All Posts By

Namysłowska

Do zobaczenia

2020 i ekran

20 stycznia 2021

Było już o książkach, teraz przyszedł czas na film i serial. Z wiadomych względów było tego sporo, głównie za pośrednictwem Netflixa ale też innych kanałów internetowych czy odkurzonego twardego dysku. Nie jestem w stanie określić, ile dokładnie tego było ale podobnie jak w przypadku książek, wybrałam to, co zwróciło moja szczególną uwagę. Żeby było bardziej przejrzyście – podzieliłam to na trzy kategorie.

 

Serial

Obejrzałam, a raczej obejrzeliśmy z K., ich sporo. Doliczyłam się ośmiu. Na pewno było, że było ich więcej ale te zapamiętałąm. Spośród tych ośmiu, trzy gorąco polecam. Są to:

The crown” – w tym roku obejrzeliśmy najnowszy, czwarty sezon. Muszę przyznać, że ten serial zyskuje na wartości. Od początku zachwycał mnie rzetelnością, dbałością o detale i ciekawą perspektywą. W tym sezonie znów tchnie świeżością za przyczyną nowej postaci, którą jest Lady Diana.

Znaki” – to jedyny polski serial jaki zwrócił moją uwagę. Jest fabuła, jest akcja, są tajemnice, barwne postaci i wiele niejednoznaczności. Do tego interesujące miejsca i historia sprzed lat. Nic, tylko oglądać!

Sex Education”  – a konkretnie drugi sezon. Ten serial powinnam opisać w pierwsze kolejności, bo najbardziej na niego czekałam. Pewnie powtórzę coś, co już wielu stwierdziło ale..tak moim zdaniem powinno wyglądać wychowanie do życia w rodzinie.

 

Filmy

Słaby był ten rok pod względem odkryć filmowych. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie odkryłam prawie nic nowego. Ale trochę sobie poprzypominałam.

Niebo o północy” – to był taki rzut na taśmę. Coś byśmy tam może obejrzeli…coś tam gdzieś polecali…I poszło. I jestem bardzo zadowolona. Pomijam aktora obsadzonego w głównej roli – ten starzeje się jak wino. Ale cała historia i zdjęcia i muzyka. Och..ach.. i jeszcze parę orgazmów. Warto!

Miś”, „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, “Brunet wieczorową porą” – to starocie, które doczekały się nie tylko drugiej młodości ale nowego kontekstu. Jakby na to nie patrzeć, przedstawiają realia mocno aktualne. I na tym może poprzestańmy.

 

Dokument

Tak, dokument to też film ale dla mnie dający mocniej do myślenia niż fabuła. Dlatego jest osobna kategoria.

Don Stanislao” – dał do myślenia bardzo mocno. A główna myśl brzmiała: „Czy Ty, Czcigodny, słyszysz to, co mówisz?!?!?!” Myślę, że nie byłam jedyną osobą, która tak reagowała. Reportaż dziennikarza TVN to zdecydowanie numero uno w kategorii „Dokument”.

The Social Dilemma” – też mnie ruszył. Nie był odkrycie w sensie tematu. Jako użytkownik fb, Instagrama czy Amazona wiem, skąd się biorą skierowane do mnie reklamy i jak rozliczają mnie algorytmy. W pracy obserwuję młodych ludzi z deformacją lewej dłoni spowodowaną nieustanną obsługą smartfona. Pomimo tego dokument zadziałał – jako przypominajka.

David Attenborough – życie na naszej planecie” – jest ostatni na liście ale to nie znaczy, że najsłabszy. Jest równie ważny jak wszystkie inne wcześniej wymienione. To kronika zmian, przestroga ale też fantastyczna lekcja angielskiego w brytyjskim wydaniu. Dziękuję, Sir Attenborough!

 

I tak to wyglądało w 2020 na naszym ekranie. A jak było u Was? Może polecicie coś z prywatnej listy? Nie musi być zgodnie tematycznie z mną – może wręcz przeciwnie?

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Poczdamie. Muzeum Filmu

7 stycznia 2021

Jedna z rzeczy, których bardzo mi brakowało w 2020 (i brakuje nadal) to wizyty w muzeach. Jestem typem zwiedzającym i bez biletu wstępu w kieszeni, ciężko mi żyć. Pomimo ograniczeń, jakie zostały wprowadzone w Berlinie i nie tylko, udało mi się okresie wakacyjnym coś zobaczyć. Teraz chętnie do tych wspomnień wracam. Dzisiaj jedno z nich. Jak widać po tytule, nie jest to zwyczajowy Berlin, tym razem pojedziemy do Poczdamu, do Muzeum Filmu.

Od razu zaznaczam – poczdamskie Muzeum Filmu to coś zupełnie innego niż mieszczący się również w tym mieście Park Filmowy Babelsberg. O tym drugim będzie innym razem. 

Filmmuseum Potsdam, bo tak brzmi jego oryginalna nazwa mieści się w budynku dawnych stajni pałacowych. Istnieje od 1981 roku – najpierw jako Filmmuseum der DDR (Muzeum Filmów NRD) prezentowało „techniczną” stronę przemysłu filmowego poprzez tworzące zbiory eksponaty w postaci sprzętu filmowego. Z czasem, szczególnie w latach 90.tych Muzeum rozrastało się i dostosowywało do potrzeb szerszej grupy zwiedzających.

Dzisiaj, na powierzchni ok. 450 metrów kwadratowych zobaczyć można ponad 1000 fotografii, ponad 300 fragmentów filmów, a przede wszystkim filmowe eksponaty – tych jest ponad 500. Wśród muzealnych skarbów można zobaczyć projektory filmowe, dekoracje, kostiumy czy bilety wstępu. Moje serce skradło wszystko, co związane z Quentinem Tarantino.

W związku z obecną sytuacją muzeum jest oczywiście nieczynne. Mam jednak nadzieję, że nadejdą wkrótce dobre czasy, a wtedy można je odwiedzać od wtorku do niedzieli, od 10.00 do 18.00. Bilety umożliwiające zwiedzanie głównej ekspozycji można nabyć w kasie w cenie 4 Euro (normalny) i 3 Euro (ulgowy).

