All Posts By

Namysłowska

Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Akwarium w Ogrodzie Zoologicznym

21 czerwca 2018

Jedną z najpopularniejszych berlińskich atrakcji jest Aqua Dom czyli cylindryczne akwarium będące jednocześnie hotelową windą. Sama najpierw długo opierałam się przed wizytą, no bo jaką atrakcją może być przejażdżka windą, nawet jeśli ta jest ruchomym akwarium. Gdy już się zdecydowałam, wrażenie było pozytywne. Okazało się, że winda to tak naprawdę tylko część (ostatnia) zwiedzania, którą poprzedza wędrówka między licznymi awariami i tunelami z rybami słodko- i słonowodnymi. Jednak największym zaskoczeniem była wizyta w akwarium stanowiącym część berlińskiego Ogrodu Zoologicznego. Teraz, gdy ktoś pyta o Aqua Dom, odradzam, a polecam właśnie ryby w zoo. Dlaczego? Bo warto.

Zacznijmy od lokalizacji. Znajduje się ono na terenie zoo, w dzielnicy Tiergarten, której nazwa pochodzi właśnie od ogrodu. Wejść do niego można przez jedną z charakterystycznych bram:  słoniową lub lwią prowadzących do całego ogrodu. Jeśli jednak interesuje nas zwiedzanie tylko części akwariowej, trzeba podejść kawałek dalej; przy ulicy Budapesterstrasse 32, tuż na bramą słoniową znajduje się osobne wyjście do budynku akwarium. Sama byłam tam w środku tygodnia. Bilet kupiłam bez oczekiwania w kolejce. Pani siedząca w kasie uspokoiła mnie, że również w weekendy kolejki nie są duże. Myślę, że raczej nie dorównują tym do Afrykarium we Wrocławiu. Sama bilety mogą wydać się drogie, bo rzeczywiście – to jedna z droższych berlińskich atrakcji. Bilet normalny kosztuje 15,50 €, ulgowy dla dzieci od 5 do 15 lat – 8€. Jeśli zdecydujemy się na zwiedzanie całego kompleksu, warto kupić bilet wspólny. Kosztuje odpowiednio 21€ i 10,50€. W sprzedaży są również bilety rodzinne oraz ulgowe dla uczniów, studentów i emerytów.

Akwarium jest bardzo stare. Zostało dobudowane w 1913 roku do istniejącego już 70 lat zoo. Początkowo miało być tylko uzupełnieniem dla ogrodu. Jednak z czasem „kolekcja” zaczęła się rozrastać. Dzisiaj w akwarium możemy zobaczyć 9000 osobników reprezentujących 800 gatunków. Pływające zajmuję 70 akwariów, z których największe ma 12 000 litrów pojemności. Co ważne, w budynku znajdują się nie tylko akwaria ale też terraria oraz insektaria. Tym samym, poza rybami zobaczyć możemy płazy, gady, motyle, karaluchy i inne „robaki” chodzące, pełzające i latające. Na fanach roślin doniczkowych, do których należę, wrażenie zrobi na pewno otoczenie stworzone dla mieszkańców terrariów. Gigantyczne filodendrony, monstery, fikusy i inne zielone, które w naszych mieszkaniach dorastają do 1-2 metrów, tutaj są prawdziwymi olbrzymami.

Zachwycają też, a raczej przede wszystkim, zwierzęta. Piranie, płaszczki, błazenki, rekiny ale też żuki-giganty i jadowite grzechotniki, mamby czy ptaszniki.  Ja zakochałam się w meduzach. Jeden z gatunków umieszczono w cylindrycznym akwarium, co pozwala na obserwację z dwóch stron. Berlińskie zoo to jedno z miejsc, gdzie te stworzenia się rozmnażają, dzięki czemu możemy obserwować je na różnych etapach rozwoju.

Akwarium to dobra atrakcja niezależnie od pogody, a sądząc po liczbie zwiedzających, często pomijana. Dzięki dobrej organizacji przestrzeni, nie wymaga długich wędrówek. Mnie samej wycieczka zajęła niecałe 2 godziny, z czego 20 minut spędziłam u krokodyli. Nie mogłam się oderwać od bogatej flory. Myślę, że wsród takiej mnogości gatunków, każdy znajdzie coś, co go zachwyci i podobnie jak ja, będzie polecał tę atrakcję innym.

Filozoficznie Internety

Otchłań internetu

18 czerwca 2018

Ręka do góry, kto chociaż raz dolegliwościach typu ból brzucha, głowy czy temperatura nie szukał pomocy u doktora Google? Konsultujemy z nim objawy, opinie prawdziwego lekarza, wyniki. Radzimy się i radzimy innym. Ale jest nie tylko doktor Google – lekarz rodzinny. Internet zaczyna być niezastąpionym źródłem informacji, wiedzy i opinii. Żeby sprawdzić, co jest stolicą Kamerunu czy jak nazywa się najwyższy szczyt Ameryki Południowej, nikt nie sięga już do książkowej encyklopedii stworzonej przez sztab specjalistów; najpopularniejszym źródłem wiedzy jest Wikipedia. Wpisujemy, otrzymujemy informację i nie zastanawiamy się nad jej wiarygodnością i źródłem. A z tym bywa różnie.

