Przeglądasz kategorie

Książkowo

Obyczajowe Życiowo

Minimalizm po niemiecku

5 czerwca 2017

Nie zdążyłam Was jeszcze poinformować ale Namysłowska 3 zmieniła się na Lipową 28. Oczywiście tylko formalnie. Ta zmiana to oczywiście efekt mojej przeprowadzki – od miesiąca mieszkam w Niemczech. Powoli oswajam się z nową rzeczywistością, co skutkuje całą masą różnorodnych przemyśleń, którymi już niebawem się z Wami podzielę. Co ciekawe, spostrzeżenia te dotyczą nie tylko nowego środowiska, w którym się znalazłam, ale też mnie samej.

Większości z nas przeprowadzka kojarzy się z pakowaniem całego dobytku, przewożeniem wielkich kartonów i gorączkowym poszukiwaniem przedmiotów pierwszej potrzeby już na miejscu. Tak bywa prawie zawsze. Sama przerabiałam to wielokrotnie, jeszcze za czasów studenckich. Wtedy z każdą przeprowadzką kartonów przybywało. Teraz nie potrafię zrozumieć jak udało mi się wyruszyć na studia z jedną dużą walizką, a kończyć je z tak wielką ilością rzeczy, że ledwie zmieściły się do Renault Kangoo.

Do Niemiec przeprowadziłam się z jedną (sporą) walizką, torbą z sprzętem fotograficznym i laptopem. Nie przewoziliśmy wszystkich naszych rzeczy, ponieważ w dotychczasowym mieszkaniu będziemy nadal bywać. Jednak, większość czasu będziemy spędzać w tym nowym, które okazało się niemal zupełnie puste. Poza wyposażeniem kuchni (meble i zabudowany sprzęt AGD), nie czekało tam na nas nic. Wytrwany minimalista powiedział by: „Fantastyczna przestrzeń”. Przyznam, że mnie na początku daleko było do tego rodzaju zachwytów. (Może nie jestem jeszcze minimalistą J ). Z jednej strony – świetna sprawa taka niezagracona przestrzeń i masa wolnego miejsca. Ale… dobrze jest mieć na czym spać i usiąść czy usadzić znajomych, którzy wpadają z wizytą.

Pierwszym zakupem było oczywiście łóżko. Idealnego i spełniającego wszystkie wymagania oczywiście nie było łatwo znaleźć. Na szczęście istnieje Internet i eBay. Znaleźliśmy ideał. Który trzeba było wyposażyć w materac i pościel. Tutaj niezastąpiona okazała się Światowa Szwedzka Marka. O ile skandynawski styl i wzornictwo bardzo lubię, o tyle wizyty w tym właśnie centrum handlowym są dla mnie torturą. Na pewno to znacie – sobotnie czy niedzielne popołudnie. Najpierw poszukiwanie miejsca parkingowego. Następnie powolny spacer w tłumie leniwie przechadzającym się między ekspozycjami (fascynujące, że mało kto z tłumu ma wózek/torbę z zakupami). Na koniec odpoczynek w kolejce do kasy. Już to widziałam oczami wyobraźni. Ale nie udało się ominąć tego punktu programu. Ciężko spać bez materaca. Pojechaliśmy. W sobotnie popołudnie. I już na wstępie pierwszy szok. Niemal pusty parking. Cała masa wolnych miejsc . Samochód zostawajmy przed samym wejściem. A może dzisiaj nieczynne?.. Nie, czynne. Normalnie, do 20stej. W środku pojedyncze osoby z listami zakupów przechodzą szybko od jednej ekspozycji do drugiej, uwagą zaszczycając tylko interesujące ich naprawdę produkty. Przy kasach kolejek brak. W koszykach, do których ukradkiem zerkałam, rzeczy naprawdę potrzebne (na moje oko). Wychodzę bardzo zaskoczona i swoimi spostrzeżeniami dzielę się ze znajomą Niemką, która oczywiście nie rozumie mojej reakcji. Wg niej to normalne. Na zakupy jedziesz, kiedy czegoś potrzebujesz. Po tę konkretną rzecz, gdy wcześniejsza nie nadaje się już do użytku. Jedziesz, bierzesz z półki, płacisz, wychodzisz. To wszystko. Po co spędzać tam więcej czasu? No cóż… Sami dopiszcie sobie ciąg dalszy, odtwarzając w głowie obraz z najbliższego centrum handlowego. I nie chodzi tylko o „metodę” jaką realizowane są zakupy. Ważna jest też ich celowość. Kupuję, gdy potrzebuję, gdy poprzednie się zepsuło i nie można naprawić, gdy brak danego przedmiotu utrudnia życie. Oczywiste, prawda?

