Przeglądasz kategorie

Do zobaczenia

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Galeria Malarstwa

15 lutego 2019

Już dawno Was nigdzie nie zabierałam. Działo się tak miedzy innymi dlatego, że sama niczego nowego nie odkryłam. Aż do przedwczoraj. Zatem – zapraszam do Galerii Malarstwa.

Gemaeldeglerie, bo tak brzmi po niemiecku nazwa tego przybytku, to jeden z najznamienitszych w świecie zbiorów malarstwa europejskiego z wieków XIII-XVIII. Można tam zobaczyć dzieła taki mistrzów jak Rafael, Tycjan, Rembrandt czy Bruegel. Jednym słowem, w oryginale i na płótnie to, co pamiętamy z podręcznika do historii, dzięki staraniom Hohenzollernów, których to kolekcja stanowiła zaczątek dzisiejszego muzeum. I chyba tylko te „stare” korzenie upodabniają Galerię do pozostałych berlińskich instytucji kulturalnych. Pod względem położenia czy popularności, jest swego rodzaju ewenementem.

Przede wszystkim nie mieści się na Wyspie Muzeów czy w innym zabytkowym wnętrzu. Zbiory zgromadzono w nowoczesnym budynku, przy Kulturforum, nieopodal Placu Poczdamskiego, co uważam za wielką zaletę. Raz, łatwo i szybko można tam trafić z każdego popularnego szlaku wycieczkowego. Dwa, ascetyczne wnętrza pozwalają skupić się na dziełach sztuki; nic nie rozprasza podczas liczącego 2 kilometry spaceru po 70 salach. Trzy, docierają tutaj tylko najbardziej zdeterminowani, co przekłada się na brak tłumów w salach (zdarzało mi się przez kwadrans być zupełnie samej w otoczeniu arcydzieł) i przy kasach.

Muzeum ma też jeszcze jedną – dla mnie – zaletę. W odróżnieniu od innych berlińskich placówek tego typu, organizatorzy nie przygotowali go w żaden szczególny sposób do potrzeb nieletnich. Wiem, dla wielu to wada. Ale dla mnie wielką przyjemnością jest oglądanie obrazów bez zakłóceń werbalnych czy ruchowych. Muzeum posiada jedną salę, gdzie zrekonstruowano pracownię malarską sprzed wieków, a w gablotach zgromadzono naturalne barwniki. To wszystko, co przygotowano dla najmłodszych. Jest też możliwość odbycia lekcji muzealnych.

Na koniec jeszcze garść informacji praktycznych. Muzeum jest czynne we wszystkie dni tygodnia poza poniedziałkiem; od 10:00 do 18:00 we wtorki, środy i piątki; w czwartki do 20:00, a w soboty i niedziele od 11:00 do 18:00. Bilet normalny kosztuje 10€, ulgowy – 5. Przewodniki audio dostępne są w wersji niemieckiej, angielskiej, francuskiej i włoskiej.

Do zobaczenia Książkowo poradniki Zdrowo

Kulturalne L4

11 lutego 2019


Jestem przedstawicielem gatunku, który jest zawsze zdrowy. Nawet jak pociągam nosem i trochę kicham, to oficjalne jestem zdrowa. Tym razem jednak musiałam przyznać, że „Jestem chora”. Przeziębinie nie tylko rozłożyło mnie na prawie dziesięć dni ale też zaprowadziło do lekarza, spowodowało, że piłam syrop z cebuli (fuj……dopiero po 5 dniach poczułam jak śmierdzi, właśnie dzięki temu, że jest skuteczny) ale przede wszystkim uziemiło mnie w mieszkaniu. Teoretycznie powinnam przez te 10 dni leżeć i się regenerować. W praktyce nadrobiłam zaległości kulturalne. Książkowe i głównie filmowe. Dla wielu z Was pewnie nie będą zaskoczeniem – premiery miały już dawno. Niemniej jednak – da-damm – moje kulturalne odkrycia.

Na początek książka. Dzięki Bobe Majse (nota bene – świetny blog, który powstał jako praca dyplomowa) sięgnęłam po książkę Rooger’a Moorhouse „Trzecia Rzesza w 100 przedmiotach”. Tak, wiem – ciężki kaliber, jak wszystko, co związane z drugą wojną światową. Ta książka jest jednak pewnym zaprzeczeniem tej tezy. Autor wybrał – niestety nie wiem, z jakiego klucza – sto przedmiotów, które „brały” udział w wielkiej wojnie. Jedne uczestniczyły bezpośrednio jak bombowce, karabiny czy maski gazowe. Inne stały się niemymi świadkami tamtych wydarzeń, jak łóżko ze szpitala psychiatrycznego czy pamiątkowy talerz z przedstawieniem górskiej rezydencji Hitlera. Historie każdego ze 100 przedmiotów ubrano w krótki rozdział, który zanim zmęczy tematyką, już się kończy. I chwała za to autorowi, bo nie wyobrażam sobie czytania więcej niż 5 stron na temat możliwości i danych technicznych samolotu bojowego. Książkę gorąco polecam – dla odświeżenie wiadomości i odkrycia nowych, sobie nieznanych faktów. Moja ocena – warto przeczytać.

