All Posts By

Namysłowska

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to może….Polski Spisz?

21 września 2018

Gdy po sześciu latach studiowania, a tym samym mieszkania w Krakowie, przeprowadzałam się do Wrocławia, myślałam: „Kraków to cudowne miasto. Żadne inne takie nie jest. Nigdzie tak nie będzie”. Po trzech latach we Wrocławiu przyszedł czas na kolejną przeprowadzkę i pomyślałam: „Wrocław – kocham to miasto. Nigdzie już tak nie będzie jak tutaj. To moje miasto”. Po Wrocławiu była dalsza i jeszcze dalsza zagranica i za każdym razem to samo myślenie. A w ubiegłym roku pojawił się Berlin. Po roku mieszkania tutaj myślę: „Berlin – to jest to!” Pewnie będzie jeszcze wiele miejsc i podobnych myśli. Ale jest takie miejsce, o którym zawsze mogę powiedzieć, że to jest to. To moje rodzinne strony, polski Spisz. I tam Was dzisiaj zapraszam.

Na południe od Krakowa, a nawet od Nowego Targu, ale na północ od Zakopanego, między Białką i Dunajcem, leży sobie polski Spisz. Kawałek świata, gdzie wszystko jest inne niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Bo to góry ale nie Podhale. Bo Polska ale wpływy słowackie i węgierskie. Bo niby tylko na zimę i na narty ale też na lato, bo jezioro i szlaki rowerowe i piesze.

Co tutaj trzeba zobaczyć? Na pewno Niedzicę, o której wszyscy chyba słyszeli z powodu Brunhildy i zamku z inkaskim skarbem. Ale o tym zapomnijcie. Idźcie do kościoła – nawet jeśli nie praktykujecie, i zobaczcie obraz świętego Andrzeja, który niesie na kiju swoją własną skórę. Przejdźcie się korytarzami niedzickiej elektrowni i poczujcie moc natury  i siłę tysięcy litrów wody ujarzmionych przez człowieka. Podejdźcie na schowany pod lasem cmentarz rodziny Salomonów, ostatnich właścicieli zamku niedzickiego.

Później podjedźcie kilka kilometrów dalej, do Frydmana, który pod siecią ulic i podwórek kryje podziemne piwnice na wino pamiętające jeszcze dziewiętnastowiecznych niedzickich szlachciców i ich węgierskie trunki. Albo usiądźcie po prostu na Gęsim Rynku, który po rewitalizacji jest co prawda piękniejszy i bez gęsi ale dalej spotykają się tutaj miejscowi i posłuchajcie tutejszej gwary.

Wybierzcie się koniecznie do Kacwina. Na sam koniec – „pod szlaban” (miejscowi pokierują) i zobaczcie jak wyglądają Tatry, gdy patrzeć na nie z pogranicza. Nie zapomnijcie zajrzeć do jedynych w Polsce kacwińskich sypańcy, które niedługo znikną, jeśli nikt się nimi nie zajmie. Przespacerujcie się też na Majową Górę albo wybierzcie na dłuższą wycieczkę szlakiem prowadzącym do Łapsz Niżnych, by zobaczyć, co zostawili tam po sobie rycerze Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie.

Stamtąd już blisko do Trybsza, gdzie w małym drewnianym kościółku wystarczy mocno zadrzeć głowę, by zobaczyć najstarszą panoramę Tatr z Hawraniem i Płaczliwą Skałą. Malowidło niesamowite. Bo prawdziwa panorama, ta która zapiera dech w piersiach rozciąga się z Przełęczy nad Łapszanką, którą to koniecznie trzeba zobaczyć. By już zawsze tam wracać.

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i już wiecie, że jeśli nie Berlin, to koniecznie polski Spisz.

Dla ciała less waste Zdrowo

Humble brush – po tygodniu z bambusową szczoteczką do zębów

18 września 2018

O tym, że nie jestem w stanie być „zero-waste” wiem już dawno. Dlatego staram się być chociaż „less-waste”. W granicach rozsądku i gdy tylko mam ku temu możliwość. Wiecie, takie standardy czyli segregacja śmieci, rezygnacja z foliówek, picie kranówki z butelki wielokrotnego użytku itd. Do tego dochodzą działania, które stwarza sytuacja czyli np. kupno jajek od zaprzyjaźnionego rolnika, który dostaje z powrotem swoje wytłoczki.

Ostatnio taką sytuacją była konieczność wymiany szczoteczki do zębów. Stara już swoje przeszła i musiałam kupić nową. Zakup nie była jakimś wcześniej planowanym działaniem, nie miałam żadnych wymagań poza tym, że musi mieć miękkie włosi. Ot, szczoteczka. Do zębów. A że w supermarkecie na regale ze środkami do higieny jamy ustnej poza tradycyjnymi szczoteczkami pojawiły się szczoteczki bambusowe, postanowiłam spróbować. I tak oto jestem po dwóch tygodniach testowania. Może to nie za długo ale biorąc pod uwagę częstotliwość używania, myślę że można pokusić się o wnioski.

