All Posts By

Namysłowska

Dla ciała Zjedz i wypij

Rumowisko

17 stycznia 2019

Nie będzie o ruinach ani burzeniu. Będzie o rumie. W ramach obalania stereotypów. Bo przyznajcie sami, co pierwsze przychodzi Wam do głowy, gdy słyszycie słowo” rum”? Butelka made in Słowacja tudzież Czechy i jej zawartość dolewana do herbaty w zimowe wieczory da rozgrzewki. Sama tak długo myślałam, aż nie spróbowałam prawdziwego rumu. I rozsmakowałam się w tym trunku do tego stopnia, że „przebił” ulubione izraelskie wino. Dlatego dzisiaj w ramach obalania stereotypów będzie o rumie. Tym prawdziwym.

Ten marynarski trunek narodził się jak wszystko w starożytnych Indiach i Chinach. Do Europy trafił wraz kulturą arabską – pierwsze „europejskie” plantacje trzciny cukrowej mieściły się na terenie dzisiejszej Hiszpanii. Stamtąd sadzonki tej rośliny razem z Krzysztofem Kolumbem trafiły do Ameryki Środkowej, gdzie w XVII wieku rozpoczęto produkcję rumu. Dokładnie rozpoczęto produkcję cukru trzcinowego, a z odpadów powstałych przy produkcji wytwarzano rum. Tradycja mówi, że pierwsze destylarnie powstały na Barbadosie. To właśnie karaibskie wyspy były miejscem, gdzie rozgościli się piraci – najwięksi miłośnicy tego trunku (patrz: kapitan Jack Sparrow – „Why the rum is always gone?”) Ten bursztynowy trunek stał się tak popularny, że z czasem na królewskich statkach zastąpił piwo. Wraz z rosnącym w Europie zapotrzebowaniem na cukier, rosło też zainteresowanie i konsumpcja rumu. Pierwsze destylarnie powstawały w Nowym Jorku i Bostonie; kolejne na portugalskich wyspach (Madera, Madagaskar). Rum wytwarzano też oczywiście na wyspach karaibskich.

No właśnie – wytwarzano. Jak wytwarza się rum? Są różne sposoby, ponieważ w przeciwieństwie do np. whisky, nie ma jednej metody. Produkcja uzależniona jest od miejsca. Na Karaibach i w Brazylii produkuje się go z melasy, w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest destylacja (tutaj też brak standardowej metody), a następnie dojrzewanie.

I tu dochodzimy do sedna czyli aromatu i koloru, a te zależą od pojemników, w jakich rum leżakuje. I tak rum biały (czasem nazywany srebrnym) leżakuje najkrócej, bo do 12 miesięcy, najczęściej w zbiornikach ze stali nierdzewnej. Przed butelkowaniem jest filtrowany, co daje mu bardzo łagodny i delikatny smak. Przykładem może być Bacardi Superior, który idealnie nadaje się do drinków i koktajli. Rum biały produkowany jest najczęściej w Portoryko. Bardziej „kolorowy” jest rum złoty. Dojrzewa nieco dłużej – do trzech lat, a kolor zyskuje dzięki dębowej beczce, w której leżakuje. Tego lepiej nie kalać mieszaniem z sokami czy innymi dodatkami. Sam w sobie jest smaczny. I to właśnie ten rum popijał Ernest Hemnigway w El Floridita. Najlepsze złote rumy pochodzą z Kuby, Portoryko, Trynidadu i Barbadosu rzecz jasna. Tutaj moim faworytem jest Dos Maderas – najciekawszy smak ze wszystkich, które dotychczas spróbowałam. Do najcięższych aromatów należą rumy ciemne. One również leżakują w beczkach drewnianych, dodatkowo wypalanych. Proces ten trwa zdecydowanie dłużej, bo nawet 10-15 lat. Dzięki temu ich smak jest niepowtarzalny. Tutaj najlepszym przykładem będzie Agnostura 1824, 12-letni rum starzony, leżakujący w wypalanej beczce dębowej po amerykańskim burbonie. Nie będę rozwodzić się nad smakiem – bo nie miałam okazji go jeszcze poznać ale gdy tylko zdegustuję, na pewno podzielę się wrażeniami. Nie miałam też okazji próbować żadnego z tak zwanych „overproof”. To rumy o ostrym smaku, w których zawartość alkoholu sięga 60, a nawet 80%. Są one jednak mało popularne – również ze względu na cenę.

I na koniec wróćmy do wspomnianych stereotypów i rumu czechosłowackiego. Był taki czas w historii naszego kontynentu, kiedy na starym kontynencie rozpoczęto wytwarzanie destylatu z melasy buraków cukrowych. Tutaj kłania się właśnie Tuziemski Rum czy austriacki Stroh. Biorąc pod uwagę pochodzenie, ciężko się dziwić stereotypom 🙂 Na pocieszenie warto dodać, że po wejściu krajów produkujących ten alkohol do UE, nazwy trunków musiały ulec zmianie. Dlatego dzisiaj rum to rum czyli produkt powstały w trzciny cukrowej. Unijne normy spowodowały również, że z rynku zniknął mocny trunek w wersji prosto z karaibskiej destylarni, a na jego miejsce wszedł alkohol rozcieńczany wodą do 30-40%, który nadal jest rumem.


