Przeglądasz kategorie

Do zobaczenia

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Friedrichswerdersche Kirche

20 listopada 2020

Wiem, że to mało miłosierne zapraszać Was do Berlina teraz, gdy odwiedzenie stolicy Niemiec jest niemożliwe. Chciałam się jednak z Wami podzielić wrażeniami z wizyty w jednym z najmniej znanych oddziałów Berlińskich Muzeów Państwowych.

Friedrichswerdersche Kirche

Friedrichswerdersche Kirche

Mowa o Friedrichswerdersche Kirche. Jak sama nazwa wskazuje chodzi o kościół i to nie byle jaki ale projektu samego Friedricha Schinkela. Budynek powstał  w latach 1824 – 1830 zgodnie z zasadami niemieckiego neogotyku. Po ukończeniu, służył wiernym, zarówno pochodzenia niemieckiego, jak  i  francuskiego.  Kres temu położyła II wojna światowa, kiedy to konstrukcja została poważnie uszkodzona.  Remont przeprowadzono dopiero w latach 1979 – 1986, by w rok po jego zakończeniu, dokładnie w 200 rocznicę urodzin Schinkla znów go udostępnić. Tym razem przyciągnął wyznawców kultu sztuki, stając się filią Galerii Narodowej.  Kolejna renowacja rozpoczęła się w roku 1997 i trwała do roku 2000, kiedy to obiekt znów otworzył podwoje dla miłośników rzeźby z początku XIX wieku. Od 27 października 2020 prezentowana jest tam wystawa „Ideal und Form” z eksponatami ze zbiorów Alte Nationalgalerie.

Friedrichswerdersche Kirche

Friedrichswerdersche Kirche

Zdaję sobie sprawę z tego, że w przypadku muzeów i galerii sztuki, od samej oprawy ważniejsze są eksponaty. Tym razem jednak zasada ta została zachwiana. Od samych rzeźb prezentowanych w ramach wystawy zdecydowanie większe wrażenie (nie tylko na mnie), robi przestrzeń. Czerwona cegła (na zewnątrz) kojarząca się z kaplicami angielskich uczelni i częściowo oryginalne kolorowe witraże tworzą niesamowitą scenerię dla cennych eksponatów. Gdy dołożyć do tego częściowo zachowane wyposażenie w postaci ołtarz i ambony czy marmurową, niemal lustrzaną posadzkę – wrażenie przebywania w świątyni sztuki nasuwa się samo.

Friedrichswerdersche Kirche

Friedrichswerdersche Kirche

Z wiadomy przyczyn obiekt, a tym samym wystawa, nie są obecnie  dostępne dla zwiedzających. Jeśli po zdjęciu restrykcji wszystko wróci do wcześniejszych porządków, wystawa czynna będzie od wtorku do niedzieli, od 10:00 do 18:00; w czwartki do 20:00. Nie obowiązywały bilety.

Do zobaczenia Na swoim W podróży Życiowo

Lato 2020 czyli o urlopach w czasach zarazy

8 października 2020

Lato 2020 możemy uznać za zakończone. A co za tym idzie – odhaczamy spalone na słońcu plecy, kilometrowe spacry po rozgrzanym piasku czy metry nad poziomem morza zdobyte w ramach górskich wędrówek. Zwyczajnie – zamykamy sezon urlopowy. To dobry czas do podsumowanie okresu, ktory zazwyczaj obfitował w dalsze i bliższe wypady. W tym roku, z wiadomych przyczyn, w wielu przypadkach odbiegl nieco od schematu.

Dolce vita poza zasięgiem

Plany urlopowe miałam juz na marzec. Chciałam w ramach kilkudniowego wypadu odwiedzić stolicę Włoch. Nie miałam wcześniej ku temu okazji i bardzo się na ten wyjazd, a dokładnie wylot, cieszyłam. Że Rzym będzie musiał istnieć bez mojej obecności dowiedziałam się tak naprawdę na tydzień przed planowanym wylotem. W momencie, gdy opłaciłam już noclegi, odprawiłam sie, a notes spuchł od notatek i planów spacerów, zawieszono loty i zamknięto granice. Nie ukrywam – byłam baaaardzo rozczarowana, wręcz rozgoryczona.
Jak się szybko okazało, nie tylko nie mogłam polecieć do Rzymu ale też w żadne inne miejsce. Tydzień zaplanowany na Rzym spędziłam w domu jeżdżąc na rowerze, spacerując po lesie i oglądając w Internecie rzymskie muzea. Z czasem rozgoryczenie zmalało i przeszło w stan: ‘Da się z tym żyć’

