Przeglądasz kategorie

Książkowo

Do zobaczenia Książkowo poradniki Zdrowo

Kulturalne L4

11 lutego 2019


Jestem przedstawicielem gatunku, który jest zawsze zdrowy. Nawet jak pociągam nosem i trochę kicham, to oficjalne jestem zdrowa. Tym razem jednak musiałam przyznać, że „Jestem chora”. Przeziębinie nie tylko rozłożyło mnie na prawie dziesięć dni ale też zaprowadziło do lekarza, spowodowało, że piłam syrop z cebuli (fuj……dopiero po 5 dniach poczułam jak śmierdzi, właśnie dzięki temu, że jest skuteczny) ale przede wszystkim uziemiło mnie w mieszkaniu. Teoretycznie powinnam przez te 10 dni leżeć i się regenerować. W praktyce nadrobiłam zaległości kulturalne. Książkowe i głównie filmowe. Dla wielu z Was pewnie nie będą zaskoczeniem – premiery miały już dawno. Niemniej jednak – da-damm – moje kulturalne odkrycia.

Na początek książka. Dzięki Bobe Majse (nota bene – świetny blog, który powstał jako praca dyplomowa) sięgnęłam po książkę Rooger’a Moorhouse „Trzecia Rzesza w 100 przedmiotach”. Tak, wiem – ciężki kaliber, jak wszystko, co związane z drugą wojną światową. Ta książka jest jednak pewnym zaprzeczeniem tej tezy. Autor wybrał – niestety nie wiem, z jakiego klucza – sto przedmiotów, które „brały” udział w wielkiej wojnie. Jedne uczestniczyły bezpośrednio jak bombowce, karabiny czy maski gazowe. Inne stały się niemymi świadkami tamtych wydarzeń, jak łóżko ze szpitala psychiatrycznego czy pamiątkowy talerz z przedstawieniem górskiej rezydencji Hitlera. Historie każdego ze 100 przedmiotów ubrano w krótki rozdział, który zanim zmęczy tematyką, już się kończy. I chwała za to autorowi, bo nie wyobrażam sobie czytania więcej niż 5 stron na temat możliwości i danych technicznych samolotu bojowego. Książkę gorąco polecam – dla odświeżenie wiadomości i odkrycia nowych, sobie nieznanych faktów. Moja ocena – warto przeczytać.

Po książce przyszła kolej na film. Na pierwszy ogień poszła „Zimna wojna”. Tak, wiem, to już żadna nowość. Tak, obejrzałam, bo „wypada”, skoro wszyscy o niej mówią. Nie, nie spodobała mi się. Ale po kolei. Staram się być w miarę na bieżąco z ambitną kinematografią, szczególnie jeśli jest nominowana do Oscara. Znam już twórczość tego reżysera dzięki „Idzie”, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. I takich wrażeń oczekiwałam też po „Zimnej wojnie”. I rozczarowałam się lekko. Lubię i cenię filmy minimalistyczne, dlatego brawo za koncentrację na jednym wątku i jednej parze bohaterów. Przedstawienie w bajecznych zdjęciach i ujęciach, za co moim zdaniem należy się Oscar. W zupełności zgadzam się z festiwalowym jury (czy innym gremium) za brak nominacji dla Joanny Kulig, która zagrała wyraziście ale nic ponadto. Natomiast sama historia bohaterów… No cóż, biorą pod uwagę okoliczności historyczne, można było chyba bardziej poszaleć. Moja ocena – lekkie zdegustowanie.

Kolejne było „Bohemian Rhapsody”. Nie jestem fanem filmów muzycznych, klasycznego rocka itp. Mało tego, o Freddy’m Mercurym wiedziałam tylko, że istniał i zmarł na AIDS. Znam też „We are the chempions”. Film mnie zaczarował. Jest świetny. Nie tylko dla tego, że laikowi był w stanie przybliżyć ten muzyczny fenomen. Poznajemy w nim historie człowieka, który znał swoją wartość i nie bał się o tym mówić. Ale też dramat samotności  w tłumie. Nie przekonałam się do tego rodzaju muzyki ale wiem już, jak powstały największe hity Queen. Zamówiłam też sobie książkową biografię artysty. Moja ocena – obejrzyjcie koniecznie.

Pozostałam na fali muzyczno-oscarowej i obejrzałam też „Narodziny gwiazdy”. Historia jak dla mnie banalna. Mało realna szansa na spotkanie kogoś z potencjałem i kogoś, kto ten potencjał zaprzepaszcza. Wielka miłość i zderzenie z show-biznesową rzeczywistością. A wszystko to ze świetną muzyką i gitarowym brzmieniem. Do tego Lady Gaga, której z całego serca życzę wygranej w kategorii „Najlepsze aktorka”. Nie życzę tego Cooper’owi, któremu jednak czegoś zabrakło. Moja ocena – obejrzyjcie jeśli macie możliwość.

I na koniec znów książkowo. I to bardzo ambitnie. Skończyłam wreszcie „Jak nie umrzeć przedwcześnie. Cała prawda o zdrowym żywieniu” (tym razem dziękuję za polecenie Wincentynie).  Słowo „wreszcie” jest w pełnie uzasadnione, bo książka nie dość, że ma 560 stron, to raczej nie jest dreszczowce o wciągającej fabule. Ale też nie męczy. To drugie dzięki krótkim rozdziałom i całej masie faktów-odkryć-badań, których wyniki zaskakują i mocno dają do myślenia. O czym jest? Jak w tytule. O tym, co robić, by nie umrzeć przed czasem. Autor widzi tylko jedną receptę – ograniczenie, a jeszcze lepiej – wykluczenie – produktów odzwierzęcych z diety. Mam świadomość, że są osoby dla których obiad bez mięsa jest nie obiadem, a kanapka musi być z wędliną. Nie będę się kopać z koniem. Ale to właśnie te osoby powinny sięgnąć po książkę doktora Greger’a. Wiem, że moje mówienie o krzywdzeniu biednych zwierząt  i nietolerancji laktozy niewiele zdziała. Jednak poparte badaniami wnioski lekarza powinny dać do myślenia nawet największym padlinożercom.  Moja ocena – szarpnij się dwa razy i 1) kup książkę 2) przeczytaj

I na tym etapie moja choroba się skończyła. Zwolnienie lekarskie też. Wracam do pracy. Do obejrzenia zostało mi jeszcze kilka poleconych filmów i książek. O tym niebawem.

