All Posts By

Namysłowska

Dla ciała Wegetarianka w skórze Zdrowo Zjedz i wypij

Niby-mięso czyli zielone oszustwo

3 stycznia 2020

Dzisiaj zabieram się z mój ulubiony „wegetariański” temat  czyli zieloni naśladowcy mięsnych potraw. Mam na myśli wszelkie smalce z fasoli, gulasze z soczewicy, flaki z boczniaków i wegańskie schabowe. Wszystko te tradycyjne potrawy, które jarosze mieli odwagę ukraść z normalnej kuchni i zbezcześcić zamieniając ich  mięsne składniki na warzywne. Często spotykam się z pytaniem – jakim prawem i dlaczego? Dlatego dzisiaj postaram się odpowiedzieć na te pytania czy wręcz odeprzeć zarzuty. Zaczynajmy.

 

Źródło wegetarianizmu

Nie mam tutaj na myśli początków całego ruchu, raczej powody dla których poszczególne osoby decydują się na rezygnację z jedzenia mięsa. Jest ich wiele. Jedni wykluczają mięso z diety w ramach młodzieńczego kaprysu – żeby być zwyczajnie na przekór (jak ja w czasach gówniażerii). Innym zwyczajnie mięso nie smakuj, wolą zielone i już. Jeszcze inni, obserwując własny organizm doszli do wniosku, że spożywanie padliny im nie służy. Po kotlecie czują się ciężko, a po steku mają wzdęcia. I rezygnują. Są też tacy, którzy odstawiają parówki, fisch&chips czy hamburgera ze względów etycznych. Nie chcą przykładać ręki do cierpienia zwierząt. Jest też grupa, do której sama (finalnie) należę,  której przedstawiciele wiedzą, że ani kiełbasa, ani sznycel ani też filecik, do najzdrowszych produktów nie należy i spokojnie można funkcjonować bez.  I to właśnie te trzy  ostatnie grupy często posuwają się do oszustwa w postaci warzywnego smalcu, kotleta czy hamburgera. Zwyczajnie lubią ten posmak, formę i konsystencję. Czasem przyśnią się im flaki czy gulasz. I wtedy sięgają po „oszustwo”. I co w tym złego? Przecież to nie ich wina, że ulubione potrawy muszą wykreślić z menu z powodu pochodzenia czy konsekwencji.

 

Wsparcie dla początkujących

Tym razem chodzi o sytuację, gdy niby-mięsne potrawy mają pomóc początkującym wegetarianom. Bo początki są trudne. Jasne, zdarzają się osoby, które z dnia na dzień rezygnują z mięsa i zupełnie wymazują z pamięci zapach i smak bekonu, zachwycając się surowym jarmużem czy kaszą w tysiącu odmian. Ale są też tacy, dla których przejście na zieloną stronę jest trudniejsze i zajmuje nieco czasu. I to im właśnie, na początku tej drogi pomagają wegańskie kotlety czy sojowe parówki. Część z nich z czasem odpuści i pokocha surowy jarmuż, inni jeszcze długo będą się wspomagać i urozmaicać dietę niby-kiełbasą. I nie ma się co burzyć – na tej relacji nie traci ani wegetarianin ani oszukany smalec.

 

Czyste lenistwo

Na koniec argument najbardziej ludzki czyli lenistwo. Skoro istnieje coś w formie krążka, w chrupiącej panierce, smażone na oleju, urozmaicające  talerz z drugim daniem i to coś, ma już nazwę – kotlet, po co szukać nowej zbitki liter dla tego samego krążka ale z selerem czy kalafiorem w środku? Wiadomo przecież czego się spodziewać – będzie okrągłe i chrupiące. A wprawiony mięsożerca wyczuje, w czym rzecz. Podobnie ze smalcem. Białe smarowidło, nie do końca aksamitne z chrupiącymi okruchami. Co z tego, że białe nie ze świńskiego tłuszczu tylko z fasoli, a w zębach chrupie wędzona śliwka czy cebula? Rozprowadza się na chlebie tak samo. Poza tym, jeśli mamy się czepiać szczegółów, to mięsożercy też nie są bez językowej winy. Bo jeśli wierzyć słownikom i encyklopediom, szynką poszczycić się może tylko świnka, a kabanosa można robić tylko z kabana czyli wieprza. Co w takim razie z szynką z indyka czy drobiowym kabanosem?.. No?.. Było się czepiać?

 

Przyszłościowo

Na etapie badań i eksperymentów ale daleko posuniętych są prace mające na celu stworzenie/wyprodukowanie/wyhodowanie mięsa komórkowo. Co to oznacza? Za jakiś czas będzie można wciągnąć hamburgera z wieprzowiny, która nigdy nie doświadczyła świńskiego życia czy stek z kobe nigdy nie biegającej po pastwisku krowy. Będzie smakować jak mięso, mieć jego strukturę i właściwości. Różnica będzie polegała tylko na tym, że przy jego stworzeniu/produkcji/hodowli nie ucierpi żadne zwierzę. Pojawi się pytanie – jak nazwać ten produkt? Czy to znów będzie oszustwo? Kim będzie osoba opierająca na nim dietę?