Mętne wody jeziora w Skalnym mieście

Jako copywriter trafiam często na ogłoszenia typu: „Zlecę serię artykułów medycznych”, „Teksty na portal o problemach zdrowotnych”, „Do napisania poradnik – jak radzić sobie z depresją”. Przyznam, że mnie przerażają. Nawet podwójnie. Za strony nadawcy ale też odbiorcy. Zastanawiam się często, czy osoba wrzucająca tego typu zlecenia zastanawia się nad ich konsekwencjami. Nad tym, czy ten tekst docelowo komuś nie zaszkodzi. Czy potencjalny chory, przeczytawszy poradnik o depresji, nie zaniecha wizyty u specjalisty, a tym samym nie pogorszy swojej sytuacji. Nie twierdzę, że wszystkie teksty tworzone są przez specjalistów ale w branży copywritingu. Z pewnością są i takie, które tworzą osoby z doświadczenie zawodowym i naukowym w danej dziedzinie. Niemniej jednak czytając ogłoszenia najczęściej trafiamy na informację, że decydującym kryterium przy wyborze autora jest cena. Czasem doświadczenia. O ile doświadczenie może być pomocne (wszak trochę tekstów w danej dziedzinie trzeba stworzyć by je nabyć), o tyle cena, ta najniższa, oferowana jest zazwyczaj przez początkujących pisarzy. Oczywiście są obszary, gdzie brak doświadczenia ze strony piszącego nie spowoduje szkody u czytelnika. Wszak mało rzetelna recenzja książki czy niedopracowany przepis na babkę piaskową, nie spowodują katastrofy. Jednak wszystko, co związane z naszym zdrowiem czy bezpieczeństwem, wymaga sprawdzonej wiedzy. Wiem, istnieje coś takiego jak „reaserch” jednak on też często przeprowadzany jest w oparciu o źródła internetowe. I tak koło się zamyka.

Dużym zainteresowaniem/popytem cieszy się również marketing szeptany. Dla nieznających tematu – chodzi o polecanie, wystawianie pozytywnych opinii o produktach. Najcześciej – niestety – bez uprzedniego ich sprawdzenia. Wiele osób decydując się na zakup sprzętu RTV, wybór fryzjera czy biura podróży, kieruje się pozytywnymi opiniami zamieszczanymi w internecie. Często, nie  zdając sobie sprawy z tego, że te pozytywne wystawiane są przez osoby zupełnie nieznające tematu, za to odpowiednio opłacone. W przypadku marketingu szeptanego ciężko mówić o poważnych szkodach, niemniej jednak rzetelność i wiarygodność sprzedającego czy usługodawcy pozostawia wiele do życzenia.

Internet to niezgłębione źródło informacji. Można w nim wiele znaleźć, można bardzo skorzystać. Potrzebne jest tylko odpowiednie sito. Sama stosuję takowe od kiedy sama zaczęłam pisać „do internetu”. A Wy? Jak korzystacie z informacji w sieci? Macie system weryfikacji? Dzielicie przez pięć wszystko, co w nim wyczytacie? Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach w tym temacie.

Bez kategorii Dla ciała Filozoficznie Zdrowo Zjedz i wypij

Mini, zero, wege,eko czyli o popadaniu w skrajności

4 czerwca 2018

Na początek rozwinięcie tytułu – chodzi oczywiście o minimalizm, zero-waste, wegatarianizm i ekologia. Dla mnie to  pojęcia (trendy?) same w sobie oznaczajace jakąś skrajość. Myślałam, że tak jest u większości. Przekonuje się jednak, że niekoniecznie. I o tym właśnie dzisiejszy tekst, który ma trzy źródła: post Venili, spostrzeżenia koleżanki i moja własne dedukcja.

laptop, gazeta vegetables, okulary, zero waste na telefonie

Zacznijmy od wspomnianego postu, który ukazał się całkiem niedawno na blogu Venili Kostis. Autorka poruszyła bardzo ciekawy temat – napisała o minusach minimalizmu. I to, wg mnie bardzo nietypowych. Czy raczej takich, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam, a jednak mnie dotyczą. Przede wszystkim wspomniane przez Venilę „urządzanie innym życia”. Na czym polega? Przyjeżdżasz w odwiedziny do rodziców/kuzynki/znajomych, wchodzisz do garderoby mamy/kuzynki/koleżanki i widzisz całe stery ubrań, kartony butów i półki wyładowane apaszkami, torebkami i innymi akcesoriami. Aż Cię kusi żeby to „ogarnąć”, przegospodarować. No zwyczajnie pozbyć się 90%. I już masz to na końcu języka ale widzisz, że mama/kuzynka/koleżanka dobrze się z tym czuje. Świetnie odnajduje się w swoim królestwie. Praktycznie nie ma rzeczy, która leżałaby odłogiem. I pewnie czułaby się zdecydowanie gorzej, mając tak jak Ty 3 pary dżinsów, 2 torebki i 3 pary butów na lato. Ona wie i rozumie, że da się żyć tak jak Ty żyjesz. Zaakceptuj to, że ona żyje inaczej i odpuść. Sobie i jej. Nie popadaj w skrajność minimalizowania.

