All Posts By

Namysłowska

Dla ciała Filozoficznie Wegetarianka w skórze Zdrowo Zjedz i wypij

Wegetarianka w kaszmirowym swetrze cd.

18 listopada 2019

Dawno już nie było wegeteriańskich wątków, dlatego dzisiaj trochę scen z bezmięsnego życia. Wbrew pozorom sprawa tak osobista, jak sposób odżywiania, może wzbudzać nie tylko ciekawość ale też kontrowersje. Z resztą – sami poczytajcie.

„To co ty jesz, jeśli nie jesz mięsa?” – to klasyk, który zna chyba każdy wege. Tak, jakby dieta nie-jarosza opierała się w 100% na mięsie i jego przetworach. Na śniadanie parówka, na obiad schabowy, na kolację kiełbasa. Czy ktoś z Was, nie-wege,  tak się odżywia? Nie sądzę. Jecie przecież owsianki, kluski, placki, naleśniki, makarony itp. No i ja właśnie to jem. Mało tego. Jem rzeczy, o których Wam się nie śniło. Pasztet z pieczarek i kaszy gryczanej (by Jadłonomia), pasta z fasoli i pieczonego czosnku czy flaki z boczniaków. Jedliście? No właśni – a ja jadłam i jem!

„Ale ryby to chyba jesz?” albo dla odmiany „To ryb też nie jesz?” – wypowiadane z kompletną dezaprobatą. Aż korci żeby odpowiedzieć: „Jem, Przecież dzisiaj ryby to już nie mają mięsa tylko plastik i metale ciężkie”. Zdumiewające, jak szybko ryba w ludzkim umyśle przechodzi przemianę. Jak długo macha płetwą ogonową w rzece czy akwarium, tak długo jest zwierzątkiem; gdy tylko wyjąć ją z wody – to już nawet tkanki mięśniowej nie ma. Cudowne przemienienie, co? A zupełnie poważnie – ten tok myślenia, to prawdopodobnie spadek po “diecie katolickiej”, w której w piątki nie jada się mięsa ale ryby jak najbardziej. Swoją drogą – ten temat też musze zgłębić. Będzie wpis o piątkowej rybie bez mięsa 😉

„Ale to nie mięso, to kurczak!” – to jak dla mnie większe przebicie niż bezmięsna ryba. I na to nie znajduję już naprawdę żadnego wytłumaczenia. Serio, serio. Żeby jeszcze podciągnąć pod to cały drób…ale jakoś kaczki, gęsi czy indyka, nikt mi nie oferował, za to kurkę to jak najbardziej. A to przecież, idąc w spożywczą nomenklaturę – może i filet być i szynka 😉

„Mięsa nie jesz ale buty/torebkę/kurtkę skórzaną nosisz!” – to wypowiadane z przekąsem, a czasem dziką satysfakcją. No właśnie – ja słusznie zauważono – „noszę”. Nie przeżuwam, nie zagryzam, nie połykam czy oblizuje tylko noszę. Bo dla mnie wegetarianizm to sposób odżywania. Nie styl ubierania czy praktyka duchowa tylko zwyczajnie rodzaj diety. I tyle. Było już kiedyś o tym, że dla mnie to co pakuję do ciała jest tak samo ważne jak to, co na tym ciele noszę. Nic się w tej materii nie zmieniło.

A jak u Was? Jecie mięso czy nie? A może znacie jakieś wege-klasyki. Podzielcie się – chętnie poczytam,

Kryminał Książkowo Obyczajowe

Z Kindla wzięte czyli co czytałam w październiku

14 listopada 2019

Jeśli wierzyć internetom, jesień to idealna pora roku na testowanie zestawu 3xk – książka+kubek+kocyk. W moim przypadku było 1xk czyli Kindle i sześć pozycji, z których cztery chciałabym Wam przedstawić.

Zaczęłam od wyczekiwanego od tygodni „Końca samotności” Janusza L. Wiśniewskiego. Nie ukrywam, że kupiłam książkę, gdy tylko było to możliwe (ok, przyznam się – czekałam do północy aż pojawi się w ofercie Woblinka). „Koniec samotności” to niejako kontynuacja „S@amotności w sieci”, historii miłosno-komputerowej sprzed 18 lat. Czekałam, czekałam i nie zawiodłam się. Jest/Było pięknie. Z uczuciem, ciekawą historią, Internetem i Kortezem. Polecam gorąco nawet tym, którzy nie czytali historii Jakubka sprzed lat. Warto.

Następny był „Pokrzyk” Katarzyny Puzyńskiej. Jestem z autorką i bohaterami lipowskie sagi od początku. Czekam z niecierpliwością na każdy kolejny tom, a gdy ten już się pojawi…bywa różnie. Czasem zarywam noc, żeby tylko dowiedzieć się, co wymyśliła Klementyna. A czasem z niedowierzaniem kręcę głową czytając o dziwnych krokach Daniela czy Emilki. Czasem bywa też tak, że mam ochotę rzucić książką w kąt czy zerknąć jeszcze raz na okładkę, czy to aby na pewno Puzyńska. I tak niestety było tym razem. Już poprzednia, dziesiąta część była słaba, ale liczyłam, że zgodnie z ruchem sinusoidy, znów będzie progres. I się przeliczyłam. Autorka postawiła na zupełnie nowy (dla mnie niezrozumiały) sposób prowadzenia narracji. Brakuje mi też „kryminalności” czyli przesłuchań, tropienia, śledztwa czy trupów, takich z prawdziwego zdarzenia. Nawet bohaterowi jacyś tacy niedorysowani. Słabo…słabo…