Bez kategorii Książkowo Obyczajowe poradniki

Z Kindla wzięte czyli ostatnio przeczytałam

8 października 2018

Wszystko, co trafia na mojego Kindl’a i finalnie zostaje przeczytane, skrupulatnie odznaczam i krótko recenzuję tutaj. Nie odczuwam potrzeby powtarzania tego na blogu. Zdarzają się jednak książki, które na tyle przykuły moją uwagę i dały do myślenia, że chcę się z Wami nimi podzielić. I tak w ostatnim czasie były to:

Odżywianie według jogi

Odżywianie według jogi

1) „Odżywianie według jogi. Uzdrawianie relacji z własnym ciałem i jedzeniem” Melissa Grabau

Mój romans z jogą trwa już niemal pięć lat; z większym lub mniejszym natężeniem. Jest to dla mnie rodzaj aktywności fizycznej. Praktyka jogi nigdy nie miała dla mnie wymiaru stricte duchowego – chodziło (i nadal chodzi głównie) o sprawność i elastyczność ciała. Dlatego po „Odżywianie według jogi” sięgnęłam raczej z czystej ciekawości. Spodziewałam się raczej jadłospisów i list produktów zakazanych i dozwolonych. Przed rozpoczęciem lektury pokpiwałam nawet w myślach, że nic nowego pewnie tam nie znajdę, poza znanym mi już wegetarianizmem czy nawoływaniem do odstawienia chemicznego jedzenia. A tu niespodzianka. W całej książce nie ma żadnego zestawienia produktów dobrych czy złych, ani jednego jadłospisu, nikt nie krzyczy, że jedzenie mięsa jest złe. Pozycja traktuje o odżywianiu jako procesie, który sprawia, że nasze życie i ciało wygląda i czuje się tak, jak jest przez nas traktowane. W oparciu o konkretne przypadki (osoby), autorka analizuje problemy żywieniowe współczesnego pierwszego świata, sugerując metody ich rozwiązywania. Bardzo pomocne są też ćwiczenia „duchowe” będące podsumowaniem każdego rozdziału. Wbrew tytułowi – książka nie tylko dla joginów.

2) „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” Natalia Sosin-Krosnowska

Najpierw powstała seria programów „Daleko od miasta” emitowanych na kanale Domo+. Każdy z odcinków poświecony był innej ucieczce mieszczucha na wieś, do idealnego i spokojnego życia. Ciężko jednak w niecałych 30 minutach streścić wszystkie emocje, wątpliwości i przeżycia bohaterów. Dlatego książka napisana przez prowadzącą, to idealne uzupełnienie programu. Wizja i fonia z programu zyskuje duszę. Okazuje się, że wymarzony dom w górach, to nie tylko cisza, spokój i bliskość natury ale i cieknący dach, dwugodzinna wyprawa do sklepu i szara, depresyjna jesień siąpiąca deszczem. Zbiór zwierzeń, z który chyba żadne nie jest tylko pochwalnym peanem na polską wieś, to lektura obowiązkowa dla każdego, kto chociaż raz pomyślał o rzuceniu wszystkiego i hodowaniu owiec w Bieszczadach.

3) „Paryska nieznajoma” Santa Montefiore

Z autorką „poznała” mnie moja nieżyjąca już babcia, podsuwając dawno temu „Spotkamy się pod drzewem ombu”. Od tamtej chwili regularnie wracałam (dzięki babci) do jej książek. Niestety babcia zmarła, a ja jakoś przestałam sięgać po lżejszą, kobiecą literaturę. Aż wpadła mi w ręce „Paryska nieznajoma”. Połknęłam ją w dwa wieczory. Nie jest to lektura wymagająca zastanowienia i analizowania. To zwyczajna ludzka historia ze wzlotami i upadkami, szczęściem i dramatem. Jest oczywiście nieszczęśliwa miłość, intryga i happy end. Bez filozofii, zadumania i niepotrzebnych analiz. Bo czasem trzeba się przenieść do alternatywnej współczesności, gdzie problemy są jakby łatwiejsze i życie prostsze.

A Wy, co ciekawego ostatnio przeczytaliście? Może coś z mojej listy, a może zupełnie innego? Chętnie poznam Wasze opinie i sugestie.

Filozoficznie Obyczajowe Życiowo

Minimalista kolekcjoner

14 maja 2018

Do napisania dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie Kasia z Simplicite, która na swoim Instagramie zamieściła zdjęcie pięknego kubka na czterech nogach. Jednego ze swojej kolekcji. Bo Kasia zbiera, a raczej zbierała, kubki. Tak, wiem, niektórym może wydać się to dziwne, że minimalista może być kolekcjonerem. Wielu może to nawet oburzyć. No cóż… Daleko mi jeszcze do Kasi. Do osób, których majątek ogranicza się do 100, 200 czy 365 przedmiotów – tym bardziej. Ale mogę powiedzieć, że idea minimalizmu jest bliska mojemu sercu. W ostatnich latach pozbyłam się wielu rzeczy, wśród nich takich, które wydawały mi się wcześniej do funkcjonowania niezbędne. Ba, ja – mól książkowy zakochany w zapachu zadrukowanego papieru – przetrzebiłam własną biblioteczkę przechodząc z książki papierowej na elektroniczną. Ubrań też mam zdecydowanie mniej. Mniej butów. Są jednak rzeczy, których nie ubywa, a wręcz przeciwnie – z czasem ich przybędzie. To moje kolekcje. I dzisiaj o nich.