Przyjaciółka, przerażona ilością wytwarzanych śmieci zainteresowała się popularnym ostatnio zjawiskiem „zero-waste”. Od lat segreguje śmieci, na zakupy chodzi z tekstylną torbą, nie bierze w sklepie jednorazówek. Chciałaby jednak czegoś więcej i zaczęła szukać w internetach. I tak trafiła do jednej z grup na fb, poświęconych właśnie życiu „zero-waste”. Tak jak przewidywała, znalazła tam sporo rad, odnośnie bardziej bezśmieciowego życia. Członkowie grupy dzielą się swoimi doświadczeniami, ci początkujący, szukają rady. Jest ok. Do momentu, gdy nie zaczyna się bezśmieciowa ortodoksja. Jedne z  dyskutantów pisze, że umył samochód z ptasich odchodów używając wielorazowego ręcznika i tradycyjnej gąbki. Po operacji wszystko przyniósł do domu i wyprał w 95 stopniach. Ma jednak wątpliwości, czy to wystarczające środki ostrożności  i czy aby nie powtórzyć czynności. Powiedzmy, że wątpliwości uzasadnione. Ale już koncepcja powtórnego prania czy – jak radzą inni: „Ja bym wyszorowała bęben prali sodą i puściła pusty przebieg z dużą ilością octu”, trochę wątpliwa. Ja rozumiem, że porządki z wykorzystaniem „środków” wielokrotnego użyciu. Że troka o zdrowie i higienę. Ale jest też ekologia i troska o środowisko. O zużycie  i marnotrawienie wody. O zużycie energii, która w PL niestety nie pochodzi jeszcze w większości ze źródeł odnawianych. O wykorzystane do mycia samochodu i prania detergenty, które wnikają w glebę. Nie popadaj w skrajność bezśmieciowego życia kosztem środowiska naturalnego.

Najpierw zaczęłam mimowolnie ograniczać szafę ze zbędnych ubrań. Później przyszła kolej na papierowe książki i całą resztę  „stojaków” i „kurzozbieraczy”. To nie było planowane. Jakoś tak samo z siebie wychodziło. Później przyszła – też jakoś tak naturalnie kolej na „zero-waste”; przy czym zmain poznałam nazwę i polecane metody, już sama przeszłam w praktykę. W tak zwanym między czasie pojawił się wegetarianizm. W moim przypadku ten sposób żywienia ma podłoże egoistyczne. Oczywiście los zwierząt, niehumanitarne ich traktowanie i sposoby „produkcji” są dla mnie bardzo ważne i jestem temu zdecydowanie przeciwna. Jednak równie ważne jest dla mnie moje własne ciało i to, czym go karmię i jak traktuję. Dlatego staram się go dobrze i zdrowo odżywiać i nie nadwyrężać trawieniem steków i filetów z antybiotykowego kurczaka. Dostarczam mu warzywa i owoce, karmię kaszami i ziarnami. Jem zdrowo. Ale bez szaleństwa. Nie jadłam nigdy chia, bo równie dobre jest siemię lniane. Nie krytykuję mięsożerców, bo uważam, że podobnie jak ja, mają swój własny pomysł na żywienie. Nie rezygnuję z wyjścia z przyjaciółmi pomimo, że to kolacja w stek-house; idę i zamawiam sałatkę podobniejak oni ciesząc się jedzeniem. Nie popadam w skrajność. I żyję.

A jak Wy żyjecie? Odnajdujecie równowagę między mini, zero, wege i eko? A może wszystko przychodzi Wam zupełnie naturalnie. Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń.

W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Kopuła Reichstagu

1 czerwca 2018

Jeszcze niedawno byłam pewna, że najlepszy punkt widokowy, który pozwoli zobaczyć cały Berlin z lotu ptaka to Wieża Telewizyjna przy Alexander Platz. Ale zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam stolicę z „dachu” Reichstagu. Dzisiaj chciałabym Was zachęcić, do odwiedzenia właśnie tego ostatniego miejsca.

Kopuła Reichstagu od wewnątrz

Na początek trochę historii. Najnowszej, bo Reichstag nie przetrwał wojny. W obecnym kształcie, z charakterystyczną kopułą jest elementem panoramy Berlina od lat 90. kiedy to prace nad nim zakończyła znany architekt Norman Foster. Można powiedzieć, że jest to stosunkowo „młody” zabytek, niemniej jednak – jeden z najczęściej odwiedzanych przez turystów. Codziennie kopułę odwiedzać średnio 8 tys. zwiedzających. O popularności obiektu wśród turystów decyduje zapewne fakt, że jest to atrakcja bezpłatna. Aby zwiedzić szklaną konstrukcję trzeba tylko odpowiednio wcześniej zarejestrować się online określając konkretny dzień i godzinę. Bazując na własnych doświadczeniach polecam wybrać możliwie wczesną porę. Sama byłam tam około ósmej rano, w zwykły roboczy dzień. Uniknęłam w ten sposób nie tylko oczekiwania w „bramkach” ale też tłumów już na górze. A to ważne jeśli chcemy w spokoju podziwiać panoramę miasta. Nie jest może ona tak rozległa, jak ta widziana z Wieży Telewizyjnej ale równie piękna i interesująca. Szczególnie, że przy wejściu możemy zaopatrzyć się w audioprzewodnik w języku polskim. Polecam tę opcję. Lektor opowiada nie tylko historię budynku ale też opisuje wszystko po widzimy na zewnątrz wspinając się na kolejne poziomy kopuły.

flaga Niemiec za szybą

A ta zachwyca. Przede wszystkim ogromem. Znajduje się na wysokości 24 metrów,wznosi się na kolejne 24 metry,  waży 1200 ton i ma 40 metrów średnicy. Konstrukcję stanowi stalowy szkielet uzupełniony szklanymi taflami o powierzchni 3 tysięcy metrów kwadratowych. Co ciekawe – i mnie sama bardzo zaskoczyło – tafle szkła są lekko odchylone, nie tworzą zamkniętego sklepienia.

widok z kopuły Reichstagu

Z audio przewodnika można dowiedzieć się również sporo na temat „energetycznej” i „ekologicznej roli czy też funkcji kopuły. To szczegóły, które zainteresują wielbicieli techniki. Dla tych, którzy od matematycznych detali wolą socjologię pozostaje podpatrywanie przez szklane sklepienie niemieckich parlamentarzystów.

