Przeglądasz kategorie

Do zobaczenia

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to może….Polski Spisz?

21 września 2018

Gdy po sześciu latach studiowania, a tym samym mieszkania w Krakowie, przeprowadzałam się do Wrocławia, myślałam: „Kraków to cudowne miasto. Żadne inne takie nie jest. Nigdzie tak nie będzie”. Po trzech latach we Wrocławiu przyszedł czas na kolejną przeprowadzkę i pomyślałam: „Wrocław – kocham to miasto. Nigdzie już tak nie będzie jak tutaj. To moje miasto”. Po Wrocławiu była dalsza i jeszcze dalsza zagranica i za każdym razem to samo myślenie. A w ubiegłym roku pojawił się Berlin. Po roku mieszkania tutaj myślę: „Berlin – to jest to!” Pewnie będzie jeszcze wiele miejsc i podobnych myśli. Ale jest takie miejsce, o którym zawsze mogę powiedzieć, że to jest to. To moje rodzinne strony, polski Spisz. I tam Was dzisiaj zapraszam.

Na południe od Krakowa, a nawet od Nowego Targu, ale na północ od Zakopanego, między Białką i Dunajcem, leży sobie polski Spisz. Kawałek świata, gdzie wszystko jest inne niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Bo to góry ale nie Podhale. Bo Polska ale wpływy słowackie i węgierskie. Bo niby tylko na zimę i na narty ale też na lato, bo jezioro i szlaki rowerowe i piesze.

Co tutaj trzeba zobaczyć? Na pewno Niedzicę, o której wszyscy chyba słyszeli z powodu Brunhildy i zamku z inkaskim skarbem. Ale o tym zapomnijcie. Idźcie do kościoła – nawet jeśli nie praktykujecie, i zobaczcie obraz świętego Andrzeja, który niesie na kiju swoją własną skórę. Przejdźcie się korytarzami niedzickiej elektrowni i poczujcie moc natury  i siłę tysięcy litrów wody ujarzmionych przez człowieka. Podejdźcie na schowany pod lasem cmentarz rodziny Salomonów, ostatnich właścicieli zamku niedzickiego.

Później podjedźcie kilka kilometrów dalej, do Frydmana, który pod siecią ulic i podwórek kryje podziemne piwnice na wino pamiętające jeszcze dziewiętnastowiecznych niedzickich szlachciców i ich węgierskie trunki. Albo usiądźcie po prostu na Gęsim Rynku, który po rewitalizacji jest co prawda piękniejszy i bez gęsi ale dalej spotykają się tutaj miejscowi i posłuchajcie tutejszej gwary.

Wybierzcie się koniecznie do Kacwina. Na sam koniec – „pod szlaban” (miejscowi pokierują) i zobaczcie jak wyglądają Tatry, gdy patrzeć na nie z pogranicza. Nie zapomnijcie zajrzeć do jedynych w Polsce kacwińskich sypańcy, które niedługo znikną, jeśli nikt się nimi nie zajmie. Przespacerujcie się też na Majową Górę albo wybierzcie na dłuższą wycieczkę szlakiem prowadzącym do Łapsz Niżnych, by zobaczyć, co zostawili tam po sobie rycerze Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie.

Stamtąd już blisko do Trybsza, gdzie w małym drewnianym kościółku wystarczy mocno zadrzeć głowę, by zobaczyć najstarszą panoramę Tatr z Hawraniem i Płaczliwą Skałą. Malowidło niesamowite. Bo prawdziwa panorama, ta która zapiera dech w piersiach rozciąga się z Przełęczy nad Łapszanką, którą to koniecznie trzeba zobaczyć. By już zawsze tam wracać.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i już wiecie, że jeśli nie Berlin, to koniecznie polski Spisz.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Wyspa Muzeów –

31 sierpnia 2018

Dzisiaj kończymy wycieczkę po Wyspie Muzeów. Na koniec zostawiłam Muzeum Bodego i Starą Galerię Narodową. Kolejność nie jest przypadkowa. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że o ile zwiedzanie muzeów z ekspozycjami interaktywnymi, eksponatami ruchomymi czy nawet mumiami sprzed setek lat jest interesujące, o tyle przechodzenie przez kolejne sale z dziesiątkami obrazów, już niekoniecznie może intrygować. Ale że mnie zachwyca, Wy też te muzea poznacie. Obiecuję – będzie krótko.