Do zobaczenia

SE06E01 czyli nauka języka przez seriale

19 listopada 2018

Ręka do góry, kto nie czekał albo nie czeka na kolejny sezon „House of Cards”, „Gry o tron” czy innego „Belfra”. Nie przesadzę jeśli napiszę, że dzisiaj seriale oglądają wszyscy. I o ile zawsze jestem czarną owcą w stadzie, o tyle w kwestii seriali podążyłam za tłumem. Oglądam nałogowo. Tłumaczę sobie, że w ten sposób uczę się niemieckiego (oglądam z niemieckim lektorem i niemieckimi napisami). To oczywiście tylko dorabianie teorii. Co nie zmienia faktu, że oglądam. A co oglądam? Poniżej kilka moich typów.

Netflix kusi

Netflix kusi

„House of cards” to jeden z pierwszych hurtowych tasiemców, który obejrzałam. I wkręciłam się bardzo. Mogę też powiedzieć, że byłam wieszczem jeśli chodzi o bohaterów, bo od samego początku bardziej niż Frank, fascynowała mnie Claire. Świetnie było obserwować jak z sezonu na sezon psuje się, a jednocześnie kształtuje jako polityk. Idealnie wyzbywała się ludzkich cech. Można powiedzieć, że była w tym psuciu bardziej konsekwentna i skuteczna niż jej mąż. Dlatego niemal na wdechu obejrzałam ostatni sezon i tylko przy ostatnich odcinkach, gdy Pani Prezydent jest w ciąży entuzjazm trochę opadł. Ale generalnie polecam. Również do nauki języka. Do końca życia zapamiętam, że kongresmen (tudzież parlamentarzysta) to Abgerodnete. Der Abgeordnete.

Przed „House of cards” był jeszcze „Dexter”. To zamierzchłe afgańskie czasy, kiedy czekając na przerzut do kolejnej bazy oglądało się baaardzo dużo. Nie było jeszcze wtedy takiego urodzaju na tasiemce, wybierało się droga eliminacji. „Dexter” zdecydowanie wyeliminował wszystkich. Do końca już trochę męczył ale gdyby pojawił się kolejny sezon…dlaczego nie. Na przygodach technika od krwi doskonaliłam angielski. Żadnego charakterystycznego słowa nie pamiętam.

W przypadku kolejnego typu będę przewidywalna. To oczywiście „Gra o tron”. Oglądana dla Jamiego Lannistera i jego małego brata o ciętym języku. W przypadku tego serialu jestem pod wrażeniem całokształtu. Stworzenie alternatywnej rzeczywistości ze smokami i lodowymi zombie to nie lada wyczyn. Do tego uknucie całej sieci intryg i rodzinnych powiązań – majstersztyk. Teraz czekam na wiosnę, bo „Winter is coming”.

Dla odzyskania równowagi obejrzałam też i nie żałuje „The crown”. Nigdy nie interesowałam się specjalnie historią brytyjskiej monarchii czy samego Zjednoczonego Królestwa ale po obejrzeniu serii sprawdziłam kilka faktów i sięgnęłam po biografię Winstona Churchill. Chciałabym też przeczytać jakieś wspomnienia czy historię Filipa, księcia Edynburga, który jak dla mnie jest głównym bohaterem serialu. Nie Elżbieta w chustce, z torebeczką i psami ale właśnie on, bez jaj ale z twarzą.

Pozostając w brytyjskim klimacie skusiłam się też na odkrycie ostatnich tygodni czy „Bodyguard”. Mini- seria o problemach współczesnego wielkiego świata jakimi są terroryzm i walka o stołki w opcji well educated, plus mega feminizm czyli kobiety na wszystkich ważnych stanowiskach. Cytując klasyka: „D….y nie urywa” ale Richard Madden daje radę. I to jego „Yes ma’am”, którego na szczęście nie przetłumaczyli na „Jawohl”.

I to byłoby na tyle. To znaczy obejrzałam tych seriali jeszcze sporo ale tylko te mnie przekonały i te mogę polecić.  A może Wy mi coś polecicie – do nauki języka rzecz jasna 🙂

Dla ciała less waste Zdrowo

Płynie w Was błękitna krew?..

12 listopada 2018

Wbrew tytułowi, nie będzie o szlacheckim pochodzeniu ale o okresie. Menstruacji, miesiączce, „tych dniach” kiedy kobieta cała w skowronkach chętnie idzie na zakupy, by przymierzyć setki par białych spodni, umawia się na wieczorne wyjście ze koleżankami, chętnie biega w obcisłych legginsach, ewentualnie wywija na parkiecie z figlarnie powiewającą spódnicą, która ukazuje jej białe majtki. Tak przynajmniej tą rzeczywistość obrazują reklamy dodając jeszcze slajdy z podpaską polewaną błękitnym płynem z probówki albo animację tamponu, który też powiększa się od niebieskiej cieczy znikąd. 

A teraz rzeczywistość. Czyli w większości przypadków tabliczka czekolady, koc, kanapa, książka i Netflix. Tak to najczęściej wygląda. Są siłaczki, które radzą sobie bez tych wspomagaczy. Ale ich też dotyczy ciąg dalszy czyli krew koloru czerwonego i tampon tudzież podpaska. Norma i standard, które znam z autopsji. Nie walczyłam z tym, bo to przyroda nieunikniona. Niemniej jednak od kiedy stałam się przewrażliwiona na punkcie ekologii, minimalizmu i wszelkich less-waste, mocno zaczęłam się zastanawiać nad drugą stroną medalu czyli zużytymi materiałami higienicznymi i ich powstawaniem.