Szklany pojemnik z zegarkami

Pierwsza to zegarki. Od razu zaznaczam, nie ścienne kukułki, nie budziki, nie stojące czasomierze z wahadłem. Uwielbiam zegarki na rękę. Na codzień nie noszę prawie zupełnie biżuterii. Od wielkiego święta zdarza mi się założyć kolczyki. Na szyi jeśli już to motam apaszkę (ale przyznam – marzy mi się wisiorek, o – taki). Za to na lewym nadgarstku zawsze mam zegarek, który służy mi do mierzenia czasu. Domyślam się, że odbiegam od normy czyli większości, która sprawdza godzinę na telefonie ale jakoś mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – nie wyobrażam sobie zerkania na komórkę, by sprawdzić, która jest godzina. Do tego służy mi zegarek. Ale moje czasomierze traktuję też jako ozdobę. Jeśli już się na jakiś decyduję, musi być naprawdę niepowtarzalny. A dzięki temu, że jestem wybredna, moja kolekcja nie powiększa się w zastraszajacym tempie. To nie jest też tak, że podobają mi się tylko te z logo Rolex czy Patek – wręcz przeciwnie – większość to zegarki kupione w sieciówkach. Ich pochodzenie wobec designu nie miało znaczenia. Ale moi ulubieńcy to zegarki autorskiej marki Ewa Saj. Najpiękniejsze cuda na świcie. Niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Każdy z nich opowiada swoją historię. Z resztą sami zobaczcie, czy nie są piękne? Na tych tarczach aż czas płynie wolniej.

Druga moja kolekcja to świeczniki. Delikatnie mówiąc nietypowe, bo żydowskie. Większość w Was z pewnością kojarzy charakterystyczny, siedmioramienny świecznik zwany menorą. To jeden z najbardziej znanych symboli judaizmu. Widnieje między innymi w herbie państwa Izrael ale stanowi też element dekoracyjny umieszczany na ścianach synagog. I taką piękną menorę mam. Kupioną w czasie wakacyjnych wojaży po Mazurach, na lokalnym targu. Patrzyła na mnie spomiędzy starych talerzy i pordzewiałych zawiasów. Zupełnie nieplanowany zakup. Poza nią są jeszcze dwie chanukije. Jedna stylizowana na menorę, druga bardziej tradycyjna. Od tej pierwszej zaczęła się kolekcja. To też zakup przypadkowy. Znaleziona w sklepie ze starymi meblami, w okazyjnej cenie, bo – jak to ujął sprzedawca: „Wypaczona ta menora – za dużo ramion ma”. Bo rzeczywiście ma za dużo ramion – tyle ile powinien mieć tradycyjny świecznik chanukowy. Podobnie jak drugi egzemplarz z mojej kolekcji – tym razem „trafiony” z sklepie z odzieżą używaną. Lubię te moje świecidełka – piękne, prawda?

Świecznik chanukowy

Jak widzicie, mało rozbudowane te moje kolekcje i słaby ze mnie kolekcjoner, bo zegarków mam sześć, a świeczników trzy. Zbiory pewnie się powiększą ale nie szybko – żadna z tych rzeczy nie była kompulsywnym zakupem dla zaspokojenia samej potrzeby kupowania. Wszystkie świeczniki to przypadek, zegarki – starannie zaplanowane i wyselekcjonowane. A jak to się ma do minimalizmu? Myślę, że jest zgodne z jego ideą. Zarówno przedmioty z jednej, jak i drugiej kolekcji są przeze mnie użytkowane. Czerpię radość z ich posiadania ale też samego używania. Kupuję je z rozmysłem i z wewnętrznej potrzeby i nie mam wyrzutów sumienia, że wydałam na nie pieniądze. Nie szukam ich usilnie, nie śledzę internetowych aukcji, chociaż mogłabym, bo pięknych świeczników jest na nich sporo. Bo chyba głównie o to chodzi w minimalizmie, by nabywać z uwagą, a zakupy ograniczyć do tych przedmiotów, które nam służą – pośrednio i dosłownie.

Pochwalcie się swoimi kolekcjami? Zbieracie? Czy może w Waszym rozumieniu minimalizm to również rezygnacja z kolekcji. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Obyczajowe Zdrowo Zjedz i wypij

Na wolno czyli test wyciskarki wolnoobrotowej

29 stycznia 2018

Domyślam się, że dla większości to żadna nowość. Niemal cała blogosfera już to urządzenie poznała, przetestowała i oceniła. Teoretycznie nie ma sensu wyważać otwartych drzwi i rozpisywać się na ten temat po raz kolejny. Pokuszę się jednak o mój prywatny osąd.

Zacznijmy może od tego, że nigdy nie miałam żadnej wyciskarki soków. Nawet tego zwykłego grzybka do cytrusów. To urządzenie zwyczajnie nie było mi potrzebne. I pewnie nadal bym o nim nie myślała, gdyby nie zmiany żywieniowe, które od pewnego czasu wprowadzam do swojego CV. O ograniczeniu (a raczej wykluczeniu) mięsa już pisałam. Wiąże się ono w logiczny sposób z większym spożyciem owoców i warzyw. Jedzenie „zieleniny” nigdy nie było dla mnie problemem. Zawsze dokładałam coś liściastego czy korzennego do każdego posiłku. Nie ukrywam też, że dieta roślinna zdecydowanie mi służy. Warzywa w sałatkach, na kanapkach, w surówkach, zapiekane, duszone, zbledowane na zupę-krem czy zmiksowane na smoothie. Widzicie czego w tym wszystkim brakuje? Soków. Warzywa można jeść ale można je też pić. Wydawałoby się, że to takie proste – przecież sklepowe półki uginają się od najróżniejszych soków warzywnych. Kupujesz i pijesz. Do wyboru do koloru – marchewkowe, pomidorowe, mieszane. Cała paleta smaków. Na początku kupowałam. Ale z czasem zaczęłam być wybredna. Dokładniej studiowałam etykiety. Analizowałam składy, porównywałam smaki. Po pewnym czasie doszłam do wniosku, że ideału w sklepie nie znajdę. Mogę go jednak sama zrobić. Wystarczy tylko wyciskarka.