Zaczniemy od Muzeum Bodego (Bode-Museum), które imię zawdzięcza pierwszemu dyrektorowi generalnemu królewskich muzeów, Wilhelmowi von Bode. Nawet jeśli ktoś nie przepada za malarstwem czy numizmatyką, zachwyci go być może architektura. Neobarokowy budynek powstał na przełomie wieków XIX i XX, a jego projekt stworzył królewski architekt Ernst von Ihne. Robi wrażenie nie tylko z zewnątrz ale i w środku. Jeśli więc na kogoś nie zadziała Donatello, Bernini czy sztuka bizantyjska, może zagapi się na ściany, schody i wykusze.

Muzeum czynne jest we wszystkie dni poza poniedziałkiem, od 10:00 do 18:00, a w czwartki nawet do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 12 i 6 €.

Stara Galeria Narodowa (Alte Nationalgalerie) nie wypada gorzej jeśli chodzi o architekturę. Wzniesiona pod koniec XIX wieku wg projektu Augusta Stuelera przypomina antyczną świątynię z kolumnami w stylu korynckim i imponującymi schodami. To z zewnątrz. A w środku? Największy zbiór dzieł sztuki z okresu od Rewolucji Francuskiej po pierwszą wojnę światową. Jest tutaj rzeźba, dominuje jednak malarstwo. Najwiecej tutaj obrazów malarzy niemieckich ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Nie będę się kryć z faktem, że przez wystawionymi tutaj dziełami Caspara Davida Friedricha czy Karla Friedricha Schinkela mogę siedzieć godzinami. A na widok „Karkonoszy” jaram się jak fajerwerki.

Podobnie jak Muzeum Bodego, Stara galeria Narodowa czynna jest we wszystkie dni poza poniedziałkiem, od 10:00 do 18:00, a w czwartki nawet do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 12 i 6 €. Można wykupić bilet roczny 🙂

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to może… Maciejowiec

24 sierpnia 2018

Od jakiegoś czasu raczę Was opowieściami o Berlinie, zupełnie nie myśląc o tym, że może są osoby, które wolałyby poczytać o innych destynacjach. Dlatego zmniejszę Wam dawkę berlińskich atrakcji i wpisy o atrakcjach w stolicy Niemiec, będą przeplatać się z innymi „miejscówkami”, mniej popularnymi. Zaczniemy od Dolnego Śląska i jego perełek.

Maciejowiec, bo na nim się dzisiaj skupimy, to mała wioska w okolicy Lwówka Śląskiego. Można nawet powiedzieć, że bardzo mała, bo jeśli wierzyć statystykom, liczy 160 mieszańców. Co nie zmienia faktu, że warto tutaj zawitać z wielu powodów.

Jednym z nich jest kompleks pałacowo-parkowy położony na obrzeżach wioski. Jego najstarszą część stanowi dwór renesansowy z lat 20. XVII wieku. Przebudowany w wieku XIX stanowi jeden z najpiękniejszych przykładów śląskiej architektury renesansowej. Pomimo zniszczeń, wynikających z upływu czasu i braku zainteresowania, a może i środków, do dzisiaj można zobaczyć charakterystyczne dla epoki detale architektoniczne, takie jak portale, obramowania okienne, arkadowe podcienia czy portal. Obiekt znajduje się obecnie w rękach prywatnych, nie można go zwiedzać, warto jednak zatrzymać się, by obejrzeć go z zewnątrz.

W najbliższej okolicy okazji do zachwytu jest więcej. Po sąsiedzku znajduje się druga siedziba szlachecka, to klasycystyczny pałac rodziny Dolanów powstały w latach 30. XIX wieku. Już w czasie budowy wzbudzał zachwyt rozwiązaniami i liczbą punktów widokowych. W kolejnych latach wraz z otaczającym go parkiem zmieniał wielokrotnie właścicieli. Ostatnia właścicielka pałacu, Emma von Kramsta w 1942 roku wzbogaciła kompleks o rodzinne mauzoleum w formie jońskiej świątyni, upamiętniające przede wszystkim jej tragicznie zmarłą wnuczkę. A w czasie wojny w maciejowieckim pałacu rezydował ambasador Japonii, którem Hitler budowlę podarował. Kolejne lata były dla budowli mniej łaskawe, odciskając swoje piętno na jego kondycji i wyglądzie. Obecnie pałac znajduje się w rękach prywatnych, trwa jego odbudowa i nie można go zwiedzać. Dostępny jest jednak otaczający go park z pięknym starodrzewem i aleją prowadzącą do kaplicy mszalnej w bliskim sąsiedztwie pałacu.

