. Na szczęście istnieje Internet i eBay. Znaleźliśmy ideał. Który trzeba było wyposażyć w materac i pościel. Tutaj niezastąpiona okazała się Światowa Szwedzka Marka. O ile skandynawski styl i wzornictwo bardzo lubię, o tyle wizyty w tym właśnie centrum handlowym są dla mnie torturą. Na pewno to znacie – sobotnie czy niedzielne popołudnie. Najpierw poszukiwanie miejsca parkingowego. Następnie powolny spacer w tłumie leniwie przechadzającym się między ekspozycjami (fascynujące, że mało kto z tłumu ma wózek/torbę z zakupami). Na koniec odpoczynek w kolejce do kasy. Już to widziałam oczami wyobraźni. Ale nie udało się ominąć tego punktu programu. Ciężko spać bez materaca. Pojechaliśmy. W sobotnie popołudnie. I już na wstępie pierwszy szok. Niemal pusty parking. Cała masa wolnych miejsc . Samochód zostawajmy przed samym wejściem. A może dzisiaj nieczynne?.. Nie, czynne. Normalnie, do 20stej. W środku pojedyncze osoby z listami zakupów przechodzą szybko od jednej ekspozycji do drugiej, uwagą zaszczycając tylko interesujące ich naprawdę produkty. Przy kasach kolejek brak. W koszykach, do których ukradkiem zerkałam, rzeczy naprawdę potrzebne (na moje oko). Wychodzę bardzo zaskoczona i swoimi spostrzeżeniami dzielę się ze znajomą Niemką, która oczywiście nie rozumie mojej reakcji. Wg niej to normalne. Na zakupy jedziesz, kiedy czegoś potrzebujesz. Po tę konkretną rzecz, gdy wcześniejsza nie nadaje się już do użytku. Jedziesz, bierzesz z półki, płacisz, wychodzisz. To wszystko. Po co spędzać tam więcej czasu? No cóż… Sami dopiszcie sobie ciąg dalszy, odtwarzając w głowie obraz z najbliższego centrum handlowego. I nie chodzi tylko o „metodę” jaką realizowane są zakupy. Ważna jest też ich celowość. Kupuję, gdy potrzebuję, gdy poprzednie się zepsuło i nie można naprawić, gdy brak danego przedmiotu utrudnia życie. Oczywiste, prawda?

Ale wróćmy do mieszkania i pustych czterech kątów. Historia z zakupami wydarzyła się na samym początku mojego pobytu tutaj. Minął miesiąc, a mieszkanie nadal – chciałam napisać „świeci pustkami” ale tak nie jest – pozostaje niezagracone. Oczywiście, przybyło trochę przedmiotów ale jest to naprawdę niezbędne minimum. W kuchni talerze, garnki, sztućce, kubki. Na tarasie dwa leżaki, które w połączeniu z dwoma krzesłami ogrodowymi w zupełności wystarczają do przyjmowania gości. I to w zupełności wystarcza. Jest oczywiście lista rzeczy, które musimy jeszcze kupić. Na początku była bardzo długa. Codzienność ją jednak weryfikuje. Wypadają z niej kolejne rzeczy, które nie przeszły „Testu miesiąca”. Na czym polega? Jest prosty – jeśli potrafiłam bez tego żyć wygodnie i normalnie przez miesiąc, to chyba tak naprawdę tej rzeczy nie potrzebuję. W weryfikacji listy zakupowej pomagają też znajomi – Niemcy. Gdy mówię, że muszę kupić pewną rzecz, patrzą ze zdumieniem i pytają, do czego mam zamiar tego używać. W większości przypadków okazuje się, że zakup chyba jednak nie będzie konieczny.