Zaczęłam poważnie zastanawiać się nad zakupem tego urządzenia. Moja mama miała takowe, jeszcze w głębokich latach osiemdziesiątych. Zielono-białe pudełko głośno buczało, a jego mycie trwało dłużej niż używanie. Zaczęłam research w Internecie. Już po pierwszych poszukiwaniach okazało się, że zwykła wyciskarka (sokowirówka) jest już passe. Teraz korzysta się z wyciskarek wolnoobrotowych, które dają najzdrowsze soki, radzą sobie z każdym warzywem, owocem, a dodatkowo robią lody (ok – sorbety). Są cichutkie, ich obsługa jest banalnie prosta, a mycie – szybkie i nieskomplikowane. Wszystkie te opinie niemal mnie przekonały. Pozostała tylko kwestia ceny, która delikatnie mówić – powaliła mnie na kolana. Jeśli chciałam mieć urządzenie niezawodne i sprawdzone, które będzie mi służyć przez lata, powinnam się przygotować na wydatek co najmniej 1000 PLN (nawet jeśli nie będzie robić lodów i tak ciężko o coś dobrego za mniejsze pieniądze). Przyznam, że ta informacja mocno ostudziła moje zapędy. Argument finansowy jest zawsze mocny.

Od momentu, kiedy zaczęłam zastanawiać się nad zakupem wyciskarki wolnoobrotowej, z tyłu głowy miałam też inny argument – kolejny zakup to kolejna rzecz zajmująca przestrzeń. Czy bez tego naprawdę nie da się żyć?… Pewnie się da, skoro tyle lat żyłam. Ale z drugiej strony – może to życie z wyciskarką będzie lepsze/zdrowsze/wygodniejsze? Może żyłam w błogiej nieświadomości? Jak się o tym przekonać?

Z pomocą przyszło samo życie w postaci znajomej, z którą podzieliłam się problemem. Okazało się, że sama posiada, owszem już od kilku lat. I zupełnie nie korzysta. I chętnie pożyczy. Czego można chcieć więcej?

I tak zaczęłam testować urządzenie marki Hurom, produkt z wyższej półki – również cenowej (robi lody :)). Na wyposażeniu dwa sitka – drobniejsze i grubsze, pojemnik na sok i na odpady. Proste w obsłudze i szybkie w czyszczeniu.

Testy dobiegły końca. Poniżej moje wnioski:

  • soki pierwsza klasa – jestem pod wrażeniem jak mało zostało z twardej marchewki, a jak dużo soku wyciskarka z niej wydusiła
  • urządzenie radzi sobie z każdym warzywem/owocem – piliście kiedyś sok z łodyg brokułu?…
  • przy użyciu grubszego sitka wychodzą pyszne musy.. i lody czyli sorbety
  • pomimo, że urządzenie przeszło testy pozytywnie – nie kupię wyciskarki wolnoobrotowej

Dlaczego?

  • zwyczajnie nie odczuwam różnicy w smaku między sokiem pozyskanym za pomogą tego urządzenia, a efektem pracy mojego poczciwego blendera do smoothie (kiedyś o nim też napiszę), poza „strukturą” rzecz jasna
  • tak, wiem – ważne są te wolne obroty, nagrzewanie się metalowych części, ginące tragiczną śmiercią witaminy i wartości odżywcze ale nie przekonacie mnie, że bardziej skorzystam z samego soku nawet odpowiednio pozyskanego,  niż całego warzywa (blender do smoothie nie zostawia resztek)
  • szkoda mi przestrzeni życiowej na obrastania w kolejne gadżety, bo tak niestety musze wyciskarkę nazwać, tym bardziej, że mając na uwadze „rozwój technologii kuchennych” już niebawem wyciskarkę wolnoobrotową zastąpi coś wolniejszego/lepszego/zdrowszego
  • moje życie nie uległo drastycznym zmianom od momentu rozpoczęcia testów, nie sądzę aby coś się zmieniło w momencie zakupu wyciskarki (poza zasobem portfela rzecz jasna)

Podsumowując – będę żyła zdrowo bez wyciskarki. Niemniej jednak, osobom zdecydowanym na zakup tego typu  urządzenia i zastanawiającym się nad wyborem konkretnego modelu, z czystym sumieniem polecam firmę Hurom, model HH Series Type L.

A jak u Was? Wyciskacie wolno czy normalnie? A może w ogóle nie wyciskacie? Chętnie posłucham.

 

Ps. Firma Hurom nie partycypowała w tworzeniu postu 🙂 Niemniej jednak podlinkowałam ich stronę i skorzystałam ze zdjeć na niej się znajdujących, ponieważ uważam że to godny polecenia produkt.

Obyczajowe Życiowo

Wpis sponsorowany

24 stycznia 2018

Pamiętacie ten wpis? Przybliżałam Wam w nim jedną z moich ulubionych „przegryzek” czyli ziarna ekspandowane firmy Soligrano. Post powstał przy współpracy z producentem, który przesłał mi próbki swoich produktów. Nie były to typowe testy, ponieważ ziarna ekspandowane znałam już wcześniej i zajadałam się nimi nałogowo. Pierwszy raz na ich produkty trafiłam w sieci znanych drogerii. Niestety, nie wszystkie rodzaje ziaren były tam dostępne. Ponieważ byłam bardzo ciekawa innych smaków, sama zwróciłam się do producenta z prośbą o ich udostępnienie, jednocześnie informując, że swoje wrażenia opublikuję na blogu, wobec czego producent nie protestował. „Testy” przeszły pomyślnie, ich wyniki przedstawiłam na blogu. Wpis opatrzyłam informacją, że powstał on we współpracy z konkretną marką. Ziarna zajadam do dzisiaj. Podobnie jak wiele innych zdrowych produktów, które kupuję jak zwykły Kowalski w sklepie. Dlaczego wracam do tego wpisu?

W ostatnim czasie wielkie spore poruszenie wywołała historia bloggerki, która zwróciła się do ekskluzywnego hotelu
z propozycją „zareklamowania” obiektu na swoim blogu w zamian za udzielenie nieodpłatnej gościny autorce oraz jej partnerowi. Burzę wywołała nie tyle propozycja, co odpowiedź jaką otrzymała. Właściciel hotelu w bardzo dosadny sposób odniósł się do propozycji. Nie będę tutaj przytaczać szczegółów wypowiedzi – możecie ją przeczytać tutaj. Ogólny sens można podsumować tak: „Twój pobyt kosztuje – to czyjaś praca, to koszt mediów, produktów. To koszty, których nie da się pokryć pozytywną opinią na blogu”. Właściciel zarzucił wprost dziewczynie, że nie ma godności proszę o coś za darmo.