 

Wszystko jest kwestią nazewnictwa,  a nazwy powstają w głowie. Ludzkiej. Dlatego może zamiast czepiać się szczegółów, lepiej zastanowić się nad zmianą nawyków żywieniowych.

 

Kryminał Książkowo poradniki

Z Kindla wzięte czyli co czytałam w listopadzie

19 grudnia 2019

Już niedługo koniec grudnia, a ja jeszcze czytelniczo listopada nie podsumowałam. A trochę się na Kindlu działo. Powiedzieć, że szarpało mnie czytelniczo na różne strony, to mało – ja w te różne strony poszłam! Sami zobaczcie.

Miesiąc zaczęłam spokojnie, zgodnie z zainteresowaniami, od Pauliny Młynarskiej i jej najnowszego dziecka „Jesteś spokojem”. Zdecydowałam się na tę właśnie pozycję licząc na konkrety związane z jogą. I te konkrety dostałam. Na kilkudziesięciu stronach. I to by mi wystarczyło. Nieszczególnie zainteresowały mnie opowiadania o dzieciństwie czy chorobie ojca. Mam świadomość, że to ważne dla autorki ale nie na to liczyłam.

Kolejna na tapetę trafiła „Pani Fletcher” Toma Perrotty. Skusiłam się po reklamie serialu, które de facto nie zobaczyłam. Wystarczyła mi książka….o zawartości zdecydowanie odbiegającej od opisów. Zgodnie z nimi miało być pieprznie, kontrowersyjnie i wbrew stereotypom, a było mdło i szaro. To nie tak, że ja oczekiwałam scen z rodem sado-maso ale jeśli ktoś zapowiada „pieprz” to niech to będzie pieprz, nie kurkuma.

Po tych dwóch rozczarowaniach stwierdziłam, że nie ma co błądzić, trzeba iść w znanym sobie kierunku czyli judaizm. I tak na Kindla trafiła „Narzeczona z getta” Sabiny Waszut. Było dobrze. Współczesna historia z judaizmem w tle. Dzieje śląskich Żydów, które jakoś dotychczas mi umykały; dużo tradycji i obrzędowości. Wszystko tak dobrze ujęte, że główna bohaterka w zasadzie jest niepotrzebna.

Licho jednak nie śpi. W połowie miesiąca kupiłam „Cenę nieśmiertelności. Bursztynową zagadkę” Darka W. Tokarskiego. Nie wiem, co mą kierowało – może potrzeba powrotu do historii na miarę Dana Browna? No nie wiem. Nie wiem też jak przebrnęłam przez te 700 stron. Fakt faktem, że było ciężko ale na szczęście mało już pamietam.

Dla ukojenia wróciłam do źródeł czyli kryminału. Tym razem padło na Hannę Greń i pierwszą cześć Śmiertelnej wyliczanki czy „Mam chusteczkę haftowaną”. Odetchnęłam. Były trupy, były przesłuchania, jakaś tam zagmatwana przeszłość i nadzieja polskiej policji czyli Naki, Joachim i Mariolan. Drugą część zostawiam sobie na święta.

Trzeci tydzień listopada upłynął biograficznie, z Arkadiuszem Bartosiakiem i Łukaszem Klinke, którzy w „Andrzej Seweryn. Ja prowadzę”, rozkładają aktora na czynniki pierwsze. Było bardzo ciekawie. Momentami ciężko się było oderwać. Trochę męczyły jednak ciągłe powroty do opozycyjnej aktywności obecnego dyrektora Teatru Polskiego, o których nie miałam pojęcia. Ale ogólnie na plus.

Miesiąc zakończyłam wielką czytelniczą porażką – Małgorzata Lisińska i jej „Pikantnie po włosku” to był dramat. Przyznam, chciałam czegoś lekkiego, nie wymagającego intelektualnego wysiłku….ale nie aż tak. Dobrze, że to była promocja na Woblink i ebook kosztował mnie niecałe 10 PLN, bo w przeciwnym razie nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.

A teraz mamy już grudzień, który zaczął się dobrze i oby tak dalej. O szczegółach już niebawem. Tymczasem – pochwalcie się, jak Wasz czytelniczy listopad? Coś ciekawego mi polecicie?

Dla ciała Życiowo

Minimalizm – ewolucja czy rewolucja?

4 grudnia 2019

Trafiłam dzisiaj na swoje blogowe początki. Tak przy okazji – wiecie, że pierwszy wpis pojawił się w maju 2011 roku? Trochę już tutaj jestem. Ale do rzeczy. W jednym z postów dotyczących wyprowadzki z ostatniego wrocławskiego mieszkania znalazło się stwierdzenie: „..dzisiaj czeka mnie pakowanie. Jest tego chyba cała ciężarówka..”