Po książce przyszła kolej na film. Na pierwszy ogień poszła „Zimna wojna”. Tak, wiem, to już żadna nowość. Tak, obejrzałam, bo „wypada”, skoro wszyscy o niej mówią. Nie, nie spodobała mi się. Ale po kolei. Staram się być w miarę na bieżąco z ambitną kinematografią, szczególnie jeśli jest nominowana do Oscara. Znam już twórczość tego reżysera dzięki „Idzie”, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. I takich wrażeń oczekiwałam też po „Zimnej wojnie”. I rozczarowałam się lekko. Lubię i cenię filmy minimalistyczne, dlatego brawo za koncentrację na jednym wątku i jednej parze bohaterów. Przedstawienie w bajecznych zdjęciach i ujęciach, za co moim zdaniem należy się Oscar. W zupełności zgadzam się z festiwalowym jury (czy innym gremium) za brak nominacji dla Joanny Kulig, która zagrała wyraziście ale nic ponadto. Natomiast sama historia bohaterów… No cóż, biorą pod uwagę okoliczności historyczne, można było chyba bardziej poszaleć. Moja ocena – lekkie zdegustowanie.

Kolejne było „Bohemian Rhapsody”. Nie jestem fanem filmów muzycznych, klasycznego rocka itp. Mało tego, o Freddy’m Mercurym wiedziałam tylko, że istniał i zmarł na AIDS. Znam też „We are the chempions”. Film mnie zaczarował. Jest świetny. Nie tylko dla tego, że laikowi był w stanie przybliżyć ten muzyczny fenomen. Poznajemy w nim historie człowieka, który znał swoją wartość i nie bał się o tym mówić. Ale też dramat samotności  w tłumie. Nie przekonałam się do tego rodzaju muzyki ale wiem już, jak powstały największe hity Queen. Zamówiłam też sobie książkową biografię artysty. Moja ocena – obejrzyjcie koniecznie.

Pozostałam na fali muzyczno-oscarowej i obejrzałam też „Narodziny gwiazdy”. Historia jak dla mnie banalna. Mało realna szansa na spotkanie kogoś z potencjałem i kogoś, kto ten potencjał zaprzepaszcza. Wielka miłość i zderzenie z show-biznesową rzeczywistością. A wszystko to ze świetną muzyką i gitarowym brzmieniem. Do tego Lady Gaga, której z całego serca życzę wygranej w kategorii „Najlepsze aktorka”. Nie życzę tego Cooper’owi, któremu jednak czegoś zabrakło. Moja ocena – obejrzyjcie jeśli macie możliwość.

I na koniec znów książkowo. I to bardzo ambitnie. Skończyłam wreszcie „Jak nie umrzeć przedwcześnie. Cała prawda o zdrowym żywieniu” (tym razem dziękuję za polecenie Wincentynie).  Słowo „wreszcie” jest w pełnie uzasadnione, bo książka nie dość, że ma 560 stron, to raczej nie jest dreszczowce o wciągającej fabule. Ale też nie męczy. To drugie dzięki krótkim rozdziałom i całej masie faktów-odkryć-badań, których wyniki zaskakują i mocno dają do myślenia. O czym jest? Jak w tytule. O tym, co robić, by nie umrzeć przed czasem. Autor widzi tylko jedną receptę – ograniczenie, a jeszcze lepiej – wykluczenie – produktów odzwierzęcych z diety. Mam świadomość, że są osoby dla których obiad bez mięsa jest nie obiadem, a kanapka musi być z wędliną. Nie będę się kopać z koniem. Ale to właśnie te osoby powinny sięgnąć po książkę doktora Greger’a. Wiem, że moje mówienie o krzywdzeniu biednych zwierząt  i nietolerancji laktozy niewiele zdziała. Jednak poparte badaniami wnioski lekarza powinny dać do myślenia nawet największym padlinożercom.  Moja ocena – szarpnij się dwa razy i 1) kup książkę 2) przeczytaj

I na tym etapie moja choroba się skończyła. Zwolnienie lekarskie też. Wracam do pracy. Do obejrzenia zostało mi jeszcze kilka poleconych filmów i książek. O tym niebawem.