Zacznijmy może od tego, że zakupiłam szczoteczkę firmy Humble Brush. Można powiedzieć, że jest to jeśli nie monopolista, to na pewno jeden z najpopularniejszych producentów szczoteczek do zębów na świecie. Jest to szwedzka marka powstała w 2013 roku. Mamy oczywiście do czynienia z pięknym szwedzkim designem. Żadnych zbędnych linii, kształtów czy załamań. Tylko bambusowy patyczek i kępka nylonowych włókien.

Jak zaznacza na swojej stronie producent, wytwarzając szczoteczki nie pozbawiamy pożywiania pand, które odżywiają się tylko liśćmi i młodymi pędami. Sama zaś roślina pochodzi ze zrównoważonej gospodarki leśnej. Jak widać – jest eko. A co z „kępką”? To specjalny nylon 6 Dupont o właściwościach analogicznych jak naturalne włosie czyli to ze szczeciny świńskiej czy borsuka. Nylon nie jest niestety naturalnym tworzywem jednak ten w szczoteczkach jest wolny od toksyn BPA (Bisphenol A). Powiedzmy, że to też całkiem ok. Dla naszej jamy ustnej, bo dla środowiska to chyba nie do końca – nylon musi się jakoś rozłożyć. Co jeszcze wkładamy do buzi razem ze szczoteczką? Wosk, którym pokryta jest część bambusowa. Jest on w stu procentach naturalny, ma ułatwiać utrzymanie szczoteczki w czystości i w dłonie. Jest jeszcze opakowanie. Sama kupiłam szczoteczkę w supermarkecie Real w DE. Zapakowana była w szary kartonik opatrzony oznaczeniem „100% biodegradowalne”. Na stronach internetowych polskich dostawców, u których kupić można Humble Brush, widzę opakowanie papierowo-plastikowe. Jest też zapewnienie o recyklingu. Co nie zmienia faktu, że to jednak plastik.

Przejdźmy teraz do samego użytkowania. Jest to szczoteczka do zębów  – siłą rzeczy wykorzystywana intensywnie i często. I nie jest to w moim przypadku użytkowanie wygodne. Szczoteczka jest przede wszystkim sztywna. Mam zły nawy dociskania szczoteczki podczas szczotkowania i jestem przyzwyczajona, że tradycyjna szczoteczka, nawet ta nie markowa ma elastyczną główkę, która w jakiś sposób amtoryzuje te naciski. W przypadku bambusa nacisk odbija się na dziąsłach. Brak elastycznej końcówki to też małe możliwości manewrowania  i dotarcia do wszystkich zakamarków. Owszem, jej główka jest mała i odpowiednio wyprofilowana ale to jednak za mało, by wszędzie dotrzeć. Bambusowy trzonek mimo iż powleczony woskiem nie jest jest idealnie gładki. Przynajmniej ten w mojej szczoteczce miał drzazgi. Co prawda małe i tylko dwie ale nie były przyjemne. I jeszcze nylo-włosie. To już kwestia indywidualnych upodobań ale warto wybrać modle bardziej miękki niż w tradycyjnej szczoteczce. Ja zazwyczaj wybieram opcję „medium”, tak wybrałam też teraz. Niestety, włosie (nylon) jest dla mnie zbyt twardy.

Jak widzicie, test nie wypadł zbyt pomyślnie. Może zwyczajnie trafiłam na niedopracowany egzemplarz, źle dobrałam miękkość, a w ogóle mam złą technikę szczotkowania. Co nie zmienia faktu, że nie jestem przekonana. Tak, wiem – ekologia. Bambus szybciej się rozkłada niż plastik. Ale co z nylonem?… Pozostaje jeszcze kwestia „fair trade” i transport.  Humble Brush to firma bliska naturze ale jednak produkcja odbywa się w Chinach (nie znam szczegółów, mam nadzieję, że jest inaczej niż w przypadku ubrań “made in China”), a z tych Chin statkiem docierają do centralnego magazynu w Szwecji i dopiero stamtąd dalej. Wiem, zaraz usłyszę, że przecież inaczej się nie da, że bambus nie rośnie w Szwecji itd.

Nie chcę marudzić i szukać dziury w całym, dlatego chętnie poznam Wasze doświadczenia odnośnie bambusowych szczoteczek. Używacie? Znacie? A może wiecie coś więcej na temat samej produkcji/utylizacji? Chętnie poznam opinie.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Wyspa Muzeów –

31 sierpnia 2018

Dzisiaj kończymy wycieczkę po Wyspie Muzeów. Na koniec zostawiłam Muzeum Bodego i Starą Galerię Narodową. Kolejność nie jest przypadkowa. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że o ile zwiedzanie muzeów z ekspozycjami interaktywnymi, eksponatami ruchomymi czy nawet mumiami sprzed setek lat jest interesujące, o tyle przechodzenie przez kolejne sale z dziesiątkami obrazów, już niekoniecznie może intrygować. Ale że mnie zachwyca, Wy też te muzea poznacie. Obiecuję – będzie krótko.