Kolejny był „Horyzont” Jakuba Małeckiego. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Nie wiem, czy będą kolejne ale „Horyzont” rozłożył mnie kompletnie na łopatki. To historia dwóch młodych osób – Zuzki, którą zaczynają przerastać rodzinne tajemnice,  i Mańka, weterana z Afganistanu, byłego sapera. Ci, którzy są tutaj dłużej wiedzą, że byłam w Afganistanie. Nie jako żołnierz ale pracownik cywilny. Nie nosiłam broni, nie stawałam oko w oko z Talibami, nie narażałam życia. Ale wiem, jak wygląda funkcjonowanie w bazie, która jest regularnie ostrzeliwana, z czym wiąże się wyjazd na patrol i jakiego schiza łapiesz, gdy po powrocie do PL słyszysz sygnał „incomming”. Jak to podsumował mój kolega, który też tam był: „Ależ książka…Poza tym, że jestem głównym bohaterem i że boję się jej czytać to juz nic..Nie sądziłem, że ktoś tak tak samo może widzieć.” No cóż…polecam 🙂

I na koniec Magdalena Witkiewicz i „Jeszcze się kiedyś spotkamy”. Nie mogło się obyć bez odrobiny judaizmu. Tym razem w wydaniu beletrystycznym. Autorka przenosi nas do Grudziądza z okresu II wojny światowej. Są młodzi ludzie, których dotychczasowe relacje zostają wystawione na próbę, a plany weryfikuje nazistowska rzeczywistość. Jest piękna miłość, taka ponadczasowa. Jest sporo życiowej prawdy. Ale przede wszystkim są fakty, o które autorka bardzo zadbała. Konkretne daty, adresy, ulice, domy, zdarzenia. Sprawdzone, udowodnione, prawdziwe. I dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Polecam.

A sama  zabieram się za kolejne książki, o których już niebawem. Będzie nie tylko kindlowo ale też papierowo!

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to…może Poznań i Muzeum Historii Ubioru?

17 października 2019

W ramach odkrywania Polski zza zachodniej granicy trafiłam do Poznania. Miasto dla mnie mało znane. Tak naprawdę byłam tam raz, jakieś 13 czy 14 lat temu i kojarzyłam tylko Stary Browar i niezliczone ronda i mosty. Nie powiem, żebym miała jakiś sentyment do stolicy Wielkopolski. Co nie zmienia faktu, że postanowiłam Poznań odwiedzić. 

Od razu powiem, że pierwotne wrażenie pozostało. Nie zakochałam się, nie zaiskrzyło między nami. Niemniej jednak uważam, że warto tam pojechać i pobyć 2-3 dni, by zobaczyć ICHOt i Muzeum Narodowe, przespacerować się po Ostrowie, zjeść w Hyćce i zobaczyć prawdziwą perełkę czyli Muzeum Historii Ubioru

 

To ostatnie zrobiło na mnie wielkie wrażenie, pomimo tego, że jest stosunkowo małe i mieści się w trzech pomieszczeniach, na parterze kamienicy przy ulicy Kwiatowej 14. Jest mało widoczne z ulicy, uwagę zwracają jedynie okna przysłonięte tematyczną zasłoną. Jednak po wejściu do środka odbywa się natychmiastowa podróż w czasie w krainę koronek, krynolin i gorsetów. 

Na manekinach zobaczyć można kobiece stroje z XIX wieku. Są to suknie domowe, wizytowe, dzienne, letnie, jedwabne, bawełniane, a nawet wełniane. Prawdziwe cudeńka. Część z nich to oryginały, inne to rekonstrukcje wykonane osobiście przez Panią Annę Moryto, która jest właścicielką zbiorów i całego Muzeum. Jak dziwnie by to nie zabrzmiało, jest to prawda. Muzeum jest bowiem placówką prywatną. Może właśnie dlatego, tak zachwyca i ciężko z niego wyjść, szczególnie jeśli ma się okazję zapoznać z ekspozycją w towarzystwie Pani Anny. 

Jak już wspomniałam, muzeum jest stosunkowo małe powierzchniowo, jednak bardzo „bogate w treść”. Kolekcję ubiorów uzupełniono planszami prezentującymi dodatkowe elementy ubioru, czy sama suknie na historycznych postaciach. By dobrze zapoznać się z historią ubioru i wszystkim eksponatami, sugerują zaplanować godzinną wizytę. A najlepiej umówić się z autorką kolekcji, która chętnie opowie o swojej pasji. 

Informacje praktyczne:

 – muzeum czynne jest w czwartek i piątki w godzinach 11:00 – 15:00 oraz w soboty i niedzielę od 11:00 do 17:00

 – bilet normalny kosztuje 12 PLN, ulgowy 8 PLN; możliwe jest zwiedzanie z przewodnikiem

 – kolekcja cały czas się rozrasta, a co za tym idzie, ekspozycja będzie się zmieniać – już na najbliższe miesiące zaplanowano ekspozycje poświęcone modzie męskiej

 – więcej informacji na stronie internetowej placówki: https://xixgallery.com

 

Dla ciała less waste Zdrowo

Wegetarianka i jej kosmetyczka

2 maja 2019

Jeśli wegetarianka, to pewnie ćwiczy* jogę, jeździ na rowerze, pije smoothie i używa tylko naturalnych kosmetyków, nietestowanych na zwierzętach, bez parabenów i innych “złych” składników. To opinia (nie chcę używać określenia stereotyp) jest bardzo powszechna. Ciężko z nią walczyć, szczególnie, że często wegetarianizm idzie w przez z jogą, rowerem i cała resztą „eko”. Często ale nie zawsze, czego jestem najlepszym przykładem. Bo jestem wegetarianką, praktykuję jogę (bo jogę się praktykuje, nie ćwiczy), jeżdżę na rowerze ale smoothie pijam rzadko, a do naturalnych kosmetyków podchodzę… powiedzmy, że zdroworozsądkowo i lekko egoistycznie. 