Kraina tysiaca jezior i milona komarów

Na czerwiec zaplanowałam, czy raczej zaplanowaliśmy tradycyjnie urlop w PL, nad jeziorami. Robimy to od lat. Te dziesięć dni, które spędzamy od lat z parą naszych znajomych, dzielimy sprawiedliwie między pomost, zabytki i restauracje. O ile w poprzednich latach zapędzaliśmy się w ‘głębokie’ Mazury czy wręcz sejneńszczyznę, o tyle w tym roku zatrzymaliśmy się na wysokości Iławy i Ostródy. W ramach tego urlopu udało się zaliczyć też Malbork, Pasłęk i Olsztynek, odsiedzieć swoje na pomoście z wędką, najeść się do syta kuchni warmińskiej, która ziemniakiem stoi. Było super. I jeśli nie liczyc mierzenia temperatury przy wejściu do Muzeum w Malborku, którego dostępność dla turystów mocno ograniczono, nie odczuliśmy niemal w ogóle obecności wirusa.

Marina Ostróda

Marina Ostróda

Kłodzkie ‘ommmm’

W lipcu na pełny tydzień wybyłam do Siedliska Ciszy na jogowe warsztaty. W górach, przy granicy z Czechami, bez internetów ale z 5 godzinami jogi dziennie, fantastyczną wegetariańską kuchnią, cudownymi widokami i niesamowitym towarzystwem naprawdę odpoczęłam. Tam nie tylko nie dało się odczuć, że istnieje coś takiego jak pandemia ale że w ogóle istnieje coś poza Siedliskiem. W bajkowym ogrodzie Magdy, pod okiem  świetnej nauczycielki jogi, Agi, czas płynie zupełnie inaczej. Biorąc pod uwagę, że spośród całej jogowej grupy znałam wcześniej tylko prowadzącą, a wyjeżdżałam z nowymi kontaktami w telefonie, mogę powiedzieć, że był to naprawdę dobry czas. Już wiem, że w przyszłym roku to powtórzę.

Siedlisko Ciszy

Siedlisko Ciszy

Byle dalej

Jako że nie ograniczają mnie letnie wakacje dzieci czy inne socjalne i rodzinne obostrzenia, część urlopu zaplanowałam na listopad. To miał być tydzień w Izrealu. Jak sie domyślacie, raczej nic z niego nie wyjdzie. Izrael znalazł się na liście krajów ‘ryzyka’ wg niemieckiego MSZ i wyjazd tam wiąże się z odbyciem kwarantanny. Do listopada jeszcze trochę czasu zostało ale sytuacja raczej się zaostrzy niż złagodnieje. Dlatego powoli oswajam się z myślą, że Izrael zamienię na wycieczkę po Pl, w ramach której pokażę znajomej Wrocław, Gdańsk, Warszawę i Kraków. A może po prostu spędzę tydzień w Juracie czy innych Chałupach, które w listopadzie zapewne nie będą przeludnione. Czas pokaże.

Backstage

Na koniec jeszcze spojrzenie na urlopowy sezon z innej perspektywy, a raczej perspektyw.
Najpierw ta zawodowa. Jako pracownik hotelu położonego przy lotnisku obsługującym przede wszstkim loty miedzynarodowe, doświadczyłam nie spadku ale wręcz ‘upadku’. Jako obiekt, działaliśmy cały czas, jednak trudno to nazwać hotelarstwem, gdy w całym obiekcie przebywa w porywach 5 gości. Z upływem czasu sytuacja się poprawiała. Teraz pracujemy normalnie ale…to już nie to. Zamiast uśmiechniętych twarzy gości wracających z wakacji recepcjoniści widza maski, a ja zamiast rosnących przychodów obserwuje odwoływane (na szczęście coraz rzadziej) rezerwacje. To już nie to.
Jest jeszcze druga perspektywa, taka prywatno-zawodowa. W tym roku wspólnie z K. oddaliśmy do dyspozycji gości nasze stuletnie dziecko czyli Zielone Okiennice. Po dwóch latach remontów, gdy wreszcie mogliśmy powiedzieć: ‚Przyjeżdżajcie’, pojawił się wirus. Nie powiem, że się załamaliśmy ale trzeźwo oceniliśmy sytuacje. Teraz, już po zakończeniu najwyższego sezonu, możemy powiedzieć, że nie było tak źle. Wirusowa rzeczywistość pokazała, że miejsca takie jak Okiennice czyli małe apartamenty na końcu świata, z dala od tłumów maja potencjał. Dają też nadzieję, że branża turystyczna przetrwa. Bardzo nas to cieszy i liczymy, że nawet gdy juz wszystko wróci do normalności, Okiennice nadal będą cieszyć się zainteresowaniem gości.