Zaczniemy od Muzeum Bodego (Bode-Museum), które imię zawdzięcza pierwszemu dyrektorowi generalnemu królewskich muzeów, Wilhelmowi von Bode. Nawet jeśli ktoś nie przepada za malarstwem czy numizmatyką, zachwyci go być może architektura. Neobarokowy budynek powstał na przełomie wieków XIX i XX, a jego projekt stworzył królewski architekt Ernst von Ihne. Robi wrażenie nie tylko z zewnątrz ale i w środku. Jeśli więc na kogoś nie zadziała Donatello, Bernini czy sztuka bizantyjska, może zagapi się na ściany, schody i wykusze.

Muzeum czynne jest we wszystkie dni poza poniedziałkiem, od 10:00 do 18:00, a w czwartki nawet do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 12 i 6 €.

Stara Galeria Narodowa (Alte Nationalgalerie) nie wypada gorzej jeśli chodzi o architekturę. Wzniesiona pod koniec XIX wieku wg projektu Augusta Stuelera przypomina antyczną świątynię z kolumnami w stylu korynckim i imponującymi schodami. To z zewnątrz. A w środku? Największy zbiór dzieł sztuki z okresu od Rewolucji Francuskiej po pierwszą wojnę światową. Jest tutaj rzeźba, dominuje jednak malarstwo. Najwiecej tutaj obrazów malarzy niemieckich ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Nie będę się kryć z faktem, że przez wystawionymi tutaj dziełami Caspara Davida Friedricha czy Karla Friedricha Schinkela mogę siedzieć godzinami. A na widok „Karkonoszy” jaram się jak fajerwerki.

Podobnie jak Muzeum Bodego, Stara galeria Narodowa czynna jest we wszystkie dni poza poniedziałkiem, od 10:00 do 18:00, a w czwartki nawet do 20:00. Bilety kosztują odpowiednio 12 i 6 €. Można wykupić bilet roczny 🙂

arabskie klimaty Dla ciała Zdrowo

Z arabskiej kosmetyczki – mydło Aleppo z czerwoną glinką

27 sierpnia 2018

Uzupełniałam ostatnio swoją domową kosmetyczkę, a raczej półkę z kosmetykami. Kilka rzeczy się skończyło, kilka skończy się na dniach, a jeszcze inne trzeba było już wymienić. I tak drogą kupna nabyłam w drogerii internetowej między innymi nową rękawicę Kessa (ze starej po roku zrobiła się już mufka), mydło Savon Noir i jedną nowość  – mydło Aleppo.

O rękawicy  i czarnym mydle już tutaj pisałam. Nie będę się powtarzać. Chociaż… Tej rękawicy wróżę dłuższy żywot. Jest nieco mniejsza niż poprzednia przez co nie „lata” na dłoni i wydaje się bardziej mięsista. Jak będzie w dłuższym użytkowaniu – zobaczymy. Mydło Savon Noir też nie różni się od tego, które już miałam. To inny producent – tym razem Mohani ale konsystencja, zapach i skład ten sam.

Nowością dla mnie jest mydło Aleppo i o nim napiszę więcej.

Zacznijmy może od tego, że podążyłam utartym szlakiem i sięgnęłam po kolejny kosmetyk z Bliskiego Wschodu, a dokładnie z Syrii. Mydło Aleppo d setek lat wytwarzane w rejonie Aleppo (stąd nazwa) – obecnie, ze względu na sytuację polityczną i społeczną, produkcję, a raczej jego wytwarzania, przeniesiono do Turcji i Tunezji. Receptura i proces wytwarzania nie uległ jednak zmianie. Tak jak za czasów Fenicjan, którzy to jako pierwsi używali mydła Aleppo jako środka myjącego, powstaje z czterech składników. Są to: oliwa z oliwek, olej laurowy, ług sodowy z wody morskiej i sama woda. Proces powstania jest długi. Obejmuje między innymi gotowanie w temperaturze 200 stopni prze trzy dni ale najdłużej, bo niemal rok trwa „leżakownie” gotowych kostek. W tym czasie zewnętrzna warstwa wchodzi w reakcję z tlenem i powierzchnia kostki zmieni barwę na jasno żółtą, podczas gdy w środku jest nadal zielone, a raczej – oliwkowe.

Zastosowanie mydła zleży od ilości procentów czyli zawartości oleju laurowego, który ma działanie antyseptyczne. Im jest go więcej, tym działanie silniejsze. Do pielęgnacji i zabiegów kosmetycznych stosuje się kostki z maksymalnie 40%, a i do tego należy skórę przyzwyczaić. Kosmetyk zlecany jest przy cerze problematycznej, trądzikowej ale też wrażliwej na składniki chemiczne – powstałe z naturalnych składników nie wywołuje reakcji alergicznych.

Sama mam cerę bardzo wrażliwą i do tego naczynkową, dlatego wybrałam opcję z mniejszą niż 5% zawartością oleju. Mydło delikatnie złuszcza martwy naskórek pozostawiając skórę gładką i jędrną. A o naczynka dba czerwona glinka, którą mydło wzbogacono. Czym jest i jak działa?