Pisałam już o naturalnych kosmetykach do codziennej higieny tutaj. I w tym względzie nic się nie zmieniło. Nadal jestem fanką arabskich mazideł, które uzupełniam tymi z własnego podwórka. I tak w łazience obok mydła Savon Noir jest jeszcze…Biały Jeleń. Tak, zwyczajne szare mydło. Nie wersja de luxe czyli z bursztynem, różą czy otrębami. Zwyczajna szara kostka pachnąca wątpliwie. Myję nim ręce i twarz. O tak, czuję te karcące spojrzenia i pytania o tonik/mleczko/serum itp. Odpowiadam – nie mam i miała raczej nie będę. Przerobiłam już przeróżne cuda, za 10, 50 i 100 PLN i nic nie dało widocznych efektów poza uczuleniem. Dopiero szare mydło w połączeniu z jeżykiem (taka mała gumowa szczoteczko-gąbka do mycia twarzy) odpowiednio dba o moją buzię.

Czy to wystarcza? I tak i nie. Do mycia – jak najbardziej, do uzyskania efektu „wow” – niezupełnie. Do pełni szczęścia stosuję jeszcze kremy. Dwa. jeden na noc, drugi na dzień. Ten na noc to aktualnie  Clarena Hyaluron 3D Elixir, a na dzieńteż Clarean ale Probio Balance Cream.Wcześniej, przez cztery miesiące były dwa inne, też marki Clarena. Dlaczego ta marka i te właśnie kremy? Bo tak wybrała moja kosmetolog,pani Aleksandra Węgrzyn z Zakładu Kosmetycznego Beauty Expert,  która od kilku lat zajmuje się moją twarzą i nie tylko. Ona najlepiej wie, co dla mnie najlepsze. Nie szukam w drogeriach, nie testuję darmowych próbek z gazet, nie słucham poleceń znajomych. Krem się kończy (zazwyczaj równo z porą roku), a ja odbieram z gabinetu nowy. Szczerze mówiąc, nie patrzę nawet na jego skład czy zalecenia. Wiem, że będzie dobry. I muszę przyznać, że jeszcze się nie zawiodłam. Żaden z kosmetyków dobranych przez Panią Aleksandręmnie nie uczulił, nie podrażnił skóry twarzy. Żaden nie trafił do kosza czy nie stoi na półce nieużywany. Każdy z nich jest dobrany dokładnie pode mnie. Niestety nie zawsze tak było.

Kiedyś kremy dobierałam sama. Oj, to była maskarada. Cała masa pojemniczków, pudełeczek, tubek i słoiczków, a na twarzy barwy wojenne wywołane uczuleniami. Przerabiałam też fazę „naturalne i polskie”, sprawdzając na etykietce czy aby naturalne, zdrowe, eko itd. Była ona efektem zmiany trybu/stylu życia na bardziej „uważny” i przyjazny naturze. I tak w zasadzie jest do dzisiaj. Staram się ze wszystkich sił być eko i less-waste ale – jak już wiele razy wspominałam na blogu – ze zdroworozsądkowym podejściem. I tak jest właśnie z kremami. Oczywiście, że mogłabym stosować kremy bez zawartości jakiejkolwiek chemii, myć włosy octem czy siemieniem lnianym, a zamiast antyperspirantu stosować ałun. Byłoby100% eko ale czy ja byłabym 100% zadowolona? Nie. Raz, że to nie są dla mnie komfortowe w stosowaniu rozwiązania. A dwa – śmiem wątpić w skuteczność ich działań. Tak jak ałun, nie ogranicza wydzielania potu, tak krem złożony z naturalnych olejków, gliceryny i ekstraktów roślinnych, nie będzie w pełni skuteczny.I jeśli nawet na początku miałam jakiekolwiek wątpliwości, szybko się ich pozbyłam, ufając opinii eksperta czyli Pani Aleksandry, która wytłumaczyła mi, że:

„Współczesna kosmetologia jest bardzo prężnie rozwijającą się dziedziną nauki. Każdy specjalista wie, że nawet najlepsze naturalne składniki, nie przyniosą skórze wiele korzyści jeśli nie zastosujemy odpowiednich nośników substancji aktywnych np. liposomów. Naturalny antyoksydant jakim jest dobrze wszystkim znana witamina C nawet zastosowana w stężeniu 100 % bezpośrednio na skórę nie przyniesie nam żadnych dobroczynnych efektów. Jest ona bowiem bardzo niestabilna i szybko utlenia się po kontakcie z promieniami UV. Jeśli jednak zamkniemy ją w nośniku liposomowym wystarczy, żeby jej stężenie wynosiło 0,5% zostanie ona przetransportowana do skóry właściwej. Tam dopiero ulegnie przekształceniu w formę aktywną i zadziała wielokierunkowo.”