Zielone Okiennice

Jak widać, wirus namieszał. Pozwolił się nam jednak przekonać, że jesteśmy elastyczni i nie tylko potrafimy sobie poradzić ale tez wyciągamy wnioski z sytuacji. I nawet w tak trudnym czasie wyjechać (fizycznie i psychicznie)  i poczuć się jak na wakacjach.

Jestem ciekawa, jak Wam udało się przetransformować swoje urlopowe plany. A może nie musieliście tego robić i wszystko przebiegło zgodnie z wcześniej zapisanym scenariuszem? Dajcie znać – czekam 🙂

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Muzeum Barberini

24 stycznia 2020

Dawno nie podróżowaliśmy, a że zbliża się weekend, mam kolejną propozycję.  Podpięłam ją pod kategorię „Berlin” ale tak naprawdę to Poczdam. Myślę, że większość turystów odwiedzających to miejsce, przyjeżdża do Poczdamu przy okazji Berlina. A szkoda, bo to naprawdę interesujące miasto. Ale do rzeczy – zapraszam do poczdamskiego Muzeum Barberini.

Muzeum Barberini

             Muzeum Barberini

Można powiedzieć, że to jedno z najmłodszych muzeów w regionie. Zostało założone w styczniu 2017, a inicjatorem jego powstania jest Hans Plattner. Zbiory to z resztą prywatna kolekcja tego niemieckiego przedsiębiorcy. Zebrał on tutaj około osiemdziesiąt obrazów takich sław jak Monet, Reinor czy Munch.  W muzeum organizowane są też tematyczne wystawy czasowe. Sama odwiedziłam Barberini, gdy prezentowane były tam (i są nadal) mało znane obrazy van Gogha. W lutym będzie można zobaczyć krajobrazy Moneta, a w czerwcu orient oczami Rembrandta. Jak widać, organizatorzy bardzo się starają, by wystawy prezentowały sztukę z najwyższej półki. Doceniają to odwiedzającym muzeum. Sama była tam w poniedziałkowy ranek. Na kilkanaście minut przed otwarciem, do wejścia ustawiła się już spora kolejka. Druga, jeszcze większa powstała przed wejściem dla grup zorganizowanych. I niech mi ktoś powie, że ludzie nie chodzą do muzeów.

Wróćmy jednak do Barberini, a dokładnie do samej siedziby palcówki, bo to osobna historia. Barokowy pałac przy Alter Markt wzorowany jest na rzymskim Palazzo Barberini. Pomysłodawcą było oczywiście Fryderyk II Wielki. Początkowo w pałacu mieściła się restauracja i browar; później mieszkania czynszowe i biura kulturalnych organizacji poczdamskich. W czasie drugiej wojny światowej, Barberini został doszczętnie zrujnowany. Odbudowano go w latach 2013-2016 ze środków przekazanych przez Hansa Plattnera.

Muzeum czynne jest od 10:00 do 19:00, we wszystkie dni tygodnia poza wtorkiem. Bilet normalny kosztuje 14 €, ulgowy – 10. Obiekt jest w pełni dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Ogród botaniczny

22 listopada 2019

Nie wiem jak dla Was ale dla mnie, listopad to miesiąc bardzo trudny do przejścia. Oczywiście ze względu na pogodę. Nawet tegoroczny, bardzo łaskawy i obfity w piękne dni…pozostaje listopadem. Trzeba się jakoś wspomagać, żeby go przeżyć. Na wakacje w Maroko czy innych ciepłych Seszelach nie mogę sobie teraz pozwolić. Dlatego ratuję się „lokalnie” i namiętnie odwiedzam Ogród Botaniczny w Berlinie, do którego Was dzisiaj zapraszam. 

Botanischer Garten Berlin znajdujący się w dzielnicy Lichterfelde to część berlińskiego uniwersytetu i trzecia co do wielkości tego typu placówka na świecie. Jego początki sięgają końca XVI wieku, kiedy to w zupełnie innej lokalizacji (obecnie to Lustgarten na Wyspie Muzeów) cesarski ogrodnik hodował rośliny w wiadomym celu. Z czasem hodowla rozrosła się i zmieniła lokalizację. Do Ogrodu, który możemy odwiedzać w obecnej formie, pierwsi goście weszli w kwietniu 1903 roku.