I tak powoli kształtuje się na nowo mój minimalizm. O postępach będę Was na bieżąco informować. A żeby nie ściągnąć sobie na głowę gromów w postaci komentarzy: „Cudze chwalicie..” itp., poniżej zdjęcie czegoś, co pierwszy raz zobaczyłam właśnie tutaj i uważam, za bardzo „maksymalistyczne” i totalnie zbędne. A Niemcy mają, korzystają i uważają za wielkie udogodnienie. Oto Eierschalensollbruchstellenverursacher 🙂

*zdjęcie gilotyny do jajek dzięki uprzejmości https://de.wikipedia.org/wiki/Eierköpfer

Obyczajowe Życiowo

Podróż za jeden uśmiech

22 marca 2017

Bardzo popularne w ostatnim czasie jest tanie podróżowanie. Co to znaczy? Zazwyczaj tani przelot – bilet lotniczy kupiony w promocji, nocleg w hostelu albo na „zaprzyjaźnionej kanapie”. Można? Można. I jest to bardzo popularne, a ja sama podziwiam osoby, które potrafią tego rodzaju wyjazd zorganizować. Nie wiem, czy potrafiłabym zorganizować sobie taką przygodę. Wiem natomiast, że decydując się na wyjazd, szczególnie w miejsce odmienne pod względem geograficznym, historycznym czy obyczajowo-kulturalnym, chciałabym to miejsce dokładnie poznać. Pod każdym względem. Zobaczyć zabytki, posmakować kuchni, poczuć kulturę. A to jak wiadomo kosztuje. Jak sprawić, żeby tanie podróżowanie było przyjemnością, nie męką? W ramach odpowiedzi opowiem Wam o dwóch znanych mi osobach.

Pierwsza z nich to Marta, znajoma z czasów studenckich. Poznałam ją na uzupełniającym kulturoznawstwie. Marta rok akademicki zaczęła pod koniec października, ponieważ przeciągnął się jej wakacyjny wyjazd do Maroka. Oczywiście nie były to wczasy all inclusive. Moja znajoma spędziła 30 dni z plecakiem i karimatą podróżując po miejscach, które wydawały się jej interesujące. Nie miała wcześniej planu „wycieczki” – każde kolejne miejsce wybierała spontanicznie. Jeśli zainteresowała ją zapomniana osada, docierała do niej, nie bacząc na koszty. Oczywiście w ramach rozsądku. Nocowała tam, gdzie akurat znalazło się miejsce. Czasem był to hostel, czasem pokój gościnny w domu nowo poznanych Marokańczyków, a czasem – gdy nie było alternatywy – „normalny” hotel. Chłonęła Maroko (i każde inne miejsce) całą sobą. W lokalnych jadłodajniach i restauracjach zamawiała miejscowe przysmaki. Podróżowała komunikacja publiczną, by być jak najbliżej tubylców. Dla tego samego powodu starała się dotrzeć na piechotę do wielu miejsc. Jej bagaż zawierał najpotrzebniejsze minimum z założeniem, by było miejsce na „pamiątki z podróży” czyli ręcznie wytworzoną biżuterię, lokalne wino czy słodycze, przyprawy. Czym sugerowała się kupując bilety? Na pewno ceną ale przede wszystkim tym, czy w danym momencie – porze roku – jest sens lecieć w dane miejsce. Liczył się dla niej też czas podróży – chciała na miejsce dotrzeć szybko i w miarę wypoczęta. By chłonąć całą sobą wymarzoną destynację. A później wracała – szczęśliwa, pełna wrażeń i zachwytów. Opowiadała o tym co zobaczyła, zwiedziła, jadła, z kim rozmawiała, kogo poznała. I zaczynała szukać pomysłu na kolejny wyjazd. Bo w nieznane wyjeżdżała raz do roku.