Czerwona glinka zwana też Rhassoul to substancja w 100% naturalna, o pochodzeniu wulkanicznym. Pozyskiwana jest w jednym miejscu na ziemi, u podnóża Atlasu w Maroku. Podobnie jak mydło Aleppo znana była już starożytnym, a Beduini używali jej do mycia włosów i twarzy. Jest bogata w magnez, krzem,potas, glin i żelazo. Dodana do syryjskiego mydła tworzy idealną kompozycję do codziennej pielęgnacji.

W moim przypadku mydło Aleppo z czerwoną glinką Rhassoul sprawdza się jako środek do mycia twarzy i całego ciała. Jak na razie – po tygodniu stosowania – nie mogę narzekać. Skóra jest gładka, promienna, a przede wszystkim pozbawiona niedoskonałości, co w moim przypadku jest o tyle ważne, że niemal wszystko mnie uczula.

Jak sami widzicie, mydło Aleppo to kosmetyk uniwersalny i niemal idealny. Niemal –  ponieważ ma jedną wadę. Przez zawartość czerwonej glinki pozostawia zacieki na mydelniczce, umywalce itp. Ale biorąc pod uwagę, że są one koloru czekoladowego, a mydło poza tym ma same zalety – nie można narzekać.

Na koniec jeszcze kilka słów o formalnościach. Mydło, podobniej jak pozostałe kosmetyki, kupiłam w internetowym sklepie Helfy. To połączenie informacyjnego portalu „kosmetycznego” z platformą zakupową specjalizującą się w kosmetykach naturalnych. W ofercie można znaleźć naprawdę wszystko, czego potrzebuje wielbiciel kosmetycznego Orientu. A to wbrew pozorom ważne – „orientalnych” drogerii internetowych na rynku jest sporo, jednak rzadko zdarza mi się kupić wszystko czego potrzebuję, w ramach jednego zamówienia. A tutaj to możliwe. No i samo zamówienie. Przy jego składaniu zaznaczyłam, by ograniczono do minimum opakowania/folie/papiery zabezpieczające przesyłkę i tak też się stało. Paczka była naprawdę „less-waste”. A o tym, że dotarła bardzo szybko i sprawnie wspominać chyba nie muszę. Sam sklep zaś gorąco polecam.

Powyższy post nie jest artykułem sponsorowanym. Nie otrzymałam za niego wynagrodzenia, nie jest to barter. Powstał ponieważ uważam, że fajne rzeczy trzeba promować. A Helfy jest fajne 🙂

 

Do zobaczenia W podróży

Jeśli nie Berlin, to może… Maciejowiec

24 sierpnia 2018

Od jakiegoś czasu raczę Was opowieściami o Berlinie, zupełnie nie myśląc o tym, że może są osoby, które wolałyby poczytać o innych destynacjach. Dlatego zmniejszę Wam dawkę berlińskich atrakcji i wpisy o atrakcjach w stolicy Niemiec, będą przeplatać się z innymi „miejscówkami”, mniej popularnymi. Zaczniemy od Dolnego Śląska i jego perełek.

Maciejowiec, bo na nim się dzisiaj skupimy, to mała wioska w okolicy Lwówka Śląskiego. Można nawet powiedzieć, że bardzo mała, bo jeśli wierzyć statystykom, liczy 160 mieszańców. Co nie zmienia faktu, że warto tutaj zawitać z wielu powodów.

Jednym z nich jest kompleks pałacowo-parkowy położony na obrzeżach wioski. Jego najstarszą część stanowi dwór renesansowy z lat 20. XVII wieku. Przebudowany w wieku XIX stanowi jeden z najpiękniejszych przykładów śląskiej architektury renesansowej. Pomimo zniszczeń, wynikających z upływu czasu i braku zainteresowania, a może i środków, do dzisiaj można zobaczyć charakterystyczne dla epoki detale architektoniczne, takie jak portale, obramowania okienne, arkadowe podcienia czy portal. Obiekt znajduje się obecnie w rękach prywatnych, nie można go zwiedzać, warto jednak zatrzymać się, by obejrzeć go z zewnątrz.

W najbliższej okolicy okazji do zachwytu jest więcej. Po sąsiedzku znajduje się druga siedziba szlachecka, to klasycystyczny pałac rodziny Dolanów powstały w latach 30. XIX wieku. Już w czasie budowy wzbudzał zachwyt rozwiązaniami i liczbą punktów widokowych. W kolejnych latach wraz z otaczającym go parkiem zmieniał wielokrotnie właścicieli. Ostatnia właścicielka pałacu, Emma von Kramsta w 1942 roku wzbogaciła kompleks o rodzinne mauzoleum w formie jońskiej świątyni, upamiętniające przede wszystkim jej tragicznie zmarłą wnuczkę. A w czasie wojny w maciejowieckim pałacu rezydował ambasador Japonii, którem Hitler budowlę podarował. Kolejne lata były dla budowli mniej łaskawe, odciskając swoje piętno na jego kondycji i wyglądzie. Obecnie pałac znajduje się w rękach prywatnych, trwa jego odbudowa i nie można go zwiedzać. Dostępny jest jednak otaczający go park z pięknym starodrzewem i aleją prowadzącą do kaplicy mszalnej w bliskim sąsiedztwie pałacu.