Dlatego, wbrew stereotypom i naganom wzrokowym pozostanę przy kosmetykach „niekoniecznie-super-eko-zero-waste”. Najważniejsze, że działają, a ja nie produkuję śmieci wrzucając do kosza kolejny nietrafiony produkt.

A jak z tym u Was? Stosujecie tylko naturalne kosmetyki, eksperymentujecie? Czy może macie swoje sprawdzone typy? Chętnie je poznam.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Galeria Malarstwa

15 lutego 2019

Już dawno Was nigdzie nie zabierałam. Działo się tak miedzy innymi dlatego, że sama niczego nowego nie odkryłam. Aż do przedwczoraj. Zatem – zapraszam do Galerii Malarstwa.

Gemaeldeglerie, bo tak brzmi po niemiecku nazwa tego przybytku, to jeden z najznamienitszych w świecie zbiorów malarstwa europejskiego z wieków XIII-XVIII. Można tam zobaczyć dzieła taki mistrzów jak Rafael, Tycjan, Rembrandt czy Bruegel. Jednym słowem, w oryginale i na płótnie to, co pamiętamy z podręcznika do historii, dzięki staraniom Hohenzollernów, których to kolekcja stanowiła zaczątek dzisiejszego muzeum. I chyba tylko te „stare” korzenie upodabniają Galerię do pozostałych berlińskich instytucji kulturalnych. Pod względem położenia czy popularności, jest swego rodzaju ewenementem.

Przede wszystkim nie mieści się na Wyspie Muzeów czy w innym zabytkowym wnętrzu. Zbiory zgromadzono w nowoczesnym budynku, przy Kulturforum, nieopodal Placu Poczdamskiego, co uważam za wielką zaletę. Raz, łatwo i szybko można tam trafić z każdego popularnego szlaku wycieczkowego. Dwa, ascetyczne wnętrza pozwalają skupić się na dziełach sztuki; nic nie rozprasza podczas liczącego 2 kilometry spaceru po 70 salach. Trzy, docierają tutaj tylko najbardziej zdeterminowani, co przekłada się na brak tłumów w salach (zdarzało mi się przez kwadrans być zupełnie samej w otoczeniu arcydzieł) i przy kasach.

Muzeum ma też jeszcze jedną – dla mnie – zaletę. W odróżnieniu od innych berlińskich placówek tego typu, organizatorzy nie przygotowali go w żaden szczególny sposób do potrzeb nieletnich. Wiem, dla wielu to wada. Ale dla mnie wielką przyjemnością jest oglądanie obrazów bez zakłóceń werbalnych czy ruchowych. Muzeum posiada jedną salę, gdzie zrekonstruowano pracownię malarską sprzed wieków, a w gablotach zgromadzono naturalne barwniki. To wszystko, co przygotowano dla najmłodszych. Jest też możliwość odbycia lekcji muzealnych.

Na koniec jeszcze garść informacji praktycznych. Muzeum jest czynne we wszystkie dni tygodnia poza poniedziałkiem; od 10:00 do 18:00 we wtorki, środy i piątki; w czwartki do 20:00, a w soboty i niedziele od 11:00 do 18:00. Bilet normalny kosztuje 10€, ulgowy – 5. Przewodniki audio dostępne są w wersji niemieckiej, angielskiej, francuskiej i włoskiej.

Do zobaczenia Książkowo poradniki Zdrowo

Kulturalne L4

11 lutego 2019


Jestem przedstawicielem gatunku, który jest zawsze zdrowy. Nawet jak pociągam nosem i trochę kicham, to oficjalne jestem zdrowa. Tym razem jednak musiałam przyznać, że „Jestem chora”. Przeziębinie nie tylko rozłożyło mnie na prawie dziesięć dni ale też zaprowadziło do lekarza, spowodowało, że piłam syrop z cebuli (fuj……dopiero po 5 dniach poczułam jak śmierdzi, właśnie dzięki temu, że jest skuteczny) ale przede wszystkim uziemiło mnie w mieszkaniu. Teoretycznie powinnam przez te 10 dni leżeć i się regenerować. W praktyce nadrobiłam zaległości kulturalne. Książkowe i głównie filmowe. Dla wielu z Was pewnie nie będą zaskoczeniem – premiery miały już dawno. Niemniej jednak – da-damm – moje kulturalne odkrycia.

Na początek książka. Dzięki Bobe Majse (nota bene – świetny blog, który powstał jako praca dyplomowa) sięgnęłam po książkę Rooger’a Moorhouse „Trzecia Rzesza w 100 przedmiotach”. Tak, wiem – ciężki kaliber, jak wszystko, co związane z drugą wojną światową. Ta książka jest jednak pewnym zaprzeczeniem tej tezy. Autor wybrał – niestety nie wiem, z jakiego klucza – sto przedmiotów, które „brały” udział w wielkiej wojnie. Jedne uczestniczyły bezpośrednio jak bombowce, karabiny czy maski gazowe. Inne stały się niemymi świadkami tamtych wydarzeń, jak łóżko ze szpitala psychiatrycznego czy pamiątkowy talerz z przedstawieniem górskiej rezydencji Hitlera. Historie każdego ze 100 przedmiotów ubrano w krótki rozdział, który zanim zmęczy tematyką, już się kończy. I chwała za to autorowi, bo nie wyobrażam sobie czytania więcej niż 5 stron na temat możliwości i danych technicznych samolotu bojowego. Książkę gorąco polecam – dla odświeżenie wiadomości i odkrycia nowych, sobie nieznanych faktów. Moja ocena – warto przeczytać.