Druga osoba to Joasia. W przeciwieństwie do Marty, ją poznałam w poważnym „dorosłym” życiu i jakoś nigdy nie weszłyśmy w bliższą relację. Co łączyło ją z Martą? Podróżowanie. Asia była chyba wszędzie. Egipt, Indie, Maroko, Tajlandia, Hiszpania, Włochy, Grecja, Karaiby. Zagraniczne i krajowe wycieczki w jej przypadku zdarzają się kilka, jeśli nie kilkanaście razy do roku. Jest to możliwe – wystarczy umiejętnie podzielić urlop, wykorzystując długie weekendy. Większym problemem wydawać by się mogły finanse. Wszak podróże kosztują. Ale Joasia radzi sobie i z tym. Jest mistrzem tanich okazji. I to właśnie okazje, promocje w liniach lotniczych czy biurach podróży decydują, gdzie pojedzie w najbliższym czasie. Nie ma znaczenia, że w Paryżu była już trzy razy (i nigdy nie zobaczyła Luwru) – skoro „rzucili” tanie bilety do stolicy Francji, trzeba lecieć. Kolejny wyjazd na Kretę? Oczywiście – byle bilet był tani, a miejscówka z kuchnią, by samodzielnie ugotować przytargane z Polski danie typu gorący kubek. W czasie tego typu wyjazdów Asia porusza się najczęściej komunikacją publiczną, bynajmniej nie dlatego, by poznać lepiej tubylców, za którymi z resztą nie przepada (bo Arabów się brzydzi). Komunikacja zbiorowa jest najtańsza. Asię szczególnie fascynuje architektura, a dokładnie budynki. Koniecznie podziwiane z zewnątrz czyli bez biletu. Nie miałam jednak okazji dowiedzieć się, co ciekawego zobaczył na przykład w czasie ostatniego pobytu w Tokio. Asia wraca i chętnie opowiada – na czym zaoszczędziła, gdzie można wejść nie płacąc wstępu, bez czego się obeszła i jak to sprytnie zrobiła z ukrycia zdjęcia tam, gdzie wymagana jest opłata. A później siada do laptopa i rozpoczyna polowanie na kolejną okazję.

A Wy, jak podróżujecie? Delektujecie się miejscem i smakujecie go na wszelkie możliwe sposoby, czy może zaliczacie kolejne promocyjne miejscówki?

Książkowo Życiowo

Françoise Sagan „Witaj, smutku”

3 grudnia 2016

dsc_2045

Dzisiejsza recenzja będzie bardzo nietypowa. Dotyczy książki, którą przeczytałam pod wpływem fascynacji popularnym od jakiego czasu „french chic”.  Odbiegać będzie też od zwyczajowych streszczeń, ponieważ najważniejsza jest dla mnie bohaterka drugoplanowa, a sama fabuła nie wzbudziła mojego wielkiego zainteresowania. Ale od fabuły zacznijmy.

Siedemnastoletnia Cecylia spędza wakacje w Saint Tropez ze swoim ojcem, czterdziesto dwu letnim bon vivantem oraz jego najnowszą kochanką, niewiele zresztą starszą od samej Cecylii. Spokojne lato komplikuje nieco pojawienie się dawnej znajomej, znanej paryskiej projektantki Anny. Wakacje w Saint Tropez nabierają barw. Tyle, jeśli chodzi o fabułę, która nie jest mocno zawiła. Szanując czytelników, nie zdradzę zakończenia.

Jak już wspomniałam, skusiłam się na lekturę „Witaj, smutku”, gdy w kolejnej książce, o francuski stylu została ona wspomniana. Zastanawiałam się, dlaczego. Teraz już wiem. Młoda autorka przedstawiła w niej obraz „french chick” w osobie Anny właśnie. Już pierwszy opis bohaterki daje nam pewien zarys:

W ciągu tygodnia ubrała mnie gustownie i nauczyła dobrych manier (…) zawdzięczam jej więc moje pierwsze eleganckie stroje (…) przy swoich czterdziestu dwu latach była kobietą pociągającą i wytworną. Twarz jej, piękna i dumna, miała wyraz znużonej obojętności.

Z czym kojarzy Wam się ten opis? Tak, to obraz „zwykłej” Francuzki. Kobiety, niezależnie do wieku  i pory dnia, wyglądające zjawiskowo w zwykłych dżinsach i białej koszulce. Takiej, która bez makijażu i markowej torebki prezentuje się jak milion dolarów. Nie ukrywam, że spośród wielu ikon stylu i mody, to właśnie Francuzka czy paryżanka są moim ideałem. I to nie tylko ze względu na wygląd. Również, poprzez swego rodzaju „nonszalanckie” usposobienie. A na czym ono polega? O tym możecie przeczytać śledząc losy Cecylii.

Zachęcam do lektury i podzielenia się refleksjami. Napiszcie, co myślicie o francuskim stylu – podoba Wam się czy wręcz przeciwnie, to coś zupełnie wam obcego. Chętnie poczytam, czy m jest dla Was styl, nie tylko francuski.