W tym momencie można się oburzyć, że przecież nie będzie to za darmo. Przecież na blogu powstanie wpis. Z pewnością pozytywny. Hotel zostanie opisany w samych superlatywach. Zapewne tak samo zostanie przedstawiona obsługa, serwis
i wszelkie wygody. To wszystko opatrzone idealnymi fotografiami. Bo jak inaczej? Wszak taka jest niepisana umowa – „Ty mi coś fajnego/dobrego/smacznego/wygodnego – ja Tobie pozytywną opinię”. Co z tego, że być może nie zawsze zgodną
z prawdą i rzetelną. Liczą się słupki. I popularność. A to, że ktoś zachęcony wpisem kupi pozytywnie zaopiniowany przedmiot i mocno się rozczaruje. No cóż… Tego w umowie barterowej już nie ma.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko wpisom sponsorowanym i recenzowaniu urządzeń/kosmetyków/usług przez bloggerów. Wszak blogi, szczególnie te popularne, to dla wielu źródło wiedzy i opinii. Sama czytam post-recenzje. Podchodzę do nich jednak z pewną dozą sceptycyzmu zbudowaną na informacji „post sponsorowany/powstał we współpracy z firmą XYZ”. Szczególnie „cieszą” mnie recenzje i opinie negatywne. Spokojnie – nie jestem złośliwcem karmiącym się cudzym nieszczęściem. Negatywne opinie cieszą mnie, ponieważ są dowodem na to, że ten blogger, ta bloggerka jest obiektywna. Nie zachwala pod niebiosa wszystkiego, co tylko otrzyma od producentów ale zachowuje zdrowy rozsądek. Chociaż muszę przyznać, że rzadko można spotkać autorów wystawiających negatywne recenzje. A już na pewno nie zobaczymy wtedy pod wpisem informacji o producenckim wsparciu. Szkoda. Może warto zdobyć się na odwagę i zdać na szczerą opinię?

 

A jak jest u Was? Zdajecie się na opinie i recenzje wpisywane na blogach? Co myślicie o postach sponsorowanych? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Kryminał Książkowo

Książka książce nierówna

19 grudnia 2017

Jestem uzależniona od książek. Mogłabym tak naprawdę czytać bez przerwy. W miesiącu czytam 5-6 książek. Dużo. To wręcz podwód do dumy w czasach, gdy co trzeci Polak sięga po książkę, a pozostali wprost deklarują, że nie czytają. Ale czy na pewno powinnam być z siebie taka dumna?

Żeby nie pogubić się w tym całym moim czytelnictwie, już przed laty założyłam sobie konto na portalu „Lubimy czytać”. Fantastyczna sprawa, którą polecam każdemu molowi książkowemu. Tworzymy sobie wirtualne półki z książkami, które chcemy przeczytać, czytamy, ulubionymi i tymi, które nas rozczarowały. Możemy książki oceniać, a nawet pisać ich recenzje. Mój wirtualny księgozbiór jest już dosyć spory. A dzięki temu, że sumiennie odnotowuję w nim każdą przeczytaną książkę, mogłam zrobić rachunek sumienia. Przyznam, przeraził mnie. Przeczytałam w tym roku 80 książek. W zdecydowanej większości kryminały, trochę literatury „babskiej”, trochę beletrystyki. Ja, inteligentna wykształcona osoba nie przeczytałam nic „ambitnego”. Nie zrozumcie mnie źle – nie dyskredytuję żadnego gatunku literackiego, z resztą wspomniane kryminały uwielbiam. Podobnie jak lubię odpocząć przy babskich wynurzeniach. I myślę, że nie ma w tym nic złego. Niemniej jednak, brakuje w tym moim zestawieniu czegoś głębszego. Przyznam, nie bez rumieńca wstydu, że klasykę czytałam ostatnio w liceum. Nowości z listy np. Bookera znam tylko z recenzji. Regularnie zaglądam na strony największych polskich wydawnictw i sprawdzam, co tam nowego. Ba, na półkę „Chcę przeczytać” trafiają kolejne ambitne tytuły. I na tym się kończy. Dlatego – pomimo, że bardzo nie lubię noworocznych postanowień – tym razem jedno podejmę. W kolejnym roku ograniczę liczbę czytanych książek; mówiąc górnolotnie postawię na jakość, nie ilość. Postaram się w każdym miesiącu sięgnąć po coś „klasycznego” i coś „nowego”. Przez „klasyczne” rozumiem kanon literatury powszechnej. „Nowe” to książka, która wchodzi na rynki ale raczej nie Dan Brown. Na pierwszy ogień, jeszcze w tym tygodniu pójdzie „Lolita” Nabokova. Tak, wiem, wstyd. Ale jakoś tak się złożyło, że nie czytałam. Nie wiem, co będzie z „nowych”. Musze rozeznać rynek, tym razem konsekwentnie – nie tylko odhaczając jako „Chcę przeczytać”.

 

A jak u Was z czytaniem? Czytacie, pożeracie książki czy poczytujecie? Ambitnie czy trochę mniej? Może podpowiecie, po co warto sięgnąć? Chętnie poczytam.

Książkowo Obyczajowe Życiowo

„Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej” Katarzyna Wągrowska

19 października 2017

Recenzja poradnika o życiu bez śmieci pojawiła się już na wszystkich najpopularniejszych bloga. Nie będę gorsza. Przeczytałam i napiszę Wam, co o niej myślę, czego nowego się dowiedziałam i jak ją oceniam. Tym bardziej, że „zero waste” nieodzownie łączy się z bliski mi minimalizmem.

Zacznijmy może od tego, że jest dostępna w wersji elektronicznej, za co jestem autorce bardzo wdzięczna. W ramach ograniczania dobytku staram się czytać, a co za tym idzie kupować książki czy gazety w wersji elektronicznej. Niestety, nie zawsze jest to możliwe. Nadal zdarzają się pozycje dostępne tylko w druku. Tym samym mamy już pierwszy plus – za opakowanie. A co w środku?