                   

Tych, którzy lubią dłuższe wycieczki, nie trzeba będzie zachęcać do spaceru w kierunku Dzikiego Wąwozu. To jedna z najpiękniejszych tras spacerowych w okolicy, ciągnąca się wzdłuż Maciejowieckiego Potoku, który tworzy na tym odcinku urokliwe przełomy i kaskady kończąc swój bieg w Bobrze. Wąwóz to gratka nie tylko dla wielbicieli przyrody (bogaty starodrzew i pomniki przyrody) ale też geologów, którzy zobaczyć mogą tutaj przegląd epok – od staropleozoicznych gnejsów, przez granity, po kambryjskie łupki. Przedłużajac spacer można dotrzeć do Jeziora Pilchowickiego  i grodzącej go kamiennej zapory ale o tym już następnym razem.

Do zobaczenia Filozoficznie W podróży

„Tu byłam” – wakacyjny wyścig zdjęć

20 sierpnia 2018

Wakacje powoli dobiegają końca. Większość ma już za sobą urlopy, bliższe i dalsze wyjazdy. Co zostaje po tych wojażach? Zazwyczaj pamiątki w postaci magnesów na lodówce i oczywiście setki zdjeć, robionych coraz częściej mechanicznie, wręcz odruchowo. Czasem krajobraz, czasem zabytek, najczęściej z selfie z odpowiednim hashtagiem.

Czasem mam wrażenie, że ważniejszy od jakości i kadru jest komunikat – „Tu byłam” i niewypowiedziane ale jakże czytelne dla odbiorcy – „A Ty?.. Gdzie byłaś? Czym możesz się pochwalić?” Wyścig zdjęć. Bo to już nie są wspomnienia czy wyjazdy w celu zobaczenia ciekawych miejsc, poznania innej kultury czy wejścia w skórę mieszkańców odwiedzanego miasta czy wioski. To krucjata zdobywcy. Odhaczenie na swoim profilu kolejnej modnej destynacji. Przecież nie wypada wrzucić zdjęcia znad polskiego morza, gdy wszyscy fotografują się na tle Burj al Arab.  Nie ważne, że nie stać Cię na wypicie tam herbaty. Ha… z herbatą – liczy się fotka na tle. No i koniecznie różowy flaming w hotelowym basenie w Hurgadzie. Nie trzeba nawet oznaczać, że to Egipt. Z resztą kraj faraonów to już chyba lekko passe – lepiej błysnąć nazwą dziesięciogwiazdkowego hotelu, byle z flamingiem. A inni nich zazdroszczą, bo fotki na Insta tylko z Chorwacji czy Grecji. Kto by dzisiaj do Chorwacji jeździł? To było modne lata temu. A Grecji?.. Phi… Kompletny przeżytek. I jeszcze ci uchodźcy. Dubaj, to jest. No może jeszcze Bali. Ale konkretnie hashtag #Bali, nie jakaś Tajlandia czy Phuket, gdzie wszyscy fotografowali się jeszcze za czasów NaszejKlasy.

I tak podbijamy ten komercyjny świat, dokumentując kolejne kilometry selfie ze słoniem, wielbłądem czy umorusanym czarnoskórym dzieckiem. Pstryk i jest foto, można ruszać dalej. Nie patrząc na to, co się za sobą zostawia. Że ten słoń niekoniecznie stworzony jest do zdjęć, że często bity i niedożywiony.  Że wielbłąd trzymany w mało ekskluzywnych warunkach, a dziecko wypchnięte na ulicę przez rodziców, bo szybciej wyszarpie kasę od turysty niż dorosły. Nie ważne. Jest fota. I tylko to się liczy. Kilkusekundowe wspomnienie mierzone liczbą lajków.

Lubie podróże i odkrywanie nowych miejsc. Szczególnie tych zapomnianych i mało popularnych. Zawsze zabieram za sobą aparat. Normalną lustrzankę, która wymaga ustawień i nie robi selfie na zawołanie, a zdjęcia z niej ciężko ogarnąć jednym przyciskiem „filtr”. Mam jednak mało zdjeć, na których jestem sama „na tle”, „z” „obok”. Skupiam się raczej na zabytkach, krajobrazach. Ale ze zwierzętami się czasem fotografuję 😉

 

A Wy? Jakie macie wspomnienia z ostatnich wakacji? Coś więcej niż szybkie foto z białym misiem w Zakopanem?