Do zobaczenia

SE06E01 czyli nauka języka przez seriale

19 listopada 2018

Ręka do góry, kto nie czekał albo nie czeka na kolejny sezon „House of Cards”, „Gry o tron” czy innego „Belfra”. Nie przesadzę jeśli napiszę, że dzisiaj seriale oglądają wszyscy. I o ile zawsze jestem czarną owcą w stadzie, o tyle w kwestii seriali podążyłam za tłumem. Oglądam nałogowo. Tłumaczę sobie, że w ten sposób uczę się niemieckiego (oglądam z niemieckim lektorem i niemieckimi napisami). To oczywiście tylko dorabianie teorii. Co nie zmienia faktu, że oglądam. A co oglądam? Poniżej kilka moich typów.

Netflix kusi

Netflix kusi

„House of cards” to jeden z pierwszych hurtowych tasiemców, który obejrzałam. I wkręciłam się bardzo. Mogę też powiedzieć, że byłam wieszczem jeśli chodzi o bohaterów, bo od samego początku bardziej niż Frank, fascynowała mnie Claire. Świetnie było obserwować jak z sezonu na sezon psuje się, a jednocześnie kształtuje jako polityk. Idealnie wyzbywała się ludzkich cech. Można powiedzieć, że była w tym psuciu bardziej konsekwentna i skuteczna niż jej mąż. Dlatego niemal na wdechu obejrzałam ostatni sezon i tylko przy ostatnich odcinkach, gdy Pani Prezydent jest w ciąży entuzjazm trochę opadł. Ale generalnie polecam. Również do nauki języka. Do końca życia zapamiętam, że kongresmen (tudzież parlamentarzysta) to Abgerodnete. Der Abgeordnete.

Przed „House of cards” był jeszcze „Dexter”. To zamierzchłe afgańskie czasy, kiedy czekając na przerzut do kolejnej bazy oglądało się baaardzo dużo. Nie było jeszcze wtedy takiego urodzaju na tasiemce, wybierało się droga eliminacji. „Dexter” zdecydowanie wyeliminował wszystkich. Do końca już trochę męczył ale gdyby pojawił się kolejny sezon…dlaczego nie. Na przygodach technika od krwi doskonaliłam angielski. Żadnego charakterystycznego słowa nie pamiętam.

W przypadku kolejnego typu będę przewidywalna. To oczywiście „Gra o tron”. Oglądana dla Jamiego Lannistera i jego małego brata o ciętym języku. W przypadku tego serialu jestem pod wrażeniem całokształtu. Stworzenie alternatywnej rzeczywistości ze smokami i lodowymi zombie to nie lada wyczyn. Do tego uknucie całej sieci intryg i rodzinnych powiązań – majstersztyk. Teraz czekam na wiosnę, bo „Winter is coming”.

Dla odzyskania równowagi obejrzałam też i nie żałuje „The crown”. Nigdy nie interesowałam się specjalnie historią brytyjskiej monarchii czy samego Zjednoczonego Królestwa ale po obejrzeniu serii sprawdziłam kilka faktów i sięgnęłam po biografię Winstona Churchill. Chciałabym też przeczytać jakieś wspomnienia czy historię Filipa, księcia Edynburga, który jak dla mnie jest głównym bohaterem serialu. Nie Elżbieta w chustce, z torebeczką i psami ale właśnie on, bez jaj ale z twarzą.

Pozostając w brytyjskim klimacie skusiłam się też na odkrycie ostatnich tygodni czy „Bodyguard”. Mini- seria o problemach współczesnego wielkiego świata jakimi są terroryzm i walka o stołki w opcji well educated, plus mega feminizm czyli kobiety na wszystkich ważnych stanowiskach. Cytując klasyka: „D….y nie urywa” ale Richard Madden daje radę. I to jego „Yes ma’am”, którego na szczęście nie przetłumaczyli na „Jawohl”.

I to byłoby na tyle. To znaczy obejrzałam tych seriali jeszcze sporo ale tylko te mnie przekonały i te mogę polecić.  A może Wy mi coś polecicie – do nauki języka rzecz jasna 🙂

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Muzeum Kennedych

2 listopada 2018

Pierwszy raz zachęcam Was do odwiedzenia miejsca, co do którego jestem niemal pewna, że raczej się na nie nie skusicie. I nie będę zaskoczona. Sama raczej wizyty nie powtórzę, chociaż nie można się zarzekać, szczególnie, że położone jest w ciekawej okolicy, która prezentuje się wyjątkowo właśnie jesienią. Ale nie przeciągając – Moi Drodzy oto Museum THE KENNEDYS