Po książce przyszła kolej na film. Na pierwszy ogień poszła „Zimna wojna”. Tak, wiem, to już żadna nowość. Tak, obejrzałam, bo „wypada”, skoro wszyscy o niej mówią. Nie, nie spodobała mi się. Ale po kolei. Staram się być w miarę na bieżąco z ambitną kinematografią, szczególnie jeśli jest nominowana do Oscara. Znam już twórczość tego reżysera dzięki „Idzie”, która zrobiła na mnie pozytywne wrażenie. I takich wrażeń oczekiwałam też po „Zimnej wojnie”. I rozczarowałam się lekko. Lubię i cenię filmy minimalistyczne, dlatego brawo za koncentrację na jednym wątku i jednej parze bohaterów. Przedstawienie w bajecznych zdjęciach i ujęciach, za co moim zdaniem należy się Oscar. W zupełności zgadzam się z festiwalowym jury (czy innym gremium) za brak nominacji dla Joanny Kulig, która zagrała wyraziście ale nic ponadto. Natomiast sama historia bohaterów… No cóż, biorą pod uwagę okoliczności historyczne, można było chyba bardziej poszaleć. Moja ocena – lekkie zdegustowanie.

Kolejne było „Bohemian Rhapsody”. Nie jestem fanem filmów muzycznych, klasycznego rocka itp. Mało tego, o Freddy’m Mercurym wiedziałam tylko, że istniał i zmarł na AIDS. Znam też „We are the chempions”. Film mnie zaczarował. Jest świetny. Nie tylko dla tego, że laikowi był w stanie przybliżyć ten muzyczny fenomen. Poznajemy w nim historie człowieka, który znał swoją wartość i nie bał się o tym mówić. Ale też dramat samotności  w tłumie. Nie przekonałam się do tego rodzaju muzyki ale wiem już, jak powstały największe hity Queen. Zamówiłam też sobie książkową biografię artysty. Moja ocena – obejrzyjcie koniecznie.

Pozostałam na fali muzyczno-oscarowej i obejrzałam też „Narodziny gwiazdy”. Historia jak dla mnie banalna. Mało realna szansa na spotkanie kogoś z potencjałem i kogoś, kto ten potencjał zaprzepaszcza. Wielka miłość i zderzenie z show-biznesową rzeczywistością. A wszystko to ze świetną muzyką i gitarowym brzmieniem. Do tego Lady Gaga, której z całego serca życzę wygranej w kategorii „Najlepsze aktorka”. Nie życzę tego Cooper’owi, któremu jednak czegoś zabrakło. Moja ocena – obejrzyjcie jeśli macie możliwość.

I na koniec znów książkowo. I to bardzo ambitnie. Skończyłam wreszcie „Jak nie umrzeć przedwcześnie. Cała prawda o zdrowym żywieniu” (tym razem dziękuję za polecenie Wincentynie).  Słowo „wreszcie” jest w pełnie uzasadnione, bo książka nie dość, że ma 560 stron, to raczej nie jest dreszczowce o wciągającej fabule. Ale też nie męczy. To drugie dzięki krótkim rozdziałom i całej masie faktów-odkryć-badań, których wyniki zaskakują i mocno dają do myślenia. O czym jest? Jak w tytule. O tym, co robić, by nie umrzeć przed czasem. Autor widzi tylko jedną receptę – ograniczenie, a jeszcze lepiej – wykluczenie – produktów odzwierzęcych z diety. Mam świadomość, że są osoby dla których obiad bez mięsa jest nie obiadem, a kanapka musi być z wędliną. Nie będę się kopać z koniem. Ale to właśnie te osoby powinny sięgnąć po książkę doktora Greger’a. Wiem, że moje mówienie o krzywdzeniu biednych zwierząt  i nietolerancji laktozy niewiele zdziała. Jednak poparte badaniami wnioski lekarza powinny dać do myślenia nawet największym padlinożercom.  Moja ocena – szarpnij się dwa razy i 1) kup książkę 2) przeczytaj

I na tym etapie moja choroba się skończyła. Zwolnienie lekarskie też. Wracam do pracy. Do obejrzenia zostało mi jeszcze kilka poleconych filmów i książek. O tym niebawem.

Dla ciała Zjedz i wypij

Rumowisko

17 stycznia 2019

Nie będzie o ruinach ani burzeniu. Będzie o rumie. W ramach obalania stereotypów. Bo przyznajcie sami, co pierwsze przychodzi Wam do głowy, gdy słyszycie słowo” rum”? Butelka made in Słowacja tudzież Czechy i jej zawartość dolewana do herbaty w zimowe wieczory da rozgrzewki. Sama tak długo myślałam, aż nie spróbowałam prawdziwego rumu. I rozsmakowałam się w tym trunku do tego stopnia, że „przebił” ulubione izraelskie wino. Dlatego dzisiaj w ramach obalania stereotypów będzie o rumie. Tym prawdziwym.