Zacznijmy od początku czyli od produkcji. Tak naprawdę nie wiemy z czego powstają. Na opakowaniu nie ma „składników” ani opisu procesu wytwarzania. Nie wiesz, co sobie pakujesz w majtki albo jeszcze głębiej. Skądś jednak bierze się ich śnieżnobiały kolor, delikatna struktura i przyjemny zapach. W przypadku tamponów to chlorowana bawełna. W przypadku podpasek…plastik. No tak, nic innego. Miły, ładny i delikatny ale jednak sztuczny. To początek. A jeśli to plastik, to ile będzie się rozkładał? Co z niego powstanie w wyniku spalania? Sami widzicie, że nie wygląda to dobrze. Szczególnie, że – jeśli wierzyć statystykom – zdrowa kobieta zużywa w ciagu całego życia 15 000 tamponów lub podpasek. Góra śmieci. Bynajmniej nie niebieskich 😉 Dlatego zaczęłam szukać alternatywy i tak trafiłam na trzy opcje: bambusowe tampony wielokrotnego użytku, tampony-gąbki również wielokrotnego użytku, bawełniane podpaski również wielokrotnego użytku i kubeczek menstruacyjny. Pierwsze trzy opcje odpadły bez testowania. Jakoś nie jestem w stanie wyobrazić sobie wielokrotnego używania tamponu czy prania wkładki z podpaski. Nie będę negować ich skuteczności czy wpływu na środowisko naturalne, bo zwyczajnie nie przerobiłam tematu na własnej skórze.

Kubeczek menstruacyjny wielokrotnego użytku

Kubeczek menstruacyjny wielokrotnego użytku

Mogę się jednak wypowiedzieć na temat kubeczka, który przetestowałam i po testach używam. Na początku nie byłam do końca przekonana i wydawało mi się, że to raczej mało skuteczne i awaryjne rozwiązanie. Pomijam wątpliwości pt. „Jak to założyć?!?!?…” Zaryzykowałam jednak i kupiłam. Aplikacja nie jest trudna. Nie będzie tutaj filmiku instruktażowego, plansz i slajdów. Szczegółowa instrukcja jest dołączona do kubeczka. Podobnie jak woreczek, a często też mały pojemnik, w którym należy kubeczek wyparzyć przed i po cyklu stosowania. A w trakcie? Wystarczy mycie w bieżącej wodzie i regularne opróżnianie. I jest ok. Nie cieknie, nie uwiera, nie odstaje, nie podrażnia, nie ląduje w śmietniku po jednym użyciu, nie jest bielony chlorem. Powstaje z silikonu medycznego, który jest co prawda materiałem sztucznym, niemniej jednak biorąc pod uwagę jego wielokrotne użycie, nie tak uciążliwym dla środowiska, jak wytworzenie tamponu czy podpaski. Jest tylko jeden feler. Niezależnie od tego jaki kubeczek wybierzecie, zbierająca się w nim krew nigdy nie będzie niebieska 🙂

Będę szczęśliwa jeśli ten post przekona chociaż jedną osobę to przetestowania alternatywy dla tradycyjnych środków czystości. Nie ważne, czy to będzie kubeczek, bawełniana podpaska czy bambusowy tampon. Ważne, by nie wylądowało to w śmieciach po jednym razie. A może już testujecie czy używacie? Chętnie poznam Wasze opinie.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Muzeum Kennedych

2 listopada 2018

Pierwszy raz zachęcam Was do odwiedzenia miejsca, co do którego jestem niemal pewna, że raczej się na nie nie skusicie. I nie będę zaskoczona. Sama raczej wizyty nie powtórzę, chociaż nie można się zarzekać, szczególnie, że położone jest w ciekawej okolicy, która prezentuje się wyjątkowo właśnie jesienią. Ale nie przeciągając – Moi Drodzy oto Museum THE KENNEDYS

Tabliczka na wejściu do Museum Kennedys

Tabliczka na wejściu do Museum Kennedys

Placówka jest stosunkowo młoda. Powstała w 2006 roku i przez pierwszych sześć lat mieściła się nieopodal Bramy Brandenburskiej, przy Palcu Paryskim. W 2012 roku muzeum przeniesiono na Auguststrasse, do budynku gdzie kiedyś mieściło się żeńskie gimnazjum żydowskie. Na drugim piętrze kamienicy można zobaczyć ponad 350 fotografii przedstawiających historię rodziny Kennedy. I chyba właśnie forma sprawia, że muzeum nie jest zbyt popularne i ciężko tam o tłumy. Nie każdy ma cierpliwość, by obejrzeć ponad trzysta zdjeć, z których sporo jest do siebie bardzo podobnych. No chyba, że jest się pasjonatem i podobnie jak ja dostaje gęsiej skórki od samej świadomości, że to obrazy wykadrowane przez takie fotograficzne sławy jak Steve Schapiro czy Robert Lebecka. Można się napatrzeć. Szczególnie, że te ujęcia, to w dużej mierze przedstawienia codziennego życia amerykańskiego klanu.