Ogród ma powierzchnię 43 hektarów z czego ponad połowę zajmują park geograficzny oraz arboretum. Sporo miejsca poświęcono również na dwa stawy, gdzie prezentowana jest roślinność przybrzeżna. Pięknie prezentują się o każdej porze roku (nawet w listopadzie). Jednak na szczególną uwagę zasługuje „Ogród zapachu i dotyku” – dostosowany do potrzeb osób niewidomych i serce ogrodu czyli szklarnie 🙂

Początkowo było ich szesnaście, do dzisiaj przetrwało piętnaście w tym Wielka Szklarnia. Budowla wysoka na 23 metry i długa na 60 pamięta początki ogrodu. W niej właśnie można zobaczyć rośliny tropikalne, a dzięki specjalnej konstrukcji zapewniającej maksymalne nasłonecznienie  – poczuć się jak w tropikach. Nawet w listopadzie.

Ogród czynny jest przez codziennie (poza 24.12), od 09:00 do 20:00. Szklarnie zamykane są godzinę wcześniej. Bilet normalny kosztuje 6€, ulgowy – 3. Dostępne są również bilety rodzinne oraz całoroczne. Najprościej dostać się tutaj komunikacją publiczną – metrem i autobusem.

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to…może Poznań i Muzeum Historii Ubioru?

17 października 2019

W ramach odkrywania Polski zza zachodniej granicy trafiłam do Poznania. Miasto dla mnie mało znane. Tak naprawdę byłam tam raz, jakieś 13 czy 14 lat temu i kojarzyłam tylko Stary Browar i niezliczone ronda i mosty. Nie powiem, żebym miała jakiś sentyment do stolicy Wielkopolski. Co nie zmienia faktu, że postanowiłam Poznań odwiedzić. 

Od razu powiem, że pierwotne wrażenie pozostało. Nie zakochałam się, nie zaiskrzyło między nami. Niemniej jednak uważam, że warto tam pojechać i pobyć 2-3 dni, by zobaczyć ICHOt i Muzeum Narodowe, przespacerować się po Ostrowie, zjeść w Hyćce i zobaczyć prawdziwą perełkę czyli Muzeum Historii Ubioru

 

To ostatnie zrobiło na mnie wielkie wrażenie, pomimo tego, że jest stosunkowo małe i mieści się w trzech pomieszczeniach, na parterze kamienicy przy ulicy Kwiatowej 14. Jest mało widoczne z ulicy, uwagę zwracają jedynie okna przysłonięte tematyczną zasłoną. Jednak po wejściu do środka odbywa się natychmiastowa podróż w czasie w krainę koronek, krynolin i gorsetów. 

Na manekinach zobaczyć można kobiece stroje z XIX wieku. Są to suknie domowe, wizytowe, dzienne, letnie, jedwabne, bawełniane, a nawet wełniane. Prawdziwe cudeńka. Część z nich to oryginały, inne to rekonstrukcje wykonane osobiście przez Panią Annę Moryto, która jest właścicielką zbiorów i całego Muzeum. Jak dziwnie by to nie zabrzmiało, jest to prawda. Muzeum jest bowiem placówką prywatną. Może właśnie dlatego, tak zachwyca i ciężko z niego wyjść, szczególnie jeśli ma się okazję zapoznać z ekspozycją w towarzystwie Pani Anny. 

Jak już wspomniałam, muzeum jest stosunkowo małe powierzchniowo, jednak bardzo „bogate w treść”. Kolekcję ubiorów uzupełniono planszami prezentującymi dodatkowe elementy ubioru, czy sama suknie na historycznych postaciach. By dobrze zapoznać się z historią ubioru i wszystkim eksponatami, sugerują zaplanować godzinną wizytę. A najlepiej umówić się z autorką kolekcji, która chętnie opowie o swojej pasji. 

Informacje praktyczne:

 – muzeum czynne jest w czwartek i piątki w godzinach 11:00 – 15:00 oraz w soboty i niedzielę od 11:00 do 17:00

 – bilet normalny kosztuje 12 PLN, ulgowy 8 PLN; możliwe jest zwiedzanie z przewodnikiem

 – kolekcja cały czas się rozrasta, a co za tym idzie, ekspozycja będzie się zmieniać – już na najbliższe miesiące zaplanowano ekspozycje poświęcone modzie męskiej

 – więcej informacji na stronie internetowej placówki: https://xixgallery.com

 

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Galeria Malarstwa

15 lutego 2019

Już dawno Was nigdzie nie zabierałam. Działo się tak miedzy innymi dlatego, że sama niczego nowego nie odkryłam. Aż do przedwczoraj. Zatem – zapraszam do Galerii Malarstwa.