Ale wróćmy do mieszkania i pustych czterech kątów. Historia z zakupami wydarzyła się na samym początku mojego pobytu tutaj. Minął miesiąc, a mieszkanie nadal – chciałam napisać „świeci pustkami” ale tak nie jest – pozostaje niezagracone. Oczywiście, przybyło trochę przedmiotów ale jest to naprawdę niezbędne minimum. W kuchni talerze, garnki, sztućce, kubki. Na tarasie dwa leżaki, które w połączeniu z dwoma krzesłami ogrodowymi w zupełności wystarczają do przyjmowania gości. I to w zupełności wystarcza. Jest oczywiście lista rzeczy, które musimy jeszcze kupić. Na początku była bardzo długa. Codzienność ją jednak weryfikuje. Wypadają z niej kolejne rzeczy, które nie przeszły „Testu miesiąca”. Na czym polega? Jest prosty – jeśli potrafiłam bez tego żyć wygodnie i normalnie przez miesiąc, to chyba tak naprawdę tej rzeczy nie potrzebuję. W weryfikacji listy zakupowej pomagają też znajomi – Niemcy. Gdy mówię, że muszę kupić pewną rzecz, patrzą ze zdumieniem i pytają, do czego mam zamiar tego używać. W większości przypadków okazuje się, że zakup chyba jednak nie będzie konieczny.

I tak powoli kształtuje się na nowo mój minimalizm. O postępach będę Was na bieżąco informować. A żeby nie ściągnąć sobie na głowę gromów w postaci komentarzy: „Cudze chwalicie..” itp., poniżej zdjęcie czegoś, co pierwszy raz zobaczyłam właśnie tutaj i uważam, za bardzo „maksymalistyczne” i totalnie zbędne. A Niemcy mają, korzystają i uważają za wielkie udogodnienie. Oto Eierschalensollbruchstellenverursacher 🙂

*zdjęcie gilotyny do jajek dzięki uprzejmości https://de.wikipedia.org/wiki/Eierköpfer

Obyczajowe Życiowo

Podróż za jeden uśmiech

22 marca 2017

Bardzo popularne w ostatnim czasie jest tanie podróżowanie. Co to znaczy? Zazwyczaj tani przelot – bilet lotniczy kupiony w promocji, nocleg w hostelu albo na „zaprzyjaźnionej kanapie”. Można? Można. I jest to bardzo popularne, a ja sama podziwiam osoby, które potrafią tego rodzaju wyjazd zorganizować. Nie wiem, czy potrafiłabym zorganizować sobie taką przygodę. Wiem natomiast, że decydując się na wyjazd, szczególnie w miejsce odmienne pod względem geograficznym, historycznym czy obyczajowo-kulturalnym, chciałabym to miejsce dokładnie poznać. Pod każdym względem. Zobaczyć zabytki, posmakować kuchni, poczuć kulturę. A to jak wiadomo kosztuje. Jak sprawić, żeby tanie podróżowanie było przyjemnością, nie męką? W ramach odpowiedzi opowiem Wam o dwóch znanych mi osobach.