Uspakajam – nie było tego aż tyle, co nie zmienia faktu, że mój wrocławski dobytek zapełnił samochód Renault Kangoo po sufit. Nie było tam mebli (bo takowych nie posiadałam), nie było roweru (pojechał osobnym kursem), nie było też zbyt wielu książek (magazynowałam je w domu rodziców). To były tylko przedmioty codziennego użytku, szeroko pojęta garderoba itp. Generalnie…cały samochód niezbędnych do życia przedmiotów. Było tego mnóstwo. Samych ubrań chyba cztery walizki i dwa kartony. Dwa pudła butów. Przyznam szczerze, że nie wiem, czy wszystkich tych przedmiotów używałam, czy nosiłam wszystkie koszule, spódnice, torebki. Nie wiem, ale wiem na pewno, że wszystkie były mi w tamtym czasie absolutnie niezbędne i nie wyobrażałam sobie, że mogę ich nie mieć. Dacie wiarę, że miałam nawet super-potrzebne kurzołapy? To powinno dać Wam obraz tego, jak wyglądał mój dobytek, a tym samym podejście do posiadania….które już niebawem miało ulec kompletnej zmianie.

 

A stało się to już w przeciągu miesiąca. Mój cały dobytek na kolejne pół roku miał się zmieścić w plastikowej skrzyni o wymiarach 92x44x35, plus bagaż podręczny wielkości zwykłego plecaka. Przeraziłam się nie na żarty ale…udało się. Jak to było możliwe? Zadziałały przepisy mówiące, że na terenie bazy wojskowej obowiązuje odpowiednie ubranie (dwie zmiany munduru zielonego i dwie zmiany piaskowego) i odpowiednie obuwie („trzewiki pustynne”), a przede wszystkim ograniczenie bagażowe. Pomógł też zdrowy rozsądek, który podpowiadał, że torebka czy sukienka raczej nie sprawdzą się w afgańskich warunkach. Po przemyśleniach z kosmetyczki wyjęłam podkłady, tusze i cienie, a w ich miejsce pakowałam tampony i podpaski (dlaczego nie istniały jeszcze kubeczki?!?!!?). I tak drogą eliminacji i selekcji zmieściłam się w przepisach i poleciałam.

 

Po czterech dniach doleciałam, a z zawartością bagażu przeżyłam w Ghazni kolejne miesiące. Skłamałabym pisząc, że bazowałam tylko na tym, co przywiozłam. Z czasem garderoba nieco się rozrosła. Ale nie był to już efekt spontanicznych wypadów do galerii handlowych skutkujących zakupem kilkunastu koszulek za 9,99 PLN we wszystkich kolorach tęczy. Do garderoby doszły dżinsy przysłane z PL przez przyjaciółkę (dzięki Pear – jest nie tylko idealną florystką), bielizna (to wtedy przekonałam się do marki Triumph, której produkty przeżyły pranie i suszenie w bazowej pralni), najprostsze koszulki (wybierane z klucza – byle pasowały do munduru) i buty. Tych ostatnich była dokładnie jedna para. Skórzane Meindle za kostkę, dzięki którym wyszłam z tej afgańskiej przygody bez otarć i odcisków. Torebkę zastąpiły kieszenie spodni, a makijaż  – krem z filtrem 50.

 

Wydawać by się mogło, że po powrocie do „cywilizacji” wszystko wróci do dawnego stanu. Tak się jednak nie stało. Wręcz przeciwnie. Zostały dwie pary dżinsów, uniwersalne koszulki i wygodne buty. Z upływem czasu i zmianą pracy i stylu życia, szafa oczywiście ewoluowała. Pewne elementy odeszły na rzecz innych, coś przestało się sprawdzać, a coś innego okazało się niezbędne i musiało do garderoby dołączyć, jak torebka. Jedno tylko nie uległo zmianie – wszystko mieści się w jednej walizce. I jest praktyczne.

Jak widzicie, moja historia to zupełne zaprzeczenie tezy, że do minimalizmu trzeba dojrzeć, a pozbywanie się rzeczy to proces. Nie twierdzę, że tak nie jest. W wielu przypadkach „ewolucja” to z pewnością jedyny możliwy sposób przejścia na minimalizm. U mnie musiała nastąpić rewolucja. Gdyby nie ona, dzisiaj nadal obrastałabym w rzeczy, a elementy garderoby liczyłabym w setkach.

 

Jestem ciekawa, jak u Was wyglądała zmiana. Jesteście już „po”? To była rewolucja czy ewolucja? Podzielcie się doświadczeniami – chętnie poczytam.

Wegetarianka w skórze

Wegepies i wegekot – czy to możliwe?

26 listopada 2019

Zaczniemy od stereotypu. Nie jesz mięsa? To pewnie Twoja druga połowa też nie je. I dzieci pewnie też nie jedzą. I w ogóle już całą rodzinę  i połowę znajomych przeciągnęłaś na złą stronę mocy. I nawet psa  i kota karmisz sałatą.