 

Dla ciała Zdrowo Zjedz i wypij Życiowo

Weganka w butach ze skóry

13 sierpnia 2018

Przyjęło się, że jeśli weganin/wegetarianin,  to od razu wojujący ekolog w lnianych koszulach, wyznający buddyzm, stosujący się do zasad zero-waste i praktykujący jogę. Wystarczy, że powiesz: „Nie jem mięsa” i od razu trafiasz do odpowiedniej szufladki. Nikt nie pyta, dlaczego, po co  i z kim. To oczywiste, że nie jesz, bo mając naście lat przeszedłeś okres buntu wobec całego świata, chciałeś jakoś zaakcentować swoją inność i zbuntowałeś się przeciwko niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt. I tak już Ci zostało. Koniec. Kropka. Dalszej dyskusji brak.

A ja jednak podyskutuję bazując na własnym przykładzie. Wychowałam się na wsi, gdzie od początku było wiadomo, że jajko znosi kura, krowę trzeba doić żeby było mleko – docelowo masło i sery, koń to zwierzę głównie pociągowe, a los świń też jest przesądzony. I pomimo tej całej celowości nigdy nie widziałam, żeby zwierzęta z gospodarstwa moich dziadków nie były szanowne. Zawsze nakarmione, zadbane, oporządzone. Ba, w Wigilię Bożego Narodzenia dostawały kawałek opłatka, bo babcia zawsze powtarzała, że to też boże stworzenia. Była w tym wszystkim jakaś równowaga. A ja w tę równowagę się wpisywałam. I tak długo jak mieszkałam w domu, jadłam mięso, sery, jajka i truskawki ze śmietaną. A później przestałam. Nie dlatego, że nagle dorosłam, przejrzałam na oczy i zobaczyłam w tych zwierzętach istoty o równych sobie prawach, które ktoś beznamiętnie morduje i nakłada sobie na talerz. Dorosłam i zobaczyłam, że to, co w siebie pakuję w ramach odżywiania (czytaj: mięso), to niekoniecznie produkt, którego mój organizm potrzebuje.

Autorka (w bieli), w czasach wczesnej młodości, gdy namiętnie konsumowała produkty odzwierzęce – głównie mleko.

Jestem egoistką, jeśli chodzi o mój organizm. Mam świadomość, że jeśli chcę by moje ciało posłużyło mi przez kolejne lata, muszę o nie dbać. Nie tylko zewnętrznie ale i wewnętrznie. A zajadanie się stekami, kurczakiem i szaszłykami z grilla na pewno mu nie służy. Lepiej dla niego, a tym samym dla mnie, zjeść sałatkę, strączki czy miskę owoców. Bo mój organizm woli właśnie to. A skoro woli, to tym go karmię. I dlatego nie jem mięsa.

Ale wiem też, że mój organizm nie lubi kontaktu z tworzywami sztucznymi. Nie znosi zapachu kleju używanego do produkcji szmacianych balerin za 30 PLN w Chinach. Nie przepada, gdy ociera go torebka czy plecak z syntetyku czy ciężko mu oddychać, gdy zgrzeje się zimą w „plastikowej” kurtce. Dlatego ubieram go w skórzane buty, które noszę po 5-6 lat. Korzystam ze skórzanej torebki, której paski nie ocierają mi skóry. A zimą zakładam wełniany płaszcz czy sweter z kaszmiru i skórzaną kurtkę, żeby ciało się nie grzało i swobodnie oddychało.

A ja sama też lubię swobodnie oddychać czystym powietrzem. Nie tym zanieczyszczonym substancjami powstałymi z utylizacji torebek z ekoskóry czy przy produkcji kultowych „mellisek” (tutaj jeszcze warto pamiętać o wycince lasów pod plantacje kauczuku).

I przy tym całym moim egoizmie wierzę, że nie jedząc mięsa w jakimś minimalnym stopniu wpływam na ograniczenie jego produkcji.

Gdyby blog był bardziej popularny, z pewnością pod tym wpisem doświadczyłaby fali hejtu, ze strony „prawdziwych wegetarian”. Mam jednak ten luksus jakim jest mała popularność Namysłowskiej, a co za tym idzie – inteligentni czytelnicy. Zatem – czekam na konstruktywne opinie 😉

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Wyspa Muzeów – Nowe Muzeum

11 sierpnia 2018

Dzisiaj zostaniemy na Wyspie Muzeów. Przeniesiemy się tylko do drugiego budynku, gdzie znajduje się Nowe Muzeum (Neues Museum). Jego nazwa może być myląca ponieważ eksponaty tworzące zbiory są jak najbardziej stare, niektóre nawet bardzo.

Zacznijmy jednak od samego budynku, bo to jedna z dwóch rzeczy, która mnie samą w tym obiekcie zachwyca. Wzniesiony w latach 1843-1855 został w czasie wojny niemal doszczętnie zniszczony, a jego odbudowę rozpoczęto dopiero w latach 50. XX wieku. Prace nabrały rozmachu w latach 90., gdy nadzór powierzono Davidowi Chipperfield’owi, który stworzył prawdziwą perełkę. Jego wysiłki doceniono w 2011 roku uznając Nowe Muzeum za najlepszy budynek europejski, a samego architekta nagrodzono słynną Europejską Nagrodę Architektoniczną im. Miesa van der Rohe.