Dla ciała Zdrowo

Bursztynek, bursztynek…czyli jak ratowałam swoją czuprynę

28 maja 2018

Od dziecka marzyłam by mieć długie czarne, proste włosy. Dla niezorientowanych – zupełnie inne niż te, którym obdarowała mnie natura. Ale to już utarty schemat, że panie z lokami, chcą mieć na głowie proste druciki, a te z drucikami – afro; blondynki chcą kruczą czerń, a brunetki ognisty rudy. I ja też chciałam inaczej – wyprostować niby-loki, mysi zmienić na czarny, no i zapuścić bardzo bardzo. Jak się domyślacie, prób było wiele. Nigdy nie skusiłam się na czarny, czarny ale był czekoladowy brąz i rudy. Nigdy nie były idealnie proste ale prostownicę mam do dzisiaj. Nigdy też nie sięgały dalej niż do łopatek..mimo rozpaczliwych prób.

Działań jak widać było wiele. Przyznam, nie oszczędzałam ich. Długo cierpiały te moje włosy i w końcu dały za wygraną. Zaczęły wypadać. Na początku nie przeraziłam się jakoś bardzo. Nigdy nie były super grube, super mocne ani super gęste. Ale też nigdy nie wypadały w takiej ilości! Statyczne „100 włosów dziennie” w moim wypadku można było mnożyć trzy, a nawet cztery razy. To nie były  już żarty. Trzeba było zacząć działać.

Oczywiście słyszałam, że wszystkich stron, że to wina mojej diety: „Bo nie jesz mięsa!”, że zła pielęgnacja: „To od tego farbowania” czy: „Za dużo je prostujesz – popaliłaś i teraz wypadają”. Kulturalnie nie reagowałam na wypowiedzi. Natomiast zareagowałam na sytuację i zdecydowałam się na wspomagacze.

Kierując się logiką – skoro włosy wyrastają z głowy, to trzeba pomóc im od środka, kupiłam Biotebal. Uwierzyłam reklamie, że to nie jakiś „preparat” czy „suplement” ale LEK. Najprawdziwsze lekarstwo. Kupiłam tabletki i łykałam. Pierwszy miesiąc. Drugi miesiąc. Czwarty miesiąc. Pół roku i nic. Spasowałam.

Ale włosy wypadały nadal. Stwierdziłam, że może źle podeszłam do problemu. Zbyt  mało kompleksowo i stąd brak efektu. Do tabletek – tym razem „Vitapil” dorzuciłam lotion. Łykałam i wcierałam namiętnie przez kolejne miesiące. Jak się domyślacie – z efektem marnym. Tzn. efekt był w postaci ubytków na koncie. Bo jak wiadomo, wszelkiej maści reklamowane preparaty nie kosztują mało. Ubywało w portfelu. Ubywało na głowie.  Spasowałam.

Aż trafiłam na Monikę. Fryzjerkę z sieciowego salonu, po którym zbyt wiele sobie nie obiecywałam. Trafiłam tam tak naprawdę przez przypadek – moja dotychczasowa fryzjerka nie miała wolnego terminu. Pani Monika podeszła do tematu bardzo  mało dyplomatycznie. Przede wszystkim stwierdziła, że katuję włosy zbyt mocną farbą i zasugerowała słabszą: „Na TO (tutaj wskazała palcem moje odrosty) wystarczy coś słabszego”. Wysłuchała historii o łykaniu tabletek: „Hmmm…takie tabletki działają od środka..w sumie to na wszystkie włosy…te na nogach też zaczęły wypadać? (to pytanie zadała z wyraźnym zainteresowaniem). Po czym zasugerowała serum z oferty salonu w cenie z dwoma zerami. A na koniec dodała: „A w sumie to wystarczy zwykły jantar z Rossa. Tylko codziennie sumiennie wcierać. Znaczy..włączasz TV, siadasz i przez całe „Barwy szczęścia” wcierasz”. Yhmmm…

No to poszłam do „Rossa” i kupiłam „Jantar”. Najpierw jeden, później drugi, trzeci, piąty. Dokupiłam też szampon. I tam wcieram i myję. Już trzeci miesiąc. Nie oglądam „Barw szczęścia” ale sumiennie, codziennie masuję skórę głowy. I z bananem na buzi obserwuję w lustrze coraz to nowe odrosty. Całą masę nowy włosów. Normalnie armia hatifnatów 🙂

Odżywak i szampon do włosów Jantar

Swoim szczęściem podzieliłam się ze znajomą dermatolog, która nie uwierzyła co prawda w fenomen „Jantara z Rossa” ale potwierdziła, że nic tak nie wspomaga mieszków włosowych jak ich pobudzanie czyli masaż. Tak jak ugniatanie ud bańką chińską powoduje lepsze ukrwienie i eliminację pomarańczowej skórki, tak dopieszczanie skóry głowy pomaga włosom.

Na koniec jeszcze kilka informacji „technicznych” – ten wpis nie jest reklamą firmy Fermona. Nie powstał na zamówienie producenta. Nie jest też „czarnym PR” dla pozostałych dwóch produktów, które wymieniłam. Zwyczajnie – opisałam swoje doświadczenia w temacie z założeniem, że mogą być dla kogoś pomocne.

Odżywka jantar - skład

Mam nadzieję, że nie macie problemów z włosami. Że to, co macie na głowach to spełnienie waszych marzeń. Niemniej, jeśli zdarzy się tutaj zbłąkana dusza, która ma problem „na głowie”, chętnie poznam historię. A może jest ktoś, kto wygrał i wypadaniem włosów i podzieli się doświadczeniami?