No właśnie nie. Ja nie jem mięsa ale moja druga połowa –  jak najbardziej. Podobnie jak cała rodzina. I psy – stuprocentowi pożeracze mięsnych puszek. To dla mnie oczywiste i jasne jak słońce. Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. A jest! Coraz częściej słyszę i czytam o sytuacjach, gdy wegetarianin posiadający psa czy kota, wyklucza z jego diety produkty pochodzenia zwierzęcego. Czy słusznie? No cóż…

Zacznijmy od tego, że chociaż i kot i pies to tak samo kochane czworonogi domowe, ich natura jest kompletnie odmeinna. A co za tym idzie, kompletnie rozbieżne są ich potrzeby żywieniowe. Wynika to z ich pochodzenia i dziejowych perturbacji. Obydwa gatunki zostały udomowione bardzo wcześnie, bo około 10 tys. lat przed naszą erą (kot nieco później – 9 tys. lat p.n.e). Udomowienie stało się równoznaczne, ze zmiana sposobu odżywiania. O ile koty zaczęły korzystać ze stołu pana w ograniczonym zakresie, nadal polując  i dając w ten sposób upust swojemu instynktowi łowcy; o tyle psy bardzo szybko przestały samodzielnie zdobywać pożywienie, w pełni zdając się na właściciela.

W sukurs psom przyszła natura. W przeciwieństwie do 100% drapieżnych kotów, psy są bardziej zbliżone do zwierząt wszystkożernych. Ich układ pokarmowy jest dłuższy, co pozwala na dłuższe trawienie, nieodzowne w przypadku spożywania produktów pochodzenia roślinnego. Większe jest też ich jelito grube, co przekłada się na większą liczbę bakterii ułatwiających fermentację. Również większa liczba zębów przedtrzonowych i trzonowych ułatwia spożywanie tego typu pokarmów. Wreszcie –mają możliwość dostosowania metabolizmu do pozyskiwania większej ilości węglowodanów pochodzenia roślinnego.

A co z kotami? To stuprocentowi mięsożercy. Mają ostre, nieprzystosowane do żucia (a dokładnie rozcierania pokarmu) zęby. Ich żołądek jest jednokomorowy i dla odmiany wydzielający duże ilości kwasu solnego, co ułatwia trawienie mięsa – w szczególności surowego – u psa wygląda to nieco inaczej. Koci organizm nie wytwarza też enzymu dioksygenazy β-karotenowej odpowiadającego za przekształcenie β-karotenu zawartego w pokarmach roślinnych w retinal. Mówiąc wprost, pokarm roślinny nie dostarczy kotu wartości odżywczych. Co nie znaczy, że nie pokusi się on czasem na kawałek ugotowanej marchewki.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe fakty, jak brzmi prawidłowa odpowiedź na tytułowe pytanie? W przypadku psa  to dyplomatyczne: „To zależy”. Istnieją specjalne karmy, nie zawierające składników pochodzenia zwierzęcego ale wzbogacone składnikami sprawiającym, że dieta jest pełnowartościowa, a co za tym idzie – pies odżywiany w ten sposób będzie zdrowy. Nie są one jednak polecane dla psów sportowych czy pracujących, sami zaś producenci sugerują regularne kontrole stanu zdrowia takiego wege-psa.

Z kotami sytuacja jest dużo prostsza – im wegetarianizm nie tylko nie służy ale wręcz szkodzi. Koniec. Kropka.

Dlatego drodzy wegetarianie, jeśli chcecie pozostać wierni swoim poglądom, a nie wyobrażacie sobie mieszkania pod jednym dachem z mięsożercą – może warto pomyśleć o chomiku?

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Ogród botaniczny

22 listopada 2019

Nie wiem jak dla Was ale dla mnie, listopad to miesiąc bardzo trudny do przejścia. Oczywiście ze względu na pogodę. Nawet tegoroczny, bardzo łaskawy i obfity w piękne dni…pozostaje listopadem. Trzeba się jakoś wspomagać, żeby go przeżyć. Na wakacje w Maroko czy innych ciepłych Seszelach nie mogę sobie teraz pozwolić. Dlatego ratuję się „lokalnie” i namiętnie odwiedzam Ogród Botaniczny w Berlinie, do którego Was dzisiaj zapraszam. 

Botanischer Garten Berlin znajdujący się w dzielnicy Lichterfelde to część berlińskiego uniwersytetu i trzecia co do wielkości tego typu placówka na świecie. Jego początki sięgają końca XVI wieku, kiedy to w zupełnie innej lokalizacji (obecnie to Lustgarten na Wyspie Muzeów) cesarski ogrodnik hodował rośliny w wiadomym celu. Z czasem hodowla rozrosła się i zmieniła lokalizację. Do Ogrodu, który możemy odwiedzać w obecnej formie, pierwsi goście weszli w kwietniu 1903 roku.

Ogród ma powierzchnię 43 hektarów z czego ponad połowę zajmują park geograficzny oraz arboretum. Sporo miejsca poświęcono również na dwa stawy, gdzie prezentowana jest roślinność przybrzeżna. Pięknie prezentują się o każdej porze roku (nawet w listopadzie). Jednak na szczególną uwagę zasługuje „Ogród zapachu i dotyku” – dostosowany do potrzeb osób niewidomych i serce ogrodu czyli szklarnie 🙂

Początkowo było ich szesnaście, do dzisiaj przetrwało piętnaście w tym Wielka Szklarnia. Budowla wysoka na 23 metry i długa na 60 pamięta początki ogrodu. W niej właśnie można zobaczyć rośliny tropikalne, a dzięki specjalnej konstrukcji zapewniającej maksymalne nasłonecznienie  – poczuć się jak w tropikach. Nawet w listopadzie.