Tabliczka na wejściu do Museum Kennedys

Tabliczka na wejściu do Museum Kennedys

Placówka jest stosunkowo młoda. Powstała w 2006 roku i przez pierwszych sześć lat mieściła się nieopodal Bramy Brandenburskiej, przy Palcu Paryskim. W 2012 roku muzeum przeniesiono na Auguststrasse, do budynku gdzie kiedyś mieściło się żeńskie gimnazjum żydowskie. Na drugim piętrze kamienicy można zobaczyć ponad 350 fotografii przedstawiających historię rodziny Kennedy. I chyba właśnie forma sprawia, że muzeum nie jest zbyt popularne i ciężko tam o tłumy. Nie każdy ma cierpliwość, by obejrzeć ponad trzysta zdjeć, z których sporo jest do siebie bardzo podobnych. No chyba, że jest się pasjonatem i podobnie jak ja dostaje gęsiej skórki od samej świadomości, że to obrazy wykadrowane przez takie fotograficzne sławy jak Steve Schapiro czy Robert Lebecka. Można się napatrzeć. Szczególnie, że te ujęcia, to w dużej mierze przedstawienia codziennego życia amerykańskiego klanu.

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys   

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Dla tych, którzy w muzeum muszą zobaczyć coś więcej niż fotografie, pozostaje kolekcja prywatnych przedmiotów będących kiedyś własnością JFK. Jest aktówka z krokodylej skóry, etui na okulary czy breloczek do kluczy. Są też elementy garderoby prezydenta i Pierwszej Damy. Mnie osobiście najbardziej spodobały się odręczne notatki do przemówienia wygłoszonego przez Kennedy’ego w czerwcu 1963 roku przed ratuszem w Schoenebergu i transkrypcja słynnego: „Ich bin ein Berliner”. Samego przemówienia można odsłuchać w wydzielonej sali. Tam też dostępne jest video dokumentujące ten szczególny dzień.

„Ich bin ein Berliner"

„Ich bin ein Berliner”

Jak widać, nie jest tego wiele – tak naprawdę dwie sala, z których jedna przeznaczona jest na czasowe wystawy tematyczne. Obecnie można zobaczyć tam 70 fotografii przedstawiających historię amerykańskich Pierwszych Dam, m.in Jackie Kennedy, Hilary Clinton czy Michelle Obama. Całość ekspozycji można zobaczyć w ramach jednego biletu. Normalny kosztuje 5€, ulgowy 2,5€. Muzeum czynne jest od wtorku do niedzieli od 10:00 do 18:00, w soboty i niedziele od 11:00

Bez kategorii Do zobaczenia Filozoficznie W podróży

Jeśli nie Berlin, to może…Kraków?

12 października 2018

Już widzę zdegustowane miny tych, którzy myślą, że Kraków nie może niczym zaskoczyć. No, bo co tam można zobaczyć? Wawel, Rynek Główny, Bramę Floriańską i Kościół Mariacki. No może jeszcze Franciszkańską z papieskim oknem i Collegium Maius. I to by było na tyle. Tak, dla przeciętnego turysty to by było na tyle. Ale jeśli mieszkało się w tym Królewskim Mieście przez sześć lat, z czego pięć to czasy studenckie…. Ten Kraków ma zupełnie inny klimat.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Karmelicka z kościołem na Piasku  i numerem 27, gdzie mieszkał Xawery Dunikowski. No i sam początek ulicy czyli Teatr Bagatela, punkt zborny większości umawiających się w okolicy Plant (drugim punktem był „empik” w Rynku, który w końcu zamknęli, a trzecim skarbonka 😉

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To też boczna Karmelickiej czyli Batorego i willa „Pod Stańczykiem” z witrażami Stanisława Wyspiańskiego. Dzisiaj to siedziba Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego, kiedyś – dom Tadeusza Stryjeńskiego z pracownią w ogrodzie (za moich czasów – siedziba Katedry Judaistyki UJ).

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Mały Rynek z niesamowitym klimatem, szczególnie wczesnym rankiem, gdy widać tylko dostawców dowożących towar do restauracji. Z resztą turyści też rzadziej tutaj trafiają niż na Rynek Główny, który…hmmm… W moje opinii oczywiście.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To też Kazimierz. Ale nie ten turystyczny, wszystkim znany ze stadami wycieczek tylko bardziej zapomniany. Z ulicą Dajwór, która nazwę wzięła od nazwiska dzierżawcy pobliskiego folwarku („droga do Dajwora”, a dzisiaj pod numerem 18 mieści się Żydowskie Muzeum Galicja.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Wola Justowska z całą swoją zielenią i willami, a których najsłynniejsza to oczywiście Willa Decujsza. Chociaż ja zawsze wpatrywałam się w inna, bardziej nowoczesną znaną jako „Dom z gontu”.