Kryminał Książkowo

2020 i książki

1 stycznia 2021

Czas, w którym jeden kalendarz się kończy, a inny zaczyna, nigdy nie był dla mnie momentem podsumowań i rozliczeń. Stali bywalcy Namysłowskiej wiedzą, że tego typu rozrachunki robię na przełomie lutego i marca. Tak będzie i tym razem. Z najnowszą przeszłością rozliczę się za dwa miesiące. Biorąc jednak pod uwagę, że 2020 było bardzo nietypowy, a zarazem obfity w rzeczy i zdarzenia, należy mu się jakieś tam podsumowanie. Zaczniemy od tego książkowego.

Książek było w tym roku 75. Nie planowałam tej ilości. Nigdy z resztą jej nie planuję. W 2020 czytałam dużo i wszystko. Pewnie dlatego wyszła z tego dosyć pokaźna liczba. Jeśli jednak odsiać ziarno do plew, może się okazać, że mało urobku zostanie. I na tym, co pozostanie, chciałabym się skupić.

 

Wege. Dieta roślinna w praktyce

O jedzeniu

Początkiem roku wspomniałam już dwie tegoroczne pozycje, które zrobiły  na mnie duże wrażenie. Pierwsza z nich to „Tak dzisiaj jemy. Biografia jedzenia”, a druga „Wege – dieta roślinna w praktyce.” Dla mnie, wegetarianki, która już dawno odkryła sekret ludzkości pt. „Nie jem niczego, co robiło kupę”, obydwie lektury nie powinny robić wrażenia. I nie zrobiły. Ale usystematyzowały wiedzę. Podparły ją setkami przykładów i wyników badań. A przede wszystkim utwierdziły w przekonaniu, że nie schodzę na złą drogę żywieniową.

 

O korzeniach

Korzenie były w sumie cztery. Najpierw niemieckie, przedstawione w książce Karoliny Kuszyk „Poniemieckie”. Autorka zagłębia się w historię przedmiotów starszych niż ich obecni właściciele. Szafa, miska, regał, lustro. Kiedyś należały do rodzin niemieckich, by następnie, w ramach porzucenia, trafić w nowe, polskie ręce. Traciły „niemiecką” tożsamość zyskując automatycznie znamię „poniemieckości”. Ważna lekcja historii.

Kolejne korzenie były żydowskie. A może raczej polskie ale na nie-polskiej ziemi. „Polanim. Z Polski do Izraela” Karoliny Przewrockiej-Aderet to życiorysy przeniesione w połowie trwania znad Wisły na Negew czy do kibucu. Gdzieś, gdzie trudno się im odnaleźć i trwać ot tak po porostu dalej. Ważna lekcja o konieczności odnalezienia swojego miejsca w nowej ojczyźnie, gdy ta stara już cię nie chce.

Ostatnie korzenie są lokalne, spiskie. To ważne – nie podhalańskie ale spiskie. Z okolic Nowego Targu, znad Białki, spod Pienin. To tam rozciąga się historyczno-geograficzna kraina, z której pochodzę. Spisz. Nigdy mnie szczególnie nie interesował; a już wybitnie przestał, gdy go opuściłam. Teraz zaczyna wracać. Między innymi poprzez książki takie jak „Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza” Ludwiki Włodek. Z każdej strony odzywają się znajome dźwięki, przebija się spiska gwara, wychylają się zasłyszane w dzieciństwie nazwiska. Cała książka zdaje się mówić: „Stąd pochodzisz..”

 

O zbrodniach

Wyimaginowanych rzecz jasna. Jedne dzieją się przed laty w Glatz (dzisiejszym Kłodzku), które goi rany po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Autor, Tomasz Duszyński ściąga do tytułowego miasteczka tajemniczego detektywa z samego Berlina, który ma odkryć mroczne tajemnice kłodzkich zaułków. Zbrodnie w dawnym klimacie, kiedy – jak się okazuje – sprawcę można było złapać bez śledzenia bilingów i badania DNA. Warto.

Inne zbrodnie są bardziej współczesne – jak te trupy Katarzyny Puzyńskiej z najnowszego tomu sagi o Lipowie. „Śreżoga” brzmi pięknie i tajemniczo. I na tym zachwyty się kończą. Książka jak cegła, akcja jak pewne podroby w oleju, a ilość wątków pozwala bezpowrotnie odpłynąć. Dlaczego w takim razie pozycja trafia do wpisu dla wybranych? Ku przestrodze.

 

O przyszłości

Czyli o  2021. Nie robie planów, nie ustalam limitów, nie ustawiam poprzeczki. Mogę tylko napisać, że postaram się:…

 – czytać więcej o Izraelu/z Izraela

 – częściej sięgać po książki o Turcji/z Turcji

 – nie przesadzać z kryminałami

 – nie popełniać przestępstw na miarę „Siedmiu sióstr”…

 

Jak podoba się Wam ten stronniczy ranking? Coś z zestawienia przemknęło Wam przez czytnik czy kartę biblioteczną? A może biorąc pod uwagę moje noworoczne postarania (nie postanowienia), coś doradzicie?

 

Berlin Do zobaczenia W podróży

Do zobaczenia w Berlinie. Friedrichswerdersche Kirche

20 listopada 2020

Wiem, że to mało miłosierne zapraszać Was do Berlina teraz, gdy odwiedzenie stolicy Niemiec jest niemożliwe. Chciałam się jednak z Wami podzielić wrażeniami z wizyty w jednym z najmniej znanych oddziałów Berlińskich Muzeów Państwowych.

Friedrichswerdersche Kirche

Friedrichswerdersche Kirche

Mowa o Friedrichswerdersche Kirche. Jak sama nazwa wskazuje chodzi o kościół i to nie byle jaki ale projektu samego Friedricha Schinkela. Budynek powstał  w latach 1824 – 1830 zgodnie z zasadami niemieckiego neogotyku. Po ukończeniu, służył wiernym, zarówno pochodzenia niemieckiego, jak  i  francuskiego.  Kres temu położyła II wojna światowa, kiedy to konstrukcja została poważnie uszkodzona.  Remont przeprowadzono dopiero w latach 1979 – 1986, by w rok po jego zakończeniu, dokładnie w 200 rocznicę urodzin Schinkla znów go udostępnić. Tym razem przyciągnął wyznawców kultu sztuki, stając się filią Galerii Narodowej.  Kolejna renowacja rozpoczęła się w roku 1997 i trwała do roku 2000, kiedy to obiekt znów otworzył podwoje dla miłośników rzeźby z początku XIX wieku. Od 27 października 2020 prezentowana jest tam wystawa „Ideal und Form” z eksponatami ze zbiorów Alte Nationalgalerie.