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys   

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Fotografie tworzące ekspozycję w Museum Kennedys

Dla tych, którzy w muzeum muszą zobaczyć coś więcej niż fotografie, pozostaje kolekcja prywatnych przedmiotów będących kiedyś własnością JFK. Jest aktówka z krokodylej skóry, etui na okulary czy breloczek do kluczy. Są też elementy garderoby prezydenta i Pierwszej Damy. Mnie osobiście najbardziej spodobały się odręczne notatki do przemówienia wygłoszonego przez Kennedy’ego w czerwcu 1963 roku przed ratuszem w Schoenebergu i transkrypcja słynnego: „Ich bin ein Berliner”. Samego przemówienia można odsłuchać w wydzielonej sali. Tam też dostępne jest video dokumentujące ten szczególny dzień.

„Ich bin ein Berliner"

„Ich bin ein Berliner”

Jak widać, nie jest tego wiele – tak naprawdę dwie sala, z których jedna przeznaczona jest na czasowe wystawy tematyczne. Obecnie można zobaczyć tam 70 fotografii przedstawiających historię amerykańskich Pierwszych Dam, m.in Jackie Kennedy, Hilary Clinton czy Michelle Obama. Całość ekspozycji można zobaczyć w ramach jednego biletu. Normalny kosztuje 5€, ulgowy 2,5€. Muzeum czynne jest od wtorku do niedzieli od 10:00 do 18:00, w soboty i niedziele od 11:00

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij

W kiełkach moc!

22 października 2018

Podstawą diety wegetariańskiej i wegańskiej są warzywa. W najróżniejszej formie. Najlepiej, gdy są świeże i zjadane na surowo. A kiedy będą najświeższe? Gdy wyhodujemy je sami. Nie trzeba zagonów marchwi, ziemniaków czy wielkich krzaków pomidorów, chociaż one byłby ideałem. Wystarczą kiełki lucerny, brokułu, fasoli mung czy rzodkiewki. Dlatego dzisiaj zachęcam Was do samodzielnego kiełkowania.

Kiełki rzodkiewki i rzeżuchy

Kiełki rzodkiewki i rzeżuchy

Co będzie potrzebne? Przede wszystkim nasiona. I to nie byle jakie. Koniecznie te opisane jako nasiona na kiełki. Tylko kupując właśnie takie, mamy gwarancję, że będą nadawać się do jedzenia. Inne, przeznaczone do tradycyjnego siewu mogą być zanieczyszczone pestycydami czy środkami grzybobójczymi, które rzecz jasna są szkodliwe dla naszego organizmu. Odpowiednie, przeznaczone do kiełkowania nasiona można kupić w sklepach ze zdrową żywnością. Co raz częściej pojawiają się też w supermarketach czy dyskontach. Ja zaopatrzyłam się ostatnio w Lidlu w bardzo ciekawe mieszanki.

Ok, nasiona już są. Co jeszcze jest potrzebne? Odpowiednia naczynie do „produkcji”. I tutaj są trzy szkoły czy inaczej trzy sposoby:

  • kiełkownica – czyli pełen profesjonalizm 🙂 najbardziej popularna jest chyba szalkowa, sama taką właśnie posiadam. Składa się z trzech albo i więcej, nakładanych na siebie pojemników czyli szalek, które wypełniamy ziarnami i wodą. Ziaren powinno być tyle, by przykrywały powierzchnię i swobodnie oddychały. Wody dajemy mało; praktycznie tylko tyle, by nasiona były zroszone, nie pływały w niej. Nadmiar zostanie z resztą odprowadzony przez drenażową konstrukcję kiełkownicy
  • słoik  – czyli „domowa kiełkownica”; najlepszy szerszy, do którego łatwiej sięgną po gotowe już kiełki. Wieczko zastępujemy kawałkiem gazy zamocowanej gumką recepturką wokół szyjki. Zabezpieczy ona nasiona, a później kiełki przed wypadaniem podczas codziennego płukania
  • wata- to najprostszy sposób  i chyba wszystkim znany dzięki wielkanocnej rzeżusze; na płaskim talerzyku rozkładamy warstwę waty/ligniny/płatków kosmetycznych, na których rozkładamy nasiona i to zraszamy. Prościej się już nie da.

Kiełkownica i nasiona do kiełkowania

Kiełkownica i nasiona do kiełkowania

Poza nasionami  i pojemnikiem potrzebne jest też światło i temperatura czyli odpowiednie miejsce. Na początku lepiej jeśli jest to stanowisko zacienione, później można przenieść uprawę w jaśniejsze miejsce. Zbyt niskie temperatury spowolnią wzrost, zbyt wysokie będą wysuszały kiełki.

O czym należy pamiętać?

  • regularnie płuczemy kiełki – ja robię to nawet 3 razy dziennie
  • nie przelewamy ich – gdy stoją w wodzie istniej duże ryzyko, że zaczną pleśnieć
  • nie wysuszamy – wysuszone kiełki przestają rosnąć i żaden z nich pożytek
  • zbiory możemy przechowywać w zamkniętym pojemniku w lodówce nawet kilka dni, oczywiście też je przepłukujemy
  • nie jemy kiełków, które złapała pleśń czy grzyb, wyglądają na przywiędłe czy nieciekawie pachną
  • JEMY ICH JAK NAJWIECEJ BO TO BOMBA WIATMINOWA!