Pierwsza z nich to Marta, znajoma z czasów studenckich. Poznałam ją na uzupełniającym kulturoznawstwie. Marta rok akademicki zaczęła pod koniec października, ponieważ przeciągnął się jej wakacyjny wyjazd do Maroka. Oczywiście nie były to wczasy all inclusive. Moja znajoma spędziła 30 dni z plecakiem i karimatą podróżując po miejscach, które wydawały się jej interesujące. Nie miała wcześniej planu „wycieczki” – każde kolejne miejsce wybierała spontanicznie. Jeśli zainteresowała ją zapomniana osada, docierała do niej, nie bacząc na koszty. Oczywiście w ramach rozsądku. Nocowała tam, gdzie akurat znalazło się miejsce. Czasem był to hostel, czasem pokój gościnny w domu nowo poznanych Marokańczyków, a czasem – gdy nie było alternatywy – „normalny” hotel. Chłonęła Maroko (i każde inne miejsce) całą sobą. W lokalnych jadłodajniach i restauracjach zamawiała miejscowe przysmaki. Podróżowała komunikacja publiczną, by być jak najbliżej tubylców. Dla tego samego powodu starała się dotrzeć na piechotę do wielu miejsc. Jej bagaż zawierał najpotrzebniejsze minimum z założeniem, by było miejsce na „pamiątki z podróży” czyli ręcznie wytworzoną biżuterię, lokalne wino czy słodycze, przyprawy. Czym sugerowała się kupując bilety? Na pewno ceną ale przede wszystkim tym, czy w danym momencie – porze roku – jest sens lecieć w dane miejsce. Liczył się dla niej też czas podróży – chciała na miejsce dotrzeć szybko i w miarę wypoczęta. By chłonąć całą sobą wymarzoną destynację. A później wracała – szczęśliwa, pełna wrażeń i zachwytów. Opowiadała o tym co zobaczyła, zwiedziła, jadła, z kim rozmawiała, kogo poznała. I zaczynała szukać pomysłu na kolejny wyjazd. Bo w nieznane wyjeżdżała raz do roku.

Druga osoba to Joasia. W przeciwieństwie do Marty, ją poznałam w poważnym „dorosłym” życiu i jakoś nigdy nie weszłyśmy w bliższą relację. Co łączyło ją z Martą? Podróżowanie. Asia była chyba wszędzie. Egipt, Indie, Maroko, Tajlandia, Hiszpania, Włochy, Grecja, Karaiby. Zagraniczne i krajowe wycieczki w jej przypadku zdarzają się kilka, jeśli nie kilkanaście razy do roku. Jest to możliwe – wystarczy umiejętnie podzielić urlop, wykorzystując długie weekendy. Większym problemem wydawać by się mogły finanse. Wszak podróże kosztują. Ale Joasia radzi sobie i z tym. Jest mistrzem tanich okazji. I to właśnie okazje, promocje w liniach lotniczych czy biurach podróży decydują, gdzie pojedzie w najbliższym czasie. Nie ma znaczenia, że w Paryżu była już trzy razy (i nigdy nie zobaczyła Luwru) – skoro „rzucili” tanie bilety do stolicy Francji, trzeba lecieć. Kolejny wyjazd na Kretę? Oczywiście – byle bilet był tani, a miejscówka z kuchnią, by samodzielnie ugotować przytargane z Polski danie typu gorący kubek. W czasie tego typu wyjazdów Asia porusza się najczęściej komunikacją publiczną, bynajmniej nie dlatego, by poznać lepiej tubylców, za którymi z resztą nie przepada (bo Arabów się brzydzi). Komunikacja zbiorowa jest najtańsza. Asię szczególnie fascynuje architektura, a dokładnie budynki. Koniecznie podziwiane z zewnątrz czyli bez biletu. Nie miałam jednak okazji dowiedzieć się, co ciekawego zobaczył na przykład w czasie ostatniego pobytu w Tokio. Asia wraca i chętnie opowiada – na czym zaoszczędziła, gdzie można wejść nie płacąc wstępu, bez czego się obeszła i jak to sprytnie zrobiła z ukrycia zdjęcia tam, gdzie wymagana jest opłata. A później siada do laptopa i rozpoczyna polowanie na kolejną okazję.

A Wy, jak podróżujecie? Delektujecie się miejscem i smakujecie go na wszelkie możliwe sposoby, czy może zaliczacie kolejne promocyjne miejscówki?