Ten marynarski trunek narodził się jak wszystko w starożytnych Indiach i Chinach. Do Europy trafił wraz kulturą arabską – pierwsze „europejskie” plantacje trzciny cukrowej mieściły się na terenie dzisiejszej Hiszpanii. Stamtąd sadzonki tej rośliny razem z Krzysztofem Kolumbem trafiły do Ameryki Środkowej, gdzie w XVII wieku rozpoczęto produkcję rumu. Dokładnie rozpoczęto produkcję cukru trzcinowego, a z odpadów powstałych przy produkcji wytwarzano rum. Tradycja mówi, że pierwsze destylarnie powstały na Barbadosie. To właśnie karaibskie wyspy były miejscem, gdzie rozgościli się piraci – najwięksi miłośnicy tego trunku (patrz: kapitan Jack Sparrow – „Why the rum is always gone?”) Ten bursztynowy trunek stał się tak popularny, że z czasem na królewskich statkach zastąpił piwo. Wraz z rosnącym w Europie zapotrzebowaniem na cukier, rosło też zainteresowanie i konsumpcja rumu. Pierwsze destylarnie powstawały w Nowym Jorku i Bostonie; kolejne na portugalskich wyspach (Madera, Madagaskar). Rum wytwarzano też oczywiście na wyspach karaibskich.

No właśnie – wytwarzano. Jak wytwarza się rum? Są różne sposoby, ponieważ w przeciwieństwie do np. whisky, nie ma jednej metody. Produkcja uzależniona jest od miejsca. Na Karaibach i w Brazylii produkuje się go z melasy, w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest destylacja (tutaj też brak standardowej metody), a następnie dojrzewanie.

I tu dochodzimy do sedna czyli aromatu i koloru, a te zależą od pojemników, w jakich rum leżakuje. I tak rum biały (czasem nazywany srebrnym) leżakuje najkrócej, bo do 12 miesięcy, najczęściej w zbiornikach ze stali nierdzewnej. Przed butelkowaniem jest filtrowany, co daje mu bardzo łagodny i delikatny smak. Przykładem może być Bacardi Superior, który idealnie nadaje się do drinków i koktajli. Rum biały produkowany jest najczęściej w Portoryko. Bardziej „kolorowy” jest rum złoty. Dojrzewa nieco dłużej – do trzech lat, a kolor zyskuje dzięki dębowej beczce, w której leżakuje. Tego lepiej nie kalać mieszaniem z sokami czy innymi dodatkami. Sam w sobie jest smaczny. I to właśnie ten rum popijał Ernest Hemnigway w El Floridita. Najlepsze złote rumy pochodzą z Kuby, Portoryko, Trynidadu i Barbadosu rzecz jasna. Tutaj moim faworytem jest Dos Maderas – najciekawszy smak ze wszystkich, które dotychczas spróbowałam. Do najcięższych aromatów należą rumy ciemne. One również leżakują w beczkach drewnianych, dodatkowo wypalanych. Proces ten trwa zdecydowanie dłużej, bo nawet 10-15 lat. Dzięki temu ich smak jest niepowtarzalny. Tutaj najlepszym przykładem będzie Agnostura 1824, 12-letni rum starzony, leżakujący w wypalanej beczce dębowej po amerykańskim burbonie. Nie będę rozwodzić się nad smakiem – bo nie miałam okazji go jeszcze poznać ale gdy tylko zdegustuję, na pewno podzielę się wrażeniami. Nie miałam też okazji próbować żadnego z tak zwanych „overproof”. To rumy o ostrym smaku, w których zawartość alkoholu sięga 60, a nawet 80%. Są one jednak mało popularne – również ze względu na cenę.

I na koniec wróćmy do wspomnianych stereotypów i rumu czechosłowackiego. Był taki czas w historii naszego kontynentu, kiedy na starym kontynencie rozpoczęto wytwarzanie destylatu z melasy buraków cukrowych. Tutaj kłania się właśnie Tuziemski Rum czy austriacki Stroh. Biorąc pod uwagę pochodzenie, ciężko się dziwić stereotypom 🙂 Na pocieszenie warto dodać, że po wejściu krajów produkujących ten alkohol do UE, nazwy trunków musiały ulec zmianie. Dlatego dzisiaj rum to rum czyli produkt powstały w trzciny cukrowej. Unijne normy spowodowały również, że z rynku zniknął mocny trunek w wersji prosto z karaibskiej destylarni, a na jego miejsce wszedł alkohol rozcieńczany wodą do 30-40%, który nadal jest rumem.


Do zobaczenia

SE06E01 czyli nauka języka przez seriale

19 listopada 2018

Ręka do góry, kto nie czekał albo nie czeka na kolejny sezon „House of Cards”, „Gry o tron” czy innego „Belfra”. Nie przesadzę jeśli napiszę, że dzisiaj seriale oglądają wszyscy. I o ile zawsze jestem czarną owcą w stadzie, o tyle w kwestii seriali podążyłam za tłumem. Oglądam nałogowo. Tłumaczę sobie, że w ten sposób uczę się niemieckiego (oglądam z niemieckim lektorem i niemieckimi napisami). To oczywiście tylko dorabianie teorii. Co nie zmienia faktu, że oglądam. A co oglądam? Poniżej kilka moich typów.