Kryminał Książkowo

Katarzyna Puzyńska „Dom czwarty”

13 listopada 2016

To moje szóste już spotkanie z Katarzyną Puzyńską i nie ukrywam, że czekałam na nie z lekkim niepokojem. Spowodowany był on pewnym rozczarowaniem ostatnią częścią przygód mieszkańców Lipowa. „Dom czwarty” na szczęście nie rozczarował. Wręcz przeciwnie – pozytywnie zaskoczył i przyniósł odmianę.

W szóstej już części cyklu autorka koncentruje się na postaci dotychczas traktowanej nieco po macoszemu. Sami przyznajecie, że o Klementynie Kopp wiem tyle, ile sama powiedziała. A rozmowna raczej nie jest. Lektura jest tym bardziej interesująca, że samej Klementyny w niej brak. Jej losy poznajemy z ust innych – rodziny, znajomych, a nawet – dawnych miłości. Była policjantka zaskakuje na każdym kroku, a wszystko co z nią związane, pozostaje zagadką niemal do ostatnich stron książki.

Przedstawienie „bohatera bez bohatera” to nie jedyna nowość w kolejnej książce Puzyńskiej, która – musicie przyznać – przyzwyczaiła już czytelników do pewnych schematów. Po raz pierwszy autorka koncentruje się na bohaterach pierwszoplanowych czyli Danielu, Weronice i Emilce, a konkretnie na ich uczuciach, emocjach i przemyśleniach. Po raz pierwszy tak wyraźnie słyszymy myśli Podgórskiego czy Nowakowskiej. Tendencja ta przeniosła się również na pozostałych uczestnikach akcji, których poznajemy raczej głównie przez myśli,a  dopiero w drugiej kolejności przez czyny. To nowatorskie podejście Puzyńskiej do bohaterów, to powiew świeżości tak potrzebny tej serii.

„Dom czwarty” podobnie jak poprzednie książki z cyklu, dzieje się współcześnie ale ucieka do przeszłości. Tak było we wszystkich poprzednich częściach, kiedy to odkrywaliśmy tajemnice historii Lipowa i okolic. tak jest i tym razem, gdzie zapędzamy się do pobliskich Złocin. Pod tym względem autorka pozostałą wierna pewnym schematom i za to jestem jej wdzięczna.

Jedna tylko rzecz zaniepokoiła mnie już po przewróceniu ostatniej strony – jakoś mało pytań bez odpowiedzi i niedomówień. Czy jedno wahadełko wystarczy, by powstała kolejna część cyklu? Mam nadzieję, że tak.

dsc_1713

 

Obyczajowe

Agnieszka Krawczyk „Przyjaciele i rywale”, cykl: Czary codzienności

24 października 2016

To już drugie spotkanie z siostrami Niemirskimi. Agata i Daniela na dobre zadomowiły się w Zmysłowie przejmując opiekę nad najmłodszą z sióstr, a także Willą Julia, która staje się powoli sercem miasteczka. Przyszłość zapowiada się sielsko jeśli nie liczyć perypetii miłosnych podgórskiego miasteczka, które ożywiają fabułę książki. Ale nie samą miłością człowiek (czytelnik) żyje. Autorka rozwija wątek rodzinny czyli poszukiwania, a raczej dociekania na temat ojca najmłodszej bohaterki, którego tożsamość pozostaje nieznana.

Mieszkańcom Zmysłowa przyjdzie też zmierzyć się z nowoczesnością, bo tak chyba można nazwać pomysł budowy kompleksu hotelowego z aqua-parkiem w miasteczku. Koncepcja ta zupełnie nie przypadnie do gustu mieszkańcom ulicy Lisiogórskiej. Czy staną do walki i odniosą sukces? O tym przekonamy się w kolejnej części. Autorka pozostawia nas również w niepewności w kwestii „demonów”przeszłości, które nawiedzają nie tylko siostry ale i ich przyjaciół. Czy poradzą sobie z nimi? A może będą to dramaty nie do przejścia…?