Friedrichswerdersche Kirche

Friedrichswerdersche Kirche

Zdaję sobie sprawę z tego, że w przypadku muzeów i galerii sztuki, od samej oprawy ważniejsze są eksponaty. Tym razem jednak zasada ta została zachwiana. Od samych rzeźb prezentowanych w ramach wystawy zdecydowanie większe wrażenie (nie tylko na mnie), robi przestrzeń. Czerwona cegła (na zewnątrz) kojarząca się z kaplicami angielskich uczelni i częściowo oryginalne kolorowe witraże tworzą niesamowitą scenerię dla cennych eksponatów. Gdy dołożyć do tego częściowo zachowane wyposażenie w postaci ołtarz i ambony czy marmurową, niemal lustrzaną posadzkę – wrażenie przebywania w świątyni sztuki nasuwa się samo.

Friedrichswerdersche Kirche

Friedrichswerdersche Kirche

Z wiadomy przyczyn obiekt, a tym samym wystawa, nie są obecnie  dostępne dla zwiedzających. Jeśli po zdjęciu restrykcji wszystko wróci do wcześniejszych porządków, wystawa czynna będzie od wtorku do niedzieli, od 10:00 do 18:00; w czwartki do 20:00. Nie obowiązywały bilety.

Do zobaczenia Na swoim W podróży Życiowo

Lato 2020 czyli o urlopach w czasach zarazy

8 października 2020

Lato 2020 możemy uznać za zakończone. A co za tym idzie – odhaczamy spalone na słońcu plecy, kilometrowe spacry po rozgrzanym piasku czy metry nad poziomem morza zdobyte w ramach górskich wędrówek. Zwyczajnie – zamykamy sezon urlopowy. To dobry czas do podsumowanie okresu, ktory zazwyczaj obfitował w dalsze i bliższe wypady. W tym roku, z wiadomych przyczyn, w wielu przypadkach odbiegl nieco od schematu.

Dolce vita poza zasięgiem

Plany urlopowe miałam juz na marzec. Chciałam w ramach kilkudniowego wypadu odwiedzić stolicę Włoch. Nie miałam wcześniej ku temu okazji i bardzo się na ten wyjazd, a dokładnie wylot, cieszyłam. Że Rzym będzie musiał istnieć bez mojej obecności dowiedziałam się tak naprawdę na tydzień przed planowanym wylotem. W momencie, gdy opłaciłam już noclegi, odprawiłam sie, a notes spuchł od notatek i planów spacerów, zawieszono loty i zamknięto granice. Nie ukrywam – byłam baaaardzo rozczarowana, wręcz rozgoryczona.
Jak się szybko okazało, nie tylko nie mogłam polecieć do Rzymu ale też w żadne inne miejsce. Tydzień zaplanowany na Rzym spędziłam w domu jeżdżąc na rowerze, spacerując po lesie i oglądając w Internecie rzymskie muzea. Z czasem rozgoryczenie zmalało i przeszło w stan: ‘Da się z tym żyć’

Kraina tysiaca jezior i milona komarów

Na czerwiec zaplanowałam, czy raczej zaplanowaliśmy tradycyjnie urlop w PL, nad jeziorami. Robimy to od lat. Te dziesięć dni, które spędzamy od lat z parą naszych znajomych, dzielimy sprawiedliwie między pomost, zabytki i restauracje. O ile w poprzednich latach zapędzaliśmy się w ‘głębokie’ Mazury czy wręcz sejneńszczyznę, o tyle w tym roku zatrzymaliśmy się na wysokości Iławy i Ostródy. W ramach tego urlopu udało się zaliczyć też Malbork, Pasłęk i Olsztynek, odsiedzieć swoje na pomoście z wędką, najeść się do syta kuchni warmińskiej, która ziemniakiem stoi. Było super. I jeśli nie liczyc mierzenia temperatury przy wejściu do Muzeum w Malborku, którego dostępność dla turystów mocno ograniczono, nie odczuliśmy niemal w ogóle obecności wirusa.

Marina Ostróda

Marina Ostróda

Kłodzkie ‘ommmm’

W lipcu na pełny tydzień wybyłam do Siedliska Ciszy na jogowe warsztaty. W górach, przy granicy z Czechami, bez internetów ale z 5 godzinami jogi dziennie, fantastyczną wegetariańską kuchnią, cudownymi widokami i niesamowitym towarzystwem naprawdę odpoczęłam. Tam nie tylko nie dało się odczuć, że istnieje coś takiego jak pandemia ale że w ogóle istnieje coś poza Siedliskiem. W bajkowym ogrodzie Magdy, pod okiem  świetnej nauczycielki jogi, Agi, czas płynie zupełnie inaczej. Biorąc pod uwagę, że spośród całej jogowej grupy znałam wcześniej tylko prowadzącą, a wyjeżdżałam z nowymi kontaktami w telefonie, mogę powiedzieć, że był to naprawdę dobry czas. Już wiem, że w przyszłym roku to powtórzę.

Siedlisko Ciszy

Siedlisko Ciszy

Byle dalej

Jako że nie ograniczają mnie letnie wakacje dzieci czy inne socjalne i rodzinne obostrzenia, część urlopu zaplanowałam na listopad. To miał być tydzień w Izrealu. Jak sie domyślacie, raczej nic z niego nie wyjdzie. Izrael znalazł się na liście krajów ‘ryzyka’ wg niemieckiego MSZ i wyjazd tam wiąże się z odbyciem kwarantanny. Do listopada jeszcze trochę czasu zostało ale sytuacja raczej się zaostrzy niż złagodnieje. Dlatego powoli oswajam się z myślą, że Izrael zamienię na wycieczkę po Pl, w ramach której pokażę znajomej Wrocław, Gdańsk, Warszawę i Kraków. A może po prostu spędzę tydzień w Juracie czy innych Chałupach, które w listopadzie zapewne nie będą przeludnione. Czas pokaże.