W środku też bardzo dobrze. Przede wszystkim po polsku. Wielką zaletą poradnika jest to, że „akcja” toczy się na rodzimym podwórku, a autorka zderza się z rzeczywistością, z którą Kowalska kopie się na co dzień. Czyli setki plastikowych butelek, jednorazowe reklamówki czy papier toaletowy pakowany w folię. To ważne o tyle, że filozofia „zero waste” nie jest nowością. Stało się o niej głośno już kila lat temu, gdy Amerykanka (urodzona we Francji) Bea Johnson przerażona ilością śmieci, postanowiła przeprowadzić wraz z rodziną eksperyment polegający na ograniczaniu produkowanych śmieci. Rodzina bardzo się dobrze się spisała produkując w ciągu 12 miesięcy litrowy słoik śmieci, a sama pomysłodawczyni eksperymentu napisała na ten temat książką. Poradnik jej autorstwa (podobnie) jak prowadzony przez nią blog, są bardzo wartościowe, kompetentne i pomocne ale bardziej dla kogoś żyjącego w amerykańskich realiach. Wiele rozwiązań ciężko wprowadzić nad Wisłą. W przeciwieństwie do tych proponowanych przez Katarzynę Wągrowską.

Poza tym, że pomysły i rady zawarte w poradniku zadają się do zastosowania tu i teraz, nie są kosztowne. Nie wymagają wielkich nakładów środków, a jeśli już konieczny jest wydatek (np. zakup lunchboxa, kompostownika czy lnianych woreczków), to sytuacja jednorazowa i „zarabiająca” w przyszłości. Zakup każdego z elementów ułatwiających bezśmieciowe życie autorka uzasadnia zestawieniem kosztów (tak jest np. w przypadku kubeczka menstruacyjnego czy wielorazowych podpasek). Trzeba przyznać – jest przekonująca.

Bardzo podoba mi się, że poradnik blogerki, to nie tylko zestaw nakazów i zakazów ale też dokładne instrukcje czy wręcz przepisy kulinarne. Naprawdę trudno znaleźć kontrargument na przedstawiane przez autorkę stwierdzenia. Co ważne, każdy z przedstawianych w książce problemów śmieciowych poparty jest danymi, liczbami i słupkami. To daje do myślenia. Podobnie jest wiele przytaczanych w poradniku faktów z pogranicza biologii, fizyki czy chemii.

Co ważne, autorka rozprawia się ze śmieciami wszelkiej maści. Nie ogranicza się do foliowych jednorazówek i marnowania jedzenia. W kolejnych rozdziałach rozpracowuje każdy aspekt życia. Wchodzi do kuchni, idzie na zakupy, sprząta i zagląda do kosmetyczki. I wszędzie znajduje śmieci, które można ograniczyć. Swoje doświadczenia w tym zakresie wzbogaca wywiadami z osobami, które mają podobne do jej doświadczenia.

Co ja na to? Jestem na tak. Nawet bardzo. Wydawało mi się, że żyję ekologicznie – segreguję śmieci, piję kranówę filtrowaną w dzbanku i nie biorę jednorazówek, a na zakupy chodzę z własną torbą. Okazuje się, że można więcej – kupić czekoladę w papierku, a nie w folii; ogórka takiego „luzem” , a nie foliowanego, a obierki z warzyw wrzucić na kompost, nie do odpadów zmieszanych. Oczywiście nie wszystkie porady autorki do mnie przemawiają. Raczej nie zabiorę się do produkcji kosmetyków, nie będę prała w orzechach ani nosiła ze sobą do restauracji metalowej słomki do picia. Nie dlatego, że nie widzę sensu. Zwyczajnie tego nie czuję. Myślę jednak, że jeśli statystyczna Kowalska wcieli w życie chociaż 1/3 porad autorki śmieci będzie mniej.

A jak u Was ze śmieciami? Macie już tego pozytywnego bzika czy zachowujecie zdroworozsądkową równowagę? A może macie jakieś swoje patenty na „zero waste”? Podzielcie się – chętnie poczytam.

 

Bez kategorii Dla ciała Książkowo Zdrowo

Jarzynowo

21 sierpnia 2017

Dzisiaj będzie książkowo i zdrowo. Jestem świeżo po lekturze „Food Pharmacy”. Przymierzałam się do tej książki już od pewnego czasu ale zawsze coś stawało na drodze. Przyznam też, że przy dzisiejszym wysypie poradników na temat zdrowego żywienia, miałam pewne obiekcje, czy aby to nie będzie znów to samo tylko w innej okładce. Ostatecznie zdecydowałam się na lekturę w wersji elektronicznej. I nie żałuję.

 

 

Zacznijmy może od tego, że od jakiegoś czasu  – powiedzmy dwóch czy trzech miesięcy – jestem na ciągłym głodzie. Jarzynowym. Pochłaniam warzywa w ilościach hurtowych, najczęściej na surowo w postacie sałatek. Ale są też zupy-kremy, warzywa duszone czy zapiekane. Królują oczywiście pomidory. I tutaj ciekawostka. Jeszcze w ubiegłym roku miałam na pomidory „limit”. Nadmierne ich spożywanie skutkowało uczuleniem (w moim przypadku są to zawsze pękające kąciki ust – tak zwane zajady”. W tym roku stał się cud. Pomidory jem na kilogramy, a uśmiech zupełnie mi się nie powiększa. Ale wróćmy do sedna. Wiem, że warzywa są zdrowe i jeść należy ich jak najwięcej. Nie zamierzałam i nie zamierzam z tym polemizować. Zastanowił mnie jednak fakt, skąd ten głód, połączony z totalnym brakiem apetytu na mięso, pieczywo czy nabiał. Odpowiedzi zaczęłam szukać oczywiście w internecie. I tak trafiłam na „Food Pharmacy”.