Netflix kusi

Netflix kusi

„House of cards” to jeden z pierwszych hurtowych tasiemców, który obejrzałam. I wkręciłam się bardzo. Mogę też powiedzieć, że byłam wieszczem jeśli chodzi o bohaterów, bo od samego początku bardziej niż Frank, fascynowała mnie Claire. Świetnie było obserwować jak z sezonu na sezon psuje się, a jednocześnie kształtuje jako polityk. Idealnie wyzbywała się ludzkich cech. Można powiedzieć, że była w tym psuciu bardziej konsekwentna i skuteczna niż jej mąż. Dlatego niemal na wdechu obejrzałam ostatni sezon i tylko przy ostatnich odcinkach, gdy Pani Prezydent jest w ciąży entuzjazm trochę opadł. Ale generalnie polecam. Również do nauki języka. Do końca życia zapamiętam, że kongresmen (tudzież parlamentarzysta) to Abgerodnete. Der Abgeordnete.

Przed „House of cards” był jeszcze „Dexter”. To zamierzchłe afgańskie czasy, kiedy czekając na przerzut do kolejnej bazy oglądało się baaardzo dużo. Nie było jeszcze wtedy takiego urodzaju na tasiemce, wybierało się droga eliminacji. „Dexter” zdecydowanie wyeliminował wszystkich. Do końca już trochę męczył ale gdyby pojawił się kolejny sezon…dlaczego nie. Na przygodach technika od krwi doskonaliłam angielski. Żadnego charakterystycznego słowa nie pamiętam.

W przypadku kolejnego typu będę przewidywalna. To oczywiście „Gra o tron”. Oglądana dla Jamiego Lannistera i jego małego brata o ciętym języku. W przypadku tego serialu jestem pod wrażeniem całokształtu. Stworzenie alternatywnej rzeczywistości ze smokami i lodowymi zombie to nie lada wyczyn. Do tego uknucie całej sieci intryg i rodzinnych powiązań – majstersztyk. Teraz czekam na wiosnę, bo „Winter is coming”.

Dla odzyskania równowagi obejrzałam też i nie żałuje „The crown”. Nigdy nie interesowałam się specjalnie historią brytyjskiej monarchii czy samego Zjednoczonego Królestwa ale po obejrzeniu serii sprawdziłam kilka faktów i sięgnęłam po biografię Winstona Churchill. Chciałabym też przeczytać jakieś wspomnienia czy historię Filipa, księcia Edynburga, który jak dla mnie jest głównym bohaterem serialu. Nie Elżbieta w chustce, z torebeczką i psami ale właśnie on, bez jaj ale z twarzą.

Pozostając w brytyjskim klimacie skusiłam się też na odkrycie ostatnich tygodni czy „Bodyguard”. Mini- seria o problemach współczesnego wielkiego świata jakimi są terroryzm i walka o stołki w opcji well educated, plus mega feminizm czyli kobiety na wszystkich ważnych stanowiskach. Cytując klasyka: „D….y nie urywa” ale Richard Madden daje radę. I to jego „Yes ma’am”, którego na szczęście nie przetłumaczyli na „Jawohl”.

I to byłoby na tyle. To znaczy obejrzałam tych seriali jeszcze sporo ale tylko te mnie przekonały i te mogę polecić.  A może Wy mi coś polecicie – do nauki języka rzecz jasna 🙂

Dla ciała less waste Zdrowo

Płynie w Was błękitna krew?..

12 listopada 2018

Wbrew tytułowi, nie będzie o szlacheckim pochodzeniu ale o okresie. Menstruacji, miesiączce, „tych dniach” kiedy kobieta cała w skowronkach chętnie idzie na zakupy, by przymierzyć setki par białych spodni, umawia się na wieczorne wyjście ze koleżankami, chętnie biega w obcisłych legginsach, ewentualnie wywija na parkiecie z figlarnie powiewającą spódnicą, która ukazuje jej białe majtki. Tak przynajmniej tą rzeczywistość obrazują reklamy dodając jeszcze slajdy z podpaską polewaną błękitnym płynem z probówki albo animację tamponu, który też powiększa się od niebieskiej cieczy znikąd. 

A teraz rzeczywistość. Czyli w większości przypadków tabliczka czekolady, koc, kanapa, książka i Netflix. Tak to najczęściej wygląda. Są siłaczki, które radzą sobie bez tych wspomagaczy. Ale ich też dotyczy ciąg dalszy czyli krew koloru czerwonego i tampon tudzież podpaska. Norma i standard, które znam z autopsji. Nie walczyłam z tym, bo to przyroda nieunikniona. Niemniej jednak od kiedy stałam się przewrażliwiona na punkcie ekologii, minimalizmu i wszelkich less-waste, mocno zaczęłam się zastanawiać nad drugą stroną medalu czyli zużytymi materiałami higienicznymi i ich powstawaniem.

Zacznijmy od początku czyli od produkcji. Tak naprawdę nie wiemy z czego powstają. Na opakowaniu nie ma „składników” ani opisu procesu wytwarzania. Nie wiesz, co sobie pakujesz w majtki albo jeszcze głębiej. Skądś jednak bierze się ich śnieżnobiały kolor, delikatna struktura i przyjemny zapach. W przypadku tamponów to chlorowana bawełna. W przypadku podpasek…plastik. No tak, nic innego. Miły, ładny i delikatny ale jednak sztuczny. To początek. A jeśli to plastik, to ile będzie się rozkładał? Co z niego powstanie w wyniku spalania? Sami widzicie, że nie wygląda to dobrze. Szczególnie, że – jeśli wierzyć statystykom – zdrowa kobieta zużywa w ciagu całego życia 15 000 tamponów lub podpasek. Góra śmieci. Bynajmniej nie niebieskich 😉 Dlatego zaczęłam szukać alternatywy i tak trafiłam na trzy opcje: bambusowe tampony wielokrotnego użytku, tampony-gąbki również wielokrotnego użytku, bawełniane podpaski również wielokrotnego użytku i kubeczek menstruacyjny. Pierwsze trzy opcje odpadły bez testowania. Jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie wielokrotnego używania tamponu czy prania wkładki z podpaski. Nie będę negować ich skuteczności czy wpływu na środowisko naturalne, bo zwyczajnie nie przerobiłam tematu na własnej skórze.