Backstage

Na koniec jeszcze spojrzenie na urlopowy sezon z innej perspektywy, a raczej perspektyw.
Najpierw ta zawodowa. Jako pracownik hotelu położonego przy lotnisku obsługującym przede wszstkim loty miedzynarodowe, doświadczyłam nie spadku ale wręcz ‘upadku’. Jako obiekt, działaliśmy cały czas, jednak trudno to nazwać hotelarstwem, gdy w całym obiekcie przebywa w porywach 5 gości. Z upływem czasu sytuacja się poprawiała. Teraz pracujemy normalnie ale…to już nie to. Zamiast uśmiechniętych twarzy gości wracających z wakacji recepcjoniści widza maski, a ja zamiast rosnących przychodów obserwuje odwoływane (na szczęście coraz rzadziej) rezerwacje. To już nie to.
Jest jeszcze druga perspektywa, taka prywatno-zawodowa. W tym roku wspólnie z K. oddaliśmy do dyspozycji gości nasze stuletnie dziecko czyli Zielone Okiennice. Po dwóch latach remontów, gdy wreszcie mogliśmy powiedzieć: ‚Przyjeżdżajcie’, pojawił się wirus. Nie powiem, że się załamaliśmy ale trzeźwo oceniliśmy sytuacje. Teraz, już po zakończeniu najwyższego sezonu, możemy powiedzieć, że nie było tak źle. Wirusowa rzeczywistość pokazała, że miejsca takie jak Okiennice czyli małe apartamenty na końcu świata, z dala od tłumów maja potencjał. Dają też nadzieję, że branża turystyczna przetrwa. Bardzo nas to cieszy i liczymy, że nawet gdy juz wszystko wróci do normalności, Okiennice nadal będą cieszyć się zainteresowaniem gości.

Zielone Okiennice

Jak widać, wirus namieszał. Pozwolił się nam jednak przekonać, że jesteśmy elastyczni i nie tylko potrafimy sobie poradzić ale tez wyciągamy wnioski z sytuacji. I nawet w tak trudnym czasie wyjechać (fizycznie i psychicznie)  i poczuć się jak na wakacjach.

Jestem ciekawa, jak Wam udało się przetransformować swoje urlopowe plany. A może nie musieliście tego robić i wszystko przebiegło zgodnie z wcześniej zapisanym scenariuszem? Dajcie znać – czekam 🙂

Dla ciała Garderoba Wegetarianka w skórze

Lato..nie odchodź jeszcze czyli sezonowa wymiana gaderoby

11 września 2020

Jak mocno by nie zamykać oczu, trudno nie zauważyć, że lato odchodzi. Skręca nasze termometry do maksymalnie 20 stopni, zabiera lekkie sukienki, przewiewne topy, krótkie spodenki i w sandałach czy japonkach biegnie do Australii. Zostawia przy tym szeroko otwarte drzwi dla jesieni, która już powoli się do nich zbliża w skórzanej kurtce narzuconej na lekki sweterek, z szyją opatuloną chustą i w sztybletach czy innych butach za kostkę. Jakby pięknie to przejście nie wyglądało, fakt jest faktem – garderobę czas zmienić.

Ubrania z naturalnych tkanin

Minimalistyczne zmiany

Zabrałam się do tego i ja. Zrobiłam to dzisiaj, z racji wolnego od pracy dnia. I pomimo słońca za oknem i 25 stopni na termometrze, dzielnie walczyłam z garderobą. No dobrze, trochę przesadzam. Było 25 stopni ale nie była to walka. Od kiedy opanowałam swoją szafę, nawet sezonowa zmiana wieszaków nie jest straszna. Nie mam piętnastu kartonów z setką swetrów, wełnianych spódnic i spodni, kozaków do kolan i czap na syberyjską zimę. Tak naprawdę cała „zima” w moim przypadku mieści się w jednym kartonie przeprowadzkowym szwedzkiej firmy. I jest tam wszystko poza butami. Gdy przychodzi do „transformacji”, wyjmuję ten karton zza wieszaka, opróżniam, napełniam i znów za wieszak chowam.  Skala procesu wynika z faktu, że przede wszystkim nie mam zbyt wielu ubrań. Ale nie tylko.

Zmiana klimatu w szafie

Na pewno zauważyliście, że zimy, które przerabiamy od kilku lat „To nie to, co kiedyś” jakby powiedział sędziwy staruszek. Nawet jeśli dane jest nam doświadczyć temperatury niższej niż -20 stopni, to dzieje się to sporadycznie. Nie ma śniegu po kolana czy jesiennej pluchy doprowadzającej do przemoczenia butów. Można powiedzieć, że przyroda obchodzi się z nami w miarę delikatnie i to przekłada się na naszą garderobę. Przede wszystkim, nie potrzebujemy wspomnianych wcześniej kozaków czy ciepłych butów do kolana. Spokojnie można przejść jesień i zimę w sztybletach. Ba, znam takich którzy przebiegną te dwie pory roku w skórzanych sneackersach. Puchowe kurtki z kołnierzami powyżej uszu też raczej mało się przydają. Nawet ciężkie, długie wełniane płaszcze nie są nadużywane. A że nie są bardzo potrzebne, nie mamy ich też w kartonach z „zimą”. A jeśli już są, to w ilościach szczątkowych.

 

Elementarna ponadczasowość

Na to, jak wygląda sezonowa wymiana garderoby, spory wpływ ma też fakt, że wiele ubrań w naszych szafach jest „ponadsezonowych”. Najlepszym tego przykładem są dżinsy. Nie wiem jak to wygląda u Was ale u mnie dżinsy są naprawdę całoroczne. No, może ta jedna para z dziurami na kolanach zimą jest mniej używana. Jednak pozostałe trzy pary eksploatuję przez cały rok. Noszę klasyczne, granatowe modele z Big Stara, które nie wychodzą z mody, tworząc z nich idealne zestawy na każdą okazję. Podobnie jest z koszulkami. Mam 7 czy 8 sztuk najprostszych białych T-shirtów. Latem zakładam je jako góry do dżinsów czy spodenek, gdy robi się chłodniej, idealnie nadają się jako „ocieplacz” pod sweter czy bluzę. Same bluzy też mam w obiegu przez cały rok. Latem co prawda rzadziej – tylko wtedy, gdy robi się naprawdę chłodno ale przez pozostałe miesiące, zdecydowanie częściej. No i buty. Klasyczne New Balance mam w szafce z butami przez 12 miesięcy. W sumie trampki, które noszę latem, też zdarza mi się założyć jesienią, gdy ta jest w miarę ciepła i sucha.