                   

Tych, którzy lubią dłuższe wycieczki, nie trzeba będzie zachęcać do spaceru w kierunku Dzikiego Wąwozu. To jedna z najpiękniejszych tras spacerowych w okolicy, ciągnąca się wzdłuż Maciejowieckiego Potoku, który tworzy na tym odcinku urokliwe przełomy i kaskady kończąc swój bieg w Bobrze. Wąwóz to gratka nie tylko dla wielbicieli przyrody (bogaty starodrzew i pomniki przyrody) ale też geologów, którzy zobaczyć mogą tutaj przegląd epok – od staropleozoicznych gnejsów, przez granity, po kambryjskie łupki. Przedłużajac spacer można dotrzeć do Jeziora Pilchowickiego  i grodzącej go kamiennej zapory ale o tym już następnym razem.

Do zobaczenia Filozoficznie W podróży

„Tu byłam” – wakacyjny wyścig zdjęć

20 sierpnia 2018

Wakacje powoli dobiegają końca. Większość ma już za sobą urlopy, bliższe i dalsze wyjazdy. Co zostaje po tych wojażach? Zazwyczaj pamiątki w postaci magnesów na lodówce i oczywiście setki zdjeć, robionych coraz częściej mechanicznie, wręcz odruchowo. Czasem krajobraz, czasem zabytek, najczęściej z selfie z odpowiednim hashtagiem.

Czasem mam wrażenie, że ważniejszy od jakości i kadru jest komunikat – „Tu byłam” i niewypowiedziane ale jakże czytelne dla odbiorcy – „A Ty?.. Gdzie byłaś? Czym możesz się pochwalić?” Wyścig zdjęć. Bo to już nie są wspomnienia czy wyjazdy w celu zobaczenia ciekawych miejsc, poznania innej kultury czy wejścia w skórę mieszkańców odwiedzanego miasta czy wioski. To krucjata zdobywcy. Odhaczenie na swoim profilu kolejnej modnej destynacji. Przecież nie wypada wrzucić zdjęcia znad polskiego morza, gdy wszyscy fotografują się na tle Burj al Arab.  Nie ważne, że nie stać Cię na wypicie tam herbaty. Ha… z herbatą – liczy się fotka na tle. No i koniecznie różowy flaming w hotelowym basenie w Hurgadzie. Nie trzeba nawet oznaczać, że to Egipt. Z resztą kraj faraonów to już chyba lekko passe – lepiej błysnąć nazwą dziesięciogwiazdkowego hotelu, byle z flamingiem. A inni nich zazdroszczą, bo fotki na Insta tylko z Chorwacji czy Grecji. Kto by dzisiaj do Chorwacji jeździł? To było modne lata temu. A Grecji?.. Phi… Kompletny przeżytek. I jeszcze ci uchodźcy. Dubaj, to jest. No może jeszcze Bali. Ale konkretnie hashtag #Bali, nie jakaś Tajlandia czy Phuket, gdzie wszyscy fotografowali się jeszcze za czasów NaszejKlasy.

I tak podbijamy ten komercyjny świat, dokumentując kolejne kilometry selfie ze słoniem, wielbłądem czy umorusanym czarnoskórym dzieckiem. Pstryk i jest foto, można ruszać dalej. Nie patrząc na to, co się za sobą zostawia. Że ten słoń niekoniecznie stworzony jest do zdjęć, że często bity i niedożywiony.  Że wielbłąd trzymany w mało ekskluzywnych warunkach, a dziecko wypchnięte na ulicę przez rodziców, bo szybciej wyszarpie kasę od turysty niż dorosły. Nie ważne. Jest fota. I tylko to się liczy. Kilkusekundowe wspomnienie mierzone liczbą lajków.

Lubie podróże i odkrywanie nowych miejsc. Szczególnie tych zapomnianych i mało popularnych. Zawsze zabieram za sobą aparat. Normalną lustrzankę, która wymaga ustawień i nie robi selfie na zawołanie, a zdjęcia z niej ciężko ogarnąć jednym przyciskiem „filtr”. Mam jednak mało zdjeć, na których jestem sama „na tle”, „z” „obok”. Skupiam się raczej na zabytkach, krajobrazach. Ale ze zwierzętami się czasem fotografuję 😉

 

A Wy? Jakie macie wspomnienia z ostatnich wakacji? Coś więcej niż szybkie foto z białym misiem w Zakopanem?