Nie ukrywam, że sięgałam po „Przyjaciół i rywali” z pewną obawą. Nader często zdarza się – nie tylko w przypadku literatury kobiecej, że – o ile pierwsza część cyklu zbiera pochwały i najwyższe noty, o tyle kolejna – bardzo wyczekiwana, rozczarowuje i nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom czytelników. W tym przypadku autorka odniosła sukces. Druga część cyklu nie tylko nie tylko nie ustępuje jakością pierwszej ale – odnoszę wrażenie – jest lepsza. Postaci są bardziej kolorowe i mocniej osadzone w realiach, a ich działania mniej przewidywalne, przez co książka bardzo zyskuje. Mam nadzieję, że nie przyjdzie nam długo czekać na ciąg dalszy przygód sióstr Niemirskich, a relacja z ich poczynań będzie równie wciągająca jak dotychczasowe.

Moja ocena: 9/10

Kryminał

Hubert Hender „Zapora”

10 października 2016

Jezioro Pilchowickie kojarzy mi się z wyjazdami na ryby i pobytem w tym cudownym miejscu. Nie przyszło mi do głowy, że w tych „okolicznościach przyrody” można osadzić akcję kryminału, w dodatku tak krwawego. Bo „Zapora” jest naprawdę krwawa. Ktoś morduje – w okrutny i finezyjny sposób – kolejnych mieszkańców Pilchowic. Przyznaję, że na pewnym etapie lektury zaczęłam się zastanawiać, czy autor planuje pozbyć się wszystkich mieszkańców Pilchowic. Na szczęście nie uśmiercił wszystkich. Jednak ci, którzy polegli, muszą zostać w pewien sposób pomszczeni. A morderca jest nieuchwytny. Na miejscu zbrodni nie pozostawia po sobie żadnych śladów. Znika niczym duch nie dając ścigającym go policjantom żadnych szans. Czyżby zbrodnia doskonała? Niekoniecznie, wszak taka nie istnieje. Wie o tym komisarz Iwanowicz. Czy trafi w końcu na ślad i znajdzie klucz do zagadki?

„Zaporę” zakwalifikowałam do grupy książek „z historią w tle”, które bardzo lubię. Ta jednak nieco mnie rozczarowała – autor każe czekać na wątek historyczny do ostatnich stron kryminału, przez co pozbawia czytelnika przyjemności snucia własnego śledztwa. W książce zabrakło mi też szczegółowości. Autor potraktował bohaterów do tego stopnia powierzchownie, że nie wszystkie ofiary zasłużyły na imiona i nazwiska, nie wspominając o mordercy, którego biografię możemy zawrzeć w dwóch zdaniach. Czego było za wiele? Opisów lasów nad jeziorem 🙂

Moja ocena: 8/10

Obyczajowe

Natalia Sońska „Mniej złości, więcej miłości”

14 września 2016

Przyznam, że nastawiłam się na typowa literaturę w spódnicy. Bo jak inaczej zdefiniować książkę, której główna bohaterka, jest młoda, piękna, ma własne mieszkanie, super-przystojnego faceta i prace w czasopiśmie dla kobiet? A taka właśnie jest Kinga, postać wokół której Natalia Sońska zbudowała fabułę. Po przeczytaniu pierwszych stron można jej śmiało zazdrościć. Kolejne kartki niosą jednak problemy i życie Kingi przestaje być sielanką. Pojawiają się komplikacje – poczynając od tych najmniej oczekiwanych, jak ciąża; bo bardziej skomplikowane jak niby-rozstanie. Do tego wszystkiego dochodzą tajemnice z przeszłości, które powodują, że główna bohaterka zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na swoje życie,a także dzieje swojej rodziny. Gdy już zupełnie przyzwyczajamy się do prostej i mało zaskakującej fabuły, a do końca książki zostaje kilka kartek…ma miejsce nagłe „bum”, którego nikt się nie spodziewał.

Czy książka jest idealna? Nie, nie jest. Ma kilka „defektów”, które mnie osobiście bardzo raziły. Jednym z nich jest zbyt duża, jak na mój gust, przypadkowość, a raczej zbiegi okoliczności. Irytują też lekko czarno-białe charaktery, które autorka jasno osadziła po jednej albo drugiej stronie barykady. Nie są to jednak wady, które zniechęciłyby mnie do oczekiwania na kolejne książki Natalii Sońskiej.

Moja ocena: 5/10