Lina i Mia to młode kobiety, które spisały swoje doświadczenia i wiedzę zebraną w trakcie rozmów ze specjalistami w jednym miejscu. Najpierw był to blog, a później książka. Książka, która moim zdaniem jest fantastyczna. Najlepszą rekomendacją niech będzie fakt, że – jak zaznaczyłam na początku – przeczytałam ją w wersji elektronicznej ale teraz już wiem, że muszę mieć wydanie papierowe. Zawsze pod ręka. Dla siebie. Bo to skarbnica wiedzy, porad i odpowiedzi. Oczywiście nie znalazłam w książce rozdziału pod tytułem: „Dlaczego czujemy głód warzywny?” W trakcie lektury przestało to mieć znaczenie. Zdecydowanie bardziej zainteresowało mnie to, jaki wpływa na organizm ma to, że pochłaniam je w gigantycznych ilościach. Jak wpływają na mój stan zdrowia, a dokładnie stan jelit, a co za tym idzie układ odpornościowy. A wszystko to podane przystępnym językiem. Poparte masą przykładów. Podbudowane badaniami naukowymi i opiniami specjalistów. W bonusie kilka przepisów. Naturalnie warzywnych.

„Food Pharmacy” to swego rodzaju poradnik, który może pomóc w przejściu na dobrą stronę mocy. Oczywiście, nie jest to lektura, po której  zaczniemy się żywić tylko i wyłącznie sałatą lodową. Nic z tych rzeczy. Niemniej jednak, sprawi, że spojrzymy na kwestie żywieniowe w zupełnie innym świetle, czego sama jestem przykładem – niespełna 12 godzin po przeczytaniu książki stworzyłam (i spożyłam) swoje pierwsze zielone smoothie. Nie będę się tutaj chwalić zdjęciami produktu – przyjaciółka stwierdziła, że wygląda jak resztki trawienne jej synka; po prostu musze jeszcze popracować nad kolorystyką. Ale było pysznie i zdrowo. I to zasługa Liny i Mii. Bo musicie wiedzieć, że do wczoraj uważałam smoothie za fanaberie bloggerek i hipsterskie nowomody.

 

A Wy? Miewacie warzywne głody? Pijecie smoothie? A może jesteście już po lekturze „Food Pharmacy”? Napiszcie, jak u Was z warzywami.

Książkowo Obyczajowe Życiowo

Letnie podsumowanie

31 lipca 2017

Zastosuję dzisiaj taktykę, którą obserwuję ostatnio na wielu poczytnych bloga. To „podsumowanie”. Wiele autorek (tak się składa, że czytam tylko blogi prowadzone przez kobiety) wprowadziło u siebie wpisy podsumowujące. Regularnie (co tydzień np.) pojawiają się wpisy, o tym, co już na blogu było. Nie wiem, jaki ma to cel; w moim przypadku powoduje rezygnację z regularnej lektury. Zwyczajnie „nie chce mi się” wchodzić na stronę, żeby przeczytać o tym co było, co już przeczytałam. Daleka jestem od podsumowań podsumowań. Dzisiaj jednak robię wyjątek i sama podsumowuję na blogu. Z prostej przyczyny – zebrało się tego tyle przez ostatnie tygodnie, że najprościej będzie zebrać wszystko w jednym wpisie. No to zaczynamy!

Byłam…na wakacjach. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam Mazury. Tak, wiem – wielu z Was przeczyta to z niedowierzaniem, ale tak właśnie było. Nigdy wcześniej nie miałam okazji bywać w tej części kraju. A jest bajeczna. To naprawdę kraina tysiąca jezior, jeziorek, stawów, bajorek itp. Są przepiękne. Szczególnie o wschodzi słońca, gdy rozchodzi się nad nimi warstwa mgły. Nic tylko fotografować. Na pewno tam wrócę. Nie tylko nad zagubione wśród lasów małe jeziorka ale też na ruchliwą marinę i do poniemieckich bunkrów.

Jadłam…ziemniaki. Pod wieloma postaciami. Oczywiście na Mazurach. Mam wrażenie, że to warzywo jest podstawą tamtejszej kuchni. Była babka ziemniaczana, szare kluski kładzione, kiszka ziemniaczana, placki ziemniaczane i kartacze. Pychota! Dla tych smaków też tam wrócę. A teraz jem ziemniaki w mniej skomplikowanej wersji czyli jako Hasselback z Jadłonomii. Wyborne!

Słucham i słucham….ścieżki dźwiękowej ze „Sztuki kochania” i odpływam. Film był fantastyczny. Obejrzałam go raz ale na pewno jeszcze do niego wrócę. Nie tylko dla głównej bohaterki ale też dla całej otoczki – tak barwnej i kolorowej.

Wróciłam….do jogi i biegania. To pierwsze staram się wdrażać codziennie, zaraz po przebudzeniu. Z tym drugim jest nieco gorzej ale czy ktoś z Was tak od razu zaczął biegać/ wrócił do biegania z uśmiechem na twarzy? No właśnie.

Rozwijam…moją znajomość niemieckiego. A raczej cały czas uczę się tego języka. Jest zdecydowanie lepiej niż przed dwoma czy trzema miesiącami ale do ideału jeszcze bardzo daleko. Może dlatego, że jakoś między nami nie iskrzy? Jakiś taki ciężki jest
i kanciasty. No bo sami powiedzcie, jak można nazwać określić motyla jako „Schmetterling” czy tęczę jako „Regenbogen” (dosłownie deszczowy łuk).

Czytam…jak zwykle bardzo dużo – zwykłych popychadeł ale też bardziej absorbujących pozycji. Z ostatnio przeczytanych gorąco polecam biografię Wandy Rutkiewicz autorstwa Anny Kamińskiej. Czytałam już wiele książek o wspinaniu i wspinaczach,
ta zdecydowanie jest najlepsza.

 

Jak widzicie, cały czas coś się dzieje. Nie stoję w miejscu. Czasem wręcz pędzę i w konsekwencji brakuje czasu na bloga. Moje postanowienie na drugą połowę wakacji, to zwolnić. Tak rozsądnie. Mam nadzieję, że mi się uda. A jak Wam mija lato?

Obyczajowe Życiowo

Minimalizm po niemiecku

5 czerwca 2017

Nie zdążyłam Was jeszcze poinformować ale Namysłowska 3 zmieniła się na Lipową 28. Oczywiście tylko formalnie. Ta zmiana to oczywiście efekt mojej przeprowadzki – od miesiąca mieszkam w Niemczech. Powoli oswajam się z nową rzeczywistością, co skutkuje całą masą różnorodnych przemyśleń, którymi już niebawem się z Wami podzielę. Co ciekawe, spostrzeżenia te dotyczą nie tylko nowego środowiska, w którym się znalazłam, ale też mnie samej.