Kubeczek menstruacyjny wielokrotnego użytku

Kubeczek menstruacyjny wielokrotnego użytku

Mogę się jednak wypowiedzieć na temat kubeczka, który przetestowałam i po testach używam. Na początku nie byłam do końca przekonana i wydawało mi się, że to raczej mało skuteczne i awaryjne rozwiązanie. Pomijam wątpliwości pt. „Jak to założyć?!?!?…” Zaryzykowałam jednak i kupiłam. Aplikacja nie jest trudna. Nie będzie tutaj filmiku instruktażowego, plansz i slajdów. Szczegółowa instrukcja jest dołączona do kubeczka. Podobnie jak woreczek, a często też mały pojemnik, w którym należy kubeczek wyparzyć przed i po cyklu stosowania. A w trakcie? Wystarczy mycie w bieżącej wodzie i regularne opróżnianie. I jest ok. Nie cieknie, nie uwiera, nie odstaje, nie podrażnia, nie ląduje w śmietniku po jednym użyciu, nie jest bielony chlorem. Powstaje z silikonu medycznego, który jest co prawda materiałem sztucznym, niemniej jednak biorąc pod uwagę jego wielokrotne użycie, nie tak uciążliwym dla środowiska, jak wytworzenie tamponu czy podpaski. Jest tylko jeden feler. Niezależnie od tego jaki kubeczek wybierzecie, zbierająca się w nim krew nigdy nie będzie niebieska 🙂

Będę szczęśliwa jeśli ten post przekona chociaż jedną osobę to przetestowania alternatywy dla tradycyjnych środków czystości. Nie ważne, czy to będzie kubeczek, bawełniana podpaska czy bambusowy tampon. Ważne, by nie wylądowało to w śmieciach po jednym razie. A może już testujecie czy używacie? Chętnie poznam Wasze opinie.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Muzeum Kennedych

2 listopada 2018

Pierwszy raz zachęcam Was do odwiedzenia miejsca, co do którego jestem niemal pewna, że raczej się na nie nie skusicie. I nie będę zaskoczona. Sama raczej wizyty nie powtórzę, chociaż nie można się zarzekać, szczególnie, że położone jest w ciekawej okolicy, która prezentuje się wyjątkowo właśnie jesienią. Ale nie przeciągając – Moi Drodzy oto Museum THE KENNEDYS

Tabliczka na wejściu do Museum Kennedys

Tabliczka na wejściu do Museum Kennedys

Placówka jest stosunkowo młoda. Powstała w 2006 roku i przez pierwszych sześć lat mieściła się nieopodal Bramy Brandenburskiej, przy Palcu Paryskim. W 2012 roku muzeum przeniesiono na Auguststrasse, do budynku gdzie kiedyś mieściło się żeńskie gimnazjum żydowskie. Na drugim piętrze kamienicy można zobaczyć ponad 350 fotografii przedstawiających historię rodziny Kennedy. I chyba właśnie forma sprawia, że muzeum nie jest zbyt popularne i ciężko tam o tłumy. Nie każdy ma cierpliwość, by obejrzeć ponad trzysta zdjeć, z których sporo jest do siebie bardzo podobnych. No chyba, że jest się pasjonatem i podobnie jak ja dostaje gęsiej skórki od samej świadomości, że to obrazy wykadrowane przez takie fotograficzne sławy jak Steve Schapiro czy Robert Lebecka. Można się napatrzeć. Szczególnie, że te ujęcia, to w dużej mierze przedstawienia codziennego życia amerykańskiego klanu.

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys   

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Dla tych, którzy w muzeum muszą zobaczyć coś więcej niż fotografie, pozostaje kolekcja prywatnych przedmiotów będących kiedyś własnością JFK. Jest aktówka z krokodylej skóry, etui na okulary czy breloczek do kluczy. Są też elementy garderoby prezydenta i Pierwszej Damy. Mnie osobiście najbardziej spodobały się odręczne notatki do przemówienia wygłoszonego przez Kennedy’ego w czerwcu 1963 roku przed ratuszem w Schoenebergu i transkrypcja słynnego: „Ich bin ein Berliner”. Samego przemówienia można odsłuchać w wydzielonej sali. Tam też dostępne jest video dokumentujące ten szczególny dzień.

„Ich bin ein Berliner"

„Ich bin ein Berliner”

Jak widać, nie jest tego wiele – tak naprawdę dwie sala, z których jedna przeznaczona jest na czasowe wystawy tematyczne. Obecnie można zobaczyć tam 70 fotografii przedstawiających historię amerykańskich Pierwszych Dam, m.in Jackie Kennedy, Hilary Clinton czy Michelle Obama. Całość ekspozycji można zobaczyć w ramach jednego biletu. Normalny kosztuje 5€, ulgowy 2,5€. Muzeum czynne jest od wtorku do niedzieli od 10:00 do 18:00, w soboty i niedziele od 11:00