Ogród czynny jest przez codziennie (poza 24.12), od 09:00 do 20:00. Szklarnie zamykane są godzinę wcześniej. Bilet normalny kosztuje 6€, ulgowy – 3. Dostępne są również bilety rodzinne oraz całoroczne. Najprościej dostać się tutaj komunikacją publiczną – metrem i autobusem.

Dla ciała Filozoficznie Wegetarianka w skórze Zdrowo Zjedz i wypij

Wegetarianka w kaszmirowym swetrze cd.

18 listopada 2019

Dawno już nie było wegeteriańskich wątków, dlatego dzisiaj trochę scen z bezmięsnego życia. Wbrew pozorom sprawa tak osobista, jak sposób odżywiania, może wzbudzać nie tylko ciekawość ale też kontrowersje. Z resztą – sami poczytajcie.

„To co ty jesz, jeśli nie jesz mięsa?” – to klasyk, który zna chyba każdy wege. Tak, jakby dieta nie-jarosza opierała się w 100% na mięsie i jego przetworach. Na śniadanie parówka, na obiad schabowy, na kolację kiełbasa. Czy ktoś z Was, nie-wege,  tak się odżywia? Nie sądzę. Jecie przecież owsianki, kluski, placki, naleśniki, makarony itp. No i ja właśnie to jem. Mało tego. Jem rzeczy, o których Wam się nie śniło. Pasztet z pieczarek i kaszy gryczanej (by Jadłonomia), pasta z fasoli i pieczonego czosnku czy flaki z boczniaków. Jedliście? No właśni – a ja jadłam i jem!

„Ale ryby to chyba jesz?” albo dla odmiany „To ryb też nie jesz?” – wypowiadane z kompletną dezaprobatą. Aż korci żeby odpowiedzieć: „Jem, Przecież dzisiaj ryby to już nie mają mięsa tylko plastik i metale ciężkie”. Zdumiewające, jak szybko ryba w ludzkim umyśle przechodzi przemianę. Jak długo macha płetwą ogonową w rzece czy akwarium, tak długo jest zwierzątkiem; gdy tylko wyjąć ją z wody – to już nawet tkanki mięśniowej nie ma. Cudowne przemienienie, co? A zupełnie poważnie – ten tok myślenia, to prawdopodobnie spadek po “diecie katolickiej”, w której w piątki nie jada się mięsa ale ryby jak najbardziej. Swoją drogą – ten temat też musze zgłębić. Będzie wpis o piątkowej rybie bez mięsa 😉

„Ale to nie mięso, to kurczak!” – to jak dla mnie większe przebicie niż bezmięsna ryba. I na to nie znajduję już naprawdę żadnego wytłumaczenia. Serio, serio. Żeby jeszcze podciągnąć pod to cały drób…ale jakoś kaczki, gęsi czy indyka, nikt mi nie oferował, za to kurkę to jak najbardziej. A to przecież, idąc w spożywczą nomenklaturę – może i filet być i szynka 😉

„Mięsa nie jesz ale buty/torebkę/kurtkę skórzaną nosisz!” – to wypowiadane z przekąsem, a czasem dziką satysfakcją. No właśnie – ja słusznie zauważono – „noszę”. Nie przeżuwam, nie zagryzam, nie połykam czy oblizuje tylko noszę. Bo dla mnie wegetarianizm to sposób odżywania. Nie styl ubierania czy praktyka duchowa tylko zwyczajnie rodzaj diety. I tyle. Było już kiedyś o tym, że dla mnie to co pakuję do ciała jest tak samo ważne jak to, co na tym ciele noszę. Nic się w tej materii nie zmieniło.

A jak u Was? Jecie mięso czy nie? A może znacie jakieś wege-klasyki. Podzielcie się – chętnie poczytam,

Kryminał Książkowo Obyczajowe

Z Kindla wzięte czyli co czytałam w październiku

14 listopada 2019

Jeśli wierzyć internetom, jesień to idealna pora roku na testowanie zestawu 3xk – książka+kubek+kocyk. W moim przypadku było 1xk czyli Kindle i sześć pozycji, z których cztery chciałabym Wam przedstawić.

Zaczęłam od wyczekiwanego od tygodni „Końca samotności” Janusza L. Wiśniewskiego. Nie ukrywam, że kupiłam książkę, gdy tylko było to możliwe (ok, przyznam się – czekałam do północy aż pojawi się w ofercie Woblinka). „Koniec samotności” to niejako kontynuacja „S@amotności w sieci”, historii miłosno-komputerowej sprzed 18 lat. Czekałam, czekałam i nie zawiodłam się. Jest/Było pięknie. Z uczuciem, ciekawą historią, Internetem i Kortezem. Polecam gorąco nawet tym, którzy nie czytali historii Jakubka sprzed lat. Warto.