W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Topografia Terroru

18 maja 2018

Przedstawiając Wam kolejne, warte odwiedzenia miejsca w Berlinie, staram się, by były to obiekty interesujące zarówno młodszych, jak i starszych. Nie jest to trudne, ponieważ większość muzeów przedstawia swoje zbiory tak, by trafić w gusta zwiedzających, niezależnie od wieku. Nie zawsze jednak jest to możliwe ze względu na tematykę. Tak właśnie będzie tym razem. Muzeum – Topografia Terroru to wyjątkowa placówka i wyjątkowe zbiory, skierowane zdecydowanie do dorosłych zwiedzających.

Muzeum Topografia Terroru, wejście

Mieszczący się przy Niederkirchnerstraße 8 kompleks nieprzypadkowo przyjął właśnie taką lokalizację. To właśnie w tym miejscu, w czasie II wojny światowej mieściła się główna siedziba Gestapo, dowództwo SS oraz Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeczy. W bezpośrednim sąsiedztwie Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy. Można powiedzieć, że jest to miejsce na wskroś przesiąknięte dramatem.

Takie też wrażenie robi na pierwszy rzut oka.Cały teren wokół obiektu wysypany jest szarym żwirem. Sama bryła budynku również jest szara i sprawia wrażenie unoszącej się w powietrzu.

Całość składa się z trzech części. Pierwsza, najbardziej rozległa to otoczenie budynku wraz z pozostałościami muru berlińskiego. Można tam zobaczyć nie tylko fragment tej historycznej granicy ale też zapoznać się z przedstawioną na planszach historią II wojny światowej. Tutaj uwidoczniony jest również ocalały układ pomieszczeń i więzień.

Centralną część zajmuje budynek ze stałą ekspozycją, gdzie z pieczołowitością i dokładnością przedstawiono całą strukturę aparatu zastraszania i terroru. Są to głównie plansze z fotografiami i dokumentami. W pierwszej części przedstawiono struktury i mechanizmy działania organizacji. W drugiej losy ofiar i działania w poszczególnych krajach, które znalazły się w strefie wpływów III Rzeszy. Trzecia, ostatnia część to rozliczenie Niemców nazizmem. Tutaj największe wrażenie robi ściana pokryta kartotekami sprawców, z których tylko 20 zostało skazanych.

Ekspozycja - kartoteki zbrodniarzy

Topografia Terroru obejmuje również centrum dokumentacji z biblioteką, w której zgromadzono 27 tysięcy woluminów, sale seminaryjne i archiwum.

Spora cześć ekspozycji głównej została poświęcona działaniom aparatu terroru na ziemiach polskich, ze szczególnym uwzględnieniem represji wobec ludności cywilnej i pochodzenia żydowskiego.

Muzeum Topografia Terroru - ekspozycja dot. Polski

Wstęp do każdej z trzech części jest bezpłatny. Pawilon główny, z wystawą stałą można odwiedzać codziennie od 10:00 do 20:00. Część zewnętrzna zamykana jest po zmierzchu. Wszystkie opisy są w języku niemieckim i angielskim. Jak już zaznaczyłam, jest placówka nastawiona raczej na dorosłych zwiedzających.

Filozoficznie Obyczajowe Życiowo

Minimalista kolekcjoner

14 maja 2018

Do napisania dzisiejszego wpisu zainspirowała mnie Kasia z Simplicite, która na swoim Instagramie zamieściła zdjęcie pięknego kubka na czterech nogach. Jednego ze swojej kolekcji. Bo Kasia zbiera, a raczej zbierała, kubki. Tak, wiem, niektórym może wydać się to dziwne, że minimalista może być kolekcjonerem. Wielu może to nawet oburzyć. No cóż… Daleko mi jeszcze do Kasi. Do osób, których majątek ogranicza się do 100, 200 czy 365 przedmiotów – tym bardziej. Ale mogę powiedzieć, że idea minimalizmu jest bliska mojemu sercu. W ostatnich latach pozbyłam się wielu rzeczy, wśród nich takich, które wydawały mi się wcześniej do funkcjonowania niezbędne. Ba, ja – mól książkowy zakochany w zapachu zadrukowanego papieru – przetrzebiłam własną biblioteczkę przechodząc z książki papierowej na elektroniczną. Ubrań też mam zdecydowanie mniej. Mniej butów. Są jednak rzeczy, których nie ubywa, a wręcz przeciwnie – z czasem ich przybędzie. To moje kolekcje. I dzisiaj o nich.

Szklany pojemnik z zegarkami

Pierwsza to zegarki. Od razu zaznaczam, nie ścienne kukułki, nie budziki, nie stojące czasomierze z wahadłem. Uwielbiam zegarki na rękę. Na codzień nie noszę prawie zupełnie biżuterii. Od wielkiego święta zdarza mi się założyć kolczyki. Na szyi jeśli już to motam apaszkę (ale przyznam – marzy mi się wisiorek, o – taki). Za to na lewym nadgarstku zawsze mam zegarek, który służy mi do mierzenia czasu. Domyślam się, że odbiegam od normy czyli większości, która sprawdza godzinę na telefonie ale jakoś mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – nie wyobrażam sobie zerkania na komórkę, by sprawdzić, która jest godzina. Do tego służy mi zegarek. Ale moje czasomierze traktuję też jako ozdobę. Jeśli już się na jakiś decyduję, musi być naprawdę niepowtarzalny. A dzięki temu, że jestem wybredna, moja kolekcja nie powiększa się w zastraszajacym tempie. To nie jest też tak, że podobają mi się tylko te z logo Rolex czy Patek – wręcz przeciwnie – większość to zegarki kupione w sieciówkach. Ich pochodzenie wobec designu nie miało znaczenia. Ale moi ulubieńcy to zegarki autorskiej marki Ewa Saj. Najpiękniejsze cuda na świcie. Niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju. Każdy z nich opowiada swoją historię. Z resztą sami zobaczcie, czy nie są piękne? Na tych tarczach aż czas płynie wolniej.