Książkowo Życiowo

Françoise Sagan „Witaj, smutku”

3 grudnia 2016

dsc_2045

Dzisiejsza recenzja będzie bardzo nietypowa. Dotyczy książki, którą przeczytałam pod wpływem fascynacji popularnym od jakiego czasu „french chic”.  Odbiegać będzie też od zwyczajowych streszczeń, ponieważ najważniejsza jest dla mnie bohaterka drugoplanowa, a sama fabuła nie wzbudziła mojego wielkiego zainteresowania. Ale od fabuły zacznijmy.

Siedemnastoletnia Cecylia spędza wakacje w Saint Tropez ze swoim ojcem, czterdziesto dwu letnim bon vivantem oraz jego najnowszą kochanką, niewiele zresztą starszą od samej Cecylii. Spokojne lato komplikuje nieco pojawienie się dawnej znajomej, znanej paryskiej projektantki Anny. Wakacje w Saint Tropez nabierają barw. Tyle, jeśli chodzi o fabułę, która nie jest mocno zawiła. Szanując czytelników, nie zdradzę zakończenia.

Jak już wspomniałam, skusiłam się na lekturę „Witaj, smutku”, gdy w kolejnej książce, o francuski stylu została ona wspomniana. Zastanawiałam się, dlaczego. Teraz już wiem. Młoda autorka przedstawiła w niej obraz „french chick” w osobie Anny właśnie. Już pierwszy opis bohaterki daje nam pewien zarys:

W ciągu tygodnia ubrała mnie gustownie i nauczyła dobrych manier (…) zawdzięczam jej więc moje pierwsze eleganckie stroje (…) przy swoich czterdziestu dwu latach była kobietą pociągającą i wytworną. Twarz jej, piękna i dumna, miała wyraz znużonej obojętności.

Z czym kojarzy Wam się ten opis? Tak, to obraz „zwykłej” Francuzki. Kobiety, niezależnie do wieku  i pory dnia, wyglądające zjawiskowo w zwykłych dżinsach i białej koszulce. Takiej, która bez makijażu i markowej torebki prezentuje się jak milion dolarów. Nie ukrywam, że spośród wielu ikon stylu i mody, to właśnie Francuzka czy paryżanka są moim ideałem. I to nie tylko ze względu na wygląd. Również, poprzez swego rodzaju „nonszalanckie” usposobienie. A na czym ono polega? O tym możecie przeczytać śledząc losy Cecylii.

Zachęcam do lektury i podzielenia się refleksjami. Napiszcie, co myślicie o francuskim stylu – podoba Wam się czy wręcz przeciwnie, to coś zupełnie wam obcego. Chętnie poczytam, czy m jest dla Was styl, nie tylko francuski.

Kryminał Książkowo

Katarzyna Puzyńska „Dom czwarty”

13 listopada 2016

To moje szóste już spotkanie z Katarzyną Puzyńską i nie ukrywam, że czekałam na nie z lekkim niepokojem. Spowodowany był on pewnym rozczarowaniem ostatnią częścią przygód mieszkańców Lipowa. „Dom czwarty” na szczęście nie rozczarował. Wręcz przeciwnie – pozytywnie zaskoczył i przyniósł odmianę.

W szóstej już części cyklu autorka koncentruje się na postaci dotychczas traktowanej nieco po macoszemu. Sami przyznajecie, że o Klementynie Kopp wiem tyle, ile sama powiedziała. A rozmowna raczej nie jest. Lektura jest tym bardziej interesująca, że samej Klementyny w niej brak. Jej losy poznajemy z ust innych – rodziny, znajomych, a nawet – dawnych miłości. Była policjantka zaskakuje na każdym kroku, a wszystko co z nią związane, pozostaje zagadką niemal do ostatnich stron książki.

Przedstawienie „bohatera bez bohatera” to nie jedyna nowość w kolejnej książce Puzyńskiej, która – musicie przyznać – przyzwyczaiła już czytelników do pewnych schematów. Po raz pierwszy autorka koncentruje się na bohaterach pierwszoplanowych czyli Danielu, Weronice i Emilce, a konkretnie na ich uczuciach, emocjach i przemyśleniach. Po raz pierwszy tak wyraźnie słyszymy myśli Podgórskiego czy Nowakowskiej. Tendencja ta przeniosła się również na pozostałych uczestnikach akcji, których poznajemy raczej głównie przez myśli,a  dopiero w drugiej kolejności przez czyny. To nowatorskie podejście Puzyńskiej do bohaterów, to powiew świeżości tak potrzebny tej serii.