 

Przybyło i ubyło

Co w takim razie z mojej garderoby zniknęło? Trochę tego wbrew pozorom jest. Zdjęłam z półek i wieszaków 2 letnie sukienki, których prawie nie nosiłam. Pożegnałam się też z 3 parami szortów i dwiema lekkim koszulami, z których tworzyłam zestawy na upały i były naprawdę mocno eksploatowane. Zniknęły podszyte wiatrem spodnie alladyny i 3 topy na szerokich ramiączkach noszone tylko latem. Do kartonu spakowałam też 1 parę sandałów i 1 baleriny. Pożegnałam się też z jednoczęściowym strojem kąpielowym, którego nie miałam okazji użyć i z namiętnie użytkowanym tego lata granatowym bikini. Schowałam też 4 topy do biegania, których na pewno już w tym roku nie użyję

Z kartonu wyjęłam 1 kaszmirowy golf i 2 wełniane, lekkie sweterki. Światło dzienne ujrzały też 2 pary butów za kostkę (sztyblety i trzewiki z szeroką cholewką). Wypakował też, chociaż mam nadzieję, że nie będę jeszcze musiała ich używać okrycia wierzchnie. W moim przypadku to szary, wełniany płaszcz do kolana z Benettona, który służy mi już 7 lat i czarna, też wełniana, krótka kurtka zakupiona w ubiegłym roku. A, i jeszcze 4 szale do opatulania i 2 czapki. Uzupełniłam też półkę z ubraniami sportowymi – dołożyłam do niej 2 pary legginsów (zwykłe i ocieplane).

 

Detale

Z porami roku zmienia się u mnie również zapotrzebowanie na dodatki, a w zasadzie jeden dodatek czyli torebkę. Latem zastępują ją lniane plecaki – grantowy albo w niebiesko-białe paski; zimą mieszczę się w torebce – typowym, czarnym worku. Mam ją już 5 lat, a że to piękny skórzany Słoń Torbalski, zupełnie nie traci na wyglądzie. Do tego dochodzą dwie pary rękawiczek jak na prawdziwego zmarzlucha przystało.

 

Jak widzicie, nie ma tego zbyt wiele. Całą wymianę ogarnęłam w niecałe dwie godziny. Mogę już spokojnie zaczynać jesień chociaż zupełnie mi to nie w smak. A jak z tym u Was? Robicie w ogóle takie wymiany czy macie wszystko pod ręką przez cały rok?

 

 

 

 

Dla ciała Książkowo poradniki Zdrowo

Z Kindla wzięta – maj 2020

17 czerwca 2020

Od ostatniego postu z serii „Z Kindla wzięte” minęło już pół roku. W te sześć miesięcy czytelniczych trzeba wliczyć niemal trzy naznaczone piętnem wirusa, co oczywiście znalazło przełożenie na ilość przeczytanych książek. W sumie zebrało się tego 38 sztuk. Nie będę Was zanudzać recenzjami wszystkich, szczególnie, że znalazły się wśród nich gorsze strzały. Zainteresowani mogą zajrzeć na moja wirtualną półkę na portalu Lubimy Czytać. Tutaj podzielę się uwagami na temat trzech pozycji, które zrobiły na mnie największe wrażenia. Będzie chronologicznie

 

„Śmiertelny wyścig. Regaty Sydney-Hobart 1998. Historia prawdziwa” Martin Dugart

O regatach Sydney-Hobart słyszeli chyba wszyscy. Nawet takie szczury lądowe jak ja. Może to za sprawą terminu w jakich się odbywają – kiedy wszyscy normalni ludzie siedzą w domach oglądając „Kevina” w otoczeniu bożonarodzeniowych dekoracji, grupy szaleńców wchodzą na pokłady jachtów, by  ryzykować życie i poczuć prawdziwą adrenalinę. Na co dzień siedzą za biurkami, leczą ludzi, liczą procenty czy giełdowe zyski. Ale gdy zbliża się Boże Narodzenie wciąga ich woda. Żeglarze przeżywają piekło na wodzie (nie bez powodu Cieśnina Bassa, przez którą płyną nazywana jest diabelskimi wodami); podobne emocje targają ich rodzinami i bliskimi pozostałymi na brzegu.

Ta książka to zbiór relacji, wywiadów i analiz pogody. Przed wszystkim jednak relacja starcia człowieka z przyrodą. Niby dokument, a czytało się jak Stephana Kinga.

 

Wege – dieta roślinna w praktyce” Danuta Gajewska, Iwona Kibil

Nigdy nie sądziłam, że sięgnę po pozycję wydaną przez Wydawnictwo Lekarskie PZWL. A jednak, stało się. Sięgnęłam i przepadłam. „Wege” jestem już od jakiegoś czasu i niby wiem, że trzeba jeść strączki, że ważne jest żelazo, że trzeba myśleć o suplementacji i tak dalej. Lektura „Wege – dieta roślinna” uświadomiła mi, że tak naprawdę wiem niewiele, a już na pewno sporo mogę się jeszcze dowiedzieć. To idealna pozycja nie tylko dla osób, które zastanawiają się nad przejściem na dietę stricte roślinną ale też dla odżywiających się już w ten sposób. Więcej – powinni ją przeczytać lekarze pierwszego kontaktu i dietetycy. To kompendium zdrowego odżywiania. Wszystkie niezbędne wege-informacje podzielono na  tematyczne rozdziały. Jest część poświęcona poszczególnym makroskładnikom, minerałom, witaminom itp. Wszystko w formie komentarzy, opisów badań, tabel i wykresów. Autorki wzbogaciły treść o przykładowe jadłospisy dla różnych grup wiekowych i różnych typów aktywności. Książka w wersji papierowej ma 324 strony, z czego ciągłego tekstu będzie około połowy; reszta to wspominane tabele i wykresy oraz źródła. I to kolejny argument, który zdecydował, że „Wege – dieta roślinna w praktyce” to moja nowa biblia żywieniowa. Przeczytałam ją w wersji elektronicznej ale już wiem, że kupię też wydanie papierowe, które stanie na półce koło „Jadłonomii”.