Druga moja kolekcja to świeczniki. Delikatnie mówiąc nietypowe, bo żydowskie. Większość w Was z pewnością kojarzy charakterystyczny, siedmioramienny świecznik zwany menorą. To jeden z najbardziej znanych symboli judaizmu. Widnieje między innymi w herbie państwa Izrael ale stanowi też element dekoracyjny umieszczany na ścianach synagog. I taką piękną menorę mam. Kupioną w czasie wakacyjnych wojaży po Mazurach, na lokalnym targu. Patrzyła na mnie spomiędzy starych talerzy i pordzewiałych zawiasów. Zupełnie nieplanowany zakup. Poza nią są jeszcze dwie chanukije. Jedna stylizowana na menorę, druga bardziej tradycyjna. Od tej pierwszej zaczęła się kolekcja. To też zakup przypadkowy. Znaleziona w sklepie ze starymi meblami, w okazyjnej cenie, bo – jak to ujął sprzedawca: „Wypaczona ta menora – za dużo ramion ma”. Bo rzeczywiście ma za dużo ramion – tyle ile powinien mieć tradycyjny świecznik chanukowy. Podobnie jak drugi egzemplarz z mojej kolekcji – tym razem „trafiony” z sklepie z odzieżą używaną. Lubię te moje świecidełka – piękne, prawda?

Świecznik chanukowy

Jak widzicie, mało rozbudowane te moje kolekcje i słaby ze mnie kolekcjoner, bo zegarków mam sześć, a świeczników trzy. Zbiory pewnie się powiększą ale nie szybko – żadna z tych rzeczy nie była kompulsywnym zakupem dla zaspokojenia samej potrzeby kupowania. Wszystkie świeczniki to przypadek, zegarki – starannie zaplanowane i wyselekcjonowane. A jak to się ma do minimalizmu? Myślę, że jest zgodne z jego ideą. Zarówno przedmioty z jednej, jak i drugiej kolekcji są przeze mnie użytkowane. Czerpię radość z ich posiadania ale też samego używania. Kupuję je z rozmysłem i z wewnętrznej potrzeby i nie mam wyrzutów sumienia, że wydałam na nie pieniądze. Nie szukam ich usilnie, nie śledzę internetowych aukcji, chociaż mogłabym, bo pięknych świeczników jest na nich sporo. Bo chyba głównie o to chodzi w minimalizmie, by nabywać z uwagą, a zakupy ograniczyć do tych przedmiotów, które nam służą – pośrednio i dosłownie.

Pochwalcie się swoimi kolekcjami? Zbieracie? Czy może w Waszym rozumieniu minimalizm to również rezygnacja z kolekcji. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Muzeum Przyrodnicze

11 maja 2018

Większość z Was kojarzy zapewne wielką salę muzealną ze świetlikami w dachu, a pośrodku gigantyczny szkielet dinozaura. To oczywiście Muzeum Historii Naturalnej w Londynie i słynny Dippy. Berlin również może pochwalić się swoim pra-jaszczurem, a nawet dwoma. Przy Invalidenstrasse mieści się bowiem odpowiednik londyńskiej placówki czyli Museum für Naturkunde, a w nim między innymi 13 metrowa rekonstrukcja szkieletu brachiozaura. Naprawdę imponujący, a to dopiero początek.

Szkielet dinozaura

Sama placówka może poszczycić się tytułem pierwszego państwowego muzeum na świecie. Zostało założone w 1810 roku, równocześnie z Uniwersytetem Humbolta, które było elementem. Posiada ponad 30 milionów eksponatów z najróżniejszych dziedzin nauki, między innymi: zoologii, paleontologii czy mineralogii.

Największe wrażenie robi oczywiście wspomniany powyżej brachiozaura, którego można zobaczyć już w pierwszej sali. Nie mniejszą grozę wzbudza wielki Tristan czyli rekonstrukcja szkieletu dinozaura T-rexa. Fascynatów paleontologii zainteresuje też zapewne eksponat przedstawiający pierwszego ptaka – archeopteryksa.

Szkielet dinozaura t-rexa

Z muzeum nie wyjdą również zawiedzeni miłośnicy bardziej współczesnych zwierząt. W trzech wielkich salach można zobaczyć wypchane antylopy, tygrysy czy ptaki i na własne oczy przekonać się jak wielkie potrafią być te osobniki. Równocześnie śledzić można proces przygotowywania eksponatów czyli preparowanie. Na szczególną uwagę zasługują wymarłe już kwagga właściwa czy wilk workowaty. Podobnie jak pozostałe eksponaty, zostały one pozyskane przez Muzeum w ramach wypraw odkrywczych – głębokomorskiej czy tej na Biegun Południowy.

Zachwyceni będą również miłośnicy ichtiologii. Jedna z sal w całości została poświęcona rybom, które wyeksponowana w bardzo nietypowy sposób. Mniejsze i większe osobniki zostały umieszczone w słojach i zalane formaliną, a te umieszczono na wielkich przeszklonych regałach ustawionych w prostopadłościan. Wrażenie niesamowite.