Następny był „Pokrzyk” Katarzyny Puzyńskiej. Jestem z autorką i bohaterami lipowskie sagi od początku. Czekam z niecierpliwością na każdy kolejny tom, a gdy ten już się pojawi…bywa różnie. Czasem zarywam noc, żeby tylko dowiedzieć się, co wymyśliła Klementyna. A czasem z niedowierzaniem kręcę głową czytając o dziwnych krokach Daniela czy Emilki. Czasem bywa też tak, że mam ochotę rzucić książką w kąt czy zerknąć jeszcze raz na okładkę, czy to aby na pewno Puzyńska. I tak niestety było tym razem. Już poprzednia, dziesiąta część była słaba, ale liczyłam, że zgodnie z ruchem sinusoidy, znów będzie progres. I się przeliczyłam. Autorka postawiła na zupełnie nowy (dla mnie niezrozumiały) sposób prowadzenia narracji. Brakuje mi też „kryminalności” czyli przesłuchań, tropienia, śledztwa czy trupów, takich z prawdziwego zdarzenia. Nawet bohaterowi jacyś tacy niedorysowani. Słabo…słabo…

Kolejny był „Horyzont” Jakuba Małeckiego. To moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Nie wiem, czy będą kolejne ale „Horyzont” rozłożył mnie kompletnie na łopatki. To historia dwóch młodych osób – Zuzki, którą zaczynają przerastać rodzinne tajemnice,  i Mańka, weterana z Afganistanu, byłego sapera. Ci, którzy są tutaj dłużej wiedzą, że byłam w Afganistanie. Nie jako żołnierz ale pracownik cywilny. Nie nosiłam broni, nie stawałam oko w oko z Talibami, nie narażałam życia. Ale wiem, jak wygląda funkcjonowanie w bazie, która jest regularnie ostrzeliwana, z czym wiąże się wyjazd na patrol i jakiego schiza łapiesz, gdy po powrocie do PL słyszysz sygnał „incomming”. Jak to podsumował mój kolega, który też tam był: „Ależ książka…Poza tym, że jestem głównym bohaterem i że boję się jej czytać to juz nic..Nie sądziłem, że ktoś tak tak samo może widzieć.” No cóż…polecam 🙂

I na koniec Magdalena Witkiewicz i „Jeszcze się kiedyś spotkamy”. Nie mogło się obyć bez odrobiny judaizmu. Tym razem w wydaniu beletrystycznym. Autorka przenosi nas do Grudziądza z okresu II wojny światowej. Są młodzi ludzie, których dotychczasowe relacje zostają wystawione na próbę, a plany weryfikuje nazistowska rzeczywistość. Jest piękna miłość, taka ponadczasowa. Jest sporo życiowej prawdy. Ale przede wszystkim są fakty, o które autorka bardzo zadbała. Konkretne daty, adresy, ulice, domy, zdarzenia. Sprawdzone, udowodnione, prawdziwe. I dlatego tę książkę tak dobrze się czyta. Polecam.

A sama  zabieram się za kolejne książki, o których już niebawem. Będzie nie tylko kindlowo ale też papierowo!

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to…może Poznań i Muzeum Historii Ubioru?

17 października 2019

W ramach odkrywania Polski zza zachodniej granicy trafiłam do Poznania. Miasto dla mnie mało znane. Tak naprawdę byłam tam raz, jakieś 13 czy 14 lat temu i kojarzyłam tylko Stary Browar i niezliczone ronda i mosty. Nie powiem, żebym miała jakiś sentyment do stolicy Wielkopolski. Co nie zmienia faktu, że postanowiłam Poznań odwiedzić. 

Od razu powiem, że pierwotne wrażenie pozostało. Nie zakochałam się, nie zaiskrzyło między nami. Niemniej jednak uważam, że warto tam pojechać i pobyć 2-3 dni, by zobaczyć ICHOt i Muzeum Narodowe, przespacerować się po Ostrowie, zjeść w Hyćce i zobaczyć prawdziwą perełkę czyli Muzeum Historii Ubioru

 

To ostatnie zrobiło na mnie wielkie wrażenie, pomimo tego, że jest stosunkowo małe i mieści się w trzech pomieszczeniach, na parterze kamienicy przy ulicy Kwiatowej 14. Jest mało widoczne z ulicy, uwagę zwracają jedynie okna przysłonięte tematyczną zasłoną. Jednak po wejściu do środka odbywa się natychmiastowa podróż w czasie w krainę koronek, krynolin i gorsetów. 

Na manekinach zobaczyć można kobiece stroje z XIX wieku. Są to suknie domowe, wizytowe, dzienne, letnie, jedwabne, bawełniane, a nawet wełniane. Prawdziwe cudeńka. Część z nich to oryginały, inne to rekonstrukcje wykonane osobiście przez Panią Annę Moryto, która jest właścicielką zbiorów i całego Muzeum. Jak dziwnie by to nie zabrzmiało, jest to prawda. Muzeum jest bowiem placówką prywatną. Może właśnie dlatego, tak zachwyca i ciężko z niego wyjść, szczególnie jeśli ma się okazję zapoznać z ekspozycją w towarzystwie Pani Anny. 