Wege. Dieta roślinna w praktyce

Wege. Dieta roślinna w praktyce

 

Tak dziś jemy. Biografia jedzenia” Bee Wilson

Można powiedzieć, że poszłam za ciosem –po „Biografię jedzenia” sięgnęłam, gdy tylko skończyłam „Wege”. Z perspektywy czasu stwierdzam, że mogłam zmienić kolejność i zgodnie z logiką przejść od ogółu do szczegółu ale już po fakcie. Odwrócona kolejność czytania nie zmienia faktu, że książka Wilson to kolejna pozycja, którą uważam za godną polecenia. Autorka analizuje food-trendy na przestrzeni wieków i ich wpływ na życie, a raczej zdrowie mieszkańców poszczególnych regionów naszego globu. Nie ocenia, nie krytykuje – przedstawia fakty z coraz bardziej rzednącą miną. Opisując nawyki żywieniowe naszego gatunku, które ewoluowały wraz z rozwojem technologii, przedstawia interesujące fakty z „życia jedzenia”. Co ciekawe, mimo iż autorka patrzy na temat z brytyjskiej perspektywy, ciężko się odciąć i stwierdzić, że mnie to nie dotyczy. Bo dotyczy – każdego kto gryzie, pije, żuje, przełyka.  Polecam dla nabrania dystansu do własnego talerza.

 

A teraz czekam na Wasze literackie odkrycia i polecenia.

 

 

 

 

 

 

Filozoficznie Wegetarianka w skórze Życiowo

Mama wegetarianki

26 maja 2020

Dzisiaj Dzień Matki. Przyznam, że nie lubię tego określenia – „matka”. Bo kto normalny zwraca się w ten sposób do najbliższej osoby pod słońcem? To jest MAMA. I dzisiaj będzie o mojej mamie, która jest najlepsza. A że mamą wegetarianki, to jest najlepsza do kwadratu!

 

Z mamą

Z mamą

 

Mama i wegetarianizm

Na pewno słyszeliście setki historii pt. moja mama histeryzuje, bo przestałam jeść mięso. No cóż…Zdarza się pewnie i tak, chociaż nie znam tego z autopsji. Moja nie histeryzowała. Po prostu przyjęła to do wiadomości i zmieniła trochę sposób gotowania. Mój pierwszy wegetarianizm zdarzył się na studiach. Mieszkałam wtedy w Krakowie i stołowałam się praktycznie sama. Ale na weekendy przyjeżdżałam do domu, wtedy też w domu jadałam i wyjeżdżałam z wałówka. I moje wege-fanaberie nie były dla mamy żadnym problemem.  A pamiętajcie, że to były lata 2002-2007 czyli czas, gdy mało kto słyszał o tofu, a Marta Dymek miała w porywach 13-14 lat. Moja mama potrafiła wyczarować bezmięsne cuda. Robiła gołąbki z ziemniaków, zapiekanki ziemniaczane i ryżowe, kotlety warzywne i wiele innych podobnych rzeczy. Odgrzebywała w pamięci bezmięsne potrawy z własnego dzieciństwa i przygotowywała je specjalnie dla mnie. Mamo, jak ja kocham Twoje „dziatki” i „gałuski”!!!

Drugi wegetarianizm zaczął się, gdy już mieszkałam poza domem. Nie zmieniło to faktu, że w domu rodzinnym nadal bywam, a mama nadal czaruje. Zawsze czekają na mnie ukochane „ziemniaki w różnych odmianach” czy pasztet z selera. Ten ostatni z resztą wprowadziła do własnej kuchni. Cała moja wege-mama

Mama i zero-waste

Moja mama znała „zero-waste” zanim usłyszały o nim internety. Resztki suchego chleba trafiały do kamiennego garnka i zostawały ścierane na bułkę tartą. Kompot gotowała z całych owoców – w życiu nie obierała jabłek! Warzywa z rosołu zmieniały się w pastę warzywną, a obierki z ziemniaków zanosiłam do babci, która miała gospodarstwo i karmiła nimi zwierzęta.

Odkąd pamiętam mama zawsze robiła przetwory. Nigdy nie kupowała dżemów, sałatek czy soków. Wszystko przygotowywała sama przerabiając owoce z ogrodu i sadu. Z tego przerabiania nie zostawało nic. Zero odpadów.

Domowe przetwórstwo mamy dotyczyło nie tylko owoców i warzyw ale też nabiału. Z mleka prosto do krowy robi kefir, twaróg, a nawet ser żółty!

Piecze sama chleb na zakwasie, który kocham miłością patologiczną.

Mimo całej tej „twórczości” musi jednak czasem chodzić do sklepu. Gdy jednak robi zakupy, zawsze idzie z własną szmacianą torbą i siatkowymi woreczkami, które uszyła też dla mnie.

Ma maszynę do szycia, na której przeszywa, przerabia i naprawia. Stare obrusy zmieniają się kuchenne ścierki, a za krótkie firanki zyskują nowe życie w postaci woreczków na owoce.  Mama nie jest „less-waste” – ona jest „no waste”.

Mama i zielone

Mama zawsze miała ogródek. Normą była pietruszka do niedzielnego rosołu prosto z grządki. Własna sałata, rzodkiewka, szczypiorek. Latem truskawki, a jesienią wybierane z ziemi buraki, marchew czy ziemniaki.

Ale zielono było też w domu. U nas zawsze były doniczki z roślinami. Niezależnie od tego, na ilu metrach kwadratowych mieszkaliśmy – zawsze coś rosło, kwitło i pachniało. I to mam po mamie do dzisiaj. Całe mieszkanie zastawione jest doniczkami, a na tarasie stoją kolejne z ziołami, pomidorami i ogórkami.  Nikt mi nie kazał, nie sugerował –to było po prostu oczywiste, że musi być zielono – jak u mamy.

 

Mama i cała reszta

Nie mam łatwego charakteru, a moje pomysłowość już w dzieciństwie odbiegała od statystyk. Nigdy jednak nie usłyszałam od mamy, że to niemądre/głupie/nierealne czy mam sobie wybić z głowy. Nawet jeśli coś było zupełnie niezgodne z jej tokiem myślenie – tłumaczyła, nie krytykowała.

Teraz jestem dorosła i mam swój „mocny” pogląd na świat, którego mama nie krytykuje. Wiem, że nie we wszystkim się ze mną zgadza ale  wiem, że bezwarunkowo mnie kocha. No i jest NAJWSPANIALSZĄ MAMĄ DO KWADRATU!