To też wiele innych miejsc, które przeżywałam mieszkając w Krakowie i to właśnie te adresy chciałabym pokazać zwiedzającym gród Kraka. Bo Kraków to nie tylko Wawel, Rynek Główny….

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Ogrody Świata

5 października 2018

Dzisiaj miejscówka, w której zakochałam się z miejsca i żałuję, że odkryłam ją tak późno. Panie i Panowie – zapraszam do Ogrodów Świata czyli berlińskich Gaerten der Welt. Koniecznie zaopatrzcie się w aparat fotograficzny i wygodne buty. Będzie chodzenie i zachwyty.

Chociaż najczęściej klasyfikowany jako „park wypoczynkowy” czy „ogród botaniczny” czyli coś, co jest w każdym mieście i niczym nie zaskakuje, warto zaryzykować i pojechać do dzielnicy Marzahn-Hellersdorf. Najlepiej zdać się na komunikację publiczną – na miejsce dojeżdża metro (linia 5), kolejka (linia S7) i autobusy (X69 i 195). Jeśli decydujemy się na podróż samochodem, najłatwiej dojechać autostradą nr 10 ze zajazdem na Berlin-Marzahn. Trasa oznaczona jest bardzo dokładnie. Przy samym ogrodzie są też duże parkingi. Kompleks czynny jest codziennie, przez cały rok od godziny 10:00;  w miesiącach zimowych (grudzień, styczeń, luty) do 16:00, w pozostałe do 18:30. Przed wejściem trzeba oczywiście nabyć bilet. Normalny w sezonie kosztuje 7€, ulgowy 3€; zimą są odpowiednio tańsze – 4 i 2€. Dodatkowe ulgi przysługują między innymi grupom. Ważne – można kupić bilet z opcja przejazdu kolejką lub bez. Ale o kolejce później. Najpierw wejdźmy do ogrodu.

Fontanna w Ogrodach Świata

Fontanna w Ogrodach Świata

Koniecznie zaopatrzeni w mapę, bo chociaż oznaczenia są bardzo dokładne i ciężko się zgubić, mapa pomoże odhaczać kolejne punkty i dzięki niej niczego nie przeoczymy. A zwiedzania jest sporo. Na 21 hektarach znajduje się 10 ogrodów tematycznych. Wbrew nazwie, nie są to repliki istniejących już ogrodów z różnych zakątków globu ale całkowicie nowe założenia stworzone przy zastosowaniu rozwiązań z Japonii, Chin czy Korei oraz czerpiące z wielkich religii: taoizmu, buddyzmu, hinduizmu, chrześcijaństwa i islamu. Na terenie parku można zobaczyć ogrody:

  • chiński (do budowy wykorzystano oryginalne materiały sprowadzone z Chin)
  • japoński (wrocławski to tylko namiastka tego, co można zobaczyć tutaj)
  • koreański (to dar miasta Seul dla Berlina zbudowany przez 4 koreańskich robotników)
  • balijski (gigantyczna szklarnia, gdzie naprawdę czuje się zen)
  • chrześcijański (klasztorny wirydarz; warto dokładnie przeanalizować imiona 😉
  • angielski (róże, róże, róże i typowy wiejski cottage)
  • bylinowy (to przykład niemieckiej sztuki ogrodniczej XX wieku)
  • orientalny (zamknięty strumieniami ma symbolizować raj, tutaj naprawdę można poczuć Maroko – mój faworyt)
  • renesansowy (przenosi nas do włoskiej Toskanii)
  • labirynt (weszliśmy do niego dla żartu i naprawdę się zgubiliśmy!)

Ogród japoński

Ogród japoński

Poszczególne „ekspozycje” łączą się alejkami, a otoczone są zielonymi trawnikami, na których można wypocząć korzystając z zainstalowanych na stałe leżaków, foteli, huśtawek i innych relaksujących konstrukcji. Nigdzie nie dostrzegłam tabliczki „Nie deptać trawy”, co najwyżej uzasadnione „Zakazy wejścia”. Zadbano też o najmłodszych. Przy jednym z wejść stworzono alejkę z postaciami z bajek Andersena.  Jest też duży plac zabaw. A dla wszystkich w całym parku zbudowano 14 najróżniejszych fontann.

Ogród orientalny

Ogród orientalny

Dla spragnionych atrakcji urozmaiceniem będzie przejazd kolejką linową, który pozwoli spojrzeć na kompleks z góry. Trasa rozciąga się między wejściami: Kienbergpark i Gaerten der Welt. Po drodze jest jeden przystanek przy platformie widokowej, z której zobaczyć można Berlin.