„Dom czwarty” podobnie jak poprzednie książki z cyklu, dzieje się współcześnie ale ucieka do przeszłości. Tak było we wszystkich poprzednich częściach, kiedy to odkrywaliśmy tajemnice historii Lipowa i okolic. tak jest i tym razem, gdzie zapędzamy się do pobliskich Złocin. Pod tym względem autorka pozostałą wierna pewnym schematom i za to jestem jej wdzięczna.

Jedna tylko rzecz zaniepokoiła mnie już po przewróceniu ostatniej strony – jakoś mało pytań bez odpowiedzi i niedomówień. Czy jedno wahadełko wystarczy, by powstała kolejna część cyklu? Mam nadzieję, że tak.

dsc_1713

 

Obyczajowe

Agnieszka Krawczyk „Przyjaciele i rywale”, cykl: Czary codzienności

24 października 2016

To już drugie spotkanie z siostrami Niemirskimi. Agata i Daniela na dobre zadomowiły się w Zmysłowie przejmując opiekę nad najmłodszą z sióstr, a także Willą Julia, która staje się powoli sercem miasteczka. Przyszłość zapowiada się sielsko jeśli nie liczyć perypetii miłosnych podgórskiego miasteczka, które ożywiają fabułę książki. Ale nie samą miłością człowiek (czytelnik) żyje. Autorka rozwija wątek rodzinny czyli poszukiwania, a raczej dociekania na temat ojca najmłodszej bohaterki, którego tożsamość pozostaje nieznana.

Mieszkańcom Zmysłowa przyjdzie też zmierzyć się z nowoczesnością, bo tak chyba można nazwać pomysł budowy kompleksu hotelowego z aqua-parkiem w miasteczku. Koncepcja ta zupełnie nie przypadnie do gustu mieszkańcom ulicy Lisiogórskiej. Czy staną do walki i odniosą sukces? O tym przekonamy się w kolejnej części. Autorka pozostawia nas również w niepewności w kwestii „demonów”przeszłości, które nawiedzają nie tylko siostry ale i ich przyjaciół. Czy poradzą sobie z nimi? A może będą to dramaty nie do przejścia…?

Nie ukrywam, że sięgałam po „Przyjaciół i rywali” z pewną obawą. Nader często zdarza się – nie tylko w przypadku literatury kobiecej, że – o ile pierwsza część cyklu zbiera pochwały i najwyższe noty, o tyle kolejna – bardzo wyczekiwana, rozczarowuje i nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom czytelników. W tym przypadku autorka odniosła sukces. Druga część cyklu nie tylko nie tylko nie ustępuje jakością pierwszej ale – odnoszę wrażenie – jest lepsza. Postaci są bardziej kolorowe i mocniej osadzone w realiach, a ich działania mniej przewidywalne, przez co książka bardzo zyskuje. Mam nadzieję, że nie przyjdzie nam długo czekać na ciąg dalszy przygód sióstr Niemirskich, a relacja z ich poczynań będzie równie wciągająca jak dotychczasowe.

Moja ocena: 9/10

Kryminał

Hubert Hender „Zapora”

10 października 2016

Jezioro Pilchowickie kojarzy mi się z wyjazdami na ryby i pobytem w tym cudownym miejscu. Nie przyszło mi do głowy, że w tych „okolicznościach przyrody” można osadzić akcję kryminału, w dodatku tak krwawego. Bo „Zapora” jest naprawdę krwawa. Ktoś morduje – w okrutny i finezyjny sposób – kolejnych mieszkańców Pilchowic. Przyznaję, że na pewnym etapie lektury zaczęłam się zastanawiać, czy autor planuje pozbyć się wszystkich mieszkańców Pilchowic. Na szczęście nie uśmiercił wszystkich. Jednak ci, którzy polegli, muszą zostać w pewien sposób pomszczeni. A morderca jest nieuchwytny. Na miejscu zbrodni nie pozostawia po sobie żadnych śladów. Znika niczym duch nie dając ścigającym go policjantom żadnych szans. Czyżby zbrodnia doskonała? Niekoniecznie, wszak taka nie istnieje. Wie o tym komisarz Iwanowicz. Czy trafi w końcu na ślad i znajdzie klucz do zagadki?