 

W przeciwległym skrzydle zgromadzono wszystko, co bezpośrednio wiąże się z Ziemią-ziemią czyli najróżniejsze minerały, którym poświecono wielką salę. Sąsiaduje z nią ekspozycja poświecona historii Ziemi jako części układu słonecznego, a także pozostałym planetom oraz Wielkiemu Wybuchowi. Ta ostania część szczególnie zainteresuje młodszych zwiedzających ze względu między innymi na sposób rezentacji. Na parterze wielkiej klatki schodowej umieszczona kanapę tworząca okrąg i pozwalającą na wygodną obserwację „nieba”, które zostaje opuszczone nad głowy zwiedzających w ramach krótkiego wykładu  i prezentacji o kosmosie. Niestety – tylko w języku niemieckim. Wizualizacja ta to oczywiście tylko ułamek tego, w jaki sposób placówka jest nie tylko przyjazna dzieciom ale też zachęcająca je do zwiedzania. Efekty audiowizualne, eksponaty, które można dotknąć czy liczne warsztaty, nie pozwalają się nikomu nudzić.

Gablota z minerałami

Chociaż muzeum nie jest wielkie – jak na przykład Muzeum Techniki, na zwiedzanie warto poświecić około 2 godzin. Jest ono czynne od wtorku do niedzieli od 09:00 do 18:00 (w weekend od 10:00). Bilet normalny kosztuje 8€, ulgowy – 5€.

Filozoficznie Życiowo

Blog bloga blogiem pogania…

7 maja 2018

Szukałam ostatnio na swoim blogu pewnego wpisu i zajrzałam do archiwum. Z zaskoczenie stwierdziłam, że blog istnieje już siedem lat. Pierwsze wpisy pojawiły się w maju 2011 roku, gdy mieszkałam jeszcze we Wrocławiu. Z dumą stwierdzam, że przetrwał wiele – moich „kryzysów twórczych”, zmian miejsca zamieszkania, jak i fascynacji. Ale dzielnie przetrzymał wszystko. Nie poddawał się trendom, modom i reklamom. Ale też nie stał w miejscu – cały czas się zmieniał i nadal ewoluuje. Dlaczego o tym dzisiaj piszę? Można powiedzieć, że to efekt moich ostatnich obserwacji tak zwanej „blogosfery”.

Blogosfera - definicja z Wikipedii

Zacznijmy może jednak od tego,że blogi czytam (i komentuję – bo chyba wtedy ich lektura ma sens) od dobrych kilku lat. Szczególnie nasiliło się to, gdy zaczęłam interesować się minimalizmem i ekologicznym stylem życia. Nie ukrywam, wiele z nich pomogło mi i stanowiło (i nadal stanowi) fantastyczne źródło informacji. Mój minimalizm zaczynał się od sfery „odzieżowej” i tutaj nieocenione okazały się Joasia z bloga Joanna Glogaza oraz Dorota czyli Kameralna. Nie mogę też pominąć dwóch innych moich blogowych mentorek czyli Kasi z Simplicite oraz Ajki – pionerki polskiego minimalizmu.

W tak zwanym między czasie przez moja blogową czytelnię przewinęło się wiele innych blogów;  w mojej opinii mniej lub bardziej wartościowych. Z resztą już samo użycie czasu przeszłego, o czymś świadczy. Czytywałam je przez jakiś czas ale prędzej czy później odchodziłam od ich regularnej lektury. W zakładce „Czytelnia”, ciągle się zmieniającej, przetrwały nieliczne. Dlaczego? Bo okazały się „niekomercyjne”.  Już słyszę te głosy oburzenia, że blogi są po to by na nich zarabiać, że nie muszę czytać, że to źródło opinii i tak dalej. Jasne. Zgadzam się. W stu procentach. Planując zakup małego AGD czy gadżetu do biegania, szybciej uwierzę opinii „zaufanego” blogera niż pozytywnym opiniom na stronie (wiem, na jakich zasadach powstają). Nie mam za złe autorom postów, że współpracują z konkretnymi markami i prezentują produkty nie ukrywając ich nazwy czy wręcz świadomie ją podkreślając. Cieszę się, gdy w ramach nowego wpisu autor poleca inny ciekawy blog. To jest dla mnie nawet pomocne, bo wiem, że będzie to raczej miejsce godne uwagi. Są jednak sytuacje, które sprawiają, że na danego bloga zaglądam coraz rzadziej, a finalnie usuwam z listy jego adres i o nim zapominam. Dzieje się tak, gdy wartościowy blog zaczyna zmieniać się w zestawienie zestawień. Jest ok, gdy raz w miesiącu pojawia się „Podsumowanie miesiąca” czy coś w stylu „To mnie ostatnio zaciekawiło”. Ale jeśli na dwa wpisy tygodniowo, jeden nosi tytuł – „Podsumowanie ostatnich siedmiu dni” to zaczynam się trochę nudzić.

Podobnie dzieje się, gdy z kliku blogów, które czyta(ła)m tworzy się coś w stylu „kącika wzajemnej adoracji”. Nie zrozumcie mnie źle – mam świadomość, że blogosfera się zna, przyjaźni, spotyka i dobrze rozumie. Że warto polecać ciekawe posty, do których zwykły czytelnik może nie dotrzeć. Niemniej jednak, gdy w gronie trzech, czterech autorów ma miejsce ciągłe polecanie się na wzajem… No cóż, tego rodzaju media przestają być dla mnie interesujące. Dlaczego? Może trochę przestaję wierzyć w obiektywizm ich autorów? Jednak przede wszystkim zaczynam odczuwać przesyt. Gdy czytam post, widzę Instastory, które odsyła mnie do innego bloga, a ten do kolejnego, który z kolei powoduje powrót do pierwszego…nudzę się. I odpuszczam.