Gemaeldeglerie, bo tak brzmi po niemiecku nazwa tego przybytku, to jeden z najznamienitszych w świecie zbiorów malarstwa europejskiego z wieków XIII-XVIII. Można tam zobaczyć dzieła taki mistrzów jak Rafael, Tycjan, Rembrandt czy Bruegel. Jednym słowem, w oryginale i na płótnie to, co pamiętamy z podręcznika do historii, dzięki staraniom Hohenzollernów, których to kolekcja stanowiła zaczątek dzisiejszego muzeum. I chyba tylko te „stare” korzenie upodabniają Galerię do pozostałych berlińskich instytucji kulturalnych. Pod względem położenia czy popularności, jest swego rodzaju ewenementem.

Przede wszystkim nie mieści się na Wyspie Muzeów czy w innym zabytkowym wnętrzu. Zbiory zgromadzono w nowoczesnym budynku, przy Kulturforum, nieopodal Placu Poczdamskiego, co uważam za wielką zaletę. Raz, łatwo i szybko można tam trafić z każdego popularnego szlaku wycieczkowego. Dwa, ascetyczne wnętrza pozwalają skupić się na dziełach sztuki; nic nie rozprasza podczas liczącego 2 kilometry spaceru po 70 salach. Trzy, docierają tutaj tylko najbardziej zdeterminowani, co przekłada się na brak tłumów w salach (zdarzało mi się przez kwadrans być zupełnie samej w otoczeniu arcydzieł) i przy kasach.

Muzeum ma też jeszcze jedną – dla mnie – zaletę. W odróżnieniu od innych berlińskich placówek tego typu, organizatorzy nie przygotowali go w żaden szczególny sposób do potrzeb nieletnich. Wiem, dla wielu to wada. Ale dla mnie wielką przyjemnością jest oglądanie obrazów bez zakłóceń werbalnych czy ruchowych. Muzeum posiada jedną salę, gdzie zrekonstruowano pracownię malarską sprzed wieków, a w gablotach zgromadzono naturalne barwniki. To wszystko, co przygotowano dla najmłodszych. Jest też możliwość odbycia lekcji muzealnych.

Na koniec jeszcze garść informacji praktycznych. Muzeum jest czynne we wszystkie dni tygodnia poza poniedziałkiem; od 10:00 do 18:00 we wtorki, środy i piątki; w czwartki do 20:00, a w soboty i niedziele od 11:00 do 18:00. Bilet normalny kosztuje 10€, ulgowy – 5. Przewodniki audio dostępne są w wersji niemieckiej, angielskiej, francuskiej i włoskiej.

Do zobaczenia Książkowo poradniki Zdrowo

Kulturalne L4

11 lutego 2019


Jestem przedstawicielem gatunku, który jest zawsze zdrowy. Nawet jak pociągam nosem i trochę kicham, to oficjalne jestem zdrowa. Tym razem jednak musiałam przyznać, że „Jestem chora”. Przeziębinie nie tylko rozłożyło mnie na prawie dziesięć dni ale też zaprowadziło do lekarza, spowodowało, że piłam syrop z cebuli (fuj……dopiero po 5 dniach poczułam jak śmierdzi, właśnie dzięki temu, że jest skuteczny) ale przede wszystkim uziemiło mnie w mieszkaniu. Teoretycznie powinnam przez te 10 dni leżeć i się regenerować. W praktyce nadrobiłam zaległości kulturalne. Książkowe i głównie filmowe. Dla wielu z Was pewnie nie będą zaskoczeniem – premiery miały już dawno. Niemniej jednak – da-damm – moje kulturalne odkrycia.

Na początek książka. Dzięki Bobe Majse (nota bene – świetny blog, który powstał jako praca dyplomowa) sięgnęłam po książkę Rooger’a Moorhouse „Trzecia Rzesza w 100 przedmiotach”. Tak, wiem – ciężki kaliber, jak wszystko, co związane z drugą wojną światową. Ta książka jest jednak pewnym zaprzeczeniem tej tezy. Autor wybrał – niestety nie wiem, z jakiego klucza – sto przedmiotów, które „brały” udział w wielkiej wojnie. Jedne uczestniczyły bezpośrednio jak bombowce, karabiny czy maski gazowe. Inne stały się niemymi świadkami tamtych wydarzeń, jak łóżko ze szpitala psychiatrycznego czy pamiątkowy talerz z przedstawieniem górskiej rezydencji Hitlera. Historie każdego ze 100 przedmiotów ubrano w krótki rozdział, który zanim zmęczy tematyką, już się kończy. I chwała za to autorowi, bo nie wyobrażam sobie czytania więcej niż 5 stron na temat możliwości i danych technicznych samolotu bojowego. Książkę gorąco polecam – dla odświeżenie wiadomości i odkrycia nowych, sobie nieznanych faktów. Moja ocena – warto przeczytać.