Wpis powstał z okazji Dnia Mamy, która jest dla mnie jedną z najważniejszych osób na świecie. Poza nią są jeszcze kilka innych osób ale o nich następnym razem – może w okolicy Dnia Taty?..

Dla ciała less waste Wegetarianka w skórze Zdrowo

Wegetarianka na codziennych zakupach

19 maja 2020

Punktem wyjścia do tego postu było wielokrotnie słyszane stwierdzenie, że zdrowe (zielone) odżywianie jest drogie i w ogóle życie eko to coś dla bogatych i rozpuszczonych millennialsów. Oczywiście absolutnie się z tym nie zgadzam. Raz – nie jestem bogata i rozpuszczona, dwa – nie łapię się do kategorii „millennials”. Ale… staram się żyć eko i jestem wege. I wbrew stereotypom nie kosztuje mnie to fortuny, nie tracę na to masę czasu, a zakupy robię we wioskowym markecie. Jak wyglądają i co się na nie składa – o tym poniżej.

Świeże zielone

Zaczynam zawsze na stoisku z warzywami, owocami i orzechami. W koszyku ląduje to, na co akurat jest sezon i mam ochotę. Patrząc na sklepowe półki można odnieść wrażenie, że jest sezon na wszystko – arbuzy, winogrona, śliwki i obowiązkowo hiszpańskie truskawki. Mając jednak na uwadze sezonowość i zdrowy rozsądek, sięgam po te najbardziej „prawdopodobne” do osiągnięcia na przedwiośniu, a są to jabłka. I tutaj też ważne – nie wybieram tych soczyście zielonych, wielkich izraelskich Golden Delicious ale krajowe – w moim przypadku niemieckie – Elstar czy Jonagold. Informacje, o tym, na co jest sezon można znaleźć w internecie. Ja posiłkuję się „kalendarzem” ściągniętym ze strony Salaterki. Polecam.

Kalendarz owoców i warzyw sezonowych- źródło: https://salaterka.pl/warzywa-owoce-sezonowe-maju/

Kalendarz owoców i warzyw sezonowych- źródło: https://salaterka.pl/warzywa-owoce-sezonowe-maju/

Oczywiście nie da się przetrwać przedwiośnia tylko na jabłkach czy ziemniakach. Czasem robię odstępstwa i do koszyka wkładam też cytrusy czy szpinak. Decydując się na nie, wybieram te pochodzące z upraw położonych jak najbliżej i z jak najmniejszą ilością plastiku w ramach opakowania. Z resztą, jeśli to tylko możliwe, wybieram warzywa i owoce bez opakowań/siatek/tacek – pakuję je we własne, tekstylne woreczki, które uszyła mi mama.

W koszyku, niezależnie od pory roku lądują też warzywa korzeniowe.

Wiem, że jak na wege przestało powinnam kupować awokado i jarmuż ale ani za jednym ani tym bardziej za drugim nie przepadam, poza tym to pierwsze jakoś mało krajowe mi się wydaje.

Chrupiące

Następne do koszyka wędruje pieczywo. Tutaj, podobnie jak w przypadku zielonych, wybór ogromny, co nie zmienia faktu, że nie wszystko jest warte uwagi. Z całym szacunkiem dla przemysłu piekarniczego ale gdy widzę ciemne bułki zapakowane w szczelny worek foliowy z dwutygodniowy terminem przydatności do spożycia, coś mi mocno nie gra. Kupuję chleb ciemny, wieloziarnisty i niekrojony. Pakuję do swojego lnianego worka (dziękuję mamo) i to by było na tyle. Żadnych bagietek, bułek, drożdżówek. To zwyczajnie nie moje smaki.

Tego pieczywa też nie trafia do koszyka zbyt wiele, ponieważ zakochałam się w chlebie z kaszy gryczanej z przepisu Wincentyny i staram się go regularnie piec.

Sypkie i mączne

Tutaj mam na myśli kasze i makarony. Z kaszami nie jest łatwo – w Niemczech ciężko je kupić w ogóle, a jeśli już są, to na półkach „Bio”, czyli w koszmarnej cenie. Wszystkie kasze przywożę z Polski – gryczaną jasną i ciemną, jaglaną, pęczak. I na tym bazuję. Makarony to dla mnie wybór prostszy – staramy się ich jeść z K. mniej, dlatego jeśli już kupuję jakiś, to pod kątem wykorzystania go jako składnika sałatki. Wybieram kukurydziany, wieloziarnisty czy z ciecierzycy.

Na regale z sypkimi stoją też różnego rodzaju granulaty sojowe, tofu czy gotowe mieszanki do przygotowywania wegeburgerów czy innych falafeli. Po nie też czasem sięgam, chociaż preferuję kotlety domowej produkcji z kaszy i warzyw korzeniowych.

Z chłodni

Tutaj sprawa lekko się komplikuje. W chłodniach jest nabiał i wędliny. Wędliny kupuję – nie dla siebie, dla K.  chociaż on ostatnio woli kupić kawałek mięsa i samodzielnie go upiec. Ale jeśli już kupuję, to najczęściej salami i szynka parmeńska czyli najmniej przetworzone. Staram się też, by opakowania były jak najmniej szkodliwe dla otoczenia.

Podobnie jest z nabiałem. Jem go mało, w zasadzie tylko piję ayran; czasem jako dodatek do zup w postaci śmietany. Jak wybieram? Z certyfikatem, jak najbardziej lokalnie i najmniej plastikowo.

Przy chłodniach stoją też jajka ale one do koszyka nie trafiają. Jemy jajka polskie, ze znajomego podwórka, od kur padających ze zmęczenia po całym dniu spędzonym na łące. To chyba najbardziej wolny wybieg.

Z zamrażarki

Tutaj zatrzymuję się niemal przy każdych zakupach. Mrożone warzywa, mrożone owoce, mieszanki do zup. Najlepszy sposób, by jeść zielono, gdy wokół szaro.

Chemicznie

W tej części sklepu, gdzie znajdują się regały z chemią domową bywam rzadko, bo to też produkty, których zużycie jest mniejsze. Stąd zabieram do domu papier toaletowy z recyklingu oraz płyny do prania i mycia naczyń. Moje najnowsze odkrycie to seria Respect – rzekomo przyjazna środowisku. O ile chemia może być przyjazna komukolwiek.