A Wy jecie kiełki? Kupujecie w sklepach czy wytwarzacie sami? Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach w temacie – może sama się dokształcę 🙂

Bez kategorii Do zobaczenia Filozoficznie W podróży

Jeśli nie Berlin, to może…Kraków?

12 października 2018

Już widzę zdegustowane miny tych, którzy myślą, że Kraków nie może niczym zaskoczyć. No, bo co tam można zobaczyć? Wawel, Rynek Główny, Bramę Floriańską i Kościół Mariacki. No może jeszcze Franciszkańską z papieskim oknem i Collegium Maius. I to by było na tyle. Tak, dla przeciętnego turysty to by było na tyle. Ale jeśli mieszkało się w tym Królewskim Mieście przez sześć lat, z czego pięć to czasy studenckie…. Ten Kraków ma zupełnie inny klimat.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Karmelicka z kościołem na Piasku  i numerem 27, gdzie mieszkał Xawery Dunikowski. No i sam początek ulicy czyli Teatr Bagatela, punkt zborny większości umawiających się w okolicy Plant (drugim punktem był „empik” w Rynku, który w końcu zamknęli, a trzecim skarbonka 😉

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To też boczna Karmelickiej czyli Batorego i willa „Pod Stańczykiem” z witrażami Stanisława Wyspiańskiego. Dzisiaj to siedziba Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego, kiedyś – dom Tadeusza Stryjeńskiego z pracownią w ogrodzie (za moich czasów – siedziba Katedry Judaistyki UJ).

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Mały Rynek z niesamowitym klimatem, szczególnie wczesnym rankiem, gdy widać tylko dostawców dowożących towar do restauracji. Z resztą turyści też rzadziej tutaj trafiają niż na Rynek Główny, który…hmmm… W moje opinii oczywiście.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To też Kazimierz. Ale nie ten turystyczny, wszystkim znany ze stadami wycieczek tylko bardziej zapomniany. Z ulicą Dajwór, która nazwę wzięła od nazwiska dzierżawcy pobliskiego folwarku („droga do Dajwora”, a dzisiaj pod numerem 18 mieści się Żydowskie Muzeum Galicja.

Kraków z innej perspektywy

Kraków z innej perspektywy

To Wola Justowska z całą swoją zielenią i willami, a których najsłynniejsza to oczywiście Willa Decujsza. Chociaż ja zawsze wpatrywałam się w inna, bardziej nowoczesną znaną jako „Dom z gontu”.

To też wiele innych miejsc, które przeżywałam mieszkając w Krakowie i to właśnie te adresy chciałabym pokazać zwiedzającym gród Kraka. Bo Kraków to nie tylko Wawel, Rynek Główny….

Bez kategorii Książkowo Obyczajowe poradniki

Z Kindla wzięte czyli ostatnio przeczytałam

8 października 2018

Wszystko, co trafia na mojego Kindl’a i finalnie zostaje przeczytane, skrupulatnie odznaczam i krótko recenzuję tutaj. Nie odczuwam potrzeby powtarzania tego na blogu. Zdarzają się jednak książki, które na tyle przykuły moją uwagę i dały do myślenia, że chcę się z Wami nimi podzielić. I tak w ostatnim czasie były to:

Odżywianie według jogi

Odżywianie według jogi

1) „Odżywianie według jogi. Uzdrawianie relacji z własnym ciałem i jedzeniem” Melissa Grabau

Mój romans z jogą trwa już niemal pięć lat; z większym lub mniejszym natężeniem. Jest to dla mnie rodzaj aktywności fizycznej. Praktyka jogi nigdy nie miała dla mnie wymiaru stricte duchowego – chodziło (i nadal chodzi głównie) o sprawność i elastyczność ciała. Dlatego po „Odżywianie według jogi” sięgnęłam raczej z czystej ciekawości. Spodziewałam się raczej jadłospisów i list produktów zakazanych i dozwolonych. Przed rozpoczęciem lektury pokpiwałam nawet w myślach, że nic nowego pewnie tam nie znajdę, poza znanym mi już wegetarianizmem czy nawoływaniem do odstawienia chemicznego jedzenia. A tu niespodzianka. W całej książce nie ma żadnego zestawienia produktów dobrych czy złych, ani jednego jadłospisu, nikt nie krzyczy, że jedzenie mięsa jest złe. Pozycja traktuje o odżywianiu jako procesie, który sprawia, że nasze życie i ciało wygląda i czuje się tak, jak jest przez nas traktowane. W oparciu o konkretne przypadki (osoby), autorka analizuje problemy żywieniowe współczesnego pierwszego świata, sugerując metody ich rozwiązywania. Bardzo pomocne są też ćwiczenia „duchowe” będące podsumowaniem każdego rozdziału. Wbrew tytułowi – książka nie tylko dla joginów.