Po książce przyszła kolej na film. Na pierwszy ogień poszła „Zimna wojna”. Tak, wiem, to już żadna nowość. Tak, obejrzałam, bo „wypada”, skoro wszyscy o niej mówią. Nie, nie spodobała mi się. Ale po kolei. Staram się być w miarę na bieżąco z ambitną kinematografią, szczególnie jeśli jest nominowana do Oscara. Znam już twórczość tego reżysera dzięki „Idzie”, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. I takich wrażeń oczekiwałam też po „Zimnej wojnie”. I rozczarowałam się lekko. Lubię i cenię filmy minimalistyczne, dlatego brawo za koncentrację na jednym wątku i jednej parze bohaterów. Przedstawienie w bajecznych zdjęciach i ujęciach, za co moim zdaniem należy się Oscar. W zupełności zgadzam się z festiwalowym jury (czy innym gremium) za brak nominacji dla Joanny Kulig, która zagrała wyraziście ale nic ponadto. Natomiast sama historia bohaterów… No cóż, biorą pod uwagę okoliczności historyczne, można było chyba bardziej poszaleć. Moja ocena – lekkie zdegustowanie.

Kolejne było „Bohemian Rhapsody”. Nie jestem fanem filmów muzycznych, klasycznego rocka itp. Mało tego, o Freddy’m Mercurym wiedziałam tylko, że istniał i zmarł na AIDS. Znam też „We are the chempions”. Film mnie zaczarował. Jest świetny. Nie tylko dla tego, że laikowi był w stanie przybliżyć ten muzyczny fenomen. Poznajemy w nim historie człowieka, który znał swoją wartość i nie bał się o tym mówić. Ale też dramat samotności  w tłumie. Nie przekonałam się do tego rodzaju muzyki ale wiem już, jak powstały największe hity Queen. Zamówiłam też sobie książkową biografię artysty. Moja ocena – obejrzyjcie koniecznie.

Pozostałam na fali muzyczno-oscarowej i obejrzałam też „Narodziny gwiazdy”. Historia jak dla mnie banalna. Mało realna szansa na spotkanie kogoś z potencjałem i kogoś, kto ten potencjał zaprzepaszcza. Wielka miłość i zderzenie z show-biznesową rzeczywistością. A wszystko to ze świetną muzyką i gitarowym brzmieniem. Do tego Lady Gaga, której z całego serca życzę wygranej w kategorii „Najlepsze aktorka”. Nie życzę tego Cooper’owi, któremu jednak czegoś zabrakło. Moja ocena – obejrzyjcie jeśli macie możliwość.

I na koniec znów książkowo. I to bardzo ambitnie. Skończyłam wreszcie „Jak nie umrzeć przedwcześnie. Cała prawda o zdrowym żywieniu” (tym razem dziękuję za polecenie Wincentynie).  Słowo „wreszcie” jest w pełnie uzasadnione, bo książka nie dość, że ma 560 stron, to raczej nie jest dreszczowce o wciągającej fabule. Ale też nie męczy. To drugie dzięki krótkim rozdziałom i całej masie faktów-odkryć-badań, których wyniki zaskakują i mocno dają do myślenia. O czym jest? Jak w tytule. O tym, co robić, by nie umrzeć przed czasem. Autor widzi tylko jedną receptę – ograniczenie, a jeszcze lepiej – wykluczenie – produktów odzwierzęcych z diety. Mam świadomość, że są osoby dla których obiad bez mięsa jest nie obiadem, a kanapka musi być z wędliną. Nie będę się kopać z koniem. Ale to właśnie te osoby powinny sięgnąć po książkę doktora Greger’a. Wiem, że moje mówienie o krzywdzeniu biednych zwierząt  i nietolerancji laktozy niewiele zdziała. Jednak poparte badaniami wnioski lekarza powinny dać do myślenia nawet największym padlinożercom.  Moja ocena – szarpnij się dwa razy i 1) kup książkę 2) przeczytaj

I na tym etapie moja choroba się skończyła. Zwolnienie lekarskie też. Wracam do pracy. Do obejrzenia zostało mi jeszcze kilka poleconych filmów i książek. O tym niebawem.

Do zobaczenia

SE06E01 czyli nauka języka przez seriale

19 listopada 2018

Ręka do góry, kto nie czekał albo nie czeka na kolejny sezon „House of Cards”, „Gry o tron” czy innego „Belfra”. Nie przesadzę jeśli napiszę, że dzisiaj seriale oglądają wszyscy. I o ile zawsze jestem czarną owcą w stadzie, o tyle w kwestii seriali podążyłam za tłumem. Oglądam nałogowo. Tłumaczę sobie, że w ten sposób uczę się niemieckiego (oglądam z niemieckim lektorem i niemieckimi napisami). To oczywiście tylko dorabianie teorii. Co nie zmienia faktu, że oglądam. A co oglądam? Poniżej kilka moich typów.