I to by było na tyle. Jak widzicie, zakupy wege-eko nie różnią się jakoś bardzo od tych robionych przez zwykłego śmiertelnika. Rachunek też nie jest jakiś wysoki. Łapię się raczej na tym, że zaskakuje mnie ile płacą osoby stojące przede mną w kolejce z normalnymi zakupami. Ale o tym innym razem. A teraz podzielcie się swoimi spostrzeżeniami w kwestii wege-zakupów. Jestem bardzo ciekawa, jak to u Was wygląda.

Dla ciała Garderoba

#rokbezzakupow

16 marca 2020

Inspiracją przy tworzeniu tego postu były blogi. Często dzieje się tak, że dostrzegam jakieś zjawisko czy trend dopiero, gdy przemielą temat już wszystkie znane blogerki. Tym razem nie jestem aż tak bardzo spóźniona, bo na #rokbezzakupow trafiłam w połowie lutego (czyli tylko 6 tygodni po oficjalnym rozpoczęciu 😉 i spotkałam się z nim na dwóch czytanych przeze mnie regularnie blogach. Przejdźmy do rzeczy

 

 

Jakich zakupów?

Bo chyba od tego należy zacząć. Nie wydaje mi się możliwe przeżycie chociażby tygodnia bez zakupów spożywczych, a miesiąc bez wizyty (nawet wirtualnej) w księgarni, to już zupełna abstrakcja. Hasło #rokbezzakupow dotyczy oczywiście zakupów odzieżowych. Czyli w sumie temat do ogarnięcia. Ubrania to nie są rzeczy, które znikają jak chleb czy płatki owsiane i regularnie trzeba uzupełniać zapasy. Przy dobrej organizacji szafy, wydatki na szeroko pojęta garderobę mogą być naprawdę sporadyczne. Można dyskutować, że przecież zużywają się skarpetki czy inne elementy bielizny. Tak, to fakt. Nie chodzi jednak o czepianie się szczegółów tylko zasadę. Reasumując – #rokbezzakupow – to da się zrobić.

Ale dlaczego bez?

No właśnie – dlaczego? Żeby zaoszczędzić? Żeby szafa nie przerosła? A może żeby przejrzeć swoje zasoby i wykorzystać maksymalnie to, co się już ma. Można też przestać kupować ubrania, by być bardziej eko. Każdy z tych powodów jest super w zależności od tego, na jakie „bolączki” cierpimy i co chcemy tym postanowieniem w swoim życiu usprawnić. Ale na litość jeża…jeśli czytam post, w którym autorka podsumowuje swoje roczne wydatki i ocenia ubraniowe zakupy z 2019, a pod nim komentarz w stylu: „Rany…wydałaś tylko xxx PLN, a ja xxxx..nigdy nie będę tak cudowna jak Ty…muszę przestać kupować..”, no to troszeczkę mi się ulewa. Mam ochotę odpisać, że oczywiście – NIGDY nie będziesz tka cudowna, bo nie jesteś autorką tego postu….bo masz inne życie…inne potrzeby i prawdopodobnie inny budżet, a co za tym idzie – inne podejście do wartości pieniądza! Przede wszystkim zaś -nie możesz kobieto dopuścić, by ktoś był dla Ciebie autorytetem w kwestii zakupu skarpetek czy  koszulki…nawet jeśli tym kimś jest znana blogerka.

Gdzie równowaga?

I tutaj dochodzi do głosu rozsądek. Pierwszym jego „objawem” jest wpis na innym blogu, który de facto bardzo sobie cenię. To wypowiedź Doroty Kameralnej. Napisała wprost, że nie bierze udziału w wyzwaniu #rokbezzakupow z bardzo prostej przyczyny – jej zakupy ubraniowe są bardzo przemyślane, poza tym widzi w tej deklaracji aspekt emocjonalny. 365 dni to sporo czasu i ciężko przewidzieć, co zdarzy się za 6 czy 10 miesięcy – może wreszcie zrzucisz te znienawidzone kilogramy i wszystkie ubrania będą na Tobie wisieć jak na wieszaku, a Ty, by pozostać wierna zasadzie, nic nie kupisz, bo to przecież #rokbezzakupow? A może zmienisz pracę z freelance na korpo, gdzie wymagane bedą obcasy i garsonki, a tym masz w szafie tylko wyciągnięte dresy? Wracając jeszcze do argumentu o przemyślanych zakupach. Kurczak, czy z nami jest aż tak źle, że potrzebujmy wyzwań, by nie rzucać się jak w amoku na wyprzedaż T-shirtów z plastiku?

Innym głosem rozsądku, takim powiedzmy z wyższej półki, była tegoroczna ceremonia wręczenia Oscarów. Producentka filmowa Livia Firth rzuciłam uczestnikom nie lada wyzwanie – w ramach Green Carpet Challenge zaproponowała gwiazdom, by ich kreacje na ten szczególny wieczór były jak najbardziej „green” i „eco”. Efekt przeszedł chyba oczekiwania samej pomysłodawczyni. I tak Jane Fonda, Elizabeth Banks, Lily Aldrige, Margot Robbie czy Joaquin Phoenix pojawili się na gali w „używanych” strojach galowych. I brawo dla nich za ten krok – dla zwykłego śmiertelnika nic nadzwyczajnego ale dla gwiazd filmowych, które pracują wizerunkiem – odważna decyzja.

 

Podsumowując – pojawienie się wyzwania #rokbezzakupow jest sygnałem, że zaczynamy zauważać problem – nadmiernego konsumpcjonizmu, zagrożeń ekologicznych i szeroko pojętego fair-trade. Jeśli są osoby, dla których to jedyny sposób, by zapanować nad swoimi zakupowymi szaleństwami – warto go wykorzystać. Przede wszystkim jednak #rokbezzakupow to sygnał, że coś z nami nie tak i nad tym czymś, należy się mocno i głęboko zastanowić.

 

Bierzecie udział w wyzwaniu? Czy może wręcz odwrotnie – już do tego stopnia opanowaliście technikę racjonalnego kupowania, że wyzwania nie są Wam potrzebne? Koniecznie napiszcie, co sądzicie na ten temat.