„Zaporę” zakwalifikowałam do grupy książek „z historią w tle”, które bardzo lubię. Ta jednak nieco mnie rozczarowała – autor każe czekać na wątek historyczny do ostatnich stron kryminału, przez co pozbawia czytelnika przyjemności snucia własnego śledztwa. W książce zabrakło mi też szczegółowości. Autor potraktował bohaterów do tego stopnia powierzchownie, że nie wszystkie ofiary zasłużyły na imiona i nazwiska, nie wspominając o mordercy, którego biografię możemy zawrzeć w dwóch zdaniach. Czego było za wiele? Opisów lasów nad jeziorem 🙂

Moja ocena: 8/10

Obyczajowe

Natalia Sońska „Mniej złości, więcej miłości”

14 września 2016

Przyznam, że nastawiłam się na typowa literaturę w spódnicy. Bo jak inaczej zdefiniować książkę, której główna bohaterka, jest młoda, piękna, ma własne mieszkanie, super-przystojnego faceta i prace w czasopiśmie dla kobiet? A taka właśnie jest Kinga, postać wokół której Natalia Sońska zbudowała fabułę. Po przeczytaniu pierwszych stron można jej śmiało zazdrościć. Kolejne kartki niosą jednak problemy i życie Kingi przestaje być sielanką. Pojawiają się komplikacje – poczynając od tych najmniej oczekiwanych, jak ciąża; bo bardziej skomplikowane jak niby-rozstanie. Do tego wszystkiego dochodzą tajemnice z przeszłości, które powodują, że główna bohaterka zaczyna zupełnie inaczej patrzeć na swoje życie,a także dzieje swojej rodziny. Gdy już zupełnie przyzwyczajamy się do prostej i mało zaskakującej fabuły, a do końca książki zostaje kilka kartek…ma miejsce nagłe „bum”, którego nikt się nie spodziewał.

Czy książka jest idealna? Nie, nie jest. Ma kilka „defektów”, które mnie osobiście bardzo raziły. Jednym z nich jest zbyt duża, jak na mój gust, przypadkowość, a raczej zbiegi okoliczności. Irytują też lekko czarno-białe charaktery, które autorka jasno osadziła po jednej albo drugiej stronie barykady. Nie są to jednak wady, które zniechęciłyby mnie do oczekiwania na kolejne książki Natalii Sońskiej.

Moja ocena: 5/10

Kryminał

Adam Forman „Sługi boże”

10 września 2016

Kryminał lubi noc, odgrzebane historie sprzed lat i lekki zapach romansu, a nawet bardziej seksu. Wszystkie te elementy tworzą lekturę, od której nie można się oderwać. Tak było również w przypadku „Sług bożych”.

Do Wrocławia przyjeżdża młoda komisarz berlińskiej policji. Oficjalnie oddelegowana, nieoficjalnie – odsunięta na przeczekanie. W czasie swojego pobytu ma zająć się rozwikłaniem sprawy, która nieodzownie łączy się z historią jej rodziny. W tym samy czasie przebywa w stolicy Dolnego Śląska inna obywatelka Republiki Federalnej Niemiec. Nie dane jest im się poznać – w noc po przyjeździe pierwszej, druga kończy życie lotem z Mostku Czarownic na kościele Marii Magdaleny. Zaistniała sytuacja odciąga panią komisarz od realizacji pierwotnych planów. Mimowolnie angażuje się w śledztwo,które prowadzi komisarz Warski, legenda wrocławskiej policji, były komandos z nadmiernymi ciągotkami do krótkiej broni palnej. Jak łatwo się domyślić, niezamierzona współpraca układa się początkowo jak po grudzie. Szczególnie, gdy na scenie pojawia się posągowo piękna pani psycholog, która ma pomóc. Pytanie brzmi – komu, tak naprawdę? Tego dowiadujemy się pod koniec książki, a przeczytać ją warto. Dla dokładnych opisów wrocławskich miejscówek, dla interesujących wątków z bardziej i mniej odległej historii polskiej i niemieckiej. Wreszcie dla fantastycznego akcentu pani komisarz i przepisu na napój życia.