2) „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” Natalia Sosin-Krosnowska

Najpierw powstała seria programów „Daleko od miasta” emitowanych na kanale Domo+. Każdy z odcinków poświecony był innej ucieczce mieszczucha na wieś, do idealnego i spokojnego życia. Ciężko jednak w niecałych 30 minutach streścić wszystkie emocje, wątpliwości i przeżycia bohaterów. Dlatego książka napisana przez prowadzącą, to idealne uzupełnienie programu. Wizja i fonia z programu zyskuje duszę. Okazuje się, że wymarzony dom w górach, to nie tylko cisza, spokój i bliskość natury ale i cieknący dach, dwugodzinna wyprawa do sklepu i szara, depresyjna jesień siąpiąca deszczem. Zbiór zwierzeń, z który chyba żadne nie jest tylko pochwalnym peanem na polską wieś, to lektura obowiązkowa dla każdego, kto chociaż raz pomyślał o rzuceniu wszystkiego i hodowaniu owiec w Bieszczadach.

3) „Paryska nieznajoma” Santa Montefiore

Z autorką „poznała” mnie moja nieżyjąca już babcia, podsuwając dawno temu „Spotkamy się pod drzewem ombu”. Od tamtej chwili regularnie wracałam (dzięki babci) do jej książek. Niestety babcia zmarła, a ja jakoś przestałam sięgać po lżejszą, kobiecą literaturę. Aż wpadła mi w ręce „Paryska nieznajoma”. Połknęłam ją w dwa wieczory. Nie jest to lektura wymagająca zastanowienia i analizowania. To zwyczajna ludzka historia ze wzlotami i upadkami, szczęściem i dramatem. Jest oczywiście nieszczęśliwa miłość, intryga i happy end. Bez filozofii, zadumania i niepotrzebnych analiz. Bo czasem trzeba się przenieść do alternatywnej współczesności, gdzie problemy są jakby łatwiejsze i życie prostsze.

A Wy, co ciekawego ostatnio przeczytaliście? Może coś z mojej listy, a może zupełnie innego? Chętnie poznam Wasze opinie i sugestie.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie – Ogrody Świata

5 października 2018

Dzisiaj miejscówka, w której zakochałam się z miejsca i żałuję, że odkryłam ją tak późno. Panie i Panowie – zapraszam do Ogrodów Świata czyli berlińskich Gaerten der Welt. Koniecznie zaopatrzcie się w aparat fotograficzny i wygodne buty. Będzie chodzenie i zachwyty.

Chociaż najczęściej klasyfikowany jako „park wypoczynkowy” czy „ogród botaniczny” czyli coś, co jest w każdym mieście i niczym nie zaskakuje, warto zaryzykować i pojechać do dzielnicy Marzahn-Hellersdorf. Najlepiej zdać się na komunikację publiczną – na miejsce dojeżdża metro (linia 5), kolejka (linia S7) i autobusy (X69 i 195). Jeśli decydujemy się na podróż samochodem, najłatwiej dojechać autostradą nr 10 ze zajazdem na Berlin-Marzahn. Trasa oznaczona jest bardzo dokładnie. Przy samym ogrodzie są też duże parkingi. Kompleks czynny jest codziennie, przez cały rok od godziny 10:00;  w miesiącach zimowych (grudzień, styczeń, luty) do 16:00, w pozostałe do 18:30. Przed wejściem trzeba oczywiście nabyć bilet. Normalny w sezonie kosztuje 7€, ulgowy 3€; zimą są odpowiednio tańsze – 4 i 2€. Dodatkowe ulgi przysługują między innymi grupom. Ważne – można kupić bilet z opcja przejazdu kolejką lub bez. Ale o kolejce później. Najpierw wejdźmy do ogrodu.

Fontanna w Ogrodach Świata

Fontanna w Ogrodach Świata

Koniecznie zaopatrzeni w mapę, bo chociaż oznaczenia są bardzo dokładne i ciężko się zgubić, mapa pomoże odhaczać kolejne punkty i dzięki niej niczego nie przeoczymy. A zwiedzania jest sporo. Na 21 hektarach znajduje się 10 ogrodów tematycznych. Wbrew nazwie, nie są to repliki istniejących już ogrodów z różnych zakątków globu ale całkowicie nowe założenia stworzone przy zastosowaniu rozwiązań z Japonii, Chin czy Korei oraz czerpiące z wielkich religii: taoizmu, buddyzmu, hinduizmu, chrześcijaństwa i islamu. Na terenie parku można zobaczyć ogrody:

  • chiński (do budowy wykorzystano oryginalne materiały sprowadzone z Chin)
  • japoński (wrocławski to tylko namiastka tego, co można zobaczyć tutaj)
  • koreański (to dar miasta Seul dla Berlina zbudowany przez 4 koreańskich robotników)
  • balijski (gigantyczna szklarnia, gdzie naprawdę czuje się zen)
  • chrześcijański (klasztorny wirydarz; warto dokładnie przeanalizować imiona 😉
  • angielski (róże, róże, róże i typowy wiejski cottage)
  • bylinowy (to przykład niemieckiej sztuki ogrodniczej XX wieku)
  • orientalny (zamknięty strumieniami ma symbolizować raj, tutaj naprawdę można poczuć Maroko – mój faworyt)
  • renesansowy (przenosi nas do włoskiej Toskanii)
  • labirynt (weszliśmy do niego dla żartu i naprawdę się zgubiliśmy!)

Ogród japoński

Ogród japoński

Poszczególne „ekspozycje” łączą się alejkami, a otoczone są zielonymi trawnikami, na których można wypocząć korzystając z zainstalowanych na stałe leżaków, foteli, huśtawek i innych relaksujących konstrukcji. Nigdzie nie dostrzegłam tabliczki „Nie deptać trawy”, co najwyżej uzasadnione „Zakazy wejścia”. Zadbano też o najmłodszych. Przy jednym z wejść stworzono alejkę z postaciami z bajek Andersena.  Jest też duży plac zabaw. A dla wszystkich w całym parku zbudowano 14 najróżniejszych fontann.