Większości z nas przeprowadzka kojarzy się z pakowaniem całego dobytku, przewożeniem wielkich kartonów i gorączkowym poszukiwaniem przedmiotów pierwszej potrzeby już na miejscu. Tak bywa prawie zawsze. Sama przerabiałam to wielokrotnie, jeszcze za czasów studenckich. Wtedy z każdą przeprowadzką kartonów przybywało. Teraz nie potrafię zrozumieć jak udało mi się wyruszyć na studia z jedną dużą walizką, a kończyć je z tak wielką ilością rzeczy, że ledwie zmieściły się do Renault Kangoo.

Do Niemiec przeprowadziłam się z jedną (sporą) walizką, torbą z sprzętem fotograficznym i laptopem. Nie przewoziliśmy wszystkich naszych rzeczy, ponieważ w dotychczasowym mieszkaniu będziemy nadal bywać. Jednak, większość czasu będziemy spędzać w tym nowym, które okazało się niemal zupełnie puste. Poza wyposażeniem kuchni (meble i zabudowany sprzęt AGD), nie czekało tam na nas nic. Wytrwany minimalista powiedział by: „Fantastyczna przestrzeń”. Przyznam, że mnie na początku daleko było do tego rodzaju zachwytów. (Może nie jestem jeszcze minimalistą J ). Z jednej strony – świetna sprawa taka niezagracona przestrzeń i masa wolnego miejsca. Ale… dobrze jest mieć na czym spać i usiąść czy usadzić znajomych, którzy wpadają z wizytą.

Pierwszym zakupem było oczywiście łóżko. Idealnego i spełniającego wszystkie wymagania oczywiście nie było łatwo znaleźć. Na szczęście istnieje Internet i eBay. Znaleźliśmy ideał. Który trzeba było wyposażyć w materac i pościel. Tutaj niezastąpiona okazała się Światowa Szwedzka Marka. O ile skandynawski styl i wzornictwo bardzo lubię, o tyle wizyty w tym właśnie centrum handlowym są dla mnie torturą. Na pewno to znacie – sobotnie czy niedzielne popołudnie. Najpierw poszukiwanie miejsca parkingowego. Następnie powolny spacer w tłumie leniwie przechadzającym się między ekspozycjami (fascynujące, że mało kto z tłumu ma wózek/torbę z zakupami). Na koniec odpoczynek w kolejce do kasy. Już to widziałam oczami wyobraźni. Ale nie udało się ominąć tego punktu programu. Ciężko spać bez materaca. Pojechaliśmy. W sobotnie popołudnie. I już na wstępie pierwszy szok. Niemal pusty parking. Cała masa wolnych miejsc . Samochód zostawajmy przed samym wejściem. A może dzisiaj nieczynne?.. Nie, czynne. Normalnie, do 20stej. W środku pojedyncze osoby z listami zakupów przechodzą szybko od jednej ekspozycji do drugiej, uwagą zaszczycając tylko interesujące ich naprawdę produkty. Przy kasach kolejek brak. W koszykach, do których ukradkiem zerkałam, rzeczy naprawdę potrzebne (na moje oko). Wychodzę bardzo zaskoczona i swoimi spostrzeżeniami dzielę się ze znajomą Niemką, która oczywiście nie rozumie mojej reakcji. Wg niej to normalne. Na zakupy jedziesz, kiedy czegoś potrzebujesz. Po tę konkretną rzecz, gdy wcześniejsza nie nadaje się już do użytku. Jedziesz, bierzesz z półki, płacisz, wychodzisz. To wszystko. Po co spędzać tam więcej czasu? No cóż… Sami dopiszcie sobie ciąg dalszy, odtwarzając w głowie obraz z najbliższego centrum handlowego. I nie chodzi tylko o „metodę” jaką realizowane są zakupy. Ważna jest też ich celowość. Kupuję, gdy potrzebuję, gdy poprzednie się zepsuło i nie można naprawić, gdy brak danego przedmiotu utrudnia życie. Oczywiste, prawda?

Ale wróćmy do mieszkania i pustych czterech kątów. Historia z zakupami wydarzyła się na samym początku mojego pobytu tutaj. Minął miesiąc, a mieszkanie nadal – chciałam napisać „świeci pustkami” ale tak nie jest – pozostaje niezagracone. Oczywiście, przybyło trochę przedmiotów ale jest to naprawdę niezbędne minimum. W kuchni talerze, garnki, sztućce, kubki. Na tarasie dwa leżaki, które w połączeniu z dwoma krzesłami ogrodowymi w zupełności wystarczają do przyjmowania gości. I to w zupełności wystarcza. Jest oczywiście lista rzeczy, które musimy jeszcze kupić. Na początku była bardzo długa. Codzienność ją jednak weryfikuje. Wypadają z niej kolejne rzeczy, które nie przeszły „Testu miesiąca”. Na czym polega? Jest prosty – jeśli potrafiłam bez tego żyć wygodnie i normalnie przez miesiąc, to chyba tak naprawdę tej rzeczy nie potrzebuję. W weryfikacji listy zakupowej pomagają też znajomi – Niemcy. Gdy mówię, że muszę kupić pewną rzecz, patrzą ze zdumieniem i pytają, do czego mam zamiar tego używać. W większości przypadków okazuje się, że zakup chyba jednak nie będzie konieczny.

I tak powoli kształtuje się na nowo mój minimalizm. O postępach będę Was na bieżąco informować. A żeby nie ściągnąć sobie na głowę gromów w postaci komentarzy: „Cudze chwalicie..” itp., poniżej zdjęcie czegoś, co pierwszy raz zobaczyłam właśnie tutaj i uważam, za bardzo „maksymalistyczne” i totalnie zbędne. A Niemcy mają, korzystają i uważają za wielkie udogodnienie. Oto Eierschalensollbruchstellenverursacher 🙂

*zdjęcie gilotyny do jajek dzięki uprzejmości https://de.wikipedia.org/wiki/Eierköpfer