Kryminał bez wad? Niestety nie. Zawiódł marketing i PR. Premiera książki tylko o 2 tygodnie wyprzedziła jej ekranizację. Nawet jeśli nie chcemy, komisarz Warski ma twarz Bartłomieja Topy, a pani psycholog – Małgorzaty Foremniak.

Moja ocena: 8/10

Obyczajowe

Emily Giffin „Pierwsza przychodzi miłość”

28 sierpnia 2016

To książka o długo skrywanym cierpieniu i żałobie, z którą nikt nie może się pogodzić. Gorzej. To książka o ciągłym obwinianiu siebie i bliskich. Przede wszystkim to potwierdzenie tezy, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a każde zdarzenie ma jakieś konsekwencje.

Josephine i Meredit, dwie siostry, więcej dzieli niż łączy. Jedna to samotna nauczycielka, która pomimo skończonych trzydziestu lat nadal wynajmuje wspólnie z kolegą mieszkanie i marzy o szczęśliwej przyszłości u boku Wielkiej Miłości. Drugie do szczęścia nie brakuje niczego – piękny dom w dobrej dzielnicy, przystojny mąż z własną firmą, córeczka-aniołek i błyskotliwa kariera w kancelarii prawniczej. Co je łączy? Rodzinna tragedia, która wydarzyła się co prawda przed laty ale nadal nie pozwala o sobie zapomnieć. Niby wszystko już zostało wyjaśnione, omówione, przegadane. Ale to jednak złudzenie. W krytycznych momentach wspomnienie tragedii wraca. Jakie to łatwe, zrzucić winę za niepowodzenie na dramat sprzed lat, który ciągle jest w wspominany. Bo właśnie swego technikę swego rodzaju „retrospekcji” wykorzystała Giffin w tej książce. Każde zdarzenie mające miejsce obecnie jest świetną okazją, by cofnąć się do TEGO MOMENTU. Ale czy słusznie?

Sami oceńcie.

Moja ocena: 5/10

Obyczajowe

Anna J. Szepielak „Francuskie zlecenie”

13 sierpnia 2016

Ewa, młoda, niedoceniana fotograf otrzymuje zagraniczne zlecenie. Spędzi dwa tygodnie w słonecznej Prowansji przygotowujące sesję fotograficzną starej kwiaciarni oraz posiadłości jej właścicieli. Już zdążyłam się zmartwić, jak ta biedna dziewczyna poradzi sobie w z językiem, gdy okazało się, że zleceniodawczyni, a także cała jej rodzina mówią po polsku. Jaki w takim razie może być kolejny krok? Oczywiście, związki rodzinne z Polską wyłaniające się z zakamarków dziejów. Mroczna galeria portretów przodków, domagających się uwagi w dosyć nietypowy sposób. A w tle rodzinne problemy, konflikty ale też codzienne życie niby proste i łatwe, wszak to wyższe sfery ale jednak takie oczywiste. Jest też oczywiście wątek enigmatycznego spadku. We wszystkim zaś pomaga cudowny szósty zmysł głównej bohaterki.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną „techniczną” kwestię. „Francuskie zlecenia” to odświeżona i poprawiona wersja wydanego naście lat temu „Zlecenia z Francji”. Zabieg ten autorka uzasadniła stwierdzeniem: „Historia napisana piętnaście lat temu spotkała się z tak ciepłym przyjęciem czytelników, że zasługiwała na nową odsłonę”. Nie powiem – interesujące podejście, z którym pierwszy raz się spotkałam. Muszę koniecznie sięgnąć do źródeł.

Podsumowując – książka nie porywa, to raczej kategoria niemęczących czytadeł na letnie wieczory. Ale po książki tego typu też trzeba czasem sięgnąć.

Moja ocena: 5/10