Ogród orientalny

Ogród orientalny

Dla spragnionych atrakcji urozmaiceniem będzie przejazd kolejką linową, który pozwoli spojrzeć na kompleks z góry. Trasa rozciąga się między wejściami: Kienbergpark i Gaerten der Welt. Po drodze jest jeden przystanek przy platformie widokowej, z której zobaczyć można Berlin.

Ogród angielski

Ogród angielski

Na terenie parku znajdują się też liczne punkty gastronomiczne, w tym jeden przy samym wejściu. Z głodu nikt nie umrze, chociaż dobrze wcześniej zaopatrzyć się w wodę, szczególnie gdy planujemy dłuższe zwiedzanie w słoneczny dzień.

Ogród orientalny

Ogród orientalny

To chyba pierwszy berliński adres turystyczny, gdzie nie dostrzegam żadnych minusów. No może poza tym, że jest słabo rozreklamowany i dotarłam tutaj dopiero niedawno, już po zamknięciu IGA czyli Miedzynarodowej Wystawy Ogrodniczej.

Bez kategorii Dla ciała less waste Zdrowo

Wegetarianka w kaszmirowym swetrze

1 października 2018

Sierpniowy wpis „Weganka w butach ze skóry” spotkał się ze sporym zainteresowaniem. Być może spowodowane to było jego przewrotnym tytułem. Niezależnie od wszystkiego postanowiłam pójść za ciosem, poruszyć włożonym w mrowisko kijem i napisać o mojej mało-wegetariańskiej/wegańskiej garderobie.

Zacznijmy może od tego, że nie jest ona zbyt obszerna. Gdy ostatnio z K. wyjeżdżaliśmy na 10-dniowy urlop do PL, zmieściliśmy się w jednej walizce, zostawiając garderobę niemal pustą. Ubrań i dodatków mam zwyczajnie mało. Wychodzę z założenia, że skoro i tak najcześciej zakładam te same ubrania (tu cytat z mojej mamy: „A ty chodzisz w tej koszulce jak wół w skórze”), to nie ma sensu kupować innych, które i tak zalegną z metkami w szafie. Noszę ciągle niemal te same zestawy, dlatego stosunkowo często je piorę. Koszulka z sieciówki, nawet tej ekskluzywnej, nie zniosłaby  zbyt długo tego traktowania i po 10 praniach powiedziałaby „Dziękuję”, odwracając się bocznym szwem na plecy. Podobnie zareagowałyby niby-dżinsy z Primark za 8€ czy akrylowy sweterek. Dlatego, mając świadomość, jaki los czeka moje ubrania i jakim wyzwaniom muszą sprostać, stawiam na rzeczy dobre gatunkowo i najlepiej  – już przetestowane.

Ubrania z naturalnych tkanin

Ubrania z naturalnych tkanin

Co to znaczy dobre gatunkowo? To ubrania z „dobrą” metką. Wystarczy spojrzeć na nią (wiem, że są mistrzynie, którym wystarczy jedno dotknięcie tkaniny i wyczuwają 10% akrylu), by podjąć decyzję o zakupie lub nie. Polegam na naturalnych tkaninach. Wybieram koszulki i bluzy z organicznej bawełny. Podobnie z koszulami, które chętnie noszę – nie tylko bawełniane ale i jedwabne, chociaż to drugie to już wyższa szkoła jazdy. W przypadku swetrów w grę wchodzą prawdziwa, czysta wełna, kaszmir, moher. Tak, mam świadomość, że o ile przy produkcji bawełnianej koszulki „nie ucierpiały żadne zwierzęta”,  o tyle stworzenie cieplutkiego sweterka wiąże się z pozbawieniem owiec czy kóz runa. Wolę jednak tę opcję (wełna u zwierząt odrasta), niż świadomość, że mój akrylowy sweterek będzie się rozkładał przez setki lat. No właśnie. Akrylowy. Czyli mało higieniczny (nie higroskopijny), elektryzujący się i szybko mechacący, a przede wszystkim sztuczny czyli chemiczny. Nie tylko zwiększa ryzyko zachorowań na raka piersi u kobiet pracujących  przy jego obróbce ale również dla noszących go może być rakotwórczy i mutagenny.

Koszulka z bawełny organicznej

Koszulka z bawełny organicznej

Zaznaczyłam też, że wolę ubrania przetestowane. Nie w fabryce, w ramach produkcji i testów jakościowych ale przez innych noszących. Gdy stanę pod ścianą, bo mój sweter jest już nie do użytku, a koszulka zamiast jednokolorowa – nakrapiana sokiem z pomidora, z listą zakupów udaje się w pierwszej kolejności do szmateksu. Mam swoje adresy w rodzinnych stronach, co do których wiem, że mnie nie zawiodą. Jedną z ostatnich zdobyczy jest męski sweter z czystej wełny owczej, wyprodukowany w Niemczech. Używany czyli wcześniej prany, wyprany też przeze mnie po zakupie, zupełnie nie traci kształtu i rozmiaru. Nie mechaci się, nie filcuje i grzeje jak szalony. Ze szmateksów mam też większość białych koszulek (bo takie głównie noszę). Szmateksowe T-Shirty biją na głowę sieciówkowe nówki, bo wiem, że ich kolor i forma nie ulegną zmianie pod wpływem częstego prania.