Ogród angielski

Ogród angielski

Na terenie parku znajdują się też liczne punkty gastronomiczne, w tym jeden przy samym wejściu. Z głodu nikt nie umrze, chociaż dobrze wcześniej zaopatrzyć się w wodę, szczególnie gdy planujemy dłuższe zwiedzanie w słoneczny dzień.

Ogród orientalny

Ogród orientalny

To chyba pierwszy berliński adres turystyczny, gdzie nie dostrzegam żadnych minusów. No może poza tym, że jest słabo rozreklamowany i dotarłam tutaj dopiero niedawno, już po zamknięciu IGA czyli Miedzynarodowej Wystawy Ogrodniczej.

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to może….Polski Spisz?

21 września 2018

Gdy po sześciu latach studiowania, a tym samym mieszkania w Krakowie, przeprowadzałam się do Wrocławia, myślałam: „Kraków to cudowne miasto. Żadne inne takie nie jest. Nigdzie tak nie będzie”. Po trzech latach we Wrocławiu przyszedł czas na kolejną przeprowadzkę i pomyślałam: „Wrocław – kocham to miasto. Nigdzie już tak nie będzie jak tutaj. To moje miasto”. Po Wrocławiu była dalsza i jeszcze dalsza zagranica i za każdym razem to samo myślenie. A w ubiegłym roku pojawił się Berlin. Po roku mieszkania tutaj myślę: „Berlin – to jest to!” Pewnie będzie jeszcze wiele miejsc i podobnych myśli. Ale jest takie miejsce, o którym zawsze mogę powiedzieć, że to jest to. To moje rodzinne strony, polski Spisz. I tam Was dzisiaj zapraszam.

Na południe od Krakowa, a nawet od Nowego Targu, ale na północ od Zakopanego, między Białką i Dunajcem, leży sobie polski Spisz. Kawałek świata, gdzie wszystko jest inne niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Bo to góry ale nie Podhale. Bo Polska ale wpływy słowackie i węgierskie. Bo niby tylko na zimę i na narty ale też na lato, bo jezioro i szlaki rowerowe i piesze.

Co tutaj trzeba zobaczyć? Na pewno Niedzicę, o której wszyscy chyba słyszeli z powodu Brunhildy i zamku z inkaskim skarbem. Ale o tym zapomnijcie. Idźcie do kościoła – nawet jeśli nie praktykujecie, i zobaczcie obraz świętego Andrzeja, który niesie na kiju swoją własną skórę. Przejdźcie się korytarzami niedzickiej elektrowni i poczujcie moc natury  i siłę tysięcy litrów wody ujarzmionych przez człowieka. Podejdźcie na schowany pod lasem cmentarz rodziny Salomonów, ostatnich właścicieli zamku niedzickiego.

Później podjedźcie kilka kilometrów dalej, do Frydmana, który pod siecią ulic i podwórek kryje podziemne piwnice na wino pamiętające jeszcze dziewiętnastowiecznych niedzickich szlachciców i ich węgierskie trunki. Albo usiądźcie po prostu na Gęsim Rynku, który po rewitalizacji jest co prawda piękniejszy i bez gęsi ale dalej spotykają się tutaj miejscowi i posłuchajcie tutejszej gwary.

Wybierzcie się koniecznie do Kacwina. Na sam koniec – „pod szlaban” (miejscowi pokierują) i zobaczcie jak wyglądają Tatry, gdy patrzeć na nie z pogranicza. Nie zapomnijcie zajrzeć do jedynych w Polsce kacwińskich sypańcy, które niedługo znikną, jeśli nikt się nimi nie zajmie. Przespacerujcie się też na Majową Górę albo wybierzcie na dłuższą wycieczkę szlakiem prowadzącym do Łapsz Niżnych, by zobaczyć, co zostawili tam po sobie rycerze Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie.

Stamtąd już blisko do Trybsza, gdzie w małym drewnianym kościółku wystarczy mocno zadrzeć głowę, by zobaczyć najstarszą panoramę Tatr z Hawraniem i Płaczliwą Skałą. Malowidło niesamowite. Bo prawdziwa panorama, ta która zapiera dech w piersiach rozciąga się z Przełęczy nad Łapszanką, którą to koniecznie trzeba zobaczyć. By już zawsze tam wracać.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i już wiecie, że jeśli nie Berlin, to koniecznie polski Spisz.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Wyspa Muzeów –

31 sierpnia 2018

Dzisiaj kończymy wycieczkę po Wyspie Muzeów. Na koniec zostawiłam Muzeum Bodego i Starą Galerię Narodową. Kolejność nie jest przypadkowa. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że o ile zwiedzanie muzeów z ekspozycjami interaktywnymi, eksponatami ruchomymi czy nawet mumiami sprzed setek lat jest interesujące, o tyle przechodzenie przez kolejne sale z dziesiątkami obrazów, już niekoniecznie może intrygować. Ale że mnie zachwyca, Wy też te muzea poznacie. Obiecuję – będzie krótko.