Netflix kusi

Netflix kusi

„House of cards” to jeden z pierwszych hurtowych tasiemców, który obejrzałam. I wkręciłam się bardzo. Mogę też powiedzieć, że byłam wieszczem jeśli chodzi o bohaterów, bo od samego początku bardziej niż Frank, fascynowała mnie Claire. Świetnie było obserwować jak z sezonu na sezon psuje się, a jednocześnie kształtuje jako polityk. Idealnie wyzbywała się ludzkich cech. Można powiedzieć, że była w tym psuciu bardziej konsekwentna i skuteczna niż jej mąż. Dlatego niemal na wdechu obejrzałam ostatni sezon i tylko przy ostatnich odcinkach, gdy Pani Prezydent jest w ciąży entuzjazm trochę opadł. Ale generalnie polecam. Również do nauki języka. Do końca życia zapamiętam, że kongresmen (tudzież parlamentarzysta) to Abgerodnete. Der Abgeordnete.

Przed „House of cards” był jeszcze „Dexter”. To zamierzchłe afgańskie czasy, kiedy czekając na przerzut do kolejnej bazy oglądało się baaardzo dużo. Nie było jeszcze wtedy takiego urodzaju na tasiemce, wybierało się droga eliminacji. „Dexter” zdecydowanie wyeliminował wszystkich. Do końca już trochę męczył ale gdyby pojawił się kolejny sezon…dlaczego nie. Na przygodach technika od krwi doskonaliłam angielski. Żadnego charakterystycznego słowa nie pamiętam.

W przypadku kolejnego typu będę przewidywalna. To oczywiście „Gra o tron”. Oglądana dla Jamiego Lannistera i jego małego brata o ciętym języku. W przypadku tego serialu jestem pod wrażeniem całokształtu. Stworzenie alternatywnej rzeczywistości ze smokami i lodowymi zombie to nie lada wyczyn. Do tego uknucie całej sieci intryg i rodzinnych powiązań – majstersztyk. Teraz czekam na wiosnę, bo „Winter is coming”.

Dla odzyskania równowagi obejrzałam też i nie żałuje „The crown”. Nigdy nie interesowałam się specjalnie historią brytyjskiej monarchii czy samego Zjednoczonego Królestwa ale po obejrzeniu serii sprawdziłam kilka faktów i sięgnęłam po biografię Winstona Churchill. Chciałabym też przeczytać jakieś wspomnienia czy historię Filipa, księcia Edynburga, który jak dla mnie jest głównym bohaterem serialu. Nie Elżbieta w chustce, z torebeczką i psami ale właśnie on, bez jaj ale z twarzą.

Pozostając w brytyjskim klimacie skusiłam się też na odkrycie ostatnich tygodni czy „Bodyguard”. Mini- seria o problemach współczesnego wielkiego świata jakimi są terroryzm i walka o stołki w opcji well educated, plus mega feminizm czyli kobiety na wszystkich ważnych stanowiskach. Cytując klasyka: „D….y nie urywa” ale Richard Madden daje radę. I to jego „Yes ma’am”, którego na szczęście nie przetłumaczyli na „Jawohl”.

I to byłoby na tyle. To znaczy obejrzałam tych seriali jeszcze sporo ale tylko te mnie przekonały i te mogę polecić.  A może Wy mi coś polecicie – do nauki języka rzecz jasna 🙂

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Muzeum Kennedych

2 listopada 2018

Pierwszy raz zachęcam Was do odwiedzenia miejsca, co do którego jestem niemal pewna, że raczej się na nie nie skusicie. I nie będę zaskoczona. Sama raczej wizyty nie powtórzę, chociaż nie można się zarzekać, szczególnie, że położone jest w ciekawej okolicy, która prezentuje się wyjątkowo właśnie jesienią. Ale nie przeciągając – Moi Drodzy oto Museum THE KENNEDYS