Ale przejdźmy do eksponatów, bo to one są w muzeum najważniejsze. W Neues Museum zobaczyć można historię najstarszą czyli prehistorię (między innymi narzędzia z epoki kamienia czy czaszkę neandertalczyka). Część ekspozycji tworzą przedmioty związane z historią starożytnej Grecji  i Rzymu, wśród nich skarb Priama. Trzon muzeum stanowią jednak eksponaty tworzące niegdysiejsze Muzeum Egipskie. Jest to największa w Europie kolekcja zabytków z tego obszaru i okresu. Na uwagę zasługują liczne sarkofagi, papirusy i inne przedmioty użytkowe sprzed ponad 4000 lat.

Nowe muzeum w Berlinie zawiera jedną z największych w Europie kolekcję zabytków starożytnego Egiptu. Zgromadzono tutaj niezliczoną ilość sarkofagów, rzeźb, papirusów i innych zabytków, niektóre wykonane ponad 4500 lat temu. Wszystkie te eksponaty są bardzo interesujące ale jak to mówią: „Królowa jest tylko jedna” i ją właśnie można w Nowym Muzeum zobaczyć osobiście. Mowa oczywiście o Nefretete. A dokładnie o jej popiersiu. To znane wszystkim z filmów National Geographic. To jest właśnie ta druga z rzeczy, która zachwyca mnie w Neues Museum. Bo królowa jest naprawdę piękna. Sami sprawdźcie – fotografować jej nie można.

 

A odwiedzać można ją w następujących porach:

  • Poniedziałek –Środa, muzeum otwarte jest w godzinach od 10:00 – 18:00;
  • Czwartek , muzeum otwarte jest w godzinach od  10:00 – 20:00 ;
  • Piątek –Niedziela, muzeum otwarte jest w godzinach od 10:00 – 18:00;

Bilet normalny kosztuje 12€, ulgowy – 6€.

Mimo iż muzeum wydaje się być „poważne”, tworząc je pomyślano o wszyskich, przygotowując atrakcje również dla dzieci.

arabskie klimaty Dla ciała Zdrowo

Naturalnie z włosem czyli depilacja pastą cukrową

6 sierpnia 2018

W odpowiedzi na zainteresowanie czytelników zrobiłam update mojego tekstu o pielęgnacji ciała tradycyjnymi metodami. Dzisiaj idę za ciosem i będzie o depilacji pastą cukrową. Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że ta metoda jest nadal mało popularna i ciężko znaleźć salon, który by się w niej specjalizował. Jest to jeden z niewielu zupełnie naturalnych i bardzo „zero-waste” sposobów na usunięcie zbędnego owłosienie. I jeszcze jeden powód – egoistyczny – pochwalę się, bo sama trafiłam na idealnie słodki salon, o którym chciałabym Wam opowiedzieć ale o tym później. Na początek sięgnijmy do korzenie.

Nadmierne owłosienie zaprzątało głowy pań (i panów!) już w starożytności. Archeolodzy znaleźli dowody na to, że już Egipcjanie z epoki faraonów depilowali całe ciało (również głowę) wykorzystując do tego  krem złożony z wody, cukru, cytryny, oliwy oraz miodu. Mieszkańcy Hellady postawili na tradycyjne golenie z wykorzystaniem ostrych muszelek i kamyków. Dla jednych i drugich ważne był efekt czyli ciało czyste fizycznie  i duchowo. Depilacja była swego rodzaju rytuałem oczyszczenia. Nieco inny stosunek do czystości w wymiarze cielesnym mieli nasi przodkowie z epoki średniowiecza… No cóż…Nowe czasy, nowe mody. Nie poddali się tym trendom jednak nigdy muzułmanie szczególnie z Bliskiego Wschodu, dla których depilacja była czynnością naturalną, jedną z zasad zgodnych z religijnym życiem. Zapis na ten temat znajdziemy również w Koranie:

„Zostało dla nas ustalone, że przycinanie wąsów, obcinanie paznokci, usuwanie włosów spod pach, golenie włosów łonowych, nie powinno być zaniedbywane dłużej, niż czterdzieści nocy” (cytat ze źródła)

Zapis, do którego stosowali się wyznawcy islamu, okazał się przydatny również dla innowierców. Co więcej, nieświadomie stosują się do niego nawet osoby niewiele mające wspólnego z religią. Depilacja to zabieg powszechny jak wizyta u fryzjera czy manicure. Golimy, depilujemy, wyrywamy, traktujemy laserem. Metod jest wiele. Dla mnie najciekawsze jest to, że ta jedna z najstarszych i najbardziej naturalna, wciąż jest tak mało popularna. Naprawdę ciężko znaleść dobry salon, który specjalizuje się w „cukrowaniu”. Zgadza się, w kilku kosmetycznych „sieciówkach” depilacja pastą cukrową jest dostępna. Niestety, często traktowana jako dodatek przegrywający w przedbiegach z woskiem czy laserem.