Zaczniemy od Muzeum Bodego (Bode-Museum), które imię zawdzięcza pierwszemu dyrektorowi generalnemu królewskich muzeów, Wilhelmowi von Bode. Nawet jeśli ktoś nie przepada za malarstwem czy numizmatyką, zachwyci go być może architektura. Neobarokowy budynek powstał na przełomie wieków XIX i XX, a jego projekt stworzył królewski architekt Ernst von Ihne. Robi wrażenie nie tylko z zewnątrz ale i w środku. Jeśli więc na kogoś nie zadziała Donatello, Bernini czy sztuka bizantyjska, może zagapi się na ściany, schody i wykusze.

Muzeum czynne jest we wszystkie dni poza poniedziałkiem, od 10:00 do 18:00, a w czwartki nawet do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 12 i 6 €.

Stara Galeria Narodowa (Alte Nationalgalerie) nie wypada gorzej jeśli chodzi o architekturę. Wzniesiona pod koniec XIX wieku wg projektu Augusta Stuelera przypomina antyczną świątynię z kolumnami w stylu korynckim i imponującymi schodami. To z zewnątrz. A w środku? Największy zbiór dzieł sztuki z okresu od Rewolucji Francuskiej po pierwszą wojnę światową. Jest tutaj rzeźba, dominuje jednak malarstwo. Najwiecej tutaj obrazów malarzy niemieckich ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Nie będę się kryć z faktem, że przez wystawionymi tutaj dziełami Caspara Davida Friedricha czy Karla Friedricha Schinkela mogę siedzieć godzinami. A na widok „Karkonoszy” jaram się jak fajerwerki.

Podobnie jak Muzeum Bodego, Stara galeria Narodowa czynna jest we wszystkie dni poza poniedziałkiem, od 10:00 do 18:00, a w czwartki nawet do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 12 i 6 €. Można wykupić bilet roczny 🙂

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to może… Maciejowiec

24 sierpnia 2018

Od jakiegoś czasu raczę Was opowieściami o Berlinie, zupełnie nie myśląc o tym, że może są osoby, które wolałyby poczytać o innych destynacjach. Dlatego zmniejszę Wam dawkę berlińskich atrakcji i wpisy o atrakcjach w stolicy Niemiec, będą przeplatać się z innymi „miejscówkami”, mniej popularnymi. Zaczniemy od Dolnego Śląska i jego perełek.

Maciejowiec, bo na nim się dzisiaj skupimy, to mała wioska w okolicy Lwówka Śląskiego. Można nawet powiedzieć, że bardzo mała, bo jeśli wierzyć statystykom, liczy 160 mieszańców. Co nie zmienia faktu, że warto tutaj zawitać z wielu powodów.

Jednym z nich jest kompleks pałacowo-parkowy położony na obrzeżach wioski. Jego najstarszą część stanowi dwór renesansowy z lat 20. XVII wieku. Przebudowany w wieku XIX stanowi jeden z najpiękniejszych przykładów śląskiej architektury renesansowej. Pomimo zniszczeń, wynikających z upływu czasu i braku zainteresowania, a może i środków, do dzisiaj można zobaczyć charakterystyczne dla epoki detale architektoniczne, takie jak portale, obramowania okienne, arkadowe podcienia czy portal. Obiekt znajduje się obecnie w rękach prywatnych, nie można go zwiedzać, warto jednak zatrzymać się, by obejrzeć go z zewnątrz.

W najbliższej okolicy okazji do zachwytu jest więcej. Po sąsiedzku znajduje się druga siedziba szlachecka, to klasycystyczny pałac rodziny Dolanów powstały w latach 30. XIX wieku. Już w czasie budowy wzbudzał zachwyt rozwiązaniami i liczbą punktów widokowych. W kolejnych latach wraz z otaczającym go parkiem zmieniał wielokrotnie właścicieli. Ostatnia właścicielka pałacu, Emma von Kramsta w 1942 roku wzbogaciła kompleks o rodzinne mauzoleum w formie jońskiej świątyni, upamiętniające przede wszystkim jej tragicznie zmarłą wnuczkę. A w czasie wojny w maciejowieckim pałacu rezydował ambasador Japonii, którem Hitler budowlę podarował. Kolejne lata były dla budowli mniej łaskawe, odciskając swoje piętno na jego kondycji i wyglądzie. Obecnie pałac znajduje się w rękach prywatnych, trwa jego odbudowa i nie można go zwiedzać. Dostępny jest jednak otaczający go park z pięknym starodrzewem i aleją prowadzącą do kaplicy mszalnej w bliskim sąsiedztwie pałacu.