Tabliczka na wejściu do Museum Kennedys

Tabliczka na wejściu do Museum Kennedys

Placówka jest stosunkowo młoda. Powstała w 2006 roku i przez pierwszych sześć lat mieściła się nieopodal Bramy Brandenburskiej, przy Palcu Paryskim. W 2012 roku muzeum przeniesiono na Auguststrasse, do budynku gdzie kiedyś mieściło się żeńskie gimnazjum żydowskie. Na drugim piętrze kamienicy można zobaczyć ponad 350 fotografii przedstawiających historię rodziny Kennedy. I chyba właśnie forma sprawia, że muzeum nie jest zbyt popularne i ciężko tam o tłumy. Nie każdy ma cierpliwość, by obejrzeć ponad trzysta zdjeć, z których sporo jest do siebie bardzo podobnych. No chyba, że jest się pasjonatem i podobnie jak ja dostaje gęsiej skórki od samej świadomości, że to obrazy wykadrowane przez takie fotograficzne sławy jak Steve Schapiro czy Robert Lebecka. Można się napatrzeć. Szczególnie, że te ujęcia, to w dużej mierze przedstawienia codziennego życia amerykańskiego klanu.

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys   

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Dla tych, którzy w muzeum muszą zobaczyć coś więcej niż fotografie, pozostaje kolekcja prywatnych przedmiotów będących kiedyś własnością JFK. Jest aktówka z krokodylej skóry, etui na okulary czy breloczek do kluczy. Są też elementy garderoby prezydenta i Pierwszej Damy. Mnie osobiście najbardziej spodobały się odręczne notatki do przemówienia wygłoszonego przez Kennedy’ego w czerwcu 1963 roku przed ratuszem w Schoenebergu i transkrypcja słynnego: „Ich bin ein Berliner”. Samego przemówienia można odsłuchać w wydzielonej sali. Tam też dostępne jest video dokumentujące ten szczególny dzień.

„Ich bin ein Berliner"

„Ich bin ein Berliner”

Jak widać, nie jest tego wiele – tak naprawdę dwie sala, z których jedna przeznaczona jest na czasowe wystawy tematyczne. Obecnie można zobaczyć tam 70 fotografii przedstawiających historię amerykańskich Pierwszych Dam, m.in Jackie Kennedy, Hilary Clinton czy Michelle Obama. Całość ekspozycji można zobaczyć w ramach jednego biletu. Normalny kosztuje 5€, ulgowy 2,5€. Muzeum czynne jest od wtorku do niedzieli od 10:00 do 18:00, w soboty i niedziele od 11:00

Bez kategorii Do zobaczenia Filozoficznie W podróży

Jeśli nie Berlin, to może…Kraków?

12 października 2018

Już widzę zdegustowane miny tych, którzy myślą, że Kraków nie może niczym zaskoczyć. No, bo co tam można zobaczyć? Wawel, Rynek Główny, Bramę Floriańską i Kościół Mariacki. No może jeszcze Franciszkańską z papieskim oknem i Collegium Maius. I to by było na tyle. Tak, dla przeciętnego turysty to by było na tyle. Ale jeśli mieszkało się w tym Królewskim Mieście przez sześć lat, z czego pięć to czasy studenckie…. Ten Kraków ma zupełnie inny klimat.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Karmelicka z kościołem na Piasku  i numerem 27, gdzie mieszkał Xawery Dunikowski. No i sam początek ulicy czyli Teatr Bagatela, punkt zborny większości umawiających się w okolicy Plant (drugim punktem był „empik” w Rynku, który w końcu zamknęli, a trzecim skarbonka 😉

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To też boczna Karmelickiej czyli Batorego i willa „Pod Stańczykiem” z witrażami Stanisława Wyspiańskiego. Dzisiaj to siedziba Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego, kiedyś – dom Tadeusza Stryjeńskiego z pracownią w ogrodzie (za moich czasów – siedziba Katedry Judaistyki UJ).

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Mały Rynek z niesamowitym klimatem, szczególnie wczesnym rankiem, gdy widać tylko dostawców dowożących towar do restauracji. Z resztą turyści też rzadziej tutaj trafiają niż na Rynek Główny, który…hmmm… W moje opinii oczywiście.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To też Kazimierz. Ale nie ten turystyczny, wszystkim znany ze stadami wycieczek tylko bardziej zapomniany. Z ulicą Dajwór, która nazwę wzięła od nazwiska dzierżawcy pobliskiego folwarku („droga do Dajwora”, a dzisiaj pod numerem 18 mieści się Żydowskie Muzeum Galicja.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Wola Justowska z całą swoją zielenią i willami, a których najsłynniejsza to oczywiście Willa Decujsza. Chociaż ja zawsze wpatrywałam się w inna, bardziej nowoczesną znaną jako „Dom z gontu”.

To też wiele innych miejsc, które przeżywałam mieszkając w Krakowie i to właśnie te adresy chciałabym pokazać zwiedzającym gród Kraka. Bo Kraków to nie tylko Wawel, Rynek Główny….