Jak już wspomniałam, muzeum jest stosunkowo małe powierzchniowo, jednak bardzo „bogate w treść”. Kolekcję ubiorów uzupełniono planszami prezentującymi dodatkowe elementy ubioru, czy sama suknie na historycznych postaciach. By dobrze zapoznać się z historią ubioru i wszystkim eksponatami, sugerują zaplanować godzinną wizytę. A najlepiej umówić się z autorką kolekcji, która chętnie opowie o swojej pasji. 

Informacje praktyczne:

 – muzeum czynne jest w czwartek i piątki w godzinach 11:00 – 15:00 oraz w soboty i niedzielę od 11:00 do 17:00

 – bilet normalny kosztuje 12 PLN, ulgowy 8 PLN; możliwe jest zwiedzanie z przewodnikiem

 – kolekcja cały czas się rozrasta, a co za tym idzie, ekspozycja będzie się zmieniać – już na najbliższe miesiące zaplanowano ekspozycje poświęcone modzie męskiej

 – więcej informacji na stronie internetowej placówki: https://xixgallery.com

 

Dla ciała less waste Zdrowo

Wegetarianka i jej kosmetyczka

2 maja 2019

Jeśli wegetarianka, to pewnie ćwiczy* jogę, jeździ na rowerze, pije smoothie i używa tylko naturalnych kosmetyków, nietestowanych na zwierzętach, bez parabenów i innych “złych” składników. To opinia (nie chcę używać określenia stereotyp) jest bardzo powszechna. Ciężko z nią walczyć, szczególnie, że często wegetarianizm idzie w przez z jogą, rowerem i cała resztą „eko”. Często ale nie zawsze, czego jestem najlepszym przykładem. Bo jestem wegetarianką, praktykuję jogę (bo jogę się praktykuje, nie ćwiczy), jeżdżę na rowerze ale smoothie pijam rzadko, a do naturalnych kosmetyków podchodzę… powiedzmy, że zdroworozsądkowo i lekko egoistycznie. 

Pisałam już o naturalnych kosmetykach do codziennej higieny tutaj. I w tym względzie nic się nie zmieniło. Nadal jestem fanką arabskich mazideł, które uzupełniam tymi z własnego podwórka. I tak w łazience obok mydła Savon Noir jest jeszcze…Biały Jeleń. Tak, zwyczajne szare mydło. Nie wersja de luxe czyli z bursztynem, różą czy otrębami. Zwyczajna szara kostka pachnąca wątpliwie. Myję nim ręce i twarz. O tak, czuję te karcące spojrzenia i pytania o tonik/mleczko/serum itp. Odpowiadam – nie mam i miała raczej nie będę. Przerobiłam już przeróżne cuda, za 10, 50 i 100 PLN i nic nie dało widocznych efektów poza uczuleniem. Dopiero szare mydło w połączeniu z jeżykiem (taka mała gumowa szczoteczko-gąbka do mycia twarzy) odpowiednio dba o moją buzię.

Czy to wystarcza? I tak i nie. Do mycia – jak najbardziej, do uzyskania efektu „wow” – niezupełnie. Do pełni szczęścia stosuję jeszcze kremy. Dwa. jeden na noc, drugi na dzień. Ten na noc to aktualnie  Clarena Hyaluron 3D Elixir, a na dzieńteż Clarean ale Probio Balance Cream.Wcześniej, przez cztery miesiące były dwa inne, też marki Clarena. Dlaczego ta marka i te właśnie kremy? Bo tak wybrała moja kosmetolog,pani Aleksandra Węgrzyn z Zakładu Kosmetycznego Beauty Expert,  która od kilku lat zajmuje się moją twarzą i nie tylko. Ona najlepiej wie, co dla mnie najlepsze. Nie szukam w drogeriach, nie testuję darmowych próbek z gazet, nie słucham poleceń znajomych. Krem się kończy (zazwyczaj równo z porą roku), a ja odbieram z gabinetu nowy. Szczerze mówiąc, nie patrzę nawet na jego skład czy zalecenia. Wiem, że będzie dobry. I muszę przyznać, że jeszcze się nie zawiodłam. Żaden z kosmetyków dobranych przez Panią Aleksandręmnie nie uczulił, nie podrażnił skóry twarzy. Żaden nie trafił do kosza czy nie stoi na półce nieużywany. Każdy z nich jest dobrany dokładnie pode mnie. Niestety nie zawsze tak było.