 

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Wyspa Muzeów – Nowe Muzeum

11 sierpnia 2018

Dzisiaj zostaniemy na Wyspie Muzeów. Przeniesiemy się tylko do drugiego budynku, gdzie znajduje się Nowe Muzeum (Neues Museum). Jego nazwa może być myląca ponieważ eksponaty tworzące zbiory są jak najbardziej stare, niektóre nawet bardzo.

Zacznijmy jednak od samego budynku, bo to jedna z dwóch rzeczy, która mnie samą w tym obiekcie zachwyca. Wzniesiony w latach 1843-1855 został w czasie wojny niemal doszczętnie zniszczony, a jego odbudowę rozpoczęto dopiero w latach 50. XX wieku. Prace nabrały rozmachu w latach 90., gdy nadzór powierzono Davidowi Chipperfield’owi, który stworzył prawdziwą perełkę. Jego wysiłki doceniono w 2011 roku uznając Nowe Muzeum za najlepszy budynek europejski, a samego architekta nagrodzono słynną Europejską Nagrodę Architektoniczną im. Miesa van der Rohe.

Ale przejdźmy do eksponatów, bo to one są w muzeum najważniejsze. W Neues Museum zobaczyć można historię najstarszą czyli prehistorię (między innymi narzędzia z epoki kamienia czy czaszkę neandertalczyka). Część ekspozycji tworzą przedmioty związane z historią starożytnej Grecji  i Rzymu, wśród nich skarb Priama. Trzon muzeum stanowią jednak eksponaty tworzące niegdysiejsze Muzeum Egipskie. Jest to największa w Europie kolekcja zabytków z tego obszaru i okresu. Na uwagę zasługują liczne sarkofagi, papirusy i inne przedmioty użytkowe sprzed ponad 4000 lat.

Nowe muzeum w Berlinie zawiera jedną z największych w Europie kolekcję zabytków starożytnego Egiptu. Zgromadzono tutaj niezliczoną ilość sarkofagów, rzeźb, papirusów i innych zabytków, niektóre wykonane ponad 4500 lat temu. Wszystkie te eksponaty są bardzo interesujące ale jak to mówią: „Królowa jest tylko jedna” i ją właśnie można w Nowym Muzeum zobaczyć osobiście. Mowa oczywiście o Nefretete. A dokładnie o jej popiersiu. To znane wszystkim z filmów National Geographic. To jest właśnie ta druga z rzeczy, która zachwyca mnie w Neues Museum. Bo królowa jest naprawdę piękna. Sami sprawdźcie – fotografować jej nie można.

 

A odwiedzać można ją w następujących porach:

  • Poniedziałek –Środa, muzeum otwarte jest w godzinach od 10:00 – 18:00;
  • Czwartek , muzeum otwarte jest w godzinach od  10:00 – 20:00 ;
  • Piątek –Niedziela, muzeum otwarte jest w godzinach od 10:00 – 18:00;

Bilet normalny kosztuje 12€, ulgowy – 6€.

Mimo iż muzeum wydaje się być „poważne”, tworząc je pomyślano o wszyskich, przygotowując atrakcje również dla dzieci.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Wyspa Muzeów – Muzeum Pergamońskie

3 sierpnia 2018

W większości przewodników po Berlinie znajdziemy enigmatyczne określenie „Wyspa Muzeów” („Museuminsel”). Pod tym określenie kryje się oczywiście wyspa ale przede wszystkim największa, moim zdaniem, atrakcja niemieckiej stolicy. To kompleks składający się z pięciu muzeów, gromadzących eksponaty archeologiczne oraz dzieła sztuki z XIX wieku. Dzisiaj chciałabym zaprosić Was do mojego ulubionego – Muzeum Pergamońskiego (Pergamonmuseum).