Jest też jeszcze jeden eko-powód, dla którego zaopatruję swoją garderobę w sklepach z odzieżą używaną. To świadomość, że chociaż ja nabyłam nowy dla mnie ciuch, środowisko nie ucierpiało przy jego powstawaniu. A biorąc pod uwagę, że to naturalne tkaniny, nie ucierpi ono również, gdy ubranie będzie ulegało biodegradacji.

Niestety, świat nie jest idealny  i nie wszystko można mieć z drugiej ręki. Najlepszym tego przykładem jest bielizna. Pomimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie egzystować w wełnianym staniku, jedwabnych skarpetkach czy kaszmirowych majtkach. To jest zwyczajnie nierealne. Z wiadomych względów nie zaopatruję się też w te części garderoby w szmateksach. Kupuję je w normalnych sklepach, niechętnie patrzę na metkę  i płacę, za tą eko-krzywdę. Ale póki co, nie mam innego wyjścia. Jedyne co mogę w tym zakresie zrobić, to wybierać bieliznę, która posłuży mi dłużej. Często kosztuje też trochę więcej ale… o tym innym razem.

A Wy? Jak tam u Was z eko-garderobą? Patrzycie na metki? Macie opory przed kupowaniem w second-handach czy wręcz odwrotnie? A może macie patenty na eko-bieliznę? Chętnie poznam Wasze zdanie.

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to może….Polski Spisz?

21 września 2018

Gdy po sześciu latach studiowania, a tym samym mieszkania w Krakowie, przeprowadzałam się do Wrocławia, myślałam: „Kraków to cudowne miasto. Żadne inne takie nie jest. Nigdzie tak nie będzie”. Po trzech latach we Wrocławiu przyszedł czas na kolejną przeprowadzkę i pomyślałam: „Wrocław – kocham to miasto. Nigdzie już tak nie będzie jak tutaj. To moje miasto”. Po Wrocławiu była dalsza i jeszcze dalsza zagranica i za każdym razem to samo myślenie. A w ubiegłym roku pojawił się Berlin. Po roku mieszkania tutaj myślę: „Berlin – to jest to!” Pewnie będzie jeszcze wiele miejsc i podobnych myśli. Ale jest takie miejsce, o którym zawsze mogę powiedzieć, że to jest to. To moje rodzinne strony, polski Spisz. I tam Was dzisiaj zapraszam.

Na południe od Krakowa, a nawet od Nowego Targu, ale na północ od Zakopanego, między Białką i Dunajcem, leży sobie polski Spisz. Kawałek świata, gdzie wszystko jest inne niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Bo to góry ale nie Podhale. Bo Polska ale wpływy słowackie i węgierskie. Bo niby tylko na zimę i na narty ale też na lato, bo jezioro i szlaki rowerowe i piesze.

Co tutaj trzeba zobaczyć? Na pewno Niedzicę, o której wszyscy chyba słyszeli z powodu Brunhildy i zamku z inkaskim skarbem. Ale o tym zapomnijcie. Idźcie do kościoła – nawet jeśli nie praktykujecie, i zobaczcie obraz świętego Andrzeja, który niesie na kiju swoją własną skórę. Przejdźcie się korytarzami niedzickiej elektrowni i poczujcie moc natury  i siłę tysięcy litrów wody ujarzmionych przez człowieka. Podejdźcie na schowany pod lasem cmentarz rodziny Salomonów, ostatnich właścicieli zamku niedzickiego.

Później podjedźcie kilka kilometrów dalej, do Frydmana, który pod siecią ulic i podwórek kryje podziemne piwnice na wino pamiętające jeszcze dziewiętnastowiecznych niedzickich szlachciców i ich węgierskie trunki. Albo usiądźcie po prostu na Gęsim Rynku, który po rewitalizacji jest co prawda piękniejszy i bez gęsi ale dalej spotykają się tutaj miejscowi i posłuchajcie tutejszej gwary.

Wybierzcie się koniecznie do Kacwina. Na sam koniec – „pod szlaban” (miejscowi pokierują) i zobaczcie jak wyglądają Tatry, gdy patrzeć na nie z pogranicza. Nie zapomnijcie zajrzeć do jedynych w Polsce kacwińskich sypańcy, które niedługo znikną, jeśli nikt się nimi nie zajmie. Przespacerujcie się też na Majową Górę albo wybierzcie na dłuższą wycieczkę szlakiem prowadzącym do Łapsz Niżnych, by zobaczyć, co zostawili tam po sobie rycerze Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie.

Stamtąd już blisko do Trybsza, gdzie w małym drewnianym kościółku wystarczy mocno zadrzeć głowę, by zobaczyć najstarszą panoramę Tatr z Hawraniem i Płaczliwą Skałą. Malowidło niesamowite. Bo prawdziwa panorama, ta która zapiera dech w piersiach rozciąga się z Przełęczy nad Łapszanką, którą to koniecznie trzeba zobaczyć. By już zawsze tam wracać.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i już wiecie, że jeśli nie Berlin, to koniecznie polski Spisz.