Kiedyś kremy dobierałam sama. Oj, to była maskarada. Cała masa pojemniczków, pudełeczek, tubek i słoiczków, a na twarzy barwy wojenne wywołane uczuleniami. Przerabiałam też fazę „naturalne i polskie”, sprawdzając na etykietce czy aby naturalne, zdrowe, eko itd. Była ona efektem zmiany trybu/stylu życia na bardziej „uważny” i przyjazny naturze. I tak w zasadzie jest do dzisiaj. Staram się ze wszystkich sił być eko i less-waste ale – jak już wiele razy wspominałam na blogu – ze zdroworozsądkowym podejściem. I tak jest właśnie z kremami. Oczywiście, że mogłabym stosować kremy bez zawartości jakiejkolwiek chemii, myć włosy octem czy siemieniem lnianym, a zamiast antyperspirantu stosować ałun. Byłoby100% eko ale czy ja byłabym 100% zadowolona? Nie. Raz, że to nie są dla mnie komfortowe w stosowaniu rozwiązania. A dwa – śmiem wątpić w skuteczność ich działań. Tak jak ałun, nie ogranicza wydzielania potu, tak krem złożony z naturalnych olejków, gliceryny i ekstraktów roślinnych, nie będzie w pełni skuteczny.I jeśli nawet na początku miałam jakiekolwiek wątpliwości, szybko się ich pozbyłam, ufając opinii eksperta czyli Pani Aleksandry, która wytłumaczyła mi, że:

„Współczesna kosmetologia jest bardzo prężnie rozwijającą się dziedziną nauki. Każdy specjalista wie, że nawet najlepsze naturalne składniki, nie przyniosą skórze wiele korzyści jeśli nie zastosujemy odpowiednich nośników substancji aktywnych np. liposomów. Naturalny antyoksydant jakim jest dobrze wszystkim znana witamina C nawet zastosowana w stężeniu 100 % bezpośrednio na skórę nie przyniesie nam żadnych dobroczynnych efektów. Jest ona bowiem bardzo niestabilna i szybko utlenia się po kontakcie z promieniami UV. Jeśli jednak zamkniemy ją w nośniku liposomowym wystarczy, żeby jej stężenie wynosiło 0,5% zostanie ona przetransportowana do skóry właściwej. Tam dopiero ulegnie przekształceniu w formę aktywną i zadziała wielokierunkowo.”

Dlatego, wbrew stereotypom i naganom wzrokowym pozostanę przy kosmetykach „niekoniecznie-super-eko-zero-waste”. Najważniejsze, że działają, a ja nie produkuję śmieci wrzucając do kosza kolejny nietrafiony produkt.

A jak z tym u Was? Stosujecie tylko naturalne kosmetyki, eksperymentujecie? Czy może macie swoje sprawdzone typy? Chętnie je poznam.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Galeria Malarstwa

15 lutego 2019

Już dawno Was nigdzie nie zabierałam. Działo się tak miedzy innymi dlatego, że sama niczego nowego nie odkryłam. Aż do przedwczoraj. Zatem – zapraszam do Galerii Malarstwa.

Gemaeldeglerie, bo tak brzmi po niemiecku nazwa tego przybytku, to jeden z najznamienitszych w świecie zbiorów malarstwa europejskiego z wieków XIII-XVIII. Można tam zobaczyć dzieła taki mistrzów jak Rafael, Tycjan, Rembrandt czy Bruegel. Jednym słowem, w oryginale i na płótnie to, co pamiętamy z podręcznika do historii, dzięki staraniom Hohenzollernów, których to kolekcja stanowiła zaczątek dzisiejszego muzeum. I chyba tylko te „stare” korzenie upodabniają Galerię do pozostałych berlińskich instytucji kulturalnych. Pod względem położenia czy popularności, jest swego rodzaju ewenementem.

Przede wszystkim nie mieści się na Wyspie Muzeów czy w innym zabytkowym wnętrzu. Zbiory zgromadzono w nowoczesnym budynku, przy Kulturforum, nieopodal Placu Poczdamskiego, co uważam za wielką zaletę. Raz, łatwo i szybko można tam trafić z każdego popularnego szlaku wycieczkowego. Dwa, ascetyczne wnętrza pozwalają skupić się na dziełach sztuki; nic nie rozprasza podczas liczącego 2 kilometry spaceru po 70 salach. Trzy, docierają tutaj tylko najbardziej zdeterminowani, co przekłada się na brak tłumów w salach (zdarzało mi się przez kwadrans być zupełnie samej w otoczeniu arcydzieł) i przy kasach.

Muzeum ma też jeszcze jedną – dla mnie – zaletę. W odróżnieniu od innych berlińskich placówek tego typu, organizatorzy nie przygotowali go w żaden szczególny sposób do potrzeb nieletnich. Wiem, dla wielu to wada. Ale dla mnie wielką przyjemnością jest oglądanie obrazów bez zakłóceń werbalnych czy ruchowych. Muzeum posiada jedną salę, gdzie zrekonstruowano pracownię malarską sprzed wieków, a w gablotach zgromadzono naturalne barwniki. To wszystko, co przygotowano dla najmłodszych. Jest też możliwość odbycia lekcji muzealnych.

Na koniec jeszcze garść informacji praktycznych. Muzeum jest czynne we wszystkie dni tygodnia poza poniedziałkiem; od 10:00 do 18:00 we wtorki, środy i piątki; w czwartki do 20:00, a w soboty i niedziele od 11:00 do 18:00. Bilet normalny kosztuje 10€, ulgowy – 5. Przewodniki audio dostępne są w wersji niemieckiej, angielskiej, francuskiej i włoskiej.