Swoją nazwę bierze od największego „eksponatu” w swoich zbiorach, jakim jest rekonstrukcja ołtarza Zeusa – ołtarza pergamońskiego. Stanowi on część Zbiorów Sztuki Starożytnej. Zgromadzono tu liczne eksponaty, głównie archeologiczne, kultury hellenistycznej i rzymskiej i tutaj właśni mieści się wspomniany ołtarz, niestety – obecnie w remoncie. Tuż obok mieści się Muzeum Azji Przedniej, nazywane też Muzeum Bliskiego Wschodu. Tutaj warto zajrzeć przede wszystkim dla zrekonstruowanej Bramy Isztar, która robi wrażenie nie tylko wielkością ale też pięknem. Jest w całości wykonana z glazurowanej cegły w kolorze niebieskiem z wyobrażeniami smok0-węży i lwów. Trzecią część Muzeum Pergamońskiego poświęcona jest sztuce islamskiej (Museum für Islamische Kunst). Eksponaty ją tworzące pochodzą z obszaru od Hiszpanii po Indie, głównie jednak z Bliskiego Wschodu i Iranu, gdzie prowadzili pracę niemieccy archeolodzy. Jednym z ciekawszych eksponatów jest Pokój z Aleppo. To drewniana boazeria, bardzo bogato zdobiona. Co ciekawe, powstała na zamówienie chrześcijańskiego syryjskiego kupca z miasta Aleppo. Na miękkim drewnie, prawdopodobnie cedrowym lub piniowym, zobaczymy między innymi przedstawienie Marii z Dzieciątkiem, Ostatniej Wieczerzy, sceny dworskie czy portrety islamskich magów i uczonych. Wszystko w stylu islamskiej sztuki miniatur malarskich i iluminatorstwa. W tej części muzeum również nie brakuje wielkich rekonstrukcji. Jedną z nich jest fasada pałacu Mszatta – pustynnej siedziby kalifów. Jak wszystkie inne rekonstrukcje – zachwyca.

Na zwiedzanie muzeum warto poświęci 2-3 godziny i wyposażyć się w przewodnik ze słuchawkami, dostępny również w języku polskim. Bilet normalny kosztuje 12€, ulgowy 6€. Jeśli planujemy zwiedzanie również pozostałych obiektów wchodzących w skład Museuminsel, można kupić jeden bilet do wszystkich obiektów, w korzystnej cenie. Pomimo wielu udogodnień, nie jest to moim zdaniem, obiekt ciekawy dla dzieci. Myślę, że będą się zwyczajnie nudzić, podobnie jak osoby niekoniecznie zainteresowane tego rodzaju sztuką. Niezależnie od wszystkiego – polecam.

Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Katedra

29 czerwca 2018

W większości europejskich miast na liście 10 najważniejszych „must see” znajduje się przynajmniej jedna świątynia. Berlin nieco odbiega do tych statystyk. Mimo, że stołeczna katedra znajduje się w samym centrum miasta, przy jednym z głównych szlaków turystycznych, często jest przez turystów pomijana. A szkoda. Bo to nie tylko interesujący zabytek ale też świetny punkt widokowy z interesującą historią w tle.

Berliner Dom

Świątynia w obecnym kształcie to dzieło Juliusa Carla Rachsdorffa z Pszczyny. Wzniesiona została w latach 1894-1905 w stylu późnego, włoskiego renesansu. Jest to o tyle interesujące, że to kościół protestancki. Wierni tego wyznania są zwolennikami stylu oszczędnego i białych, pozbawionych ozdób ścian, a Berliner Dom jest pełen złoceń i dekoracji. Wyglądem wyraźnie nawiązuje do katolickiej bazyliki św. Piotra w Rzymie (jest tylko 110 cm niższa od rzymskiego pierwowzoru). Jej centralne miejsce zajmuje gigantyczna kopuła otoczona czterema mniejszymi. Nad głównym wejście góruje olbrzymi łuk z mozaiką przedstawiającą Chrystusa w otoczeniu kalek i inwalidów (jedna z postaci to niemiecki inwalida wojenny).

Wnętrze onieśmiela i, muszę przyznać, nieco przytłacza ilością złoceń, zdobień, dekoracji i detali. Trzeba jednak przyznać, że wszystkie idealnie się dopełniają i tworzą zgrabną kompozycję. Mnogość rzeźb i obrazów nie odwraca jednak uwagi od głównego elementu wystroju jakim jest główny ołtarz wykonany z białego marmuru i onyksu, dla którego tło stanowią trzy witraże przedstawiające sceny z życia Chrystusa.

Przez lata katedra pełniła nie tylko rolę świątyni dla protestantów. W jej podziemiach mieści się krypta Hohenzollernów. Zostały tam umieszczone trumny niemal stu przedstawicieli tego znamienitego rodu. Można powiedzieć, że dla Niemców jest tym, czym dla Polaków krypta na Wawelu. W pierwszych latach po wojnie, gdy sama katedra była w ruinie, to właśnie tam odbywały się nabożeństwa.