Sama mam bloga i niektórzy zarzucą mi, że powyższe powstało z czystej zazdrości, bo mnie nikt nie poleca, żaden znany bloger nie odsyła do moich postów. Bynajmniej, nic z tych rzeczy. Nie cierpię na tego typu dolegliwości. Z prostej przyczyny – mój blog, to przede wszystkim moja praca. Zajmuję się copywritingiem i tworząc posty doskonalę styl i szlifuję warsztat; pisząc kolejne wpisy szukam informacji, poszerzam słownictwo, drążę u źródeł. A całe archiwum wpisów to moje portfolio. I to jest dla mnie najważniejsze. Oczywiście, na blogu pojawiają się recenzje i „testy” produktów ale tylko tych, które mnie naprawdę zainteresowały i uważam, że mogą być przydatne dla innych, a dodatkowo pozwalają mi zaprezentować się jako „copywriter – recenzent”. Dlatego też tak bardzo cenię sobie blogi, które istnieją już wiele lat bez polecenia. Ich autorzy nie zajmują pierwszych miejsc w rankingach i zestawieniach, bo zwyczajnie o to nie dbają. Ważniejsze od „bywania” jest to, co blog sobą prezentuje. I do tych blogów od lat wracam.

Zrobiłam ostatnio test – wyczyściłam zakładkę „Czytelnia” w moim laptopie, a tym samym zniknęły linki do blogów, które regularnie czytałam. Stwierdziłam, że będę polegać na własnej pamięci. Jaki efekt? Wracam regularnie pod cztery adresy – sami domyślcie się, które 🙂 A jak u Was? Co czytacie? Macie stałe miejscówki, czy szukacie nowych? Co sprawia, że konkretnego bloga lubicie, wracacie do niego czy też wręcz odwrotnie?

Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Berlin „żydowski”

4 maja 2018

Niewątpliwie miejscem najbardziej związanym z kulturą i historią Żydów w Berlinie jest tutejsze Muzeum Żydowskie. O nim już Wam pisałam tutaj. Niemniej jednak, w stolicy Niemiec są jeszcze co najmniej dwa miejsca, które każdy miłośnik judaizmu powinien zobaczyć. Są to Nowa Synagoga i Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Obydwa miejsca są bardzo charakterystyczne i od razu rzucają się w oczy – synagogę widać z daleka dzięki błyszczącej w słońcu kopule; drugie z miejsc popularność zawdzięcza formie i lokalizacji.

Nowa Synagoga (Neue Synagoge Berlin) została otwarta w 1866 roku. Ze swoimi 3200 miejscami była największą świątynią żydowską w Niemczech. Projektujący ją architekt inspirował się stylem mauretańskim, czego dowodem są widoczne dzisiaj pozłacane żebra kopuły. Budowla, którą zobaczyć możemy obecnie, to oczywiście rekonstrukcja pierwotnej świątyni, którą zniszczono i zbezczeszczono w czasie drugiej wojny światowej. Odbudowa trwała wiele lat. W 1995 roku odrestaurowana część budynku została oddana do użytku. Działa tam Centrum Judaicum ze stałą ekspozycją, na którą składają się głównie fotografie przedstawiające synagogę w latach świetności, ale też elementy pierwotnej budowli oraz dokumenty poświadczające historię i siłę przedwojennej gminy żydowskiej w Berlinie. Poza funkcją edukacyjną, pełni oczywiście rolę domu modlitwy dla członków berlińskiej gminy żydowskiej, a także odwiedzających ją Żydów z całego świata. Dla turystów dostępna jest od niedzieli do piątku, od 10:00 do 18:00; w piątek – ze względu na rozpoczynający się Szabat – do 15:00. Bilety kosztują odpowiednio: 5 € normalny i 4€ ulgowy. Planując wizytę, warto sprawdzić, czy nie przypadnie ona na jedno z żydowskich świąt, kiedy obiekt nie jest dostępny dla zwiedzających. Warto też przygotować się na drobiazgową kontrolę, przypominającą tę na lotnisku, a także mieć świadomość, że cena biletu obejmuje jedynie wstęp na stałą wystawę – nie zobaczymy sali modlitewnej.

Nowa Synagoga w Berlinie

O ile wybierając się do Nowej Synagogi trzeba nieco zboczyć z głównej turystycznej trasy, o tyle Pomnik Pomordowanych Żydów Europy (Denkmal für die ermordeten Juden Europas) zobaczyć można nie zbaczając z wycieczkowego kursu, ponieważ znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Bramy Brandenburskiej. Idąc od strony Alexander Platz, należy przejść przez Bramę i skręcić lekko w lewo. To tam, na powierzchni 19 tysięcy metrów kwadratowych znajduje się 2711 betonowych bloków-steli o różnych wymiarach (największy ma ponad 4 metry wysokości). Liczba prostopadłościanów odpowiada liczbie stron w Talmudzie (jednej z podstawowych ksiąg judaizmu). Przestrzeń między symetrycznie ułożonymi blokami wyłożona jest granitową kostką tworząca pofalowaną powierzchnię. Jest to stosunkowy „młody” monument – został odsłonięty w 2005 roku, a koszty związane z budową pokrył Rząd Republiki Federalnej Niemiec. Miejsce jest naprawdę wyjątkowe. Polecam wybrać się na jego obejrzenie we wczesnych godzinach porannych, kiedy nie jest okupowane przez nastolatków, traktujących je jako świetny plener zdjęciowy. Aby jeszcze lepiej zrozumieć przesłanie tego miejsca, warto zajrzeć również do mieszczącej się pod ziemią, pod pomnikiem Izby Pamięci. Jest ona czynna codziennie, poza poniedziałkiem, w godzinach 10:00 – 19:00, koszt biletu to 3€. Część naziemna jest ogólnodostępna, zwiedzanie nie wymaga zakupu biletu.

Denkmal für die ermordeten Juden Europas