      

Ja miałam szczęście. Trafiłam na salon, który specjalizuje się tylko w depilacji pastą cukrową. Dziewczyny nie robią nic innego poza słodzeniem klientom. To ELLA Sudio Depilacji Cukrem. Sama odwiedziłam oddział w Szczecinie ale ELLA słodzi też w Poznaniu i Warszawie (czekam na Wrocław i Berlin ;). Przyznam szczerze, że wybrałam się z pewną obawą. Nie przekonywała mnie informacja, że studio działa bez wcześniejszego umawiania klientów. Obawiałam się, że będę musiała czekać. Nic z tych rzeczy. Zostałam obsłużona od razu. Pani w recepcji poinformowały, że nawet w godzinach szczytu oczekiwanie trwa maksymalnie 30 minut. Jeśli chodzi o sam zabieg – tutaj pełen profesjonalizm. Jestem bardzo marudnym i wymagającym klientem i ciężko mnie zadowolić. ELLi się udało. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Dlatego między innymi powstał ten wpis.

Rozczarowanych, którzy spodziewali się szczegółów na temat samego zabiegu zapraszam na stronę internetową  studia i profil na FB czy Instagramie, gdzie wychodząc naprzeciw ciekawości klienta, ELLA udziela odpowiedzi na wszystkie pytania. Nawet te, które mnie samej nie przyszły do głowy. Tak że dziewczyny i chłopaki – słodzimy! Bo to przede wszystkim naturalne.

 

Powyższy post nie jest artykułem sponsorowanym. Nie otrzymałam za niego wynagrodzenia, nie jest to barter. Powstał ponieważ uważam, że fajne rzeczy trzeba promować. ELLA użyczyła tylko zdjęć do jego potrzeb.

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Wyspa Muzeów – Muzeum Pergamońskie

3 sierpnia 2018

W większości przewodników po Berlinie znajdziemy enigmatyczne określenie „Wyspa Muzeów” („Museuminsel”). Pod tym określenie kryje się oczywiście wyspa ale przede wszystkim największa, moim zdaniem, atrakcja niemieckiej stolicy. To kompleks składający się z pięciu muzeów, gromadzących eksponaty archeologiczne oraz dzieła sztuki z XIX wieku. Dzisiaj chciałabym zaprosić Was do mojego ulubionego – Muzeum Pergamońskiego (Pergamonmuseum).

Swoją nazwę bierze od największego „eksponatu” w swoich zbiorach, jakim jest rekonstrukcja ołtarza Zeusa – ołtarza pergamońskiego. Stanowi on część Zbiorów Sztuki Starożytnej. Zgromadzono tu liczne eksponaty, głównie archeologiczne, kultury hellenistycznej i rzymskiej i tutaj właśni mieści się wspomniany ołtarz, niestety – obecnie w remoncie. Tuż obok mieści się Muzeum Azji Przedniej, nazywane też Muzeum Bliskiego Wschodu. Tutaj warto zajrzeć przede wszystkim dla zrekonstruowanej Bramy Isztar, która robi wrażenie nie tylko wielkością ale też pięknem. Jest w całości wykonana z glazurowanej cegły w kolorze niebieskiem z wyobrażeniami smok0-węży i lwów. Trzecią część Muzeum Pergamońskiego poświęcona jest sztuce islamskiej (Museum für Islamische Kunst). Eksponaty ją tworzące pochodzą z obszaru od Hiszpanii po Indie, głównie jednak z Bliskiego Wschodu i Iranu, gdzie prowadzili pracę niemieccy archeolodzy. Jednym z ciekawszych eksponatów jest Pokój z Aleppo. To drewniana boazeria, bardzo bogato zdobiona. Co ciekawe, powstała na zamówienie chrześcijańskiego syryjskiego kupca z miasta Aleppo. Na miękkim drewnie, prawdopodobnie cedrowym lub piniowym, zobaczymy między innymi przedstawienie Marii z Dzieciątkiem, Ostatniej Wieczerzy, sceny dworskie czy portrety islamskich magów i uczonych. Wszystko w stylu islamskiej sztuki miniatur malarskich i iluminatorstwa. W tej części muzeum również nie brakuje wielkich rekonstrukcji. Jedną z nich jest fasada pałacu Mszatta – pustynnej siedziby kalifów. Jak wszystkie inne rekonstrukcje – zachwyca.

Na zwiedzanie muzeum warto poświęci 2-3 godziny i wyposażyć się w przewodnik ze słuchawkami, dostępny również w języku polskim. Bilet normalny kosztuje 12€, ulgowy 6€. Jeśli planujemy zwiedzanie również pozostałych obiektów wchodzących w skład Museuminsel, można kupić jeden bilet do wszystkich obiektów, w korzystnej cenie. Pomimo wielu udogodnień, nie jest to moim zdaniem, obiekt ciekawy dla dzieci. Myślę, że będą się zwyczajnie nudzić, podobnie jak osoby niekoniecznie zainteresowane tego rodzaju sztuką. Niezależnie od wszystkiego – polecam.