Bogato zdobione wnętrze i imponująca krypta to jednak nie wszystko, co Berliner Dom ma do zaoferowanie zwiedzającym. Większość z nich decyduje się na wizytę w katedrze ze względu na wspomnianą już kopułę. Ta imponuje wielkością. Ma 70 metrów wysokości, a od środka została wyłożona 500 000 płytek tworzących mozaikę. Tych, na których nie zrobi to wrażenia, zachwyci z pewnością widok z kopuły. Wystarczy pokonać 270 stopni (nie ma windy!), by spojrzeć z góry na Wyspę Muzeów, Alexanderplatz czy Unter den Linden. Widok naprawdę imponujący. Trzeba tylko pokonać też niemal 300 schodów.

Widok z kopuły katedry berlinskiej

Katedrę można zwiedzać od poniedziałku do soboty, w godzinach 09:00-20:00. W niedziele od 12:00 do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 7 € – normalny, 5 € ulgowy. Bilety upoważniają do zwiedzania wnętrza, krypty, muzeum oraz wjeścia na kopułę. Na dokładne zwiedzanie warto poświęcić około godziny. O ile w głównej części katedry nie ma barier architektonicznych, o tyle wejście na kopułę jest mocno utrudnione dla osób starszych czy rodziców z dziećmi w wózkach.

Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Akwarium w Ogrodzie Zoologicznym

21 czerwca 2018

Jedną z najpopularniejszych berlińskich atrakcji jest Aqua Dom czyli cylindryczne akwarium będące jednocześnie hotelową windą. Sama najpierw długo opierałam się przed wizytą, no bo jaką atrakcją może być przejażdżka windą, nawet jeśli ta jest ruchomym akwarium. Gdy już się zdecydowałam, wrażenie było pozytywne. Okazało się, że winda to tak naprawdę tylko część (ostatnia) zwiedzania, którą poprzedza wędrówka między licznymi awariami i tunelami z rybami słodko- i słonowodnymi. Jednak największym zaskoczeniem była wizyta w akwarium stanowiącym część berlińskiego Ogrodu Zoologicznego. Teraz, gdy ktoś pyta o Aqua Dom, odradzam, a polecam właśnie ryby w zoo. Dlaczego? Bo warto.

Zacznijmy od lokalizacji. Znajduje się ono na terenie zoo, w dzielnicy Tiergarten, której nazwa pochodzi właśnie od ogrodu. Wejść do niego można przez jedną z charakterystycznych bram:  słoniową lub lwią prowadzących do całego ogrodu. Jeśli jednak interesuje nas zwiedzanie tylko części akwariowej, trzeba podejść kawałek dalej; przy ulicy Budapesterstrasse 32, tuż na bramą słoniową znajduje się osobne wyjście do budynku akwarium. Sama byłam tam w środku tygodnia. Bilet kupiłam bez oczekiwania w kolejce. Pani siedząca w kasie uspokoiła mnie, że również w weekendy kolejki nie są duże. Myślę, że raczej nie dorównują tym do Afrykarium we Wrocławiu. Sama bilety mogą wydać się drogie, bo rzeczywiście – to jedna z droższych berlińskich atrakcji. Bilet normalny kosztuje 15,50 €, ulgowy dla dzieci od 5 do 15 lat – 8€. Jeśli zdecydujemy się na zwiedzanie całego kompleksu, warto kupić bilet wspólny. Kosztuje odpowiednio 21€ i 10,50€. W sprzedaży są również bilety rodzinne oraz ulgowe dla uczniów, studentów i emerytów.

Akwarium jest bardzo stare. Zostało dobudowane w 1913 roku do istniejącego już 70 lat zoo. Początkowo miało być tylko uzupełnieniem dla ogrodu. Jednak z czasem „kolekcja” zaczęła się rozrastać. Dzisiaj w akwarium możemy zobaczyć 9000 osobników reprezentujących 800 gatunków. Pływające zajmuję 70 akwariów, z których największe ma 12 000 litrów pojemności. Co ważne, w budynku znajdują się nie tylko akwaria ale też terraria oraz insektaria. Tym samym, poza rybami zobaczyć możemy płazy, gady, motyle, karaluchy i inne „robaki” chodzące, pełzające i latające. Na fanach roślin doniczkowych, do których należę, wrażenie zrobi na pewno otoczenie stworzone dla mieszkańców terrariów. Gigantyczne filodendrony, monstery, fikusy i inne zielone, które w naszych mieszkaniach dorastają do 1-2 metrów, tutaj są prawdziwymi olbrzymami.

Zachwycają też, a raczej przede wszystkim, zwierzęta. Piranie, płaszczki, błazenki, rekiny ale też żuki-giganty i jadowite grzechotniki, mamby czy ptaszniki.  Ja zakochałam się w meduzach. Jeden z gatunków umieszczono w cylindrycznym akwarium, co pozwala na obserwację z dwóch stron. Berlińskie zoo to jedno z miejsc, gdzie te stworzenia się rozmnażają, dzięki czemu możemy obserwować je na różnych etapach rozwoju.

Akwarium to dobra atrakcja niezależnie od pogody, a sądząc po liczbie zwiedzających, często pomijana. Dzięki dobrej organizacji przestrzeni, nie wymaga długich wędrówek. Mnie samej wycieczka zajęła niecałe 2 godziny, z czego 20 minut spędziłam u krokodyli. Nie mogłam się oderwać od bogatej flory. Myślę, że wsród takiej mnogości gatunków, każdy znajdzie coś, co go zachwyci i podobnie jak ja, będzie polecał tę atrakcję innym.

Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Berlin „żydowski”

4 maja 2018

Niewątpliwie miejscem najbardziej związanym z kulturą i historią Żydów w Berlinie jest tutejsze Muzeum Żydowskie. O nim już Wam pisałam tutaj. Niemniej jednak, w stolicy Niemiec są jeszcze co najmniej dwa miejsca, które każdy miłośnik judaizmu powinien zobaczyć. Są to Nowa Synagoga i Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Obydwa miejsca są bardzo charakterystyczne i od razu rzucają się w oczy – synagogę widać z daleka dzięki błyszczącej w słońcu kopule; drugie z miejsc popularność zawdzięcza formie i lokalizacji.

Nowa Synagoga (Neue Synagoge Berlin) została otwarta w 1866 roku. Ze swoimi 3200 miejscami była największą świątynią żydowską w Niemczech. Projektujący ją architekt inspirował się stylem mauretańskim, czego dowodem są widoczne dzisiaj pozłacane żebra kopuły. Budowla, którą zobaczyć możemy obecnie, to oczywiście rekonstrukcja pierwotnej świątyni, którą zniszczono i zbezczeszczono w czasie drugiej wojny światowej. Odbudowa trwała wiele lat. W 1995 roku odrestaurowana część budynku została oddana do użytku. Działa tam Centrum Judaicum ze stałą ekspozycją, na którą składają się głównie fotografie przedstawiające synagogę w latach świetności, ale też elementy pierwotnej budowli oraz dokumenty poświadczające historię i siłę przedwojennej gminy żydowskiej w Berlinie. Poza funkcją edukacyjną, pełni oczywiście rolę domu modlitwy dla członków berlińskiej gminy żydowskiej, a także odwiedzających ją Żydów z całego świata. Dla turystów dostępna jest od niedzieli do piątku, od 10:00 do 18:00; w piątek – ze względu na rozpoczynający się Szabat – do 15:00. Bilety kosztują odpowiednio: 5 € normalny i 4€ ulgowy. Planując wizytę, warto sprawdzić, czy nie przypadnie ona na jedno z żydowskich świąt, kiedy obiekt nie jest dostępny dla zwiedzających. Warto też przygotować się na drobiazgową kontrolę, przypominającą tę na lotnisku, a także mieć świadomość, że cena biletu obejmuje jedynie wstęp na stałą wystawę – nie zobaczymy sali modlitewnej.

Nowa Synagoga w Berlinie

O ile wybierając się do Nowej Synagogi trzeba nieco zboczyć z głównej turystycznej trasy, o tyle Pomnik Pomordowanych Żydów Europy (Denkmal für die ermordeten Juden Europas) zobaczyć można nie zbaczając z wycieczkowego kursu, ponieważ znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Bramy Brandenburskiej. Idąc od strony Alexander Platz, należy przejść przez Bramę i skręcić lekko w lewo. To tam, na powierzchni 19 tysięcy metrów kwadratowych znajduje się 2711 betonowych bloków-steli o różnych wymiarach (największy ma ponad 4 metry wysokości). Liczba prostopadłościanów odpowiada liczbie stron w Talmudzie (jednej z podstawowych ksiąg judaizmu). Przestrzeń między symetrycznie ułożonymi blokami wyłożona jest granitową kostką tworząca pofalowaną powierzchnię. Jest to stosunkowy „młody” monument – został odsłonięty w 2005 roku, a koszty związane z budową pokrył Rząd Republiki Federalnej Niemiec. Miejsce jest naprawdę wyjątkowe. Polecam wybrać się na jego obejrzenie we wczesnych godzinach porannych, kiedy nie jest okupowane przez nastolatków, traktujących je jako świetny plener zdjęciowy. Aby jeszcze lepiej zrozumieć przesłanie tego miejsca, warto zajrzeć również do mieszczącej się pod ziemią, pod pomnikiem Izby Pamięci. Jest ona czynna codziennie, poza poniedziałkiem, w godzinach 10:00 – 19:00, koszt biletu to 3€. Część naziemna jest ogólnodostępna, zwiedzanie nie wymaga zakupu biletu.

Denkmal für die ermordeten Juden Europas

 

Do zobaczenia Życiowo

Do zobaczenia w Berlinie. Muzeum DDR

9 marca 2018

Przyznam szczerze, że gdyby nie ostatnia wizyta mojego brata, który miał swój plan zwiedzania Berlina, nigdy nie trafiłabym do Muzeum DDR. Ja, pokolenie początku lat 80tych, pamiętam jeszcze szary socjalizm w polskim wydaniu. Nie doświadczyłam może osobiście octu na półkach – byłam bądź, co bądź na to za smarkata. Ale pamiętam kartki na mięso i kolejki do mięsnego, wyrób czekoladopodobny „Pani Twardowska” i klocki Lego z Pevexu. Tak doświadczona przez życie 😉 stwierdziłam, że dla mnie Muzeum DDR to żadna atrakcja i nic nowego tam nie odkryję. Jak się okazało, byłam w błędzie. 

Przede wszystkim, niemiecki DDR różni się jednak w pewnym stopniu od swojskiego PRLu. Najlepiej pokazują to te elementy wystawy, gdzie trzeba coś przeczytać, czegoś wysłuchać. To niby szczegóły ale jednak są (zobaczcie okładkę przygód Bolka i Lolka). A kolekcja dokumentów, mam tutaj na myśli przedruki gazet, ogłoszenia czy plakaty, jest w muzeum bardzo bogata. I ciekawie wyeksponowana. Nie są to tradycyjne gabloty czy ramki ale sprytnie ukryte szufladki, szafki i tablice. Niektóre wzbogacone efektami audi czy nagraniami (jak na przykład pochód pierwszomajowy).

Sporą część muzeum zajmuje rekonstrukcja mieszkania z czasów DDR. „Przechodzimy” przez windę, znaną nam z wielkiej płyty i trafiamy wprost to mieszkania niemieckiego Kowalskiego. A tam kuchnia z pomarańczowym mikserem, który pamiętam z kuchni mojej mamy, sypialnia z charakterystycznymi narzutami na łóżku, a w szufladzie nocnej szafki ówczesne tabletki antykoncepcyjne. W pokoju dziennym króluje kanciasty telewizor, lampka na trzech nogach z tekstylnym abażurem i stojakiem na gazety. Są też „kryształy” wyeksponowane w witrynach segmentu. Nie mniej uroku ma pokój dziecięcy – niewątpliwie należy do nieletniego „przodownika pracy” z obowiązkowym piętrowym łóżkiem. Odtworzono nawet łazienkę, a w przedpokoju stoi szafka z modnym w tamtych w tamtych latach koturnami i „plastikami”(letnie niby-baleriny z gumoplastiku).

Twórcy muzeum nie zapomnieli również o tym, że poza życiem codziennym toczyło się również to publiczne, a nawet polityczne. Odtworzono gabinet dygnitarzy z charakterystycznym czarnym telefonem i biurkiem kryjącym w szufladach alkoholowe niezbędniki. Aby podróż w czasie była bardziej realistyczna, w ramach jednej z ekspozycji można zasiąść za kierownicą trabanta, a innej – napisać list na prawdziwej maszynie.

Cieszę się, że to muzeum tak pozytywnie mnie zaskoczyło. Odbyłam przyjemną podróż w czasie, a dodatkowo nadrobiłam zaległości z powojennej historii Niemiec.

Na koniec trochę konkretów. Muzeum mieści się w ścisłym centrum. Idąc z Alexander Platz w kierunku Bramu Brandenburskiej, schodzimy na bulwary przed Katedrą. Czynne jest codziennie od 10 do 20; w niedziele do 22. Bilet normalny kosztuje 9,50 €, ulgowy 6€. Można je tez nabyć online.

Mam nadzieję, że zachęciłam Was do wizyty w tym muzeum i wpiszecie ja sobie na listę „Must see in Berlin”. A może kto już tam był? Jeśli tak – jakie wrażenia?