                   

Tych, którzy lubią dłuższe wycieczki, nie trzeba będzie zachęcać do spaceru w kierunku Dzikiego Wąwozu. To jedna z najpiękniejszych tras spacerowych w okolicy, ciągnąca się wzdłuż Maciejowieckiego Potoku, który tworzy na tym odcinku urokliwe przełomy i kaskady kończąc swój bieg w Bobrze. Wąwóz to gratka nie tylko dla wielbicieli przyrody (bogaty starodrzew i pomniki przyrody) ale też geologów, którzy zobaczyć mogą tutaj przegląd epok – od staropleozoicznych gnejsów, przez granity, po kambryjskie łupki. Przedłużajac spacer można dotrzeć do Jeziora Pilchowickiego  i grodzącej go kamiennej zapory ale o tym już następnym razem.

Do zobaczenia Filozoficznie W podróży

„Tu byłam” – wakacyjny wyścig zdjęć

20 sierpnia 2018

Wakacje powoli dobiegają końca. Większość ma już za sobą urlopy, bliższe i dalsze wyjazdy. Co zostaje po tych wojażach? Zazwyczaj pamiątki w postaci magnesów na lodówce i oczywiście setki zdjeć, robionych coraz częściej mechanicznie, wręcz odruchowo. Czasem krajobraz, czasem zabytek, najczęściej z selfie z odpowiednim hashtagiem.

Czasem mam wrażenie, że ważniejszy od jakości i kadru jest komunikat – „Tu byłam” i niewypowiedziane ale jakże czytelne dla odbiorcy – „A Ty?.. Gdzie byłaś? Czym możesz się pochwalić?” Wyścig zdjęć. Bo to już nie są wspomnienia czy wyjazdy w celu zobaczenia ciekawych miejsc, poznania innej kultury czy wejścia w skórę mieszkańców odwiedzanego miasta czy wioski. To krucjata zdobywcy. Odhaczenie na swoim profilu kolejnej modnej destynacji. Przecież nie wypada wrzucić zdjęcia znad polskiego morza, gdy wszyscy fotografują się na tle Burj al Arab.  Nie ważne, że nie stać Cię na wypicie tam herbaty. Ha… z herbatą – liczy się fotka na tle. No i koniecznie różowy flaming w hotelowym basenie w Hurgadzie. Nie trzeba nawet oznaczać, że to Egipt. Z resztą kraj faraonów to już chyba lekko passe – lepiej błysnąć nazwą dziesięciogwiazdkowego hotelu, byle z flamingiem. A inni nich zazdroszczą, bo fotki na Insta tylko z Chorwacji czy Grecji. Kto by dzisiaj do Chorwacji jeździł? To było modne lata temu. A Grecji?.. Phi… Kompletny przeżytek. I jeszcze ci uchodźcy. Dubaj, to jest. No może jeszcze Bali. Ale konkretnie hashtag #Bali, nie jakaś Tajlandia czy Phuket, gdzie wszyscy fotografowali się jeszcze za czasów NaszejKlasy.

I tak podbijamy ten komercyjny świat, dokumentując kolejne kilometry selfie ze słoniem, wielbłądem czy umorusanym czarnoskórym dzieckiem. Pstryk i jest foto, można ruszać dalej. Nie patrząc na to, co się za sobą zostawia. Że ten słoń niekoniecznie stworzony jest do zdjęć, że często bity i niedożywiony.  Że wielbłąd trzymany w mało ekskluzywnych warunkach, a dziecko wypchnięte na ulicę przez rodziców, bo szybciej wyszarpie kasę od turysty niż dorosły. Nie ważne. Jest fota. I tylko to się liczy. Kilkusekundowe wspomnienie mierzone liczbą lajków.

Lubie podróże i odkrywanie nowych miejsc. Szczególnie tych zapomnianych i mało popularnych. Zawsze zabieram za sobą aparat. Normalną lustrzankę, która wymaga ustawień i nie robi selfie na zawołanie, a zdjęcia z niej ciężko ogarnąć jednym przyciskiem „filtr”. Mam jednak mało zdjeć, na których jestem sama „na tle”, „z” „obok”. Skupiam się raczej na zabytkach, krajobrazach. Ale ze zwierzętami się czasem fotografuję 😉

 

A Wy? Jakie macie wspomnienia z ostatnich wakacji? Coś więcej niż szybkie foto z białym